poniedziałek, 7 września 2009

A jednak myślę stereotypowo

Kilka dni temu zaprosiłam na Fecebooku do znajomych młodego człowieka, którego kojarzyłam z UFY oraz z naszych występów. W powitalnym mailu napisałam, że pamiętam go z jednej z imprez - jako pana w krawacie proszącego o piosenkę "Video killed the radio star". Młody człowiek - o męskim imieniu - odpowiedział, że niekoniecznie "pana". Przyjrzałam się jej zdjęciom w profilu - no rzeczywiście, niekoniecznie. Wpadłam w pułapkę - męskie imię czyli mężczyzna. Anegdota jest o tyle ciekawa, że myślałam, iż w temacie transgenderyzmu jestem naprawdę dobrze wyedukowana, w końcu Judith Butler i jej teorii performatywności płci zwykle bronię jak niepodległości, negacja istnienia płci biologicznej już mnie kompletnie nie boli, a eksperyment Beatriz Preciado, która/y zmieniając własne ciało, dowodzi swojej teorii panseksualnego trangenderyzmu, bardzo mi się podoba. Cóż, dostałam nauczkę - na szczęście dość zabawną.

Skoro już w temacie jesteśmy, najbardziej w zrozumieniu, o co chodzi z tą performatywnością płci, pomógł mi film Davida Cronenberga "M. Butterfly". Wklejam dwa klipy, jak ktoś filmu nie widział, to niech sobie drugi odpuści, bo zepsuje sobie "zabawę".





Z trochę innej bajki - ale też w związku z osobami transgenderowymi - ostatnio, rozmawiałam z przyjaciółką z Australii o tym, jak niektóre z założenia nastawione na promocję tolerancji wydarzenia przyczyniają się do wykluczania niektórych osób - a to ze względu na stopniową komercjalizację, a to z powodu przestarzałej polityki organizatorów. O osobach trans będzie przykład drugi, najpierw komercjalizacja. W 1995 roku przyjaciółka chciała wziąć udział w Melbourne Pride. Organizatorzy poprosili ją o informację, pod jakimi hasłami chciałaby iść, i odrzucili je, ponieważ kłóciły się z przesłaniem głównego sponsora. Poinformowano ją też, że jedynie osoby w koszulkach z logiem sponsora mogą liczyć na miejsca z przodu parady. Nie muszę chyba dodawać, że nie wybrała się na Pride ani wtedy, ani nigdy później. Mam nadzieję, że nasze parady nigdy się w taką imprezę sponsorską nie zmienią, ale to pewnie płonna nadzieja - idziemy wszak do przodu!

Drugi przykład dotyczy niestety mojego wymarzonego Michfestu - otóż na tym najstarszym lesbijsko-feministycznym festiwalu do niedawna obowiązywała polityka WBW (Womyn-Born-Womyn Policy) - czyli mogły w nim uczestniczyć jedynie kobiety urodzone jako kobiety i nadal się z nimi identyfikujące. Walka o zniesienie tej polityki trwała od 1991 do 2007 (!) roku, kiedy to w końcu bez problemów zaczęto wpuszczać na teren festiwalu osoby transseksualne identyfikujące się jako kobiety. Co ciekawe, organizatorki nigdy oficjalnie nie odżegnały się od polityki WBW, a wiele uczestniczek (choć mam nadzieję, że są w mniejszości) nadal uważa, że była to dobra zasada. Na pocieszenie - do zniesienia zakazu przyczyniło się również wiele artystek, które albo bojkotowały festiwal (jak moja ukochana Melissa Ferrick), albo krytykowały zakaz podczas swoich występów i dawały koncerty zarówno w oficjalnej wiosce festiwalowej, jak i na terenie transowego pikniku poza jej granicami, gdzie rokrocznie zbierały się osoby transseksualne. Na pocieszenie - bo udział w Michfeście pozostaje moim wielkim marzeniem, a skoro miss Ferrick już go nie bojkotuje, to i ja nie mam powodu. A przy okazji - może czyta mnie jakaś bogata osoba, która ma ochotę zasponsorować mój przyszłoroczny wyjazd na Michfest? Odwdzięczę się piękną notką na blogu. I nawet mogę założyć koszulkę z jej logiem!

Na koniec reklama - oczywiście wykorzystuję nie-techniczną przerwę na blogu Abiekta, który zazwyczaj wrzuca takie rzeczy. Przy okazji - ja też tęsknię!

8 komentarze :

Już była taka reklama, tylko w innym państwie z tego co pamiętam - zresztą oglądałam u Abiekta ;) Inny koleś grał, ale przesłanie to samo. Bardzo pozytywna kampania społeczna w moim przekonaniu.

Właśnie robiłam porządek w zakładkach Firefoxa i znalazłam link do wywiadu z Sarah Waters. To Ty go przeprowadzałaś, prawda?
Uwielbiam tę pisarkę, przeczytałam wszystkie jej książki, które do tej pory wyszły w języku polskim - nawet na angielskim robiłam prezentację na jej temat, co w pewnym sensie było moim uczelnianym comming outem :) No i Tipping the Velvet oglądałam milion razy - genialny film (książka zresztą też boska). A Złodziejka - no cóż, jestem bibliotekarką, więc istna rozkosz :)

Ale się rozpisałam, przepraszam :) Właściwie to chciałam spytać Cię - jaka jest Sarah Waters tak prywatnie?

Sarah Waters jest cudowna - przemiła, serdeczna, bezpośrednia. Byłam tak zestresowana tym wywiadem, że pewnie uciekłabym, nie czekając na odpowiedź na pierwsze pytanie, gdyby nie to, że ona robiła wszystko, żebym się poczuła swobodnie. I widać było, że zamiast się rozbijać po eleganckich kolacjach i wieczorach autorskich, wolałaby po prostu wyjść z nami na miasto i poznać inną Warszawę. A poza tym jest malutka - taka kieszonkowa dziewczyna :)

O, a mnie się ekranizacja Tipping nie podobała, finał bardzo przeinaczający wymowę powieści. Znacznie lepiej wyszło Affinity. To też znaczące, tam państwowa telewizja kręci owe filmy.
Bardzo fajnie jest czytać taka miłą opinię o Waters. Zgadza się z wrażeniem, jakie odniosłam po lekturze wywiadów (TEGO i innych).

Paulina

Oj, nie mogę się doczekać kiedy Sarah ponownie pojawi się w Polsce w takim razie :)

Anonimowy - mi właśnie się bardzo podobało odmienne zakończenie w ekranizacji :) To był jedyny przypadek, w którym filmowe zakończenie spodobało mi się bardziej niż książkowe :)

A ja się nie mogę doczekać kolejnej wizyty Jeanette Winterson. Jest dokładnie taka jak jej książki.

Mi się ten klip bardzo podoba, rzeczywiście jest nieagresywny, ciekawy i zabawny. Ale jak się głębiej zastanowić to on jest budowany na poczuciu winy oglądających. Oni mają sobie pomyśleć - no tak, ja mogę wziąć sobie ślub, a ten gość nie. Więc trochę na poczuciu winy oglądającego. Jak mnie ktoś się stara wpędzić w poczucie winy, to reaguję agresywnie a nie pozytywnie. Pozdrawiam Eile

Wydaje mi się, że ten klip bardziej niż na poczuciu winy gra na współczuciu - zobaczcie, co by było, gdybyście byli na miejscu osób homoseksualnych. A współczucie to pozytywna rzecz :)

Prześlij komentarz