Przejdź do głównej zawartości

Polański, EuroPride - czyli stronniczy przegląd "zabawnych" sytuacji tygodnia

Przy okazji sprawy Polańskiego błysnął wczoraj w TVN-owskiej "Kropce nad i" Krzysztof Zanussi. "Gdyby nie był sławny, to fakt, że ponad 30 lat temu w Los Angeles, mieście szczególnie swobodnych obyczajów, skorzystał z usług jakiejś nieletniej prostytutki, nie miałby dzisiaj przedłużenia" - stwierdził w rozmowie z Moniką Olejnik. Nie wiem, czy Samantha Geimer w wieku 13 lat miała już duże doświadczenie seksualne i poszła z Polańskim do łóżka dobrowolnie (jak twierdzą Polański i ona teraz), czy też niemal żadnego i została przez niego zgwałcona (jak zeznała te 30 lat temu), niezależnie jednak od tego, gdzie leży prawda (zresztą nie jest to istotą sprawy), Zanussi popisał się typową niestety dla naszej kultury pogardą wobec kobiet. Dziewczyna, która miała wielu kochanków, to prostytutka. Jak w takim razie nazwać Polańskiego, który zapewne kochanek miał znacznie więcej niż niejedna "puszczalska"?

W całej tej historii najbardziej jednak bawi mnie oburzanie się na podwójne standardy - że jak to, za reżyserem oskarżonym o gwałt na nastolatce wstawia się ministerstwo i wszyscy święci, powstają petycje i rodzi się spontaniczny ruch na rzecz jego obrony? No po prostu skandal, wszak zwykły człowiek poszedłby po prostu siedzieć i tyle. I jakoś nikt nie zauważa, że Polska jest krajem podwójnych standardów, w którym obrazę prezydenta ściga się z urzędu, posłów i senatorów chroni immunitet, istnieje paragraf na obrazę uczuć religijnych, za to wygrane Alicji Tysiąc w procesie cywilnym wytoczonym "Gościowi Niedzielnemu" i Ryszarda Giersza z nękającą go sąsiadką albo pomysł wprowadzenia kar za homofobiczną mowę nienawiści nazywa się zamachami na wolność słowa. Zawsze są równi i równiejsi, proszę państwa, choć czasem i tym równiejszym się oberwie, co widać na przykładzie sprawy Rywina. No, ale on zadarł z innymi równiejszymi.

W tym tygodniu rozbawiła mnie również propozycja Mariana Brudzyńskiego (tak, to ten od antymadonnowej krucjaty), by świętowanie EuroPride przenieść na tereny leśne i niezamieszkałe, bo - uwaga - 17 lipca jest bardzo blisko 15 lipca, kiedy to obchodzimy sześćsetlecie bitwy pod Grunwaldem, i ze względu na pamięć wówczas poległych nie wolno dopuścić, by Warszawę najechali geje i lesbijki (ciekawe swoją drogą, ilu gejów poległo pod Grunwaldem te sześćset lat temu i ile lesbijek zgwałcili dzielni rycerze armii z obydwu stron barykady).

Skoro już przy EuroPride jesteśmy, portal Gaylife donosi, że podczas weekendowej konferencji EPOA prezes Fundacji Równości, zapytany, czy Fundacja będzie wybierać sobie osoby czy organizacje, z którymi będzie współpracować przy organizacji EuroPride 2010, odpowiedział, że "parada będzie miała charakter otwarty i każdy będzie mógł oddać swoja imprezę do oficjalnego kalendarza imprez okołoparadowych. (...) impreza taka będzie jednak musiała wpisywać się w klimat EuroPride i Fundacja będzie ostrożna w promowaniu jednej partii politycznej". I nagle wszystko stało się jasne - najwyraźniej planowane przez nas imprezy (więcej pisałam o tym pod koniec tekstu o paprotkach) nie wpisywały się w klimat EuroPride i dlatego Fundacja zaprzestała rozmów z nami. No, trzeba było tak od razu powiedzieć, może udałby się nam wymyślić coś bardziej klimatycznego, a tak to jest już po paprotkach, to znaczy, przepraszam, po ptakach oczywiście.

I jeszcze słówko o tym, co mnie w tym tygodniu nie rozbawiło. Od paru dni forumowicze mojego ulubionego katoprawicowego forum Frondy dowcipkują na temat tego, jak zakłócić gdańską promocję książki o homoseksualnych pingwinach "Z Tango jest nas troje" w Centrum Zabaw Twórczych i na Uniwersytecie Gdańskim. Dyskusję zapoczątkował taki oto post:

Wyobraźmy sobie taką hipotetyczną (!) sytuację, że ktoś wrzucił do środka pojemnik z mieszanką wydzielającą dużą ilość amoniaku - gazu niezbyt mocno trującego, ale w większym stężeniu nie do wytrzymania - (na przykład mieszając chlorek amonu (salmiak) i kreta do rur zawierającego NaOH oraz pewną nie za dużą ilość ciepłej wody). Takie postępowanie oczywiście wypełniałoby znamiona tego i owego, więc mówię kategorycznie - NIE RÓBCIE TEGO. Gdyby ktoś miał pomysł, czego jeszcze w tej sprawie należy nie robić, miło by było, gdyby podzielił się swoimi pomysłami. 

I forumowicze pomysłami oczywiście się dzielą, podają również linki do stron, gdzie "nie można znaleźć" przepisów na różne wybuchowe mieszanki. Pada też genialna myśl, by zadzwonić na policję z informacją o podłożonej w miejscu, w którym ma się odbyć promocja książki, bombie. Miło, nieprawdaż?

Żeby nie kończyć tak ponuro, przy okazji coming outu Michała na comingout.blox.pl, a konkretnie jego słów o ślubach:

 
przypomniała mi się sympatyczna historia z mojej pracy. Jakieś dwa lata temu koleżanka powitała mnie rano informacją, że A. z naszego działu ma właśnie tego dnia rocznicę ślubu i może coś byśmy z tej okazji zrobili. Na co ja odpowiedziałam, trochę gorzko, trochę żartobliwie, że jako iż nie mogę wziąć ślubu z Gosią, to nie chcę też świętować rocznicy ślubu kogoś, kto miał taką możliwość. I co na to koleżanka? "Masz rację, nie pomyślałam o tym". Miło.

Komentarze

  1. Myślę, że sprawa Polańskiego ma zbyt wiele aspektów, a Zanussi jest najgorszym z możliwych adwokatów.

    E, gdyby ci ludzie po prostu przyszli na promocję, powietrze by się zepsuło, oczy zaczęły łzawić, etc. Po co wysilają móżdżki?

    OdpowiedzUsuń
  2. Że sprawa Polańskiego ma wiele aspektów, nie wątpię, dlatego też nie czuję się na siłach czegokolwiek wyrokować.

    Co do "tych ludzi" - ja bym jednak wolała, żeby nie przychodzili :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Powinnaś! XD
    Tj. nie w sensie przymusu, ale: warto, szczególnie, że głos zabierają tacy, którzy - odwrotnie - nie powinni, nie w sensie zakazu, a poziomu debaty.

    Częstym 'grzechem' jest łączenie sfery prawnej z tym, co nazywa się moralnością. "Dura lex" to jedna sprawa, druga jest kompleksowa, i nie jest chyba możliwe jednoczesne naświetlenie wszystkich niuansów. Na mnie robi wrażenie perspektywa ponad 30 lat - toż to całe moje życie. Polański dokonał swego czynu w świecie po rewolucji seksualnej, a przed epidemią AIDS, w największym przyzwoleniu na rozpasanie seksualne, jakie sobie potrafię wyobrazić.A sędzia był [wówczas] STARYM playboyem (czasy
    przedviagrowe) i zazdrościł młodemu, a w każdym razie dużo młodszemu...

    pauli.

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo mi miło :) Ale... Poza niejasną (?) rolą matki Samanthy w tym wszystkim oraz kwestią ugody i zapewne gigantycznego odszkodowania nie mam właściwie nic do dodania do tego, co właśnie napisałaś. Trzydzieści lat, no właśnie. I jakoś przez te wszystkie lata nikomu specjalnie nie przeszkadzało, że Polański omija Stany Zjednoczone szerokim łukiem. No, ale teraz po prostu WYPADA mieć zdanie na ten temat.

    A swoją drogą obejrzałabym sobie jeszcze raz "Gorzkie gody". Chyba zanabędę, w Empikach powinien być wysyp filmów Polańskiego - w końcu taka okazja:/

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…