poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Dzieci tak szybko dorastają

Dziś pożegnałyśmy naszego adoptowanego synka, który za chwilę wylatuje do Noweg Jorku. Zabrzmiało odpowiednio łzawo? To teraz od początku:) W weekend miałyśmy najazd Hunów, a konkretnie trójmiejskiej braci artystycznej, która przyjechała robić wizualizacje do piątkowo-sobotniej techno-imprezy na barce przy Moście Świętokrzyskim. Miałyśmy się jedynie spotkać z dwojgiem przyjaciół, którzy stanowili 2/5 owej ekipy, ale gdy się okazało, że mogą nocować albo w Grodzisku (czy Nowym Dworze) Mazowieckim, albo w samochodzie, zgarnęłyśmy wesołą gromadkę do siebie. Gdy nastało sobotnie wczesne popołudnie i nasi mili goście przetarli swe zaspane i w 3/5 bardzo młodzieńcze oczka, i gdy nowa znajomość została przypieczętowana wspólnym śniadaniem, nasz wtedy jeszcze nie synek dostrzegł u nas w domu rzecz wspaniałą - Playstation! I od słowa do słowa 4/5 gromadki poszło na miasto, a on został. I grał, i gadał, i pytał (a choćby o to, które aktorki nam się podobają - przy okazji wspólnie przejrzeliśmy ranking 80 Kobiet na Kobiety Kobietom), i odpowiadał, wykazując się cudowną szczerością, otwartością, poczuciem humoru (gdy po iluś tam godzinach reszta grupy zadzwoniła z miasta z zapytaniem, czy jednak by do nich nie dołączył, z miejsca skorzystał z naszej podpowiedzi i stwierdził, że chyba oszaleli - w końcu on właśnie został sam na sam z dwiema lesbijkami!). Od słowa do słowa wyszło nam, że właściwie mogłybyśmy go adoptować, na co stwierdził, że on bardzo chętnie - przeniósłby się do Warszawy, znalazłby pracę, chodziłby na spacer z psem, robił zakupy, obierał ziemniaki, no po prostu syn idealny. Nie przeciągając historii - został z nami do poniedziałku, pewnie by został i dłużej, ale musiał odebrać z pociągu swoją dziewczynę, z którą do wspomnianego Nowego Jorku za chwilę leci. Obiecał, że napisze :)

Po co przytaczam tę historię? Bo jest cholernie pozytywna. Bo pokazuje, że jest iluś tam fajnych, otwartych ludzi, którzy wprawdzie nigdy żadnej lesbijki czy geja nie mieli okazji bliżej poznać, ale gdy już poznają - to są ich zwyczajnie ciekawi. I nic więcej, żadnych uprzedzeń, stereotypów, chyba że potraktowanych na wesoło.

Mniej pozytywnie dziś u Abiekta, rzecz niestety znów o Fundacji Równości, a konkretnie o tym, dlaczego nam (Stowarzyszeniu Otwarte Forum i Abiekt.pl) z nimi nie wyszło. Plus zastrzeżenie, żeby się mimo wszystko do działalności nie zniechęcać - pod którym to zastrzeżeniem podpisuję się obiema rękami. Mimo iż teoretycznie poza dużymi organizacjami działać jest trudniej, przykład Abiekta czy, z dawnych czasów, Zbyszka Sypniewskiego (który w 2003 roku sam zorganizował na Uniwersytecie Gdańskim przegląd filmowy, panel dyskusyjny i cykl wykładów "Homofobia. Spojrzenie z bliska", a rok później wspólnie z Błażejem Warkockim przygotował słynną już książkę "Homofobia po polsku"), pokazuje, że również indywidualnie działać można, i to i efektywnie, i efektownie. Tak że jeżeli ktoś i chce, i potrafi, potencjalny brak zaufania do organizacji nie powinien być żadną przeszkodą. Żeby nie było - uważam, że w dużych organizacjach działa mnóstwo wartościowych ludzi i powstaje bardzo dużo dobrych projektów. Nie zawsze tak prestiżowych i medialnych jak EuroPride, ale na pewno nie mniej (a śmiem twierdzić, że bardziej) ważnych.

Recenzja "Kobiety kochają kobiety" w końcu na Homikach, sama książeczka leci już z synkiem do Nowego Jorku (swoją drogą, ciekawe, co o tym wszystkim powie jego dziewczyna:)), tak że proszę mnie nie pytać, czy pietruszka wpływa na słodki czy słony smak skóry oraz co jeść, by zmienić swój zapach, bo nie zapamiętałam. Wystarczy, że na Homikach spytali o punkt U i strefę AFE, których to kryptonimów nieopacznie użyłam w recenzji. Skoro przy kryptonimach jesteśmy, niemal już sławne Lesbijskie Oddziały Terrorystyczne uruchomiły bloga, na którym będą informować o kolejnych akcjach i tłumaczyć się z już przeprowadzonych. Adresu obiecałam póki co nie podawać (choć przychodzi mi to z niejakim trudem), ale na dobry początek wrzucę logo.



Przy okazji - na Innej Stronie znalazłam kolejną interpretację akcji z samolotem i tamponami - otóż ponoć chodziło o to, że lesbijki też walczyły w Powstaniu Warszawskim. No pewnie, że tak!

Jestem zawodową lesbijką

Ewa Tomaszewicz: Twoja pierwsza książka, „Muskając aksamit”, to zarazem twój publiczny coming out. Kiedy po raz pierwszy powiedziałeś o sobie, ze jesteś lesbijką?

Sarah Waters: Nie uważałam się za lesbijkę, gdy byłam nastolatką. Chociaż zawsze podobały mi się dziewczyny, miałam wtedy chłopaka. I on na którymś etapie naszego chodzenia powiedział mi, że jest gejem. Także przydarzyła się nam bardzo typowa historia – gej i lesbijka, którzy o sobie nie wiedząc, zaczynają być razem.

Moją pierwszą dziewczynę poznałam na studiach, na uniwersytecie w Kent. Miałam wtedy 19 lat. Byłyśmy razem przez 6 lat. Na początku żyłyśmy w zamknięciu, o tym, że byłyśmy ze sobą, nie wiedzieli nawet nasi współlokatorzy. Teraz wydaje mi się to zabawne – w końcu dzieliłyśmy pokój, spędzałyśmy mnóstwo czasu razem, ale oni nie mogli się dowiedzieć, o co chodzi.

Później przeprowadziłyśmy się do Londynu i wszystko się zmieniło. Zaczęłyśmy chodzić do klubów lesbijskich i księgarni dla kobiet, uczestniczyć w działalności organizacji feministycznych... Wprowadziłyśmy się do lesbijskiego domu w Hackney – to lesbijsko-gejowska dzielnica Londynu. To był taki klasyczny londyński coming out: nagle znalazłyśmy się w bardzo lesbijskim świecie, z wieloma lesbijskimi przyjaciółkami.

Swoją rodzinę uświadomiłam dopiero pod koniec tego pierwszego związku. Nie byli oczywiście zachwyceni, ale wspierali mnie.

Po tym wszystkim moje życie zawodowe również stało się bardziej „lesbijskie”: zaczęłam uczęszczać na studia podyplomowe z lesbijskiej i gejowskiej literatury historycznej. Jak tylko je skończyłam, zaczęłam pisać i, jak powiedziałaś, zrobiłam publiczny coming out.

Jak było?

Zupełnie bez problemów. Szybko znalazłam lesbijskie czytelniczki, powoli też udało mi się dotrzeć do mainstreamowego odbiorcy. W 2002 roku adaptacja „Muskając aksamit” była w telewizji w Wielkiej Brytanii. Właściwie dopiero wtedy zaczęłam być publicznie identyfikowana jako lesbijka. Co znowu było zaskakująco łatwe. Ale sądzę, że w tej chwili Wielka Brytania jest po prostu przyjazna osobom homoseksualnym.

Identyfikujesz się ze swoimi bohaterkami?

Myślę, że w każdej z nich jest fragment mnie. Na pewno jestem troszeczkę jak Nancy, choć nie ukrywam, że chciałabym więcej niż troszeczkę. Niestety - jestem taką szarą myszką. Ale to jest luksus pisania, że możemy sobie siebie wyobrażać we wspaniałej roli, niezwykłych sytuacjach. W „Pod osłoną nocy” taką bohaterką jest Kay, która znowu jest piękna i dzielna, i zdecydowanie nie taka jak ja. Zawsze wiedziałam, co ona powie, jak się zachowa - właśnie dlatego, że jest taka, jaka ja chciałabym być, ma ułańską fantazję i jest takim... butch

Oprócz „Muskając aksamit” brytyjska telewizja przeniosła również na srebrny ekran „Złodziejkę”. Udało jej się trafić w twoje gusta?

Uważam, że obie adaptacje są na doskonałym poziomie. Tym bardziej, że miałam z tym też sporo zabawy, bo od początku uczestniczyłam w ich powstawaniu. Dzięki temu nie dość że mogłam poznać aktorki, to jeszcze dostałam role – jakieś tam drugo- czy trzecio-, czy dziesiątoplanowe. Przebrałam się w kostium z epoki i miałam tam swoje trzy sekundy.

A co myślisz o nowej kinowej wersji „Muskając aksamit”?

Masz na myśli ekranizację z Beyonce Knowles i Eva Longoria? Niestety, muszę cię rozczarować: póki co na pewno nie powstanie. To plotka rozpuszczona przez jakąś nadgorliwą lesbijkę z Los Angeles.

W Polsce każda książka, której bohaterami są geje czy lesbijki, jest uważana za manifest, wręcz „promocję homoseksualizmu”. Czy w Wielkiej Brytanii twoje książki są odbierane jako polityczne?

Nie sądzę, żeby tak było, już nie. My przechodziliśmy to w latach osiemdziesiątych i wcześniej. Pierwsze książki z lesbijskimi bohaterkami, które czytałam, faktycznie były niszowe, wydawane przez małych wydawców.

Na szczęście ja, zaczynając pisać w latach 90., miałam ten luksus, że już nie musiałam tworzyć książek „programowych”. Chociaż to, że w moich powieściach istnienie lesbijek jest czymś oczywistym, po prostu normalnym, samo w sobie może mieć polityczne oddziaływanie. Ale nie mogę powiedzieć, że ja jako ja mam jakiś duży polityczny wpływ. Jeśli mam być szczera, z „Muskając aksamit” chodziło bardziej o zabawę...

Czy angażujesz się w działalność polityczną?

Troszeczkę się rozleniwiłam, także skłamałabym, gdybym powiedziała, że jestem lesbijską aktywistką. Nie. Natomiast ponieważ jestem powszechnie rozpoznawalna, patronuję wszelkiego rodzaju działaniom czy organizacjom. Mogę powiedzieć, że jestem taką zawodową lesbijką. I może pomimo że nie biorę udziału w paradach czy marszach, nie macham tęczową flagą, to jednak, jak powiedziałam, w jakiś sposób realizuję ten lesbijski program przez pisanie swoich książek.

Skąd czerpiesz informacje o życiu lesbijek w XIX wieku?

Z pamiętników, dzienników, archiwów policji (nie dlatego, że lesbianizm był wtedy nielegalny – bo nie był - ale dlatego, że kobiety, tak samo jak mężczyźni, były czasem aresztowane, sądzone i przy okazji zazwyczaj spekulowano, co się działo w ich życiu osobistym). Do pewnego stopnia ważnym źródłem jest też dla mnie pornografia. Choć zwykle była tworzona przez mężczyzn i dla mężczyzn, to jednak jest pełna obrazów lesbijek. Mam w swoich zbiorach kolekcję pocztówek i erotycznych pocztówek z 1890 i są tam m.in. kobiety uprawiające seks z użyciem dildo. Pamiętam, że pomyślałam: mój Boże, to jest fantastyczne!

Takie małe wskazówki dostarczają mi wystarczająco dużo informacji. Zresztą również niewiedza jest inspirująca, pozwala uzupełniać brakujące informacje.

W „Pod osłoną nocy”, której akcja rozgrywa się w latach 40. XX wieku było mi dużo łatwiej niż z wcześniejszymi książkami. Oprócz dzienników i innych źródeł historycznych mogłam korzystać ze wspomnień starszych lesbijek.

No właśnie – akcja twoich pierwszych trzech książek rozgrywała się pod koniec XIX wieku. „Pod osłoną nocy” to już XX wiek. Dlaczego?

Tak naprawdę chodziło o zmianę. Napisałam trzy powieści wiktoriańskie i uwielbiałam to, ale poczułam, że chcę czegoś nowego. Nigdy nie chciałam pisać o czasach przedwiktoriańskich, nigdy też nie chciałam pisać o czasach współczesnych. Szukałam czegoś w wieku XX. Lata 40. wydawały się naprawdę ciekawe. Również przez to, co się wtedy wydarzyło dla kobiet i dla lesbijek - czasy wojny, które, zaskakująco, były też bardzo ekscytujące.

Ta książka jest oparta na retrospekcji – zaczynamy w 1947 roku, kończymy w 1941. Skąd taka kolejność zdarzeń?

Nie planowałam tego. Początkowo byłam zainteresowana tylko powojennym Londynem, tak więc skoncentrowałam się na roku 1947 i trzech głównych bohaterkach – Kay, Helen i Julii. Później stwierdziłam, że to, co jest w niech najbardziej interesujące dla mnie, to to, przez co przeszły, ich dramatyczne losy podczas wojny. Także stwierdziłam, że zamiast posuwać historię do przodu, odczytam jej źródło. Jak tylko podjęłam tę decyzję, wydała mi się najwłaściwsza. Wtedy też stworzyłam Duncana i Viv, aby poszerzyć spectrum bohaterów.

Pierwszy raz nie poznajemy zakończenia historii...

To pasuje do mojej wizji ich życia, pewnej melancholii tamtych czasów, bez pewności znaczeń, która była obecna u wcześniejszych postaci. W książkach wiktoriańskich, szczególnie w „Muskając aksamit”, pisałam w stylu tamtej epoki, który jest bardzo uporządkowany – zawiązanie akcji, komplikacje i rozwiązanie. Zwykle pod koniec ludzie są nagradzani lub karani.

Lata 40. to zupełnie inny świat, czasy po wojnie, kiedy ludzie byli niepewni, czuli się zdradzeni, także fragmentaryczność opisu bardziej pasuje do ich historii. Kiedy nie wiemy wszystkiego, bardziej przypomina to ich prawdziwe życie.

Jak książka została przyjęta w Wielkiej Brytanii?

Bardzo dobrze – ku mojej uldze i zaskoczeniu. Dla mnie to był duży skok – pisać o zupełnie innych czasach, w zupełnie innym stylu. Stworzyć książkę, która nie daje czytelnikowi tradycyjnej satysfakcji, jest otwarta. Myślę, że otrzymała najlepsze oceny ze wszystkich moich książek, co jest dla mnie w pewien sposób przerażające. Przywykłam do wiktoriańskiego nonsensu, bycia braną nie do końca na poważnie.

I tak już zupełnie na zakończenie – to twoja pierwsza wizyta w Polsce. Jakie masz wrażenia?

Dla mnie sam fakt bycia tutaj jest bardzo ekscytujący. To, że jestem tu tak ciepło przyjmowana, że moje książki są lubiane. To wspaniałe, spotykać ludzi w ogóle, ale szczególnie lesbijki i gejów. I dowiadywać się więcej o tym, jak im się w Polsce żyje.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Wywiad pochodzi z 2007 roku. Pierwotnie ukazał się w magazynie "Replika". Zdjęcie: Oiko Petersen.

sobota, 29 sierpnia 2009

Seksownie przy sobocie

Miłe wieści nie tylko z Urugwaju, gdzie niższa izba parlamentu dopuściła adopcję dzieci przez pary jednopłciowe, ale również z Niemiec. Federalny Trybunał Konstytucyjny uznał, że adopcja dzieci przez osoby homoseksualne jest zgodna z prawem. Trybunał rozstrzygał w sprawie kobiety z miasteczka Schweinfurt na południu Niemiec, która chciała zaadoptować trzyletnie dziecko swojej partnerki za zgodą ojca dziecka i pracowników socjalnych. Sąd niższej instancji argumentował, że takie posunięcie byłoby niezgodne z konstytucją, ponieważ wyżej stawiałoby prawa partnera aniżeli biologicznych rodziców. Trybunał Konstytucyjny stwierdził, że decyzja sądu nie wzięła pod uwagę faktu, że rola rodzica dziecka nie zależy wyłącznie od biologicznego powinowactwa, ale opiera się także na społecznej wspólnocie rodzinnej powołanej dla opieki nad dzieckiem.

"Kobiety kochają kobiety" w końcu przeczytane, zabierałam się do tej książki jak pies do jeża... i miło się rozczarowałam. Recenzja w przyszłym tygodniu na Homikach. A sama książeczka powędruje do nowo poznanego (i bardzo młodego) heteroseksualnego znajomego, który przejrzawszy ją, stwierdził, że również on mógłby się z niej wiele nauczyć na temat pragnień kobiet. Nowe fajne pokolenie nam rośnie, proszę państwa.

Jako suplement do recenzji moje top pięć najseksowniejszych piosenek (wykonywanych przez kobiety nieheteroseksualne, ale to na jedno u mnie wychodzi):

1. Ani DiFranco, "Shy"
Cholernie gorąca. Mój hit lata - każdego lata.



2. Melissa Ferrick, "Drive"
Chyba najsłynniejsza piosenka miss Ferrick - i najseksowniejszy lesbijski utwór wszech czasów. Warto posłuchać choćby dla reakcji publiczności. I dla końcówki, naprawdę zabawnej.



3. Sophie B. Hawkins, "Damn, I wish I was your lover"
Debiut Sophie i znowu chyba najbardziej znana jej piosenka. Moja miłość od pierwszego wejrzenia, kiedy nie byłam jeszcze pewna, czy jestem lesbijką, a tym bardziej, że Sophie określa się jako omniseksualna (omniseksualność / panseksualność jest orientacją seksualną charakteryzującą się potencjalnym estetycznym pociągiem, romantyczną miłością i / lub seksualnym pożądaniem wobec każdego, wliczając w to ludzi, którzy nie mieszczą się w rodzajowym podziale mężczyzna / kobieta zasugerowanym przez pociąg biseksualny). W ogóle ja tak mam, że co mi się spodoba jakaś kobieta, to okazuje się być nieheteroseksualna. Fajnie, nie?



4. Melissa Etheridge, "Your little secret"
Pierwsze miejsce w kategorii najseksowniejszy teledysk. Zadanie: poszukajcie wśród aktorek obecnej żony Melissy, Tammy Lynn Michaels.



5. Patti Smith, "Gloria"
Wielka artystka, wielki głos, wielka piosenka - padam na kolana, nic więcej nie wymyślę.

piątek, 28 sierpnia 2009

I ty możesz zostać lesbą!

Lesbijskie Oddziały Terrorystyczne (LOT) po akcji wlepkowej podczas Kongresu Kobiet uderzają po raz drugi - tym razem w przestrzeni publicznej. Dziś rano na początku Marszałkowskiej przechodnie mogli zobaczyć taki oto widok:

Plakatu już nie ma, jest za to tekst na Gazeta.pl i dyskusja o akcji na Facebooku. Większość głosów jest na plus, pojawił się i cytat z naszej kabaretowej Maryji Furyji Konopnickiej:

Do krwi ostatniej kropli z łon

bronimy tej alkowy,
gdzie czeka, jak miłości tron,
jej grota, skarb bajkowy.

Tym, co są na minus, idzie głównie o to, czy spadające z nieba zakrwawione tampony są obrzydliwe i czy w związku z tym tego typu akcje nie przyczyniają się do budowania negatywnego stereotypu lesbijek. Jedna odpowiedź na głosy krytyczne jest szczególnie ładna: "Na szczęście już w latach 70. sztuka feministyczna odtabuizowała tampon, a praca "Red Flag" weszła do feministycznego kanonu. Na nieszczęście natomiast niektóre użytkowniczki Facebooka nadal praktykują wykluczenie kobiecości i feministycznego radykalizmu za pomocą przeanalizowanej już i skrytykowanej kategorii 'obsceny' i pochodnych".

O samą analizę przekazu plakatu się nie pokuszę, zakładam, że twórczynie nie miały na myśli jakiejś jednej konkretnej interpretacji - raczej wejście do przestrzeni publicznej (udane), wywołanie dyskusji i zabawę. Za to przypomnę starszą siostrę LOT-u - Radykalną Akcję Twórczą (RAT) z Trójmiasta, działającą w latach 2002-20006. Moje ulubione dokonania RAT-u to:

czwartek, 27 sierpnia 2009

Strefa wolnych piersi

Dziś miałyśmy nagranie do programu "Strefa wolnych myśli" dla WP.tv. Teoretycznie zaproszono nas jako kabaret, w praktyce jako lesbijki. I to aż cztery, które w mediach jakoś się jeszcze nie opatrzyły, tak że po prostu rarytas. Jak wyszło - obejrzycie niedługo (nie dodam "mam nadzieję", bo nie wiem, czy ją rzeczywiście mam). Jak było? Nieszczególnie. O kabaret padły dokładnie trzy pytania, z których na jedno odpowiedź była krótka "jeszcze nie" ("Czy brałyście udział w jakichś ogólnopolskich festiwalach [w domyśle: kabaretów]?"). Poza tym musiałyśmy się zmierzyć z takimi problemami jak: "Co sądzimy o mężczyznach?" (myślimy, że są ob... ob... obłędni!), "Co myślimy o wypowiedzi jednego z przepytywanych jakiś czas temu w programie gejów, że lesbijki są męskie i agresywne?" (myślimy, że są różne), "Czy lubimy swoje piersi?" (ze stereotypem, jakoby lesbijki nie lubiły piersi, spotkałyśmy się po raz pierwszy - oczywiście lubimy, i to nie tylko swoje!), "Czy jesteśmy walczącymi feministkami?" (hmm, gdyby nas spuścić ze smyczy...) oraz "Czy my się w ogóle czujemy kobietami?" (tak, szczególnie jak rano drapiemy się po... no dobra, nie dokończę). Oczywiście było parę "lepszych" pytań, jak "Czy lesbijki nie są w środowisku homoseksualnym dyskryminowane?" lub... O kurczę, więcej nie pamiętam! Całość najlepiej podsumowuje chyba odpowiedź, która w pewnym momencie padła z ust Gosi: "Nie słyszałam tego pytania od piętnastu lat!" (czyli od jej występu w programie nieżyjącego już Andrzeja Wojciechowskiego "Na każdy temat"). Póki co jedynym plusem tej całej zabawy jest skecz, który wpadł nam do głowy zaraz po programie, a w którym jego fragmenty oczywiście zamierzamy wykorzystać. Premiera już 3 września w Ustach Mariana.

Mówi się, że nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi, ale mimo wszystko zastanawiam się, o czym świadczy taki a nie inny dobór pytań - czy wynika z chęci dopasowania się do oczekiwań potencjalnych widzów, czy też raczej świadczy o przekonaniach prowadzącej program - skądinąd ponoć ze środowiskiem LGBTQetcetera zaznajomionej. Jest też oczywiście inna możliwość, że ona wie, widzowie wiedzą, ale ona nie wie, że widzowie wiedzą, więc udaje mniej świadomą, niż jest w rzeczywistości. Coś jak pewnie spora część naszych telewizyjnych potentatów, którzy serwują papkę dla mas, myśląc, że odpowiadają na ich potrzeby, a tak naprawdę przyczyniają się do odpływu tych mas do internetu czy kanałów tematycznych. Tak czy siak, oglądając "Strefę wolnych myśli", będę już zawsze pamiętać, że słowo "wolny" ma więcej niż jedno znaczenie.

środa, 26 sierpnia 2009

Mój pierwszy komentarz

a to mam jednak intuicję. Z poprzedniego wpisu wywaliłam, jeszcze przed publikacją, zdanie, że poczucia humoru brakuje również naszym organizacjom. Wywaliłam, bo w niejednej organizacji - formalnej, a już szczególnie tych nieformalnych - zdarzało mi się nie tylko pracować, ale i dobrze bawić, tak że wyszło mi, że taka generalizacja jest jednak nieprawdziwa. Poza tym pomyślałam sobie, że ktoś to może przeczyta, weźmie do siebie i awantura gotowa. Nie minęły dwa dni i okazało się, że mój wcześniejszy, z założenia zabawny, choć i zaangażowany, wpis o dziwnych korelacjach między grzybami i działaczami okazał się być już nie fajną metaforą, ale - uwaga! - pomówieniem. Cały dramat rozegrał się w komentarzach pod wpisem. Zaczęło się od wyzwania na pojedynek i dywagacji, co by się stało, gdyby spuścić mnie ze smyczy, skończyło na stwierdzeniu o "nieakceptowalnej przez większość społeczeństwa treści mojego tekstu, które to społeczeństwo ma prawo wyrazić swoją opinię". Co do tego ostatniego oczywiście pełna zgoda, z nieakceptowalną treścią poczekałabym na badania na reprezentatywnej grupie 1064 Polaków i Polek. Tak czy siak polecam całość dyskusji - jest naprawdę pouczająca i może wyjaśnia parę rzeczy. Oczywiście podniecam się ową wymianą zdań z jednego tylko powodu - bo to kurczę pierwsza dyskusja na moim blogu! Jest co świętować, naprawdę. A przy okazji serdeczne podziękowania dla Abiekta za reklamę mojego jeszcze świeżego garniturka - w ostatnich dniach zanotował blisko 500 odsłon i doczekał się trójki obserwujących. Normalnie przez chwilę poczułam się jak blogini :)

Żeby nie było mi tak wesoło, muszę się jednak przyznać sama przed sobą, że nie założyłam tego bloga, aby pisać o organizacjach czy, brr, polityce. No, w każdym nie tylko o tym. Bardziej pociąga mnie wizja propagowania muzyki czy filmów, które mnie kręcą, oczywiście propagowania przed zachwyconą mą erudycją i stylem gromadką lesbijek. Może i na to przyjdzie czas - szczególnie gdy już więcej takich wpisów wymodzę. A póki co przekonałam się, że mogę liczyć na żywą reakcję, ilekroć - nawet kompletnie nieświadomie - nadepnę komuś na odcisk, co w sumie nie jest jakimś szczególnym zaskoczeniem. W końcu od lat na sugerowaniu nieprawidłowości w naszych organizacjach czy przypominaniu "czarnych kart" z ich historii swój kapitał zbija portal Gaylife - i robi to, niezależnie od mojej oceny pojawiających się tam tekstów, naprawdę po mistrzowsku. Powiedziałabym, że Gaylife to taki nasz Pudelek, który zresztą powstał przed Pudelkiem, więc podwójna mu za to cześć i chwała. I, tak już zupełnie na marginesie, pierwszy polski portal gejowski, który zdecydował się publikować płatne treści i - skoro się z tego nie wycofuje - najwyraźniej nieźle mu to wychodzi. Choć mimo wszystko wydaje mi się, że z taką bazą użytkowników lepiej wyszedłby na bezpłatnym kontencie, wzmocnieniu swojej pozycji w wyszukiwarkach i wypalaniu displaya, ale nie mnie to oceniać.

Wracając do tematu, na stworzeniu lesbijskiego Pudla szczególnie mi nie zależy, mimo iż zakładam, że historie o tym, która pani z "L Worda" jest, a która nie jest, i z kim jest teraz Lindsay Lohan, to również potencjalne źródło ruchu - co pokazuje historia jednego z nielicznych na ten temat wpisów na Kobiety Kobietom, który, mimo iż liczył sobie cztery zdania na krzyż, doczekał się blisko trzydziestu komentarzy (a zazwyczaj teksty na KK zbierają od zera do marnych dziesięciu). Tak że może i taką historyjkę kiedyś popełnię. A póki co mała kontynuacja tekstu o grzybkach, bo w dyskusji o tym, kogo właściwie mogłam mieć na myśli, zginął jeden ważny - i obecny tam - temat: wolontariusze.

Wolontariusz to taki dziwny twór, którego niby nie widać, a bez którego żadna organizacja nie może się obejść. Czyli ktoś cholernie ważny, o kogo teoretycznie należy dbać, dopieszczać, szkolić i za wszelką cenę trzymać przy sobie. I ktoś, kim należy również kierować, obserwować i przydzielać zadania zgodne z jego temperamentem i możliwościami. Czyli - z jednej strony skarb, z drugiej - dodatkowe zajęcie, którego nie wolno zlekceważyć. Bo się zrazi, pójdzie gdzie indziej lub w ogóle odpuści sobie wszelką społeczną działalność. Albo narobi głupot. Po trosze przypomina praktykanta - a każdy, kto na praktykach w jakiejś firmie był lub praktykanta zatrudniał (czyli pewnie większość społeczeństwa, he, he), wie, że - z jednej strony - często zdarza się, że przydziela mu się żmudne i kompletnie nierozwojowe zajęcia (ja na przykład podczas mojej praktyki w wydawnictwie robiłam - ręcznie! - indeks nazw własnych do parusetstronicowego tomidła), a z drugiej - że bardzo często trudno znaleźć dla niego czas i zaangażować go do czegoś ambitniejszego. Problem z tym mają nawet duże firmy, gdzie istnieją specjalne programy stażowe i każdy stażysta ma - przynajmniej z założenia - plan praktyk i swojego opiekuna. Ale warto ten czas znaleźć, bo dobrze pokierowany praktykant jest po prostu bezcenny - tu piszę z doświadczenia. Poza tym on nie jest po to, by go wykorzystywać czy za jego pomocą zrealizować program praktyk, ale po to, by nauczyć się czegoś, co przyda mu się w dalszym życiu. I oczywiście tak samo jest z wolontariuszami.

Tyle pięknej teorii, teraz czas na praktykę. A praktyka jest taka, że nasze organizacje mają problem z wolontariuszami. Ile razy zdarzyło się wam słyszeć od kogoś, że strasznie chciał działać, zgłosił się do kogoś i został olany. Albo że pojawił się na spotkaniu, nie dostał jakiejś konkretnej propozycji działania, więc więcej się nie pojawił. Rzecz jasna wolontariusze są różni - zdarzają się i megaprzebojowi, którzy w mig zadzierzgną kontakty, wymyślą projekt dla siebie i go zrealizują. Ale są i tacy, którzy niczego własnego nie wymyślą, ale mogliby być przy cudzych projektach bardzo pomocni, gdyby ktoś ich tylko zauważył. I jedni, i drudzy potrzebują opiekunów - którzy albo będą ich obserwować i powstrzymywać przed robieniem głupot, co się w szalonym entuzjazmie niestety zdarza, albo wspierać i prowadzić. Zarządzanie wolontariuszami to jak zarządzanie pracownikami - i nie ma różnicy, że jednym się nie płaci, a drugim tak. Jasne, że nasze organizacje ani nie są duże, ani nie dysponują jakimiś szczególnymi zasobami wolnego czasu swoich starszych stażem członków i członkiń, aby opiekować się każdym, kto się do nich zgłosi - ja to doskonale wiem i rozumiem. Tyle że z jednej strony narzekamy na brak kadr, z drugiej - nie wykorzystujemy tych, które możemy jednak mieć. I to jest - według mnie - druga, oprócz braku prawdziwych liderów/liderek - bolączka naszych organizacji. Które, przypominam, wolontariuszami stoją.

Na koniec - tak ciut offtopicowo - strasznie mi się podoba amerykańska chyba idea street teamów, które pomagają niezależnym artystkom w organizacji i promocji ich koncertów w poszczególnych miastach - w zamian za bilety na koncert i spotkanie z idolką. A czasami składają się nawet na wydanie jej płyty. To zupełnie inny model relacji fan - artysta niż ten, do którego przywykliśmy w zdominowanej przez wielkie koncerny płytowe Polsce. Kurczę, chciałabym być kabareciarką w Stanach. I mieć swój street team w każdym mieści.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Czy lesbijki mają poczucie humoru?

Pewien sympatyczny młody dziennikarz, robiąc wywiad do "Zadry" z jedynym słusznym kabaretem Barbie Girls, zapytał nas, czy lesbijki mają poczucie humoru. Odpowiedź oczywiście brzmi: nie, lesbijki są ponure jak noc listopadowa. Dowodem na to oczywiście nasze występy, na których nikt się dobrze nie bawi, a niektórzy ponoć nawet płaczą (szczególnie przy numerze z łechtaczkami).

Samo pytanie, prowokacyjne zresztą z założenia, wcale nie jest głupie. O brak poczucia humoru lesbijki i geje wprawdzie nie są podejrzewani tak często jak feministki, ale jednak są, co pokazuje wciąż aktualna sprawa pewnego rysunku w Rzepie, w której za nic (i słusznie!) nie chcemy się ową sympatyczną cechą wykazać. Mimo wszystko jednak zakładam, że większość społeczności LGBTQetcetera śmiać się potrafi, również z siebie. Czemu tego nie widać na co dzień? Bo na co dzień oglądamy jedynie poważnych działaczy poważnych organizacji podczas poważnych manifestacji lub wypowiadających się dla równie poważnych mediów. Dla miłej odmiany - napiszę o dwóch znacznie mniej poważnych akcjach (a nawet jednej organizacji, wprawdzie nieformalnej, ale jednak).

Raczej niewiele osób wie, że podczas słynnego już tegorocznego Kongresu Kobiet miał miejsce debiut pewnej lesbijskiej grupy "terrorystycznej" - choć sam debiut pewien rozgłos zdobył. Objawił się wlepkami na wewnętrznej stronie drzwi toalet z takimi pytaniami jak "Czy lesbijka z PGR-u to polska kobieta?", "Czy kobieta po aborcji to polska kobieta?". Autorki akcji (rzecz jasna anonimowe) chciały w ten sposób zwrócić uwagę na tematy, które ich zdaniem zostały pominięte lub niedostatecznie zaznaczone podczas Kongresu. Ich pomysł okazał się na tyle skuteczny, że "Gazeta Wyborcza" napisała o wlepkach w relacji z Kongresu, uznając je za element jak najbardziej oficjalny. Grupa z tego co wiem działa nadal i planuje kolejne "wywrotowe" akcje. Na razie daję wywrotowe w cudzysłowie, ale liczę, że skończy się czymś na miarę wysadzenia pomnika Waszyngtona, czy raczej, jak to powiedział komik Jeff Dunham w słynnym skeczu o Ahmedzie martwym terroryście, pomnika uznania dla Billa Clintona. Na wypadek, gdyby ktoś nie wiedział, pomnik wygląda tak:

A sam pomysł wysadzenia pomnika, po założeniu nań gigantycznej prezerwatywy, pochodzi z fantastycznej komedii "Itty Bitty Titty Committee":



Druga zabawna historia pochodzi z czasów już prehistorycznych, bo sprzed ponad 4 lat. Prężnie wówczas działające stowarzyszenie Porozumienie Lesbijek postanowiło uczcić IDAHO (17 maja), malując na murach i chodnikach Warszawy znak "STOP HOMOFOBII", o ten:

Działaczki przygotowały szablony, spreje, pozostał tylko problem, kto ową akcję zrealizuje. Ponieważ żadna z młodszych członkiń stowarzyszenia jakoś się do tego nie paliła, przykład postanowiły dać im pewna znana rzeczniczka i równie znana ikona ruchu lesbijskiego. I tak pewnej majowej nocy (tuż przed Europejskim Szczytem Gospodarczym, który pechowo miał się odbyć tamtego roku w maju w Warszawie) udały się na skrzyżowanie Rakowieckiej i Puławskiej (bodaj najlepiej monitorowane w stolicy) i machnęły na ślicznych bielutkich pasach ulicznych ów znak. Nie minęło kilka minut, a już siedziały w wozie Straży Miejskiej (z racji Szczytu nieco nadaktywnej), który powiózł je na komisariat policji, gdzie spędziły średnio upojną noc. Sprawa skończyła się umorzeniem ze względu na niską szkodliwość czynu, ale było wesoło (szczególnie zaniepokojonym współmałżonkom obu, w tym niżej podpisanej).

Trudno porównać impakt tego typu akcji z lobbowaniem na rzecz legalizacji związków osób tej samej płci czy akcjami społecznymi w stylu "Niech nas zobaczą", ale taka działalność "terrorystyczna" ma nad nimi jedną niewątpliwą przewagę - jest zabawna. I wbrew pozorom może być też bardzo medialna - że przypomnę ostatnią akcję "nieznanych sprawców" z zaklejaniem Trójmieście plakatów informujących o spotkaniach z Cejrowskim naklejkami "ODWOŁANE. Pozdrowienia od trójmiejskich gejów i lesbijek". Pointa? Działaczostwo nie musi być związane z cierpiętnictwem (w stylu "ja muszę, bo jak nie ja, to kto, ach kto to dla was zrobi"). Choć to zasadniczo poważna sprawa.

piątek, 21 sierpnia 2009

Grzybobranie i działaczostwo

Zacznę od anegdoty. Moja mama, gdy jeszcze była czynna zawodowo, brała dyżury na toksykologii. A konkretnie badała, czym się delikwent przywieziony do szpitala zatruł. I do owych badań potrzebowała materiału porównawczego, w okresie letnio-jesiennym - zarodników największych trucicieli. Tak że chodziła sobie po lesie, zbierała sromotniki i w całej jej karierze nikt nigdy nie zwrócił jej uwagi, że to, co ma w koszyczku, to śmiertelnie trujące muchomory. Oczywiście jest kilka wyjaśnień tego faktu - niektórzy mogli myśleć, że to "gąski", niektórzy - że to nie ich sprawa, że starsza pani ma ochotę otruć siebie lub męża, jeszcze inny wstydzili/bali się jej zwrócić uwagę. Ostatnia możliwość - nikt nie zauważył sromotników, bo wszystkich obchodzą tylko ich własne koszyczki.

A sromotnik wygląda tak:


Tak się ostatnio zastanawiam - z racji całego szumu wokół EuroPride 2010, Fundacji Równości, ale również w kontekście działań organizacji LGBTQetcetera wszelkich - dlaczego właściwie po (przeszło) 20 latach walki o równość nie mamy, a właściwie to nie wychowaliśmy sobie kogoś, kogo z czystym sumieniem moglibyśmy nazwać ikoną ruchu lesbijsko-gejowskiego(-etcetera). Bo generalnie jest tak, że ktoś tam coś robi (mądrze albo głupio), ktoś mu w tym czasami pomaga, ktoś krytykuje (jak głupio, to się go ignoruje, jak mądrze - próbuje zakrzyczeć lub ułagodzić lub obie rzeczy jednocześnie), ale większość po prostu pilnuje własnych koszyczków, a resztę ma w głębokim poważaniu. Ja generalnie mam tak, że jak się coś niefajnego dzieje, to najpierw patrzę, co ja robię źle, a dopiero jak nie znajdę, szukam usprawiedliwienia w okolicznościach zewnętrznych (to po mamusi chyba). I wyszło mi, że nasz problem z działaczami polega na tym, że oni myślą (ci "dużego formatu", z których myślenia rzeczywiście dużo - choć nie zawsze dobrze - wynika), że wiedzą lepiej niż my, ale tylko dlatego tak myślą, że nigdy nie przyzwycziliśmy ich myśleć inaczej. Inaczej mówiąc, zasada, żeby nie krytykować, żeby prać swoje brudy we własnym gronie, jest do chrzanu. Bo zwalnia z odpowiedzialności, skoro nikt, przed kim mielibyśmy być odpowiedzialni, nie zgłasza żadnych pretensji.

Nie piszę tu o krytykanctwie rodem z pewnego clubbingowego portalu, że ten sobie wybudował domek, a tamten nakłamał za granicą czy w sprawozdaniu finansowym (choć i w tych głosach na pewno jest trochę prawdy), ale o nieukrywaniu rzeczy, co do których mamy pewność i dowody, że miały miejsce. Na przykład jeżeli wiem, że jakaś fundacja namawia ludzi do działania "dla sprawy", a potem robi na tej sprawie grube pieniądze albo dobry PR - ale tylko sobie - a swoich współpracowników ordynarnie oszukuje, powinnam to po prostu ujawnić. Bo co z tego, że oszukani ludzie drugi raz się nabrać nie dadzą, skoro znajdzie się następna grupa, która nie mając pojęcia, jak się sprawy mają, da się namówić na kolejną akcję "dla sprawy" i po jakimś czasie powiększy grono rozczarowanych. Ewentualnie zacznie robić coś na własną rękę. I albo polegnie, bo bez zaplecza (nawet słabego) jest jednak trudniej, albo mu/jej się uda i wtedy prawdopodobie stwierdzi, że lepiej robić mniejsze rzeczy samemu niż użerać się z kolejną organizacją.

Jak by nie było - z takiego działania masowego ruchu nie będzie. Bo do tego potrzebny/a jest lider/ka, który/a potrafi kierować ludźmi i potrafi ich przy sobie zatrzymać. A jeżeli do tego będzie skuteczny/a, to nikt poważny nie będzie się zastanawiać, czy czegoś z tego dla siebie nie ma. Ba - nawet powinien/na mieć, bo dochodowej działalności poświęcić się jednak łatwiej. I właśnie taką osobę powinniśmy sobie wychować lub wręcz stworzyć. Jak - ano właśnie patrząc jej na ręce, informując o nieprawidłowościach, wskazując, jak się poprawić. I robiąc to naprawdę na masową skalę. Oczywiście nie na wszystkich to podziała, ale przecież nie chcemy współdziałać z kimś, kto jest tak przekonany, że jest gąską, że nawet nie zauważył, że to jeszcze nie pora roku na gąski, a on w rzeczywistości jest sromotnikiem (wybaczcie grzybiarskie porównania, ale jakoś do pierwszej części wpisu nawiązać muszę). Ale każdy dobry grzybiarz wie, że trujaki należy omijać z daleka (nietrującego sromotnika wstydliwego, z racji wydzielanego przez niego zapachu, też) - więc takich ludzi trzeba zostawić samych sobie, aby we własnym gronie przygotowywali sobie zupki i hamburgery. Na zdrowie!

Na zakończenie - piosenka grzybiarza:

wtorek, 18 sierpnia 2009

O internetowych społecznościach

Zabawny moment dnia: konkurs na Homikach. Do wygrania książki Kārlisa Vērdiņša "Niosłem ci kanapeczkę". Wystarczy podać, kto kanapeczkę przetłumaczył, i już. Żeby było łatwiej, są podane trzy odpowiedzi do wyboru, a w tekście konkursowym nazwisko tłumacza pada dwukrotnie (z informacją, że jest to tłumacz). Jakby było jeszcze za trudno - są dwa inki, pod którymi można poszukać szczegółów. Uwielbiam Homiki, ale konkurs na zasadzie "Po wodzie pływa, kaczka się nazywa. Jak się nazywa?" to już jednak jak dla mnie zbyt audiotele, żeby tego nie skomentować. Ale dość złośliwości.

Dziś w pracy superciekawa dyskusja o społecznościach skupionych wokół internetowych serwisów tematycznych. Nie miałam pojęcia o istnieniu "szafiarek" (jedna z grup użytkowniczek serwisów lifestylowych), że dziewczyny blogujące o modzie (to nie to samo co "szafiarki") to wybitnie hermetyczna i przekonana o swojej wyższości grupa, czy też że jak fascynujesz się paznokciami, to zakładasz fotobloga, na którym pokazujesz swoje tipsy, ale niekoniecznie już o tym piszesz. Albo że polskie nastoletnie użytkowniczki Twittera twittują częściej po angielsku niż po polsku. Ciekawe też były spostrzeżenia o wykorzystaniu internetu do lansowania siebie (charakterystyczne raczej dla nastolatek), podejściu do prywatności i "tajności" informacji podawanych w sieci (ciekawe w kontekście sprawy pewnej ankietki) i wykorzystania portali społecznościowych w procesie rekrutacji - które grupy świadomie wykorzystują takie narzędzia jak blogi, Goldenline czy Linkedin, a które raczej nie zdają sobie sprawy z tego, że informacje o nich, które można znaleźć za pomocą wyszukiwarek, też mogą zostać wykorzystane i ocenione przez potencjalnego pracodawcę. I jeszcze ciekawostka - absolutnie wypada się przyznawać do czytania Pudelka, a pojawienie się tam jest nobilitacją - ja to serio piszę.

Przydałoby się porządne badanie użytkowników i użytkowniczek polskich portali LGBT. Mam wrażenie, że o ile chętnie wykorzystujemy serwisy "branżowe" do ankietowania internetowej społeczności lesbijek i gejów, o tyle tylko możemy się domyślać, jak oni z tych serwisów korzystają (nie mam na myśli danych, które możemy wyciągnąć z Gemiusa, jak płeć, wiek, miejsce zamieszkania czy najchętniej odwiedzane elementy serwisów) - co dla lesbijki z małego miasteczka oznacza możliwość przebywania na forum Kobiety Kobietom, jaka jest współoglądalność Fellow i Homików i kiedy właściwie wchodzi się na jeden, a kiedy na drugi serwis, który serwis jest naszym pudelkiem i czy jest np. tak, że użytkownicy Gaylife chętniej wchodzą na Pudla niz np. użykownicy Gejowa itp. Teoretycznie część wyników badań można przewidzieć, ale przewidzieć a wiedzieć zupełnie co innego. Niniejszym zachęcam studentów/studentki i absolwentów/absolwentki psychologii i socjologii do przeprowadzenia solidnych badań jakościowych - materia fascynująca, a już z pewnością bardziej oryginalna niż większość praca na temat tego, jak lesbijki i geje są postrzegani przez..., jak się sami postrzegają, czy czują się wykluczani, czy są wykluczani itd. itp. Na pewno nie tylko ja dostaję - i zazwyczaj wypełniam, bo pomóc młodym badaczom/badaczkom trzeba - setki ankiet, które są bardzo podobne do siebie. A chętnie wzięłabym udział w badaniu, z którego dowiedziałabym się o sobie czegoś nowego.

niedziela, 16 sierpnia 2009

Leniwie przy niedzieli

Diva przyjechała i pojechała, podobnie jak nasi goście. Nie odmówiłam sobie wczoraj spaceru na Bemowo i pooglądania tłumu wielbicieli i wielbicielek Madonny, bodaj siedmiu uczestników demonstracji anty-Madonnowej i dwóch prawdopodobnie pikiety anty-anty-Madonnowej:

Przedstawiciele Ruchu Obrony Suwerenności Narodu Polskiego pytali, czy Polska ma być drugą Palestyną oraz dali prosty wybór - albo "cywilizacja życia", albo szambo.

Przypuszczalnie druga pikieta - anty-anty-Madonnowa, trzymający transparent przyznali, że nie wiedzą, co oznacza ich hasło.

Mimo szumnych obietnic przeciwnikom koncertu Madonny nie udało się go zagłuszyć - z naszego balkonu słychać go było w każdym razie świetnie. Nasi goście też na wrażenia dźwiękowe nie narzekali, z wzrokowymi było trochę gorzej - jednej grupie udało się zobaczyć dziesięciocentymetrową Madonnę, drugiej - stały bliżej - piętnastocentymetrową. No ale nie wzrost się ponoć liczy. Myśmy oczywiście nie widziały nawet milimetrowej, więc pewnie i tak jesteśmy do tyłu.

Ale za to dostałyśmy od naszych gości kota - a konkretnie sylwetkę sierściucha wkomponowaną w dziurę w drzwiach do łazienki, którą wchodzą nasze zupełnie rzeczywiste koty:

Ewa przy pracy. Na oglądanie efektu końcowego zapraszamy do nas :)

Jako że to raczej ostatni na długo mój wpis jakoś tam poświęcony Madonnie, czas się przyznać, że w życiu zdarzyło się i mi lubić przynajmniej dwie jej piosenki. Jako dziecko byłam zafascynowana "Material girl". A do dziś kręci mnie (pomijane we wszelkich rankingach) "Don't tell me".

piątek, 14 sierpnia 2009

Lesbijki lecą na wygląd

We wrześniu zadebiutuje w sieci nowy serial o lesbijkach - "Far Out". Za serialem stoi Faye Hudges, jej scenariusz odrzuciły wszystkie brytyjskie stacje telewizyjne, do których się zwróciła, w tym BBC. Postanowiła więc pokazać swoje dziecko w internecie. "Far Out" to opowieść o życiu grupy przyjaciółek mieszkających w Londynie. "Chciałam pokazać, jak tak naprawdę żyją lesbijki. Że mamy prawdziwe i ważne związki, że możemy być być męskie, bardzo kobiece lub wszędzie pomiędzy tymi kategoriami, że mamy dzieci, odpowiedzialną pracę, rodziny, ambicje i aspiracje. Mogę uczciwie powiedzieć, że opowiadam historie oparte na doświadczeniach lesbijek, że ten serial nie jest wymyślony dla pieniędzy przez grupę bogatych facetów" - pisze na stronie serialu Hudges. W Wielkiej Brytanii "Far Out" już jest nazywany lesbijskim "Queer as Folk", choć widownia zobaczy w nim pewnie raczej nowego "L Worda".
Premiera już 6 września na www.farouttv.co.uk.

Wśród komentarzy pod zamieszczonym na Innej Stronie trailerem serialu:



przeważają krytyczne wobec urody bohaterek "Far Out". I pochwalne wobec "L Worda", którego bohaterkom wiele można zarzucić, ale nie brak urody (lub przynajmniej "dobrego zrobienia"). Tyle że owe walory estetyczne jakoś nie pomogły ostatnim dwóm sezonom serialu, które są po prostu słabe - tak jakby producentka Ilene Chaiken była bardziej bogatym gościem zza biurka robiącym serial dla kasy niż lesbijką opowiadającą o życiu lesbijek. Pisząc ostatnio kolejny już w życiu tekst o "L Wordzie", tym razem z okazji polskiej premiery serialu na kanale Fox Life, miałam zresztą nielichy problem - bo znając cały serial, jakoś nie pałam już wobec niego szczególnym entuzjazmem, z drugiej strony jednak pamiętałam swój zachwyt, gdy oglądałam pierwsze sezony, więc nie wypadało mi go tak po prostu zjechać. I w sumie może i dobrze, że tego nie zrobiłam, bo najwyraźniej moja opinia niekoniecznie pokrywa się z opinią fanek serialu - może rzeczywiście od serialu "o nas" oczekujemy przede wszystkim ładnych widoków. Tak czy siak - "Far Out" obejrzę.

Skoro przy wyglądzie jesteśmy - dostałyśmy (jako Barbie Girls) zaproszenie do programu Strefa Wolnych Myśli w polskiej telewizji internetowej Wp.Tv. Pozwolę sobie wkleić fragment: "Zależałoby nam aby pojawiły się najlepiej trzy dziewczyny, wyraziste, kolorowo ubrane, odważne, wygadane. Przez to chcielibyśmy pokazać różnoraki koloryt środowiska lesbijskiego, które nie boi się ujawnić i mówić o swoim istnieniu". Nagranie 27 sierpnia, więc fryzurki mamy gotowe, kolorowe wdzianka też nabyte :) A jak już będę duża i wygadana, strzelę sobie taką podgoloną fryzurkę, jaką Ani DiFranco ma w teledysku do "In or out":



I na zakończenie śmieszna rzecz: w ostatnim wpisie "zapraszałam" do nas na słuchanie koncertu Madonny. Nie minęło kilka godzin, a zgłosiła się toruńsko-szczeciniecka ekipa chętna na nocleg (bo na koncert to bilety ma). Intuicja? Bo przecież nie reklamuję jeszcze tego bloga!

czwartek, 13 sierpnia 2009

Porno, Madonna i Michfest

Do ostatniej "Repliki" popełniłam tekst o kobiecym i queerowym porno. Artykuł ukazał się wczoraj na Homikach, a mi się przypomniały kulisy jego pisania - te, których w druku zabrakło. Szukając materiałów (powiedzmy) zdjęciowych i - co tu dużo mówić - inspiracji, natrafiłam na kilka gatunków pornografii, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Najzabawniejsze (z racji nazwy) było Veg Porn ("porno wegetariańskie?" - pomyślałam) - czyli, jak się okazało, filmy z kobietami, które nie golą włosów. Przestraszyło mnie za to Wired Pussy - stronka sado-maso z paniami, które oprócz zwyczajnych gadżetów jak pejcze czy kneble lubią elektryczność (w sumie mogłam się domyślić po nazwie). Wśród rozlicznych stron z mniej lub bardziej queerową pornografią zabrakło oczywiście polskich - owszem, znalazłam kilka rodzimych opracowań teoretycznych, na które powołuję się w tekście, ale przykładów musiałam poszukać sobie sama - nie, żebym jakoś szczególnie narzekała, po prostu stwierdzam fakt. W ogóle z tym seksem lesbijskim jest i w polskim internecie, i w literaturze jakoś słabo - mamy dość ogólne i grzeczne "Kiedy kobieta kocha kobietę", dopiero co ukazał się poradnik "Kobiety kochają kobiety" (recenzja wkrótce, bo mnie Homiki utłuką, jak się w końcu nie sprężę), ale całość, mimo ładnych zdjęć (choć wszystkie trzy panie, które pozowały do nich, nie w moim typie), wygląda średnio obiecująco, szczególnie że odbiorczyniami tej pozycji mają być, sądząc z opisu na czwartej stronie okładki, heteroseksualne kobiety, które chciałyby spróbować seksu z inną kobietą. A lesbijki?! - chciałoby się, wzorem WIADOMO KOGO, zakrzyknąć. Tak na marginesie, w sferze tytułów pozycji o lesbijskim seksie (i nie tylko) jest (mimo mikrej liczby takich książek w ogóle) już mocno monotonnie - następnym razem poproszę o coś z lesbijką i seksem w tytule. I bez kobiety (hm, świat bez kobiet?:), no dobrze, bez dwóch kobiet.


Tymczasem Polska szykuje się na przyjazd Madonny, jest już ruch anty-Madonnowy, anty-anty-Madonnowy, warszawskie kluby szykują się na oblężenie gejów (i lesbijek), którzy w 15 sierpnia licznie najadą stolicę, Gosia i ja szykujemy krzesełka na balkonie, z którego zamierzamy słuchać koncertu (tak, mieszkamy blisko lotniska na Bemowie, nie, to nie jest zaproszenie, chociaż...:)), dziś w nocy ktoś zawiesił na Moście Gdańskim ogromny plakat z Maryją o twarzy Madonny:


...a ja bym oddała wszystko, żeby zamiast w supershow Madonny wziąć udział w Michigan Womyn's Music Festival* i zobaczyć "Drive" tłumaczone na język migowy:



czy Erin McKeown z taką interpertacją "These Boots are Made for Walking":



Tegoroczny Michfest właśnie się zakończył, do przyszłorocznego zostało jeszcze trochę czasu - zobaczymy. A jak nie wyjdzie, cóż - może czas zaimplementować Michfest w Polsce.

*Michigan Womyn's Music Festival - międzynarodowy festiwal muzyczny tworzony przez kobiety i dla kobiet. Istnieje od 1976 roku. Wykreował przestrzeń dla niezależnej muzyki feministycznej i lesbijskiej (z ciekawostek - to tam zaczęła swoją karierę Tracy Chapman). To również przestrzeń dla polityczek, artystek, komiczek oraz wszelkiej maści aktywistek.

niedziela, 9 sierpnia 2009

Wstępniak

Trzy dni zeszły mi na szukaniu nazwy mojego bloga. Bez sensu? Niekoniecznie - blogów są tysiące, poradników i wątków na forach spod znaku "najpopularniejsze nazwy blogów" czy "najgłupsze nazwy blogów" również co nie miara, a jak się ma zwyczaj przeprowadzania szczegółowego researchu zanim się coś zacznie robić, tak się to zwykle kończy. Zresztą wymyślanie nazwy dla jakiejkolwiek inicjatywy - zespołu, magazynu, strony internetowej, imprezy to zazwyczaj katorżnicza praca, często zajmująca więcej czasu niż przygotowanie reszty.

Tak było na przykład z magazynem "Replika", który do niedawna miałam okazję prowadzić. Pierwszy numer robiliśmy w listopadzie i grudniu 2005 roku. Był już praktycznie gotowy, teksty napisane i spawdzone, zdjęcia pozyskane, a wybór nazwy - który na pierwszym spotkaniu wydawał nam się wprawdzie ważny, ale odłożyliśmy go na bliską przyszłość - stał się nagle kluczowy. Czego to myśmy nie wymyślali - pamiętam "Homopolitan" i "Pryzmat", ale na pewno były i gorsze pomysły (ponoć umysł wypiera te gorsze wspomnienia, więc i mój wyparł). W końcu, w jakimś ostatnim przebłysku natchnienia zadzwoniłam do Gosi (mojej dziewczyny, partnerki, żony, kochanki czy jak jeszcze chcecie), ta wzięła do ręki słownik języka polskiego i podrzuciła nam z trzydzieści słów, wśród których znalazło się i "replika". Było to jedyne słowo, którego nikt z pierwszego zespołu redakcyjnego nie odrzucił, tak że zostało. Od razu dorobiliśmy mu ideologię (to najłatwiejsza część zabawy w wymyślanie nazw) - że to taka nasza odpowiedź na otaczającą rzeczywistość. A z czasem nawet je polubiliśmy (co przy "homopolitanie" byłoby pewnie znacznie trudniejsze).

Nazwa, której autorstwo dla odmiany mogę przypisać sobie, to Barbie Girls. Nie chodzi o najsłynniejszą lalkę świata, ale o kabaret, który jakoś tak od czasów nawet przedreplikowych współtworzę. Tu nazwa pojawiła się chyba z rok po rozpoczęciu działalności, w knajpie przy piwie, a chodziło o to, by znaleźć coś naprawdę obciachowego. No i znalazłam. Teraz, kiedy nasz kabaret jest już jakąś tam marką, wiem, że przynajmniej z marketingowego punktu widzenia nie był to dobry pomysł (spróbujcie wypozycjonować się w Google na Barbie Girls!), ale poza tym nazwa spełnia swoją rolę - wpada w ucho (choć zdarzyło nam się widnieć w programie jednego festiwalu jako Barbie Dolls), prowokuje do zadawania pytań, jest odpowiednio kampowa, więc wpisuje się w nurt queer - w porządku, jakoś wybaczę te problemy z Googlem.

No dobrze, ale skąd ten garnitur? A stąd:
"I got a super cute three piece suit
One piece for your body
One piece for your smile
One more little piece if you stay a while".
(Ani DiFranco, "Ain't That The Way", album Revelling/Reckoning, 2001)

Wprawdzie tekst jest zdecydowanie miłosny i jako taki pewnie nijak się ma do tego akurat bloga, ale:
a) podoba mi się,
b) o muzyce (i siłą rzeczy również o Ani) pisać będę,
c) jak będzie trzeba, to dorobię mu jakąś ładną ideologię (jakaś trojaka osobowość, obszary zainteresowań, cokolwiek). A na razie niech zostanie jak jest, w końcu to pierwszy post, tak że szanse, że ktoś go przeczyta, są niewielkie.

Na zakończenie inna pani w garniturze, miss Ferrick i jej "Heartbeat":