wtorek, 29 grudnia 2009

Tego mi (nam?) trzeba!

Właśnie katuję swój najnowszy muzyczny nabytek - "So Much Shouting, So Much Laughter" Ani DiFranco z 2002 roku. Na którym jest zresztą świetna koncertowa wersja piosenki "Ain't That The Way", z której wzięła się nazwa tego bloga (o czym pisałam w pierwszym moim poście parę miesięcy temu). I uświadomiłam sobie, że w moim podsumowaniu roku 2009 nie było ani słowa o muzyce (poza życzeniami dla mnie pod koniec). Suplementu nie będzie, bo skupiłam się na Polsce (z racji tego, że resztę świata ogarniam bardzo wybiórczo i fragmentarycznie), a w Polsce, poza koncertami Beth Ditto i Tracy Chapman, nic się na linii muzyka - LGBTQetcetera nie zadziało. A w każdym razie niczego nie zauważyłam, bo, przyznaję to jak zwykle ze smutkiem, mogę się (i chciałabym w tej kwestii) mylić. Wracając do Ani, na wspomnianej płytce jest między innymi wiersz "Self Evident", napisany pod wpływem wydarzeń z 11 września 2001 roku. To jeden z licznych rewolucyjnych tekstów Ani, bardki amerykańskiego feminizmu i ruchów wolnościowych, i jeden z najbardziej porażających. Z tego, co mi wpajali w szkole, również Polacy są szczególnie podatni na rewolucyjną poezję. Tak że może naprawdę takiej wściekłości, jaką budzą songi Ani, nam trzeba. I kogoś takiego, by nas obudzić. A może po prostu jestem jedną z tych archaicznych osób podatnych na tak wyrażone przesłanie. Tak czy siak posłuchajcie.



I mały dodatek - mój ulubiony protest song Ani, czyli "Fuel". Poniższy klip, zamiast wściekłości, budzi raczej uśmiech, ale jest na tyle fajny, że musiałam go wybrać.

poniedziałek, 28 grudnia 2009

2009: dużo się działo, niewiele zadziało

Homiki zamieściły właśnie podsumowanie 2009 roku, tak że zamiast kombinować, co by tu w moim debiutanckim autorskim podsumowaniu napisać (no dobrze, nie debiutanckim, po części robiłam to w "Replice" i na Kobiety Kobietom), po prostu wyjdę od ich tekstu i zobaczę, co się dalej wydarzy. A o czymś oryginalniejszym pomyślę za rok.

Bohaterem roku według redakcji Homików jest Ryszard Giersz, który wygrał sprawę o godność przeciw nękającej go sąsiadce. Z tym wyborem zgadzam się w całej rozciągłości, tak jak i z docenieniem wydarzeń pozawarszawskich (moje główne tegoroczne typy to pierwszy Wrocławski Marsz Równości oraz wysyp inicjatyw LGBTQ w praktycznie wszystkich większych miastach) czy kulturalnych - tu dla mnie niekwestionowanym zwycięzcą jest polskie wydanie "Fun Home" Alison Bechdel, wiceliderem pomysł spacerów po HomoWarszawie - przy okazji, mam nadzieję, że z drugiego wydania "HomoWarszawy" zniknie irytujące zdanie o nagrobku Narcyzy Żmichowskiej. Pojawił się też pierwszy polski lesbijski romans "Życie rodzinne świstaka" oraz komiks "Bostońskie małżeństwa". Nadal nie dorobiłyśmy się za to kobiecego odpowiednika "Lubiewa". Szkoda.

Dużo ostrożniej podchodzę do szacunków, że rok 2010 okaże się szczególny, jeżeli chodzi o kwestię związków partnerskich. Doceniam tegoroczną pracę grupy inicjatywnej, ideę pikiet pod sejmem (zarzuconą), różnorakie petycje i inicjatywy w rodzaju "Wszyscy na tak" (mimo wątpliwości wyrażonych tu), jednak nie sądzę, by mnogość działań przełożyła się na jakość i przyczyniła do jakiegoś przełomu. Trzeba naprawdę czegoś dużo większego niż objazdówka po województwach czy zbieranie podpisów, trzeba wielkiej i, nie oszukujmy się, kosztownej kampanii marketingowej (bo jeśli nie palisz opon, to bez kasy nie zaistniejesz) - to z naszej strony. A z drugiej - trzeba polityków, którzy daliby się do inicjatywy tak naprawdę przekonać, bo póki co przekonanych jest jak na lekarstwo, a dominują jak zwykle obłudni koniunkturaliści, którzy przypominają sobie o nas na rok przed wyborami, by dzień po nich o wszystkim, co obiecali, zapomnieć.

Wracając do plusów, po raz pierwszy celebrowaliśmy (w wirtualu i realu) Międzynarodowy Dzień Wychodzenia z Szafy (w czym przyłączyły się do nas m.in. tradycyjnie już przychylne "Gazeta Wyborcza" i Gazeta.pl). Coraz lepiej widoczne są osoby transseksualne oraz biseksualne. W nowym większym lokalu 2009 rok powitała warszawska UFA, która, mimo kłopotów finansowych oraz nieprzewidzianych pułapek losu (kilkumiesięczny brak prądu) działa coraz prężniej, zapisując się nie tylko na mapie miejsc LGBTQetcetera, ale też lokalnej społeczności. Ruszyła Nasza Sprawa 2 przeciw homofobicznej "Rzeczpospolitej", a Krystian Legierski będzie szukał sprawiedliwości na forum Europejskiego Trybunału Praw Człowieka po tym, jak polskie sądy uznały stwierdzenie, że homoseksualizm jest chorobą genetyczną, uszkodzeniem mózgu i zboczeniem, za nieobraźliwe, bo ponoć w środowiskach medycznych nadal toczą się spory dotyczące klasyfikacji homoseksualizmu. Trzymam kciuki za obie sprawy, bo generalnie uważam, że dochodzenie naszych praw na drodze sądowej jest lepszą i skuteczniejszą metodą niż wysyłanie maili czy tworzenie petycji (choć te ostatnie oczywiście nie szkodzą).

Mieliśmy naprawdę fantastyczną i chyba najlepszą z dotychczasowych, również frekwencyjnie, Manifę. Alicja Tysiąc wygrała sprawę o zniesławienie wytoczoną "Gościowi Niedzielnemu". Uniewinniono w końcu Dorotę Nieznalską. Doczekaliśmy się też pierwszego po wojnie Kongresu Kobiet, który dorobił się skrajnych ocen - od oskarżeń o wykluczenie zwykłych kobiet spoza świata biznesu czy po prostu mainstreamu po ogromny entuzjazm. Jakby go nie oceniać, pomysłodawczyniom nie można odmówić umiejętości zgromadzenia bardzo różnorodnych środowisk wokół idei parytetów wyborczych oraz, co tu dużo mówić, świetnej organizacji. Naprawdę chciałabym się doczekać takiego rozmachu na którejkolwiek z naszych imprez - to była demonstracja siły i solidarności, nawet jeżeli tak naprawdę były to tylko pozory lub magia chwili. 

Tradycyjnie już dużo się w tym roku dyskutowało, najczęściej w internecie. Najgoręcej było chyba po warszawskich Dniach Równości (oberwało się - słusznie! - słabej Paradzie Równości oraz idiotycznemu pomysłowi przyznania Hiacynta Januszowi Palikotowi), przy okazji fotoreportażu Hani Jarząbek o życiu codziennym polskich lesbijek i wokół kwestii, jak działać i gdzie jest właściwie nasz ruch, nasi teoretycy i mityczne środowisko. 

A skoro już przy internecie jesteśmy, to w kategorii nowe inicjatywy wielkie brawa należą się Lesplotom (no dobrze, ciut mniej niż wielkie, bo nowa strona wciąż straszy niedoróbkami) - za pierwszy (a w każdym razie pierwszy widoczny) w Polsce serwis plotkarski dla kobiet nieheteroseksualnych. Blogów pojawiło się znacznie więcej, moje - przyznaję, że stronnicze - typy to LGBTeka (która naprawdę powinna w przyszłym roku zadebiutować jako portal) oraz Fioletowa Winda (choć to dla odmiany bardziej portal niż blog). 

No dobrze, teraz czas się trochę ponarażać i napisać, co mi się nie podobało. Zostawiam rzeczy zewnętrzne - (nie)działania polityków, pomysły kościoła czy oszołomów zapraszających do Polski takie kurioza jak Paul Cameron - bo na nie niestety wpływu nie mamy lub mamy niewielki.  

Kit roku to według mnie zasygnalizowana już porażka warszawskich Dni Równości oraz reakcja nań rady Fundacji Równości, która mimo wszystko postanowiła nie odwoływać zarządu, w związku z czym organizacja EuroPride 2010 przypadła tej samej ekipie.  

Duży minus - tym razem ogólny - to coraz silniej uwidaczniający się w mnogości inicjatyw naszych organizacji brak wyrazistego lidera czy strategii działania. W 2008 roku odbyły się dwa spotkania Okrągłego Stołu Organizacji LGBTQ, w 2009 pomysł zarzucono - z braku chęci, czasu, perspektyw na wypracowanie wspólnego planu działania, dlatego, że to, co zostało wypracowane, sprawdza się i wystarczy? Nie mam pojęcia. 

Z mniejszych spraw - na minus oceniam przez większość naszych mediów chwalone wystąpienie Anki Zet na Kongresie Kobiet. Nie napisałam wcześniej, dlaczego nie podzielam w miarę ogólnego entuzjazmu w tej kwestii, tak że tu pozwolę sobie na ciut dłuższe wyjaśnienie. Otóż mimo iż na Kongresie nie poświęcono zbyt wiele czasu problemom lesbijek czy innych wykluczonych grup (choć również ich postulaty włączono do podsumowania wydarzenia), to uważam, że zarówno jego organizatorki, jak i uczestniczki mogą być sojuszniczkami ruchu na rzecz praw LGBTQetcetera, a nam potrzeba silnych sprzymierzeńców. Nie mam pojęcia, czy z Kongresu urodzi się ważna, skuteczna siła polityczna, ale uważam, że nie ma co lekceważyć, a już na pewno nie ma co się obrażać na potencjalnego partnera, szczególnie gdy nie ma się ich wielu, a ten, który jest lub być może, jest rokujący, ma ludzi, media i kasę. Gdyby Anka zrobiła taki numer podczas oficjalnych obchodów dwudziestolecia "wolnej" Polski, piałabym z zachwytu. Jej wystąpienie na Kongresie miało właściwie tylko ten plus, że dało pretekst do iluś tam rozmów w kuluarach, w których miałam okazję usłyszeć od wielu uczestniczek, że one naprawdę z całego serca popierają nasze postulaty. 

Zabrakło też w tym roku medialnych coming outów (tak, wiem, Sieczkowski, Tyndyk, Mosiewicz, pewnie jeszcze ktoś). Mamy za to coraz większą frustrację, którą oczywiście można przekuć na działanie, ale wymaga to znacznie więcej sił niż te parę lat temu. I mamy też setki osób LGBTQetcetera, które, o ile w ogóle je obchodzi, co tych parudziesięciu (paruset?) działaczy robi, to chyba czują się tym wszystkim głównie zagubione lub zniecierpliwione.

W porządku, dość minusów, czas na mnie. Minął nam z Gosią kolejny rok i obu nam udało się przekroczyć magiczną barierę długości naszych dotychczasowych związków. Wciąż mamy trójkę zwierzaków, choć na wiosnę były poważne obawy, że ten stan się zmieni - to, że tak nie jest, to chyba nasze (i naszych weterynarek) największe tegoroczne zwycięstwo. Nadal nie skończyłyśmy urządzać mieszkania - zmiana tego stanu rzeczy to nasze postanowienie na 2010 rok. Wzięłyśmy udział w fotoreportażu o życiu codziennym polskich lesbijek. Kabaret rozwinął skrzydełka, przez co w końcu miałam swój coming out w mainstreamowych mediach. Rzuciłam prowadzenie "Repliki" i zaczęłam pisać bloga, który w ciągu paru miesięcy dorobił się może i niewielkiej, ale jakże fajnej grupy czytelniczek i czytelników. I jednego trolla (a może trollicy?). A na 2010 rok życzę sobie nowego layoutu (miał być wcześniej, ale chyba nie dam rady), jeszcze więcej zabawnych fraz, po których trafiają do mnie ludzie z Google'a, i dużo nowych płyt cudownych pań z gitarami (i jednej z akordeonem), o których mogłabym Wam marudzić. A, i homomałżeństw. I adopcji. Te życzenia oczywiście nie oznaczają, że to ostatni wpis w tym roku. No chyba że zajmę się jednak layoutem.

sobota, 26 grudnia 2009

Top Hot Butches i drobiazgi

Wiecie co? Święta nie są do końca takie złe. Mierzi przymusowość i obowiązkowa rodzinność, ale skłamałabym, gdybym ostatnie sześć dni na łonie stęsknionych rodzicieli zaliczyła do nieudanych. Szczególnie miło wspominam wspólne oglądanie pierwszych odcinków "Rancza" (które im zawiozłam w charakterze prezentu) - zgrabnie pomyślany serialik i nawet zabawny. Ciąg dalszy przy okazji kolejnej wizyty, czyli pewnie na wiosnę. Zdecydowany minus tych świąt to to, że już którąś tam z rzędu wigilię spędziłyśmy z Gosią osobno, ale jako że w tym roku ponownie zaprosiłam mamę i tatę na następny rok do Warszawy, może pod koniec 2010 rodzice i teściowie w końcu zasiądą przy jednym stole, a my zadebiutujemy w jakże tradycyjnej i heteronormatywnej roli (będącej ponoć postrachem wszystkich świeżo poślubionych) organizatorek wigilii. Bo na debiut w roli tych, które czniają tradycję i koniec grudnia spędzają na tropikalnej wyspie, przyjdzie nam pewnie jeszcze trochę poczekać.

Powoli przygotowuję się do podsumowania roku, a póki co podglądam różnorakie rankingi i zestawienia w wykonaniu innych. Dziś zaciekawiły mnie dwa. Pierwszy jest z naszego ogródka - otóż KPH ogłosiła, że w roku 2009 udało jej się zaktywizować wszystkie polskie województwa. Do już istniejących oddziałów dołączyły więc KPH Lublin, Rzeszów, Olsztyn, Poznań, Zielona Góra, Białystok, Opole, Łódź i Kielce, a grupy wolontariackie powstały między innymi w Jeleniej Górze i we Włocławku. Tekst na ten temat tu, a od siebie mogę tylko dodać, że niezależnie od tego, na jakim etapie rozkręcania się są te inicjatywy, ich mnogość na pewno cieszy i pokazuje, że może i nie mamy jeszcze swojej community, ale mamy na pewno wielką jej potrzebę. Oby nie została zmarnowana.

Drugie zestawienie pochodzi z czerwca tego roku (brawo dla mnie za refleks), jego autorką jest nie kto inny jak słynna Sugarbutch (uwaga, strona, którą właśnie podlinkowałam, zawiera treści erotyczne), która zdecydowała się odpowiedzieć na coroczny ranking After Ellen Hot 100 i stworzyć własny, uwzględniający te osoby, które jej zdaniem są zbyt mało widoczne w mainstreamowej kulturze lesbijskiej, czyli m.in. butch, androgyniczne i transseksualne. Ranking tak samo radykalny w porównaniu do zestawienia After Ellen jak to drugie w porównaniu do na przykład Maxim Hot 100. Jego pełna nazwa to "Top Hot Butches: The 100 hottest butch, masculine, androgynous, genderqueer, transmasculine, studs, AGs, dykes, queers, and transguys" (wybaczcie, nie podejmuję się tego przetłumaczyć, w każdym razie w jednym z bardzo mądrych quizów na Facebooku wyszło mi, że jestem "stud"), przy czym autorka zaznacza, że zapewne wiele uwzględnionych przez nią osób nie identyfikuje się jako butch albo jako kobiety, albo jako lesbijki czy queer, lub też w ogóle się nie identyfikuje, co ona oczywiście nieodmiennie popiera i szanuje.

Jej ranking otwiera Rachel Maddow, amerykańska dziennikarka m.in. Air America i MSNBC, pierwsza otwarcie homoseksualna osoba mające swój program w primetimie.

źródło: http://swandiver.files.wordpress.com

Miejsce drugie przypadło Skyler Cooper (tak, też nigdy o niej nie słyszałam), trenerce i aktorce.

źródło: www.tophotbutches.com

Na miejscu trzecim Chris Pureka, wokalistka i gitarzystka, którą przedstawiłam tu.
fot. Doug Beam

Całe zestawienie tutaj, pomysł popieram z całego mojego androgynicznego serca, choć z kolejnością bardzo bym się kłóciła. Jenny Shimizu (której chyba nikomu przedstawiać nie trzeba) jako numer 9 jeszcze ujdzie,

źródło: www.tophotbutches.com

ale Julie Wolf dopiero na miejscu 28

źródło: TSquire Foto

czy Melissa Ferrick na 51 (!) to już lekkie niedowartościowanie.

fot. Diane S. Lane

Nie mówiąc już o pozostawieniu Jeanette Winterson czy Kate Wolf (siostra bliźniaczka Julie, niektórzy to mają szczęście) w trzydziestce "zapasowych" czy o pominięciu choćby Butch z serii komiksów "Spandex".

 
źródło: http://spandexcomic.wordpress.com

No, ale o gustach... W każdym razie zestawienie zacne. Postaram się, aby i moje - jak już się w końcu rozpiszę, bo przez ostatnie sześć dni nieco odwykłam - było nie gorsze, choć pewnie mniej gorące.

sobota, 19 grudnia 2009

Przed przerwą świateczną

Ten wpis, jako że jest ostatni przed przerwą świąteczną, miał być z założenia optymistyczny, ale niestety taki nie będzie, a przynajmniej nie do końca. Jeden z powodów to po raz kolejny wyartykułowany pomysł posłów PiS, aby inwigilować środowisko osób nieheteroseksualnych pod pretekstem walki z pedofilią. W jego ramach MSWiA miałoby powołać specjalny zespół, w działania którego wchodziłyby identyfikacja i monitoring lokali rozrywkowych, klubów, melin (sic!) odwiedzanych przez homoseksualistów oraz treści pojawiających się na stronach internetowych. Pomysł sam w sobie obrzydliwy, ale nie dlatego o nim piszę. Wyobraźmy sobie, co by się wydarzyło, gdyby ktoś rzucił taki tekst np. w Stanach Zjednoczonych. Setki tysięcy ludzi wyległoby na ulice, aby zaprotestować przeciw oszczerstwom. Iluś tam polityków stanowczo odcięłoby się od tego pomysłu. A u nas? Tak zwana lewica oczywiście milczy, jeden z posłów PO stwierdza, że pomysł jest wart przedyskutowania, kilka naszych portali i kilkoro działaczy wyraża oburzenie i tyle. A milcząca większość zadowala się zapewne nadzieją, że to nie przejdzie. Pewnie nie przejdzie, ale nie w tym kłopot, a w tym, że takie pomysły po prostu nie budzą w tak zwanym środowisku praktycznie żadnego odzewu. Nie dalej jak wczoraj na jednym z blogów wyraziłam (z pewną nieśmiałością, bo wydała mi się ciut przesadzona) opinię, że polskie osoby LGBTQetcetera są w większości nawet nie tyle na etapie marzeń o związkach i wymianie obrączek, co w fazie robienia tego w domu po kryjomu i żałowania starych dobrych czasów, kiedy to nie było działaczy, więc rzekomo nie było też homofobii. Dziś mogę ją jedynie powtórzyć, tym razem bardziej stanowczo. Smutne. Analizę zjawiska czy szukanie rozwiązań tym razem sobie odpuszczę, bo takich dyskusji było w tym roku aż nadto. Pozostaje mi tylko trzymać kciuki, że może coś się w ich efekcie zmieni. Że w końcu dorobimy się swojego Milka, który wyciągnie nas na ulice. A póki cieszę się, że są ludzie, którym chce się robić nie tylko przeglądy filmowe czy lesbijskie imprezy, ale też ciągać siewców nienawiści po sądach. Bo to też jest sposób.

Z rzeczy może nie optymistycznych, ale w sumie zabawnych (lub przynajmniej groteskowych), dziś nowe piękne forum portalu Kobiety Kobietom przeżyło atak kiboli (bo przecież nie kibiców) z forum Kibice.net. Atak jak najbardziej zaplanowany (dzieciom planowanie i umawianie się zajęło jakiś tydzień) i zmasowany, a polegający na zaspamowaniu forum durnymi grafikami i tekstami. Posprzątanie zajęło moderatorkom jakąś godzinę, co nie przeszkodziło sprawcom w przechwalaniu się we własnym gronie, jaką to fajną akcję zrobili. Choć tempo, w jakim zostali zdemaskowani i zbanowani, niektórych zdziwiło, na przykład tego pana:

Nie było źle ale żona weszła do pokoju i przestałem tam pisać, bo się wstydziłem ;] (...) ktoś nas sprzedał, niektórzy przesadzali z wyzywaniem od ku... ale przy takim tłumie trudno opanować ekipę, wśród której zawsze znajdą się przypałowe przypadkowe osoby;) Za tydzień proponuję wjazd na emo forum.

Historia ataku tu (to link do forum KK, bez obaw), a wspominam o nim ku przestrodze innych właścicielek i właścicieli forów i portali, bo jako że skończył się sezon piłkarski, to dzieciom najwyraźniej się nudzi i takie "akcje" zamierzają robić częściej.

Na Innej Stronie dla odmiany mamy kolejną dziwaczną dyskusję, tym razem o naszej rzekomej bądź nie tendencji do gettoizacji. Poszło o pomysł zrobienia naszej wersji Mam Talent (o dość niefortunnej nazwie Gej ma talent, nad którą już się pochyliły tutaj Lesploty, z którymi się jak najbardziej w ocenie tej nazwy zgadzam). Idea jest oczywiście taka, by szukać i promować talenty w naszym LGBTQetcetera gronie, tak że, jako że jest mi bardzo bliska, o czym wielokrotnie już tu pisałam, mimo kłopotu z nazwą serdecznie jej kibicuję i czekam na wysyp artystów i artystek LGBTQetcetera, albo chociaż na tę jedną jedyną pieśniarkę, z której muzyką i tekstami w końcu będę mogła się utożsamić i oglądać ją na wszelkich festiwalach zamiast Kayah czy innych Reni Jusis. I naprawdę nie mogę się nadziwić, dlaczego - wracając do wspomnianej dyskusji - niektórzy forumowicze i forumowiczki Innej Strony piszą przy tej okazji o walce między homo a hetero, izolacji, alienacji, spychaniu się na margines i innych dziwnych sprawach. Za odpowiedź na te zarzuty niech posłuży cytat z tej samej dyskusji:

Jak tak dalej pójdzie, to powstaną portale dla gejów i lesbijek, czasopisma, kluby i inne takie wymysły.

Jak że zbliża się koniec roku, na niektórych stronach pojawiają się już podsumowania roku (tu też będzie, a co, ale dopiero po świętach). Ostatnio urzekło mnie znalezione na politicalhumor.about.com, a dotyczące 40 najzabawniejszych transparentów 2009 roku. Większość z nich związana jest z amerykańskimi protestami przeciw wpisaniu do konstytucji stanowych punktu, że małżeństwo jest związkiem kobiety i mężczyzny. Moje ulubione to:


 


 
źródło: http://politicalhumor.about.com

Cała galeria do obejrzenia tu. 

Jak już wspomniałam na początku posta, to mój ostatni wpis przed świętami. Jutro wyjeżdżam do Gdańska, gdzie dostęp do sieci wprawdzie będę miała, ale z warunkami do pisania może być gorzej. Tak że cieszcie się wolnymi dniami, kultywujcie tradycję, o ile ją kultywujecie, jakoś przetrwajcie te dni, jeżeli jej nie kultywujecie, i do przeczytania niedługo. Aha, uprasza się też o opiekę i szczególne dopieszczanie mojej słomianej wdowy. Trzymajcie się :)

piątek, 18 grudnia 2009

"Anyone But Me" - kolejny webserial wart zauważenia

O sieciowym serialu "Anyone But Me" usłyszałam przy okazji niedawnej premiery pierwszego odcinka drugiego sezonu. To historia nastoletniej Vivian, która, ze względu na chorobę ojca, przeprowadza się z Nowego Jorku do małego miasteczka, zostawiając swoją dziewczynę. Na stronie serialu można przeczytać między innymi, że "Anyone But Me" jest historią o okrywaniu tego, kim się jest, próbach dopasowania się do otoczenia, próbach bycia sobą niezależnie od nacisków otoczenia, funkcjonowaniu w związku na odległość, próbach nierobienia z siebie idiotki, znajdowaniu swojego miejsca w nowym otoczeniu w skomplikowanym świecie, robieniu tego, co należy, popełnianiu błędów i flirtowaniu. I rzeczywiście wszystko to i więcej można tam znaleźć, a przy okazji jak najbardziej realne problemy okraszone są (choć bez przesady) niezłą dawką humoru (pierwszy odcinek drugiego sezonu jest pod tym względem chyba najlepszy z dotychczasowych). Tak że polecam wszystkim wielbicielkom i wielbicielom seriali o nastolatkach (do których sama się zaliczam - nie nastolatek, rzecz jasna, a wielbicielek). Dla potrzebujących dodatkowej zachęty dodam, że Vivian jest w typie Winony Ryder,  Astley Angeliny Jolie, produkcja i aktorstwo są profesjonalne, a obejrzenie pierwszego sezonu zajmuje około półtorej godziny.

Pierwszy odcinek wygląda tak:


Całość tu. A tu ciekawy wywiad ze scenarzystkami serialu Susan Miller (zaangażową również przy "The L Word") i Tiną Cesą, w którym opowiadają, dlaczego wybrały internet, czym się "Anyone But Me" różni od "The L Word", a robienie filmów sieciowych od produkowania telewizyjnych.

środa, 16 grudnia 2009

Zmiana terminu występu!

Drogie i Drodzy, w związku z falą grypy, która porywa kolejne występujące osoby, zmuszone jesteśmy przełożyć występ Barbie Girls i Gości w Ustach Mariana z 17.12.2009 na 7.01.2010, co tym samym uczyni nasz program postświątecznym. Do zobaczenia w Nowym, Zdrowym Roku!



BG & Goście

Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi:
biegnijcie, mili, gdzie śmiech się rodzi!
Na zabawę zapraszają,
gdyż świąteczny program dają
Barbie Girls z gośćmi...

a w prezencie:
* wybrane przez Was ulubione skecze Barbie Girls... wystrojone
na Święta
* artyści niekonwencjonalni: Krystyna i Marian
* stand up Eli Wycech
* DK Santa i renifer
*od dawna niewidziana... DQ Mariola
* nowości, niespodzianki i... hej, kolęda, kolęda!

12.17, czwartek
20.00
wjazd 10 pln [składka na nagłośnienie: zbieramy na mikroporty!]

Usta Mariana, Brzozowa 37
www.ustamariana.com

perpetualny matropatroqueeronat: www.homiki.pl, www.u-f-a.pl

wtorek, 15 grudnia 2009

Out Music, Lilith Fair, Dragon Age i transkabaret

Wysyp ciekawych stron dla kobiet nieheteroseksualnych (przy okazji dwa newsy: Lesploty dorobiły się nowej skórki, ogólnie daję plusa, ale z ocenianiem czekam na efekt finalny, bo to jeszcze nie koniec, a Wstronekobiet.pl uwzględniło uwagi wyartykułowane w poprzednim poście - super!) ma oczywiście mnóstwo zalet, ale też jedną wadę. Otóż coraz częściej się zdarza, że chcę coś skomentować, ale okazuje się, że już mnie ktoś zdążył ubiec i pozostaje mi się z nim zgodzić (w przypadku gdy nie zgadzam oczywiście jest zupełnie inna zabawa) i ewentualnie powołać. Co gorsza, zaczyna to dotyczyć również muzyki. Ot, na Fioletowej Windzie pojawiła się wiadomość o powrocie objazdowego festiwalu muzycznego Sarah McLahlan Lilith Fair. Wieść o tyle miła, że w 2010 po raz pierwszy w historii festiwal zawita do Europy, a konkretnie do Londynu (choć, jako że trasa, tak jak i lista artystek, nie jest jeszcze domknięta, może również do innych europejskich miast), dzięki czemu również Europejki dostaną szansę zobaczenia na żywo nie tylko czasami bywających po naszej stronie wielkiej wody artystek jak Indigo Girls czy Tegan and Sara (do których nadal się nie mogę przekonać), ale też dawno niesłyszanej Sheryl Crow (którą nieodmiennie uwielbiam) czy ostatnio coraz śmielej przebijającej się do świadomości również polskich wielbicielek pań z gitarami Brandi Carlile:



Więcej na Fioletowej Windzie, a ja po cichu liczę, że może do listy wykonawczyń dołączy jedna taka miss Ferrick, bo wtedy naprawdę nie będę miała wyjścia i wybiorę się do Londynu, by wziąć udział w tym jednodniowym kobiecym święcie.

Z innych wieści muzycznych - swoje nagrody w ten weekend rozdała Out Music, czyli organizacja zrzeszająca otwartych wykonawców i artystów LGBT. Nadreprezentacja pań wśród nagrodzonych cieszy, ale werdykty jury jednak trochę rozczarowują. Najciekawsze jest chyba specjalne wyróżnienie dla Toshi Reagon (z wytwórni Ani Difranco), Polkom znanej chyba głównie z ostatniego odcinka czwartej serii "The L Word":



Blair Hansen, zwyciężczyni w najbardziej mnie interesującej kategorii country/folk, niestety nie jest żadną rewelacją, przynajmniej dla niżej podpisanej, ale może komuś się spodoba:


A na koniec tej części singiel roku według Out Music - wklejam nie ze względu na piosenkę, która jest średnia, ale na fajne paradowe i okołoparadow tłumy:



Pełna lista nagrodzonych na stronie Out Music.

Z niemuzycznych ciekawostek - i zupełnie z pierwszej ręki - barbiom szykuje się konkurencja. Otóż swój kabaret zakładają osoby transgenderowe. Premiera najprawdopodobniej podczas zabawy sylwestrowej w UFIE, na którą się nie wybieramy, bo jak co roku siedzimy w domu z naszym dźwiękofobem. A skoro już przy Absiku jesteśmy - behawiorystka wywróciła nam do góry nogami wszystkie nasze przekonania na temat tego, co jest dla psa dobre, a co nie, w związku z czym trafiłyśmy do ekskluzywnego klubu "opiekunek, które za bardzo kochają swoje zwierzaki". Ale już się poprawiamy, nawet widać efekty (na psie, nie na nas), tak że nie pozostaje mi nic innego, jak polecić fundację Psia Wachta (stronę www mają taką sobie, ale niedługo zaczniemy nad nią pracować).

I jeszcze jeden zabawny drobiazg - Gosia zażyczyła sobie na Gwiazdkę grę Dragon Age. A wszystko nie tyle przez tytułowego smoka (choć smoki uwielbia), ale przez bohaterów gry - m.in. biseksualnego elfa Zevrana, który realizuje się w dwóch obszarach - walcząc i korzystając z uroków życia. O takich konkretnie:



A na koniec rzecz całkiem poważna. Do szczecińskiego sądu trafił (ponownie) akt oskarżenie przeciw trzem neofaszystom, twórcom strony Redwatch. Jako że (jak wielu moich przyjaciół) jestem jakoś w tę sprawę zaangażowana (jako poszkodowana i jako - za sprawą protestu w sprawie spacyfikowania przez policję poznańskiego Marszu Równości w 2005 roku - jedna z osób "odpowiedzialnych" za pojawienie się na stronie listy osób, które ów protest podpisały), trzymam kciuki, by tym razem nic jej nie opóźniło.

czwartek, 10 grudnia 2009

Lesploty idą w stronę kobiet

Nastrój mam nadal przedświąteczny, czyli podły, tak że od razu przepraszam wszystkie osoby, na których maile nie odpisuję - wierzcie mi, to dla waszego dobra, bo jakaś zgryźliwość niechcący mogłaby mi się wymsknąć i potem musiałabym się kajać (wychodzi więc, że to i dla mojego dobra). Ale na pewno kiedyś mi minie, na przykład jak w końcu nabędę wszystkie prezenty, a nasz pies przestanie się bać wystrzałów. No dobrze, może trochę wcześniej. Choć i dla psa jest nadzieja, bo jutro nawiedzi nas psia behawiorystka (czy jakoś tak), zrobi wywiad środowiskowy i pokaże, co możemy dla niego zrobić. Swoją drogą, czuję się trochę jak matka przed wizytą pracowników socjalnych, bo na pewno nie obędzie się bez wałkowania wszystkich błędów wychowawczych, jakie w ciągu naszego trzyipółletniego życia z Absem popełniłyśmy. Aż z tych nerwów odkurzyłam mieszkanie - w czwartek po pracy!

A Absik, na wypadek, gdyby ktoś go jeszcze nie znał, wygląda tak:


fot. Erka

Tyle o mnie, czas na kolejne sieciowe nowinki. Pierwsza jest taka, że być może już niedługo (jutro?) ujrzycie nowe odmienione Lesploty. Redakcja ponowiła heroiczną próbę zmiany layoutu (pierwsza, nieudana, miała miejsce kilka dni temu), tak że trzymam kciuki. I mam nadzieję, że nowa skórka mi się spodoba, w związku z czym zachęcam, by w chwilach niezajętych łomotaniem w klawiatury redakcja Lesplot trzymała kciuki dla odmiany za to. Choć akurat nie w wyglądzie Lesplot ich siła, ale z drugiej strony zawsze to miło móc kogoś znowu pochwalić.

Druga nowinka, wyobraźcie sobie, również ma związek z Lesplotami. Otóż najprawdopodobniej ten sam team dopiero co wypuścił do sieci swoje kolejne dziecko - W stronę kobiet. Rzecz o niebo ambitniejszą niż Lesploty (choć nie wiem, czy to koniecznie zaleta, ale o tym za chwilę), przede wszystkim dlatego, że nastawioną na budowanie społeczności. Można zatem założyć sobie profil, pisać bloga, stworzyć grupę, w ręce użytkowniczek oddano też możliwość informowania o wydarzeniach i zapraszania na nie inne użytkowniczki portalu. Do tego jest standardowa część redakcyjna z takimi działami jak newsy, polityka, społeczeństwo, kultura, rozrywka czy opinie. Strony redakcyjnej póki co nie będę za bardzo oceniać (choć w to, że lesplotowe dziewczyny potrafią pisać, akurat wierzę), bo tekstów jest niewiele, nie podoba mi się tylko umieszczenie porad (nieważne, jak w założeniu poważnych czy niepoważnych) w dziale Rozrywka - bo jednak chyba nie chciałabym, żeby odpowiedź na mój potencjalny mail z prośbą o radę został potraktowany zabawowo. Ale sam pomysł z poradami dla czytelniczek jak najbardziej popieram. Z kwestii redakcyjnych przyczepiłabym się jeszcze do pewnej niekonsekwencji - otóż zgodnie z podtytułem W stronę kobiet ma być "przestrzenią kobiet nieheteroseksualnych", ale już górna belka rozprowadzająca po serwisie zaanonsowana jest jako "strefa lesbijek". Nie podejrzewam świadomego wykluczenia nieheteroseksualnych nielesbijek, ale zaanonsować muszę.

Teraz kilka słów o budowie strony i grafice. W stronę kobiet zbudowane jest na dobrym i sprawdzonym wordpressowskim silniku (co z pewnością ułatwiło zbudowanie społecznościowej części portalu), wybrany przez twórczynie szablon jest jest wyglądowo całkiem przyjemny (jasny, błękitno-biało-fioletowy), choć niestety w sumie dobrą koncepcję graficzną trochę psują zajawki wyciągające teksty z poszczególnych działów - ich wielkość zależy od długości tytułu i leadu, przez co są po prostu nierówne. Zresztą różna wysokość zajawek to utrapienie większości stron zrobionych na gotowych szablonach - mnie to trochę razi, ale jestem w stanie przyjąć do wiadomości, że jestem na tym punkcie ciut przeczulona.

Ale zostawmy kwestie wyglądowe, bo poprawienie ich (o ile naprawdę jest taka potrzeba) to akurat najmniejszy problem. Dużo większym jest - zaanonsowane już - aspirowanie nie do wejścia w portalową niszę (jak się to przydarzyło - udanie - Lesplotom), ale do powalczenia ze społecznościowymi potentatkami - Lesbijką.org i Kobiety Kobietom. Rzecz tym bardziej trudna, że w międzyczasie komputery polskich użytkowniczek internetu zawojował również Facebook, który potrzeby społecznościowe zaspokaja wcale nieźle. O kłopotach z prowadzeniem dużych portali pisałam już trochę tutaj, tak że nie będę się powtarzać, tym bardziej że, aby taki duży portal prowadzić, trzeba go najpierw mieć. Dlatego mam nadzieję, że redakcja W stronę kobiet ma pomysł na przyciągniecie do siebie większej społeczności - bo własne dobre newsy czy regularne aktualizowanie portalu nie jest w tym przypadku najważniejsze, co pokazuje przykład wspomnianych już sieciowych potentatek. Tak czy siak - trzymam kciuki i oczywiście dodaję do linkoteki.

A na koniec również sieciowy newsik, tym razem z półki z napisem "Kobiety Kobietom". Otóż właśnie (ciut późno...) pojawiły się wyniki zeszłorocznej edycji rankingu 80 kobiet. Można jeszcze głosować w tegorocznej edycji i spróbować przesunąć L-wordową gromadkę na niższe niż czołowe pozycje, a Ani Difranco na wyższą niż 71 (skandal, swoją drogą). Pewnie się nie uda, ale co tam, powalczyć zawsze warto. Dla nieuświadomionych - 80 kobiet to powstały w 2003 roku na fali filmu "8 kobiet" ranking tych naj-, naj-, naj-, oczywiście według użytkowniczek KK. Kiedyś budził ogromne emocje, po zmianie zasad głosowania (teraz oceniać kandydatki można tylko raz w roku, kiedyś można było codziennie - to dopiero była walka!) już zdecydowanie mniejsze, ale i tak w moim odczuciu pozostaje jedną z najfajniejszych inicjatyw w historii portalu. Co nie zmienia faktu, że domagam się przywrócenia starych zasad głosowania oraz wymiany co najmniej kilku nazwisk w rankingu na jedyne słuszne i najlepsze.

niedziela, 6 grudnia 2009

Grudniowe pocieszajki

Zbliża się przerwa świąteczna, co w moim przypadku oznacza, że nastrój mam taki sobie. Jak co roku żałuję, że nie załatwiłam kwestii prezentów na przykład w sierpniu, bo teraz każde wejście do jakiegokolwiek sklepu oznacza obowiązkowe zetknięcie z piosenkami i ozdobami świątecznymi, choinkami, "promocjami" i oczywiście z dzikim i wcale niepodekscytowanym całym tym zgiełkiem tłumem. Jak co roku mówię sobie, że następnym razem drugą połowę grudnia spędzę nad ciepłym morzem, na leżaczku, obstawiona drinkami z parasolkami i obłożona ulubioną lekturą, i jak co roku wiem, że przez przynajmniej kilka najbliższych lat to nie wyjdzie. Do tego dochodzą coraz śmielsze testy sylwestrowych fajerwerków dokonywane przez małoletnich piromanów, od czego nasz pies ma ataki paniki, i świadomość, że znowu trzeba będzie kursować między moją gdańską (biologiczną) a warszawską (z wyboru) rodziną, bo wszak to rodzinne święta, a jako że ja ich wszystkich w sumie lubię, za nic nie chciałabym im sprawić przykrości "demonstracją" wcale nierodzinnego podejścia do tych "najważniejszych dni w roku".

W związku tym wszystkim funduję sobie rozmaite pocieszajki i dziś będzie o kilku z nich. Pierwsza jest książkowa, a jej autorka to Connie Willis. Zazwyczaj określana jako twórczyni science fiction (ma zresztą na koncie najwięcej nagród Hugo i Nebula ze wszystkich pisarek i pisarzy tego gatunku), jednak o ile jej pierwsze opowiadania rzeczywiście można spokojnie zaliczyć do nurtu ekologicznej fantastyki naukowej, o tyle już z powieściami, jak "Przewodnik stada" czy "Nie licząc psa", jest znacznie trudniej, bo tam warstwa obyczajowa jest równie ważna jak w sumie dyskretny sztafaż fantastyczny. Przy okazji muszę się przyznać, że to właśnie "Przewodnik stada", którego bohaterka jest socjolożką, a konkretnie badaczką trendów i mód, natchnął mnie do szukania źródła kłopotów z wizerunkiem polskich lesbijek, czemu wyraz dałam w poprzednim poście. Ostatnio za wydawanie Willis wzięła się Agencja "Solaris" (ciekawe, czemu "agencja", a nie "wydawnictwo", swoją drogą), dzięki czemu zanabyłam sobie zbiór opowiadań "Śmierć na Nilu", w którym znalazłam aż dwie świąteczne, a zarazem anykonsumpcyjne historie, w związku z czym zrobiło mi się nieco lepiej. Tak że jak szukacie inteligentnej poprawiaczki nastroju, Willis jest jak znalazł (o ile odpuścicie sobie jej wczesną pesymistyczną twórczość).  

Moja druga pocieszajka jest stricte rozrywkowa, a nazywa się lip dub. Dla nieuświadomionych (do których do niedawna należałam) lip dub to nagranie wideo, które łączy technikę lip synchronization (dopasowywanie dźwięku do ruchu warg) oraz dubbing, w efekcie czego powstaje teledysk, w którym amatorzy udają, że wykonują daną piosenkę, i wzbogacają ją o własną interpretacją wizualną. Początki lip dub to występy solowe, potem (w 2007 roku) zaczęły powstawać nagrania grupowe, pomysł podchwycili też pracownicy biurowi, z czego narodził się office lip dub, a w 2008 roku na Uniwersytecie Hochschule Furtwagen w Niemczech zrodził się pomysł na wersję uniwersytecką. Niemieccy studenci zrealizowali film, w który zaangażowało się ponad sześćdziesiąt osób - "piosenkarzy", statystów, asystentów, profesorów. A wyszło tak:



W rezultacie narodził się uniwersytecki lip dub, którego główne zasady to realizacja całego filmu za pomocą jednego ujęcia oraz udział przynajmniej jednej osoby z kadry uniwersyteckiej. Pomysł Niemców podchwyciły inne kraje, ostatnio również Polska. Więcej o zjawisku tutaj, warto też poszukać innych (szczególnie uniwersyteckich) klipów na Youtube. Jak dla mnie - świetna zabawa.

Trzecia pocieszajka to przygotowania do programu świątecznego. Teraz już mogę zdradzić część szczegółów. Otóż na występ z nami dali się namówić między innymi Marcin i Michał z Homików, Abiekt, Ela Wycech (kabaret E.K.G, a ostatnio stand up comedy w Ustach Mariana) i nasze wspaniałe reżyserki jako para aktorów niekonwencjonalnych. Do tego będzie kilka naszych skeczy wybranych w głosowaniu na Homikach (oczywiście w świątecznych aranżacjach) oraz chyba dwa specjalnie na tę okazję napisane numery. Tak że zapraszam serdecznie do UFY na 12 grudnia i do Ust Mariana na 17 grudnia.

A skoro już przy Ustach Mariana jesteśmy, to mój ulubiony polski stand-upowiec (występujący właśnie tam) nazywa się Krzysztof Unrug i wygląda tak:



Jutro znów dzień pracy, a ja mam wrażenie, że w weekend jak zwykle nic nie zrobiłam. Chyba zgłoszę zapotrzebowanie na szkolenie z zarządzania wolnym czasem.

PS Właśnie pojawiła się kolejna pocieszajka - recenzja naszego ostatniego występu na blogu Neo. Link również w komentarzu pod tym postem, ale miejsce należy się i tu.

sobota, 5 grudnia 2009

Lesbijek z wyglądem kłopoty

Na początek chwila na reklamę. Jakiś czas temu w sieci pojawił się kolejny serial z lesbijkami bynajmniej nie w tle - "Seeking Simone". Tym razem jest to produkcja kanadyjska. Koleżanka z Fioletowej Windy niemal na bieżąco dodaje napisy, tak że serial jest dostępny również dla nieanglojęzycznych użytkowniczek i użytkowników sieci. To produkcja niewątpliwie niskobudżetowa, oparta głównie na dialogach, ale naprawdę zabawna. Fabuła kręci się wokół jakże dobrze większości z nas znanego tematu szukania miłości przez internet. Więcej nie napiszę, zapraszam do oglądania - na Fioletowej Windzie lub na stronie serialu. A na zachętę wrzucam trailer:


Skoro już przy Windzie jesteśmy, blog przeszedł sporą metamorfozę, właściwie śmiało można go już określić mianem blogoserwisu. Czekam na kolejny krok, czyli obiecany portal, a przy okazji apeluję o zmianę kolorystyki, bo strasznie nie lubię smutnych szarych stron. Ale może tylko ja tak mam.

Miałam już nie pisać o płci i kategoriach "męskości" i "kobiecości", ale ten temat pojawia się ostatnio w najmniej oczekiwanych miejscach i konfiguracjach, no i w którymś momencie zaczęłam się zastanawiać, kiedy się ta dyskusja w ogóle w Polsce zaczęła. Ale może od początku. Jakiś czas temu w którymś komentarzu tutaj wyraziłam zdziwienie, że kwestia butch - femme nie jest jeszcze w Polsce przerobiona. Bo od dość dawna byłam przekonana, że jest. A konkretnie od 2000 roku, kiedy to w ogóle dotarło do mnie, za sprawą drugiej części filmu "Gdyby ściany mogły mówić 2", że w ogóle może to być jakiś problem. Dla przypomnienia, akcja tej części dzieje się w 1972 w Stanach Zjednoczonych, a jej bohaterki to grupa działaczek, które nie potrafią zaakceptować tych lesbijek, które w ich opinii "przebierają się za mężczyzn". Pamiętam, że po obejrzeniu filmu uznałam tę część za wielce wydumaną, pewnie dlatego, że większość moich znajomych lesbijek może i nie bandażowała sobie piersi i nie nosiła garniturów, ale mimo wszystko preferowała krótkie włosy, a jeżeli nawet w tej kwestii się wyłamywała (jak ja), to nadal królował styl sportowy. Ba, pamiętam nawet swoje zdziwienie, gdy któregoś razu w nieistniejącym już poznańskim klubie Cafe 2000 przysiadła się do nas klasyczna femka - długowłosa, w pełnym makijażu, z pomalowanymi paznokciami, w kiecce. No proszę, to i w Polsce są takie lesbijki! Oczywiście zdawałam sobie wówczas sprawę, że polskie lesbijki były, są i będą różnorodne, ale też, jako że czerpałam swoją wiedzę głównie z klubów i pollesowych zlotów, moje doświadczenia były mimo wszystko dość jednorodne.

Z tamtych czasów kojarzę też ogłoszenia w rodzaju "tylko kobiece less" (sic!), ale tego typu zastrzeżenia zawsze składałam na karb indywidualnych preferencji. Jak "powyżej trzydziestki" czy "niepaląca". Bardziej niepokoiły mnie wymagania w rodzaju "spoza środowiska" albo "paniom bi dziękuję". Ale żeby "kobiece" lesbijki miały jakiś szczególny problem z tymi "mniej kobiecymi"? Nie, tego nie pamiętam. Nie kojarzę też tego typu dyskusji na liście Polles, która do pewnego momentu była jakimś tam probierzem nastrojów polskich lesbijek i kobiet biseksualnych. Choć oczywiście możliwe jest, że wtedy też takie rozmowy się działy, tylko po prostu tego nie zauważyłam. Ostatnio jednak, jako że temat "reprezentantek środowiska" powraca właściwie przy każdej nadarzającej się okazji, w końcu jednak rzucił mi się w oczy. Pytanie, kiedy się to zaczęło. Bo dlaczego, to chyba wiem.

Nasz kłopot polega na tym, że po 1989 roku jednocześnie spłynęły na nas wszystkie zdobycze zachodnich ruchów - i te zupełnie współczesne, i te z lat '70 ubiegłego wieku, i wcześniejsze. Stąd esencjalistyczna akcja "Niech nas zobaczą" na trzy lata po upadku queerowej "Furii Pierwszej", nawoływanie, by wykluczać drag queens z parad w czasie, kiedy na dobre działało już wrocławskie Koło Naukowe Queer Studies "Nic tak samo", poczucie nieprzystawalności postulatów teoretyków ruchu do tego, co robią działacze, poczucie nieprzystawalności działań działaczy do oczekiwań wyimaginowanego środowiska, stąd też w końcu problemy z butch, femme, androginicznością, męskością, kobiecością i tak dalej. Bo myśmy tak naprawdę nigdy tych kwestii nie przerobili. Do tego dochodzi ogólna frustracja związana z faktem, że po latach walki o nasze prawa wciąż mamy bardzo niewiele. A z tej frustracji rodzą się skrajne odłamy i opinie.

Ale wróćmy do głównego pytania - kiedy. Kiedy właściwie z fazy "tylko kobiece" w ogłoszeniach przeszłyśmy w fazę "to te męskie lesby są odpowiedzialne za całe zło, które mnie spotyka"? I jaka jest właściwie skala tego zjawiska? Poboczne pytanie jest takie, czy istnieje zachodni odpowiednik tego, co się wydarzyło w Polsce po 1989 roku, czyli na większą widoczność i aktywność w organizacjach czy mediach lesbijek stereotypowo określanych jako męskie.

Na to, kiedy zaczęło być naprawdę nieprzyjemnie, mamy z Gosią dwie teorie. Jedną bardziej poważną, jedną mniej. Ta pierwsza ma sporo wspólnego z przełomem kulturowym na początku lat '90 ubiegłego wieku. Otóż kilka lat temu dorosło pierwsze pokolenie VIVY (telewizji muzycznej, nie magazynu) - od dziecka karmione zachodnią sieczką, dla którego to, jak ktoś wygląda, liczy się znacznie bardziej niż dla ich starszych o kilka lat kolegów i koleżanek. Oczywiście generalizuję, bo dzisiejsze czterdziestolatki czy trzydziestoparolatki też w czasach swojej nastoletniości czy dwudziestoparoletniości lubiły się modnie ubrać czy fajnie wyglądać, ale chyba jednak w większości nie przykładały aż tak wielkiej wagi do wyglądu. Teraz wygląd to niestety dla wielu podstawa, co zresztą najlepiej chyba można zaobserwować w tych klubach, do których przychodzą nie tylko nastolatki. Otóż o ile te, które, przynajmniej fizycznie, nastolatkami już nie są, ubrane są zazwyczaj dość zwyczajnie (Gosia powiedziałaby "sportowo"), a wymalowane dyskretnie, o tyle młodsze dziewczyny prezentują przekrój hipermarketowej mody - od masówki rodem z H&M czy Reserved po ciut wyższe półki. Po raz kolejny generalizuję rzecz jasna, tak że proszę nie pisać "ja nie". W każdym razie, zgodnie z teorią numer jeden, problemy nowych femek (tych konkretnych, sprzeciwiających się obecności "mniej kobiecych" kobiet w mediach) zaczęły się w momencie, gdy te femki dorosły. Lub, jeżeli jednak pamiętają coś sprzed 1989 roku, w momencie, kiedy przejęły zachodni kult wyglądu.

Teoria numer dwa mówi, że wszystkiemu winien jest serial "The L Word", który w 2004 roku, oprócz rozlicznych klonów Shane (najmniej "kobiecej" z głównych bohaterek, ale nadal odpowiednio ufryzowanej, umalowanej i ubranej) wprowadził na lesbijskie salony szereg długowłosych burżulesek w garniturkach i garsonkach od Gucciego. No i jako że, jak już kawał czasu temu zauważyła pierwsza polska lesbolożka Alicja Długołęcka, polskim lesbijkom brakuje wzorców, to nic dziwnego, że ów serial miał u nas tak potężną siłę rażenia. A słowo "wzorzec" dla wielu osób jest tożsame ze słowem "wygląd", więc w efekcie mamy "prawdziwe lesbijki" i "te, które chcą się upodobnić do facetów i robią prawdziwym lesbijkom złą prasę".

Ale to wszystko teorie, bo bazuję właściwie jedynie na swoim i Gosi doświadczeniu. Tak że zapraszam do dzielenia się swoimi przemyśleniami i obserwacjami, bo może nurtuje mnie problem, którego nie ma, lub też który został już dawno opisany i zdiagnozowany.

wtorek, 1 grudnia 2009

Kabarety homoseksualnego niepokoju

Kojarzycie bon mot Magdy Mołek "kabaret homoseksualnego niepokoju" z wywiadu z nami? Sama na to nie wpadła, to pierwotny (później, na potrzeby druku, skrócony) tytuł tekstu o wątkach homoseksualnych w polskim kabarecie, który popełniłam jakś czas temu dla "Repliki". Tekst jest tu, a wspominam o nim nie tylko dlatego, że jakoś tam został przywołany w telewizorze, ale też z tego powodu, że od jakiegoś czasu noszę się z myślą uzupełnienia go o kilka pominiętych wówczas przykładów, oczywiście wyłącznie pozytywnych.

Na początek jednak dwa skecze, które w tekście opisałam, a które wówczas rozwaliły mnie swoją progresywnością (bo niestety nadal większość kabaretowych gejów - o lesbijkach niemal nie ma co wspominać - robi za przegięty, choć czasami sympatyczny, dodatek do heteroseksualnego człowieka). I oba są dziełem Kabaretu Moralnego Niepokoju, za którym skądinąd nie przepadam. Pierwszy powstał za rządów trójcy PiS, LPR i Samoobrona i znakomicie przerysowuje podsycane przez nią obawy związane z nadaniem równych praw gejom i lesbijkom:


Jeszcze fajniejszy (i bardziej jednoznaczny, bo teraz, gdy rządy niezwykłej trójcy już niektórym trochę się w pamięci zatarły, niektórzy odbierają "Przyszłość Polski" jako homofobiczną) jest numer "Ojciec i syn gej z partnerem", w którym syn przedstawia rodzicowi swojego nowego wybranka – nie dość, że geja, to jeszcze Niemca, co staje się dla ojca pretekstem do wygłoszenia serii ksenofobicznych i homofobicznych uwag w rodzaju "Z trudem, bo z trudem, próbuję zaakceptować twoją odmienność seksualną. Jesteś po prostu chory, ale będziemy cię operować, pojedziemy do Stanów, są pieniądze (...) Coś ci wytną, przyszyją, wprują, wyprują", "Czy naprawdę twój chłopak musi być z Hitlerjugend?". Całość do obejrzenia tu, naprawdę warto.

A teraz to, co mi wówczas umknęło. Przede wszystkim (bo narzekałam wówczas na nieobecność lesbijek w kabarecie) piękna parodia t.AT.u. w wykonaniu nieistniejącego już kobiecego kabaretu Szum, który ostatnio połowicznie się odrodził w postaci Słoiczka po cukrze. Z obiema odsłonami tego kabaretu ja mam zresztą taki problem, że je lubię i nie lubię jednocześnie. Nie lubię, gdy jadą po feministkach, bo robią to zwyczajnie głupio (a głupie nie są). Lubię za grę, imidż i pomysłowość. I lubię za to, co zrobiły z t.AT.u.:



Moje drugie ówczesne przeoczenie jest większego kalibru, bo dotyczy kabaretu Potem, czyli zespołu stojącego o wiele półek wyżej niż większość (a właściwie wszyscy) współcześnie występujących. Chodzi o skecz "Miłość potrafi zaskoczyć". Jak zwykle z klasą, pomysłem, bez polityki i krzyny wulgarności (bo naprawdę nigdy nie zrozumiem, dlaczego, gdy "artysta" puentuje skecz na przykład słowami "ja pie..." czy "o ku...", publika się śmieje):



A na koniec - jak to robią za granicą, czyli jeden z potterowskich skeczy z programu Big Gay Sketch Show, produkowanego przez Rosie O'Donnell a reżyserowanego przez Amandę Bearse (otwarte lesbijki) dla amerykańskiej telewizji Lego:

Życie po TVN i parę androgynicznych klipów

Strasznie śmieszne rzeczy się dzieją po naszym wypadzie do TVN. Ci, którzy nas znają i lubią, piszą, że było w porządku i psioczą na nieprzygotowanie prowadzących. Komentatorzy na stronie TVN marudzą na nasze nieprzygotowanie, ewentualnie tępotę lub pożerający nas stres. Lesploty popełniły prześlicznego newsa, w którym pochwaliły nasze wdzianka, zrzuciły przerwy w konwersacji na wczesną porę występu (oj wczesną, szczególnie że po piątkowym występie położyłyśmy się spać o drugiej nad ranem) i zauważyły podprogowe sygnały wysyłane do Magdy Mołek (obawiam się, że to o mnie chodzi). Najbardziej jednak zaskoczyły mnie Przeploty, które nas... chwalą. Wprawdzie w krótkich żołnierskich słowach skromnie okraszonych uroczą analogią między spermą na wizji a tłuczeniem jaj na omlet dla męża przez spoglądające znad garów w telewizor gospodynie domowe, ale to naprawdę miłe, szczególnie po poprzednim newsie, na który żaliłam się tutaj. Słowem, jedni dbają, aby nie było nam za dobrze, drudzy - cudownie dopieszczają, więc w efekcie powinno mi być nijako, ale nie jest, bo, co tu dużo mówić, na zdaniu tych drugich zależy mi jednak bardziej. Co nie znaczy, że konstruktywnej krytyki nie biorę pod uwagę. Troszkę biorę. No, troszeczkę.

Ale dość o mnie:) Ostatnio głośno zrobiło się o niejakim Madoxie, który dał się poznać w TVN-owskim "Mam Talent". Mnie Madox jakoś nie przekonuje (bo Davidem Bowie to on jednak nie jest), ale miło w masowych mediach zobaczyć kogoś tak pięknie nieokreślonego płciowo. Z tej okazji kilka piosenek z androgynicznymi motywami.

Na pierwszy ogień idzie Joan Jett i jej "Androgynous" z wydanej w 2006 roku płyty "Sinner". Poza tym, że pasuje tematycznie, wrzucam też dlatego, że Joan wygląda w tym klipie po prostu fantastycznie. Na tyle fantastycznie, że nie sądziłam, że to tak świeża rzecz. Jak będę w jej wieku, chyba zapuszczę włosy. Choć nie wiem, czy mi to pomoże.



Teraz rzecz mocniejsza, bo "Androgyny" Garbage (płyta "Beautiful", 2001), czyli Shirley Manson w wersji, jaką kocham najbardziej (no, może obok "Paranoid"). Garbage to jeden z niewielu mocniej grających zespołów z czasów mojej młodości chmurnej i durnej, do których nadal wracam.



Na deser moi idole z czasów jeszcze wcześniejszej młodości, czyli zespół Suede i piosenka "The Drowners" (debiutancki singiel grupy z 1992 roku). Zabawne, że w czasach, kiedy jeszcze nie do końca wiedziałam, kto mnie pociąga, podobali mi się właśnie tacy faceci jak frontman Suede Brett Anderson (ewentualnie glamrockowcy w rodzaju Marka Bolan z T Rex). Zresztą w tamtych czasach namiętnie pisałam opowiadania, których bohaterami byli geje. Żeby było ciekawiej, kompletnie nie zdawałam sobie z tego sprawy, zorientowałam się dopiero, gdy wróciłam do moich zapisków po paru dobrych latach. Ale dość o mnie:)

sobota, 28 listopada 2009

Dobry wieczór UFO, dzień dobry TVN (akt. JEST WIDEO!)

No i co ja mam napisać? Chyba było dobrze. W tym TVN-ie, znaczy się. Bo że występ w UFIE był w porządku, to już nasze reżyserki nam powiedziały, a komu jak komu, ale im muszę wierzyć. Zresztą jak dostaniemy zmontowany materiał i go wrzucimy, to ocenicie i najwyżej przekłujecie ten balonik, w który się powoli zmieniam.

Ale ad rem. Plusy wczorajszego występu w UFIE to profesjonalna organizacja, świetne nagłośnienie (głównie dzięki ekipie z filmówki, która przyszła nas kręcić i przy okazji przytaszczyła mikroporty, ale nasze ulubione studio Fonia też dorzuciło swoje trzy grosze), mnóstwo znajomych twarzy na widowni, no i to, że stare, ale na nowo zaaranżowane skecze, nam po prostu wyszły. Oraz Łukasz, iluzjonista, który pokazał kilka numerów przed naszym występem oraz po - już indywidualnie, przy stolikach. Dodatkowy bonus to Neo (którego tekstem o nas zachwycałam się tutaj i którego komentarze zagościły na moim blogu mam nadzieję już na dobre) z Beatuszką, którzy, jak się okazało, promują nas, gdzie tylko mogą, a szczególnie w Anglii i w Australii. Minus był w zasadzie tylko jeden - pod koniec występu zgubiłam gąbeczkę osłaniającą mikroport, na czym ucierpiał ostatni skecz (niesamowite, ile hałasu potrafi zrobić taki drobiazg w kontakcie z koszulą).

A TVN? Jeśli chodzi o profesjonalizm prowadzących, to, szczególnie w porównaniu z WP.tv, niebo a ziemia. Nie mówię o przygotowaniu, bo nie mam pojęcia, jak wyglądają przygotowania do serii sześciominutowych rozmówek na żywo (po nas był fizyk od czarnych dziur, przed nami, o ile dobrze widziałam, jakieś kulinaria), ale o podejściu. Magda i Andrzej (a co!) byli otwarci, bezpośredni i mili. Ba, wyglądali nawet na całkiem nami zainteresowanych. Pytań padło jak na tak krótką rozmowę całkiem sporo, jakimś cudem udało nam się poruszyć i tak lubianą przez Was kwestię męskości i kobiecości (no wiecie, butch i femme to takie stereotypowe określenia typów lesbijek, butch to taka z krótkimi włosami i w spodniach, a femme wygląda tak jak ty, Magdo), i politycznej poprawności (w Polsce nie ma czegoś takiego, ale my mamy taki skecz, w którym lesbijka przychodzi do banku spermy, chce być donatorką, nie wychodzi jej i zrzuca to na dyskryminację; swoją drogą, z tego fragmentu jestem naprawdę zadowolona, bo nie ma to jak sperma w telewizji śniadaniowej), i naszej widowni, i tematyki skeczy, i pochodzenia nazwy kabaretu (Furja: "No bo my nie jesteśmy ani barbie, ani girls", ja: "Ja tam jestem girl!"). Na dodatek pokazali fragment naszego skeczu "Dziewczyny z okładki", w którym bardzo cierpi nasze ego (więcej nie zdradzę, a nuż ktoś nie widział). Nie wiem, czy wrzucą rozmowę z nami na swoją stronę internetową, mam nadzieję, że tak, bo tempo wywiadziku było tak szalone, że na pewno nie wszystko zapamiętałam. A poza tym sama jestem ciekawa, jak to całościowo wyszło.

A tak naprawdę najpiękniejsze we wczorajszym wieczorze i w dzisiejszym poranku jest to, że są już za nami. I że następny (świąteczny i pełen niespodzianek) występ dopiero 12 grudnia. Bo choć mnie cały ten zgiełk wokół nas już tak nie stresuje jak kilka postów temu, to jednak marzę o odpoczynku i chwilach po pracy tylko dla siebie. I dla Was oczywiście też:)

Edit: Już jesteśmy na stronie TVN. Opis wideo niestety fatalny, ale tak czy siak zapraszam do oglądania i komentowania tu.

A tu pamiątkowy screenshot:


czwartek, 26 listopada 2009

Ten blog nie jest dla...

Tytuł to oczywiście żart, ale, jak się być może domyślacie, sam post będzie o czymś tutaj nowym, czyli o zasadach. Powód to dyskusja pod poprzednim postem, z której wycięłam kilka obraźliwych komentarzy.

Trzyczęściowy Garnitur powstał z paru powodów. Główny to przyjemność - moja i, o ile chcą w niej partycypować, również czytających. Pozostałe powody mają coś wspólnego z potrzebą pisania, dzielenia się przemyśleniami, weryfikowania spostrzeżeń itd. itp. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że niektórzy wchodzą tu z innych powodów niż dla przyjemności (wszak sama odwiedzam Frondę, a masochistką jednak chyba nie jestem), z sympatii czy z pragnienia pogadania z ludźmi o podobnych poglądach czy pasjach. Niemniej jednak przez wzgląd na te i tych z Was, którzy po prostu lubią tu zaglądać, i na mnie, bo dla odmiany lubię tego bloga prowadzić, postanowiłam jednak wyartykułować jakieś zasady.

Ten blog, jak już napisałam w komentarzu pod lodówkowym postem nr 2, jest miejscem kulturalnej wymiany myśli. Nie oznacza to bynajmniej, że mamy sobie jeść z dzióbków czy we wszystkim się ze sobą zgadzać, ale niedopuszczalne jest chamstwo i personalne ataki na innych czytających i czytające. Takie komentarze będę usuwać. O tym, co jest chamstwem i/lub personalnym atakiem, decyduję ja. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że nie jestem nieomylna, tak że jeżeli zauważycie, że nie interweniuję w przypadku Waszym zdaniem wartym interwencji, napiszcie o tym - w komentarzu lub na maila. Jeżeli moja interwencja wyda się Wam pochopna - również proszę o sygnał, większość usuniętych komentarzy archiwizuję i mogę przywrócić (chyba że się pomylę i w amoku usunę na zawsze). Trochę inaczej jest z personalnymi atakami na mnie. To znaczy nadal decyduję ja, ale komentarz usunę jedynie wówczas, gdy się wkurzę. Generalnie jestem spokojna, choć dopuszczam możliwość, że tylko tak mi się wydaje.

I na koniec - wiem, że jest to dość niszowe miejsce i że tak w ogóle osób, które się ze mną przynajmniej po części zgadzają, jest znacznie mniej niż tych, które się ze mną w ogóle nie zgadzają. Tak że jeszcze raz chciałabym podkreślić, że różnice poglądów są tutaj nawet nie tyle dopuszczalne, co wręcz w tego bloga wpisane. Wierzę jednak, że nawet najwięksi oponenci i oponentki są w stanie wyrażać swoje myśli w sposób nieobraźliwy dla innych czytających. Tak, wiem, jestem idealistką. Mimo wszystko proszę jednak o myślenie nie tylko o swoich zawsze słusznych i ważnych racjach (piszę to bez ironii), ale również o odczuciach innych. W sieci jest mnóstwo chamstwa i pewnie większość z nas już do tego przywykła, a część nawet uważa, że obrażanie innych jest tożsame z wolnością słowa. Tak, jestem wielką fanką wolności słowa. Co nie znaczy, że pozwolę obrażać gości w swoim własnym domu.

środa, 25 listopada 2009

I znów strach otworzyć lodówkę

Coś mamy szczęście do publikacji wywiadów z nami sprzed paru miesięcy (to broń bogini żaden przytyk, po prostu stwierdzenie faktu i przy okazji wytłumaczenie, dlaczego mówimy o czerwcu, a nie na przykład o październiku), bo oto w końcu wyszła nowa "Zadra". I to nie byle jaka, bo jubileuszowa - jedyny feministyczny polski magazyn ma już bowiem 10 lat!



Z tej okazji ruszył też zadrzany blog - 10latzadry.blox.pl. Dodaję do linkoteki i wyrażam nieśmiałą nadzieję, że nie podzieli losów innego feministycznego bloga Bez jaj, który od jakiegoś czasu niestety dogorywa, a szkoda, bo dyskusje na nim bywały pasjonujące. Aha, w nowej "Zadrze" znajdziecie nas na s. 13 i kilku kolejnych.

Żeby było jeszcze gorzej, w najbliższą sobotę pokażemy się w "Dzień dobry TVN". O jakiejś nieludzkiej godzinie, bo chyba o 8.40, gdyby nie to, że tam będę, na pewno bym tego nie oglądała (pomijając już taki drobiazg jak brak telewizji w domu). Ale pewnie pokaże się i na internetowej stronie programu, a jak odpowiednio narozrabiamy, to i na Youtube. Z tym rozrabianiem to oczywiście żart, ale faktem jest, że program będzie na żywo, tak że będziemy się musiały zdrowo namęczyć, by godnie reprezentować środowisko LGBTQetcetera. He, he. Na przykład przez pierwszą minutę dopytywać się, czy już jesteśmy na wizji i do której kamery mamy mówić. Albo poprosić prowadzących o autografy. Albo pozdrowić rodzinę i przyjaciół. Albo... No tak, tym się ostatnio z Gosią zajmujemy - układaniem najbardziej absurdalnych scenariuszy rozmowy. To się nazywa profesjonalne przygotowanie, na wypadek, gdybyście nie wiedzieli.

A tak serio, to po ostatnich dyskusjach o fotoreportażu Hani Jarząbek (bo niezła jatka była też na Kobiety Kobietom) wyszło mi, że tak naprawdę naszą (osób nieheteroseksualnych) obecnością w dyskursie publicznym najbardziej się przejmują i najwięcej dziwnych wniosków z niej wyciągają właśnie osoby nieheteroseksualne. W związku z czym każdy, kto się w mediach pokaże, jest automatycznie na cenzurowanym - no bo jak to, przecież "my" tak wcale nie wyglądamy, nie mówimy, nie mamy takich poglądów, spodni i fryzur. Przecież "one" nas nie reprezentują. Przecież ta i kolejna akcja krzywdzi "środowisko", pogrąża je i piętnuje. Może się mylę, ale jakoś mam wrażenie, że tak zwane społeczeństwo naprawdę się nie przejmuje fotoreportażem Hanki (tak jak nie przejęło się fotoreportażem Ani Bedyńskiej o parze gejów, a nawet nagrodziło go Grand Pressem i jakoś nikt nie marudził, że przecież chłopcy są tacy "niemęscy", ba, nawet się malują!) czy występami jakiegoś tam kabareciku. Ot, najwyżej paru krzykaczy pokrzyczy, że panowie ciotowaci, panny brzydkie, a żarty nieśmieszne. Społeczeństwo się może troszeczkę przejmie, gdy do mitycznej szkoły trafi mityczna ulotka promująca bezpieczny seks albo gdy Raczek i Szczygielski dostaną kolejną Różę "Gali". Ale i tak nie liczyłabym na to, że ktoś będzie o tym szczególnie w sklepie czy innej pracy dyskutować. Umówmy się, my naprawdę nie mamy aż tak wielkiej siły oddziaływania i nikt się specjalnie naszym wizerunkiem nie przejmuje (a nawet gdyby kiedyś było w końcu inaczej, to nadal uważałabym, że dla nosicieli i nosicielek wizerunku nie powinno to mieć żadnego znaczenia).

Zresztą ten brak siły oddziaływania martwi mnie chyba znacznie bardziej (albo przynajmniej tak samo) niż przypisywanie ogromnego znaczenia niszowym akcjom przez naszych LGBTQetcetera. Bo gdyby każda książka czy reportaż wywoływały jakiś niesamowity ferment w społeczeństwie, to jeszcze mogłabym ten strach przed "wypaczeniem wizerunku" jakoś zrozumieć. A tak wychodzi na to, że statystyczny Polak do spółki ze statystyczną Polką mają nas gdzieś, a my się boimy wszystkiego, co nawet bardzo teoretycznie mogłoby kogoś niezaangażowanego ruszyć i sprawić, że wyrazi swoją opinię. Oczywiście ma to sporo wspólnego z homofobią. Tą zewnętrzną i tą zinterioryzowaną. Ale jakoś tak się dziwnie składa, że bardziej niż chłopcy wszechpolscy wydurniający się na kontrparadowych pikietach ruszają mnie głosy anonimowych gejów i lesbijek w rodzaju: "Kiedyś nie było parad i była tolerancja. To ci działacze wszystko popsuli". Bo co z tego, że dożyliśmy czasów, w których dzień bez osób nieheteroseksualnych w mediach to dzień stracony, w których w oficjalnych mediach promuje się naszą kulturę i nikt przeciw temu nie protestuje (albo protestują nieliczni), skoro mentalnie nadal tak wiele tych osób jest w czasach "robienia tego w domu po kryjomu".

niedziela, 22 listopada 2009

Tajemnica Kary Auchemann (akt. NOWE "FAKTY")

W 2006 roku na Homikach ukazał się tekst "Abecadło młodego homika". Dla nas ciekawa jest literka T:

T – Tajemnica Kary Auchemann. Wokół postaci redaktorki wortalu Lesbijka.org aura tajemniczości wisiała od zawsze, jednak wraz ze śmiercią tej kreacji sprawa pogmatwała się całkowicie. Wobec tajemnicy Kary Auchemann problem znalezienia bursztynowej komnaty wydaje się dziecinnym zadaniem.

Kara Auchemann pojawiła się w internecie w 1998 roku. Najpierw jako Wiedźma na liście dyskusyjnej Polles (mój tekst o Polles tu), potem jako współtwórczyni jednej z pierwszych stron dla lesbijek i kobiet biseksualnych Inny Kraków, przekształconej następnie w Les.queer.pl, a w końcu w istniejący do dziś wortal Lesbijka.org. W czerwcu 2005 roku ten ostatni opublikował informację o jej śmierci. Posypały się kondolencje. Większość portali ograniczyła się do wyrażenia żalu, smutku i wyrazów współczucia bliskim Kary. Wyłamał się portal Gaylife, publikując tekst "Tajemnicza Kara nie żyje?", w którym naczelny portalu poddawał w wątpliwość fakt istnienia Kary i przytaczał dwie hipotezy co do jej prawdziwej tożsamości - legendarna założycielka Lesbijka.org miała być w rzeczywistości alter ego Marzeny Chińcz lub Janusza Marchwińskiego (w tamtych czasach redaktora naczelnego Innej Strony; hipotezę, jakoby Kara była Januszem, miało potwierdzać nazwisko Auchemann, akronim słów "auch ein mann" - "także mężczyzna"). Wyłamało się też wielu użytkowników i użytkowniczek portali, na których ukazały się kondolencje, również negując w komentarzach fakt istnienia Kary gdziekolwiek poza światem wirtualnym. Oczywiście znaleźli się i tacy, którzy twierdzili, że znali ją osobiście (lub - częściej - znali kogoś, kto znał ją osobiście) oraz że żądania, by, skoro tak było, potwierdzili jej istnienie, są śmieszne i uwłaczające godności osoby, która za życia zrobiła bardzo wiele, by chronić swoją prywatność.

Rzeczywiście jak na osobę, która przez siedem lat trzęsła lesbijskim internetem, Kara pozostawiła po sobie w sieci zaskakująco niewiele. Jeden wywiad, udzielony w 2003 roku Innej Stronie. Jedno zdjęcie, ponoć niewyraźne i obecnie dostępne jedynie VIP-użytkownikom Gaylife. Kilka tekstów i komentarzy. Zniknęły jej wpisy na Lesbijka.org oraz wiele dyskusji, które toczyły się po jej śmierci, między innymi chyba ta najgorętsza - na portalu Kobiety Kobietom. Niedostępne jest również archiwum pierwszej listy Polles. Prawdopodobnie najwięcej śladów po Karze miało szansę się zachować w skrzynkach e-mailowych dziewczyn, które z nią korespondowały. Bo Kara była mistrzynią korespondencji i wirtualnych romansów. Rozkochiwała w sobie dziewczyny, rozbijała związki, snuła intrygi, równie szybko potrafiła namówić kogoś na współpracę, jak i do siebie zrazić. Wysyłała zdjęcia - zawsze uniemożliwiające jej identyfikację. Umawiała się na spotkania i w ostatniej chwili je odwoływała, bo wydarzyło się coś strasznego. Pożar domu. Choroba w rodzinie. Choroba samej Kary, zawsze poważna. Jak na kogoś, kto (jak twierdzi jedna z dziewczyn, która ją znała, nie wiem, czy realnie, czy wirtualnie) obawiał się dyskryminacji (jako lesbijka i jako Romka) i dlatego chronił swoją prywatność, ta internetowa Kara miała ogromną siłę rażenia, zupełnie na pierwszy rzut oka niepasującą do kogoś, kto się boi coming outu. Ale nie jest to oczywiście żaden dowód na jej nieistnienie, w końcu nie ona pierwsza i nie ostatnia byłaby internetowym buldożerem, który w rzeczywistości okazałby się bojącą się własnego cienia szarą myszką.

Oczywiście znalazło się kilka osób, które za punkt honoru postawiły sobie rozwiązanie zagadki istnienia bądź nieistnienia Kary. Jedna z nich, po tym, jak Kara w mailu do niej przyznała, że jest zameldowana w Warszawie, zadała sobie trud sprawdzenia, czy tak jest w rzeczywistości. I dowiedziała się, że nikt o takim nazwisku w tym czasie w Warszawie zameldowany nie był. Oczywiście znowuż powodów, dla których Kara skłamała, mogło być wiele.

Pytanie, które często zadawali przeciwnicy tezy, jakoby Kara była bytem wyłącznie wirtualnym, brzmi "po co?". Po co ktoś miałby włożyć tyle czasu i wysiłku w stworzenie i podtrzymywanie swojego internetowego alter ego? Dla mnie to akurat jeden ze słabszych argumentów, bo powodów może być mnóstwo, od czystej złośliwości, po kompensację nieudanego życia w "realu". Konia z rzędem zresztą temu, kto nigdy nie odczuł nawet pokusy, by choć przez chwilę w sieci być kimś innym. Nie mówiąc już o tych, którzy tę pokusę zrealizowali.

Niezależnie od tego, czy Kara istniała, czy nie, internetowy byt noszący to imię żył przez siedem lat i zdążył w tym czasie nieźle w życiu wielu osób namieszać. Szkoda by było, gdyby został zapomniany, i niniejszym ten wpis wielkiej intrygantce dedykuję. Kto wie, może go nawet przeczyta?

Update: 3 stycznia 2010 roku Kara ogłosiła na stronie głównej wortalu Lesbijka.org, że jednak żyje. Szczegóły tu.

9 stycznia na wortalu Lesbijka.org pojawił się kolejny sygnowany jej nazwiskiem artykuł, w którym skrytykowała swój macierzysty portal. Tego samego dnia Lesbijka.org zniknęła z sieci. 5 marca naczelną została ponownie Marzena Chińcz, a 19 marca wortal wznowił swoją działalność. Teksty "Kary" zostały usunięte bez wyjaśnienia.

5 kwietnia Marzena Chińcz napisała na forum Lesbijka.org, że "zmartwychwstała" Kara była rzeczywiście Karą:

To [...] nie był sobowtór Kary. To była Kara. Kilka lat temu zdecydowała się na zniknięcie z sieci, w czym ją wsparłam. Miała swoje powody, o których nie będę się rozwodzić, tak samo jak o całej reszcie tej historii nie będę dyskutować ani nikogo i niczego oceniać. Kiedy zdecydowała się na ujawnienie prawdy - powrót - przyznaję, że odetchnęłam z ulgą i miała w tym moje pełne wsparcie i ma je nadal. Dlatego napisałam w innym miejscu, że jeśli zdecyduje się na powrót, to ma tu zawsze drzwi otwarte, a ja nie będę tolerowała żadnych ataków na nią ani insynuacji na jej temat. Z mojej strony temat jest już zamknięty i nic więcej w nim nie dodam ani nie ujmę.

Update: Czytelniczka podesłała zdjęcie Kary z czasów Les.queer.pl:

Niepoprawny Lynch i mały coming out

Właśnie wróciłyśmy ze strasznie fajnej i kompletnie niezaplanowanej imprezy u Krzysia i Daniela, tak że dziś (w nocy) nie będzie ani o Karze Auchemann, ani o działaczostwie i innych nudach. Będzie za to kilka odkryć, które być może dla czytających tego bloga nie są żadną rewelacją, ale mnie zachwyciły i po prostu muszę się nimi podzielić. Bo tak się złożyło, że chłopaki kolekcjonują bardzo ciekawe klipy i trochę z tego, co zobaczyłam (zanim zaczęliśmy z Danielem śpiewać, przez co reszta imprezy przeniosła się na słuchawki do drugiego pokoju), chciałabym tu wrzucić, na wypadek, gdybym rano już nie pamiętała, co i jak.

Na dobry początek Stephen Lynch, amerykański komik i muzyk, który ma tę cudowną cechę, że potrafi być bardzo, ale to bardzo niepoprawny politycznie, w związku z czym dołącza do grona moich ulubieńców, obok Margaret Cho, Jeffa Dunhama i George'a Carlina. Na start coś lajtowego i w sumie uroczego, czyli "If I were gay":



A teraz co wrażliwsze osoby proszę o odejście od monitorów, bo będzie o księdzu i ministrancie:



Jako że znamy się już parę miesięcy, czas, bym zrobiła swój coming out. Otóż uwielbiam Harry'ego Pottera. Każdą część przeczytałam kilkukrotnie, co pewien czas wpadam w ciąg i wtedy nawet nowa Winterson nie powstrzymałaby mnie od ponownego przejścia wszystkich tomów. A jak nadal mam niedosyt, sięgam po fanfiki, najchętniej w wykonaniu polskiej pisarki fantasy Ewy Białołęckiej, która pod pseudonimem Toroj popełniła kilka historii spod znaku nie tyle Pottera, co raczej Snape'a i mieszkańców Slytherinu. Jak ktoś chce poczytać, to najwięcej części jest tu, szczególnie polecam „Trick or treat, czyli Halloween Severusa Snape’a”, „Dla każdego gwiazda – czyli opowieść pod choinkę” i „Hapy Niu Jer albo pojedynek czarnych charakterów". Białołęcka nie bawi się wprawdzie w opowiadania slash (yaoi), czyli nie tworzy męsko-męskich romansów w Potterze, ale za to, w przeciwieństwie do większości twórców i twórczyń fanfików, potrafi pisać. Ale jak ktoś pragnie slasha, to proszę bardzo (wersja ocenzurowana, zresztą kompletnie nie wiem, czemu, amatorki i amatorów "mocniejszych" wrażeń zapraszam tu):



A tu dla odmiany Potter w wersji zaraźliwo-muzycznej (tak że uważajcie, bo się przyczepia) i na dodatek kukiełkowej:



Czy ja już wspominałam, że nie cierpię Katy Perry? Tak, wiem, zdarzyło mi się, chyba sobie koszulkę na tę okazję zrobię, żeby ciągle tego nie powtarzać. No, ale skoro ona może, to i parodyści mogą, tak że wrzucam kolejny teledysk z panami:



Dobranoc! Bo zaraz będzie "skowronek to, a nie słowik".

piątek, 20 listopada 2009

Internet for dummies

Zrobiłam porządek w linkach w prawej szpalcie mojego garniturka - jeżeli ktoś się czuje pominięty, uwzględniony niesłusznie lub źle przyporządkowany, proszę się skarżyć, jest szansa, że uwzględnię, o ile skarga będzie wystarczająco łzawa lub znajdzie się w niej odpowiednia liczba gróźb karalnych.

Ostatnio coraz więcej osób pisze do mnie w sprawie spozycjonowania strony www lub bloga. Zaczynam się zastanawiać, czy to nie jakiś pomysł na biznes (pozycjonowanie LGBTQIetcetera-friendly), bo naszych stron pojawia się w sieci coraz więcej, ale mało która się przebija poza grono osób w jakiś tam sposób bliskie twórcom. Co mnie w sumie martwi, bo o ile od strony społecznościowej (forum, profile, ogłoszenia, blogi) i informacyjnej (kalendarium wydarzeń, newsy) największe LBTQ-portale Kobiety Kobietom i Lesbijka.org prezentują się dobrze, o tyle pod względem tekstów własnych wyglądają ostatnio bardzo słabo. Być może nie powinnam tego pisać, bo sama jestem w redakcji KK, ale z drugiej strony jak jest, każdy widzi, i nie ma co udawać, że jest inaczej. Bo oba portale w kwestii częstotliwości publikacji autorskich artykułów na głowę biją chociażby Lesploty.

Oczywiście jest też tak, że duży portal prowadzić jest trudniej - bo oprócz publikacji tekstów, trzeba również zadbać o zgromadzoną wokół strony społeczność, czyli w przypadku KK i Lesbijka.org zapewne po kilkadziesiąt tysięcy osób. Zadbać, czyli moderować forum, blogi i ogłoszenia, łagodzić konflikty, reagować w sytuacjach kryzysowych, odpowiadać na pytania... Zadania w sumie chyba trudniejsze (bo wymagające stałego zaangażowania) niż wrzucanie tekstów. Mimo wszystko szkoda, że na chwilę obecną naszym potentatkom nie udaje się łączyć jednego i drugiego. Co nie znaczy, że poza rozwijaniem społeczności nic się już tam nie dzieje - np. nowa literatura na KK prezentuje się (szczególnie jeśli chodzi o funkcjonalności) imponująco.

Zresztą może nie ma co się zżymać na te dwa portale, bo również wiele młodszych stron, jak Homoseksualizm.org.pl czy Queer Cafe, bazuje głównie na cudzych treściach. Szkoda, bo, o ile twórcy nie nastawiają się na budowanie społeczności (co przy konkurencji ze strony takich IS czy KK jest bardzo trudne), nie mają większych szans na pozyskanie dużego grona użytkowników. A skoro już przy młodych stronach jesteśmy, nie mogę się powstrzymać od małej złośliwości. Pamiętacie mój problem z Pinkwatch? Zdaje się, że sam się rozwiązał, bo stronka od jakiegoś miesiąca jest w budowie. I nie jest już różowa. Przy okazji, przykład Pinkwatcha przekonuje mnie po raz kolejny, że fakt, iż obecnie nie trzeba już mieć programisty i grafika, aby postawić sobie stronkę, wystarczy skorzystać z jednego z setek tysięcy szablonów dostępnych na Wordpressie czy innej Joomli, wcale nie robi dobrze internetowi. Bo jak ktoś musiał włożyć trochę kasy, a przynajmniej wysiłku, żeby stronę mieć, to potem choć przez chwilę o nią dbał. A tak to straszą w sieci takie potworki. Choć oczywiście zdarzają się i dobre strony zrobione na bezpłatnym CMS-ie - chociażby taka Krytyka Polityczna.

Od jakiegoś czasu przymierzam się do posta o jednej z legend polskiego tęczowego internetu - Karze Auchemann. Bo z jej życiem (?) i jego końcem (?) związana jest naprawdę fascynująca historia i szkoda by było, gdyby została zapomniana. Pytanie, czy ktoś mnie za to nie zlinczuje, niezależnie od tego, że chciałabym zachować maksimum obiektywizmu (co jest zawsze trudne). Jak myślicie?

PS Pamiętajcie, już za 2 godziny pijemy kawę! My lubimy z dużą ilością mleka. A taką dawali na Kongresie Kobiet:


środa, 18 listopada 2009

Słowo o (nie)widzialności lesbijek plus ogłoszenia

Na początek druga fotka z serii queerowo-sakralnych - specjalnie dla tych, którzy twierdzą, że ubranie czy długość włosów ma coś wspólnego z płcią:


fot. Erka

Amerykański magazyn "Out" ogłosił listę stu osób, które w mijającym roku najbardziej się zasłużyły dla społeczności LGBTQetcetera. Pełne zestawienie tu, mnie zachwyciły dwie fotki laureatek:


Erin Mckeown, fot. Jason Bell

 
Sarah Waters, fot. Jason Bell

Drugi powód, oprócz fotek, dla którego wspominam o zestawieniu, to reakcja AfterEllen.com, któremu "Out" podpadł już w zeszłym roku, gdy jedyną kobietą na okładce numeru podsumowującego rok 2008 była Katy Perry. Tekst, który wówczas powstał, znajdziecie tu. A w tym roku poszło o to, że wśród uhonorowanych osób niecałe 30 procent stanowiły kobiety. Ktoś to skomentował, że w ogóle według badań lesbijek jest mniej, więc nie ma o co się gniewać. Dziwny argument, bo przecież nie procentowy udział w społeczeństwie powinien decydować o tym, czy się doceni czyjeś zasługi. Z drugiej strony rozumiem, że tego rodzaju zestawienia są bardzo trudne, bo gdy bierze się pod uwagę chociażby same Stany Zjednoczone (a "Out" sięgnął również do Europy), to tych zasłużonych robi się naprawdę dużo. I łatwiej kogoś pominąć niż uwzględnić. Choć pewnie też łatwiej zadbać o równowagę płci, jeżeli komuś na tym zależy. Pytanie, czy powinno. Jeżeli kwestia widoczności lesbijek, kobiet biseksualnych, transseksualnych czy w ogóle kobiet jest również w Stanach problemem (a z reakcji AfterEllen wynika, że tak), to chyba jednak powinno. Co nie zmienia faktu, że wolałabym żyć w rzeczywistości, w której płeć naprawdę nie ma znaczenia i żadne parytety nie są potrzebne.

Teraz kilka ogłoszeń.

27 listopada w warszawskiej UFIE Barbie Girls kręcą pornosa. Właściwie to nie pornosa, tylko dokument, i nie Barbie Girls, tylko o Barbie Girls, a poza tym wszystko się zgadza: możecie w tym
uczestniczyć! Zapraszam na godzinę 20 do UFY, Solidarności 82, Warszawa.

12 grudnia również w UFIE damy specjalny występ świąteczny. Szczegółów na razie nie zdradzę, dość, że jednym z prezentów będzie możliwość obejrzenia Waszych ulubionych skeczy BG. I to Wy możecie zadecydować, który skecz jest naprawdę ulubiony. Głosowanie na Homikach trwa, zapraszam do włączenia się!

Zapraszam również na wieczór promocyjny nowej książki Tadeusza Olszewskiego "Tropiki smutku". Czas i miejsce: 24 listopada 2009, godz 18, Sala Kameralna Staromiejskiego Domu Kultury w Warszawie (Rynek Starego Miasta 2). Szczegóły oczywiście na LGBT-ece. Przy okazji - serdecznie pozdrowienia dla autora "Tropików smutku", bo, jak doniósł mi jeden z moich informatorów, czasami tu zagląda. Rosnę w dumę:)

PS Gosia prosi, by podziękować też za wszystkie zaproszenia na kawę w najbliższy piątek o drugiej nad ranem. I wyraża nieśmiałą obawę, że chyba tejże nocy nie uda nam się zasnąć.