Przejdź do głównej zawartości

Coming outy i spacer w deszczu

Kolejny przyczynek do dyskusji o płci, tym razem w wydaniu Otto Weiningera (podziękowania dla Grety za przypomnienie):

Mężczyzna jest to symbol najwyższej etycznej indywidualności, wyższa forma życia, geniusz żyjący w heroicznej samotności, ascetyczny myśliciel, tworzy świat pojęć i stawia w ten sposób barykady mające uchronić go przed chaosem. Kobieta to właśnie amoralny i panseksualny wampir, pochłaniający wszystko, co się wokół niej znajduje. (...) Unicestwienie kobiety uratuje ludzkość przed zagładą.

Może nie powinno, ale strasznie mnie to rozbawiło. Szczególnie ten amoralny i panseksualny wampir. Biedny Otto.

Wokół Międzynarodowego Dnia Wychodzenia z Szafy rozpętała się już niezła dyskusja, co ciekawe, dyskutują głównie lesbijki i geje. Przykład tutaj. Obok głosów, jaka to wspaniała akcja i wspaniali ludzie, którzy, ujawniając się, dają nadzieję innym, są i głosy z rodzaju po co to wszystko i z czym tu się obnosić, jak i znacznie ciekawsze o tym, że nie każdy i nie zawsze może tego coming outu dokonać, że łatwiej jest osobom mającym dobrą pracę, z wyższym wykształceniem, mieszkającym w dużych miastach, działaczom i działaczkom, czyli że niestety jej targetem są bohaterowie i bohaterki akcji "Niech nas zobaczą". Coś w tym jednak jest mimo wszystko. Choć od razu przypomina mi się też moja reakcja na wspomnianą akcję (bo w 2003 roku byłam wyoutowana właściwie jedynie przed najbliższymi), to, jak bardzo tym ludziom zazdrościłam odwagi publicznego mówienia o swojej orientacji i jak bardzo chciałam być kiedyś na ich miejscu. I proszę - udało się. Jasne, że nie zawsze było tak lekko i przyjemnie, jak opowiadam w filmie na comingout.blox.pl, ale większość negatywnych reakcji budziła raczej mój śmiech niż złość. Ot, na przykład koleżanka z liceum, natknąwszy sie na mnie na weselu kolegi, robiła wszystko, aby nie musieć ze mną rozmawiać, ani nawet się przywitać. Cóż, jej problem, nie mój.

Wiem, że w moim przypadku mogę mówić o szczęściu. Wiem też, że nie każdy ma odwagę Ryszarda Giersza z Wolina, bo walczyć o swoją godność, by pozwać zatruwającą mu życie sąsiadkę czy dyskryminującego go pracodawcę. Ale mimo wszystko wierzę, że takie akcje jak Międzynarodowy Dzień Wychodzenia z Szafy mogą komuś pomóc czy to w podjęciu decyzji o ujawnieniu się, czy to w zrozumieniu, że jest z nim wszystko w porządku i w akceptacji siebie. A nawet jak pomogą tylko jednej osobie, to już warto je robić.

Ostatnie dni minęły nam z Gosią pod znakiem wzięcia się za swoje przeziębienia, czyli podjęcia decyzji o udaniu się do lekarza. Co to ma do coming outu? Ano to, że obie mamy ubezpieczenie prywatne dzięki mojej firmie, która pakietem rodzinnym obejmuje "osoby prowadzące wspólne gospodarstwo domowe". A z załatwieniem tego pakietu wiąże się jedna z moich comingoutowych historii. Kiedy przeczytałam informację o osobach prowadzących wspólne gospodarstwo domowe, postanowiłyśmy oczywiście sprawdzić, czy to znaczy to, co myślimy, że znaczy. Udałam się do kadr i zaczynam w te słowa "Chciałabym ubezpieczyć moją partnerkę". Na co pani z kadr: "Proszę bardzo, tu jest formularz". Ja na to, głośniej (niczym jedyny gej ze wsi z "Małej Brytanii"): "Ale chodzi o moją partnerkę". Ona: "Rozumiem, tu jest formularz". Ja: "Ale my wynajmujemy mieszkanie i nie mamy jednego adresu zameldowania". Ona: "Nie szkodzi, po prostu wypełnij formularz".

Również wspólnie z Gosią wzięłyśmy kredyt mieszkaniowy (co oczywiście jest możliwe i bez coming outu, ale po co się wygłupiać i udawać przyjaciółki, szczególnie że niezłą frajdą jest obserwowanie, jak urzędnicy, rozmawiając z nami, wahają się między formami "państwo" i "panie"), mamy też wspólne konto w banku czy upoważnienia do odbierania wyników swoich badań w przychodni. Tak że w naszym przypadku korzyści z coming outu są ewidentne. Z drugiej strony - oczywiście nie wolno nikogo do coming outu zmuszać i każdy musi podjąć tę dacyzję samodzielnie. Z jednym może wyjątkiem. Uważam, że jak para decyduje się na dziecko, zabawa w siostry czy koleżanki nie jest najlepszym pomysłem, bo trudno będzie pokazać dziecku, że jego rodzina jest taka sama jak wszystkie, skoro ta rodzina sama się za taką nie uważa.

Za oknem deszcz, a za pół godziny spacer po HomoWarszawie. A na farouttv.co.uk dziś miał się pojawić kolejny odcinek brytyjskiego "L Worda", czyli "Far Out" - ale póki co się nie pojawił. Mam nadzieję, że nie skończy się jak ze spin offem "L Worda" - na szumnych zapowiedziach.

Komentarze

  1. Ewo, tak z innej beczki, bo Ty chyba współdziałasz w Replice. Gdzie w Krakowie można dostać darmowe egzemplarze tego pisma?

    OdpowiedzUsuń
  2. Współdziałam, to troszkę za dużo powiedziane - czasem coś napiszę. Także odsyłam do najlepszego źródła informacji: mkurc@kph.org.pl.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…