Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z sierpień, 2009

Dzieci tak szybko dorastają

Dziś pożegnałyśmy naszego adoptowanego synka, który za chwilę wylatuje do Noweg Jorku. Zabrzmiało odpowiednio łzawo? To teraz od początku:) W weekend miałyśmy najazd Hunów, a konkretnie trójmiejskiej braci artystycznej, która przyjechała robić wizualizacje do piątkowo-sobotniej techno-imprezy na barce przy Moście Świętokrzyskim. Miałyśmy się jedynie spotkać z dwojgiem przyjaciół, którzy stanowili 2/5 owej ekipy, ale gdy się okazało, że mogą nocować albo w Grodzisku (czy Nowym Dworze) Mazowieckim, albo w samochodzie, zgarnęłyśmy wesołą gromadkę do siebie. Gdy nastało sobotnie wczesne popołudnie i nasi mili goście przetarli swe zaspane i w 3/5 bardzo młodzieńcze oczka, i gdy nowa znajomość została przypieczętowana wspólnym śniadaniem, nasz wtedy jeszcze nie synek dostrzegł u nas w domu rzecz wspaniałą - Playstation! I od słowa do słowa 4/5 gromadki poszło na miasto, a on został. I grał, i gadał, i pytał (a choćby o to, które aktorki nam się podobają - przy okazji wspólnie przejrzeliśmy …

Jestem zawodową lesbijką

Ewa Tomaszewicz: Twoja pierwsza książka, „Muskając aksamit”, to zarazem twój publiczny coming out. Kiedy po raz pierwszy powiedziałeś o sobie, ze jesteś lesbijką?

Sarah Waters: Nie uważałam się za lesbijkę, gdy byłam nastolatką. Chociaż zawsze podobały mi się dziewczyny, miałam wtedy chłopaka. I on na którymś etapie naszego chodzenia powiedział mi, że jest gejem. Także przydarzyła się nam bardzo typowa historia – gej i lesbijka, którzy o sobie nie wiedząc, zaczynają być razem.

Moją pierwszą dziewczynę poznałam na studiach, na uniwersytecie w Kent. Miałam wtedy 19 lat. Byłyśmy razem przez 6 lat. Na początku żyłyśmy w zamknięciu, o tym, że byłyśmy ze sobą, nie wiedzieli nawet nasi współlokatorzy. Teraz wydaje mi się to zabawne – w końcu dzieliłyśmy pokój, spędzałyśmy mnóstwo czasu razem, ale oni nie mogli się dowiedzieć, o co chodzi.

Później przeprowadziłyśmy się do Londynu i wszystko się zmieniło. Zaczęłyśmy chodzić do klubów lesbijskich i księgarni dla kobiet, uczestniczyć w działalno…

Seksownie przy sobocie

Miłe wieści nie tylko z Urugwaju, gdzie niższa izba parlamentu dopuściła adopcję dzieci przez pary jednopłciowe, ale również z Niemiec. Federalny Trybunał Konstytucyjny uznał, że adopcja dzieci przez osoby homoseksualne jest zgodna z prawem. Trybunał rozstrzygał w sprawie kobiety z miasteczka Schweinfurt na południu Niemiec, która chciała zaadoptować trzyletnie dziecko swojej partnerki za zgodą ojca dziecka i pracowników socjalnych. Sąd niższej instancji argumentował, że takie posunięcie byłoby niezgodne z konstytucją, ponieważ wyżej stawiałoby prawa partnera aniżeli biologicznych rodziców. Trybunał Konstytucyjny stwierdził, że decyzja sądu nie wzięła pod uwagę faktu, że rola rodzica dziecka nie zależy wyłącznie od biologicznego powinowactwa, ale opiera się także na społecznej wspólnocie rodzinnej powołanej dla opieki nad dzieckiem.

"Kobiety kochają kobiety" w końcu przeczytane, zabierałam się do tej książki jak pies do jeża... i miło się rozczarowałam. Recenzja w przyszłym…

I ty możesz zostać lesbą!

Lesbijskie Oddziały Terrorystyczne (LOT) po akcji wlepkowej podczas Kongresu Kobiet uderzają po raz drugi - tym razem w przestrzeni publicznej. Dziś rano na początku Marszałkowskiej przechodnie mogli zobaczyć taki oto widok:

Plakatu już nie ma, jest za to tekst na Gazeta.pl i dyskusja o akcji na Facebooku. Większość głosów jest na plus, pojawił się i cytat z naszej kabaretowej Maryji Furyji Konopnickiej:

Do krwi ostatniej kropli z łon
bronimy tej alkowy,
gdzie czeka, jak miłości tron,
jej grota, skarb bajkowy.

Tym, co są na minus, idzie głównie o to, czy spadające z nieba zakrwawione tampony są obrzydliwe i czy w związku z tym tego typu akcje nie przyczyniają się do budowania negatywnego stereotypu lesbijek. Jedna odpowiedź na głosy krytyczne jest szczególnie ładna: "Na szczęście już w latach 70. sztuka feministyczna odtabuizowała tampon, a praca "Red Flag" weszła do feministycznego kanonu. Na nieszczęście natomiast niektóre użytkowniczki Facebooka nadal praktykują wyklucz…

Strefa wolnych piersi

Dziś miałyśmy nagranie do programu "Strefa wolnych myśli" dla WP.tv. Teoretycznie zaproszono nas jako kabaret, w praktyce jako lesbijki. I to aż cztery, które w mediach jakoś się jeszcze nie opatrzyły, tak że po prostu rarytas. Jak wyszło - obejrzycie niedługo (nie dodam "mam nadzieję", bo nie wiem, czy ją rzeczywiście mam). Jak było? Nieszczególnie. O kabaret padły dokładnie trzy pytania, z których na jedno odpowiedź była krótka "jeszcze nie" ("Czy brałyście udział w jakichś ogólnopolskich festiwalach [w domyśle: kabaretów]?"). Poza tym musiałyśmy się zmierzyć z takimi problemami jak: "Co sądzimy o mężczyznach?" (myślimy, że są ob... ob... obłędni!), "Co myślimy o wypowiedzi jednego z przepytywanych jakiś czas temu w programie gejów, że lesbijki są męskie i agresywne?" (myślimy, że są różne), "Czy lubimy swoje piersi?" (ze stereotypem, jakoby lesbijki nie lubiły piersi, spotkałyśmy się po raz pierwszy - oczywiście …

Mój pierwszy komentarz

a to mam jednak intuicję. Z poprzedniego wpisu wywaliłam, jeszcze przed publikacją, zdanie, że poczucia humoru brakuje również naszym organizacjom. Wywaliłam, bo w niejednej organizacji - formalnej, a już szczególnie tych nieformalnych - zdarzało mi się nie tylko pracować, ale i dobrze bawić, tak że wyszło mi, że taka generalizacja jest jednak nieprawdziwa. Poza tym pomyślałam sobie, że ktoś to może przeczyta, weźmie do siebie i awantura gotowa. Nie minęły dwa dni i okazało się, że mój wcześniejszy, z założenia zabawny, choć i zaangażowany, wpis o dziwnych korelacjach między grzybami i działaczami okazał się być już nie fajną metaforą, ale - uwaga! - pomówieniem. Cały dramat rozegrał się w komentarzach pod wpisem. Zaczęło się od wyzwania na pojedynek i dywagacji, co by się stało, gdyby spuścić mnie ze smyczy, skończyło na stwierdzeniu o "nieakceptowalnej przez większość społeczeństwa treści mojego tekstu, które to społeczeństwo ma prawo wyrazić swoją opinię". Co do tego osta…

Czy lesbijki mają poczucie humoru?

Pewien sympatyczny młody dziennikarz, robiąc wywiad do "Zadry" z jedynym słusznym kabaretem Barbie Girls, zapytał nas, czy lesbijki mają poczucie humoru. Odpowiedź oczywiście brzmi: nie, lesbijki są ponure jak noc listopadowa. Dowodem na to oczywiście nasze występy, na których nikt się dobrze nie bawi, a niektórzy ponoć nawet płaczą (szczególnie przy numerze z łechtaczkami).

Samo pytanie, prowokacyjne zresztą z założenia, wcale nie jest głupie. O brak poczucia humoru lesbijki i geje wprawdzie nie są podejrzewani tak często jak feministki, ale jednak są, co pokazuje wciąż aktualna sprawa pewnego rysunku w Rzepie, w której za nic (i słusznie!) nie chcemy się ową sympatyczną cechą wykazać. Mimo wszystko jednak zakładam, że większość społeczności LGBTQetcetera śmiać się potrafi, również z siebie. Czemu tego nie widać na co dzień? Bo na co dzień oglądamy jedynie poważnych działaczy poważnych organizacji podczas poważnych manifestacji lub wypowiadających się dla równie poważnych m…

Grzybobranie i działaczostwo

Zacznę od anegdoty. Moja mama, gdy jeszcze była czynna zawodowo, brała dyżury na toksykologii. A konkretnie badała, czym się delikwent przywieziony do szpitala zatruł. I do owych badań potrzebowała materiału porównawczego, w okresie letnio-jesiennym - zarodników największych trucicieli. Tak że chodziła sobie po lesie, zbierała sromotniki i w całej jej karierze nikt nigdy nie zwrócił jej uwagi, że to, co ma w koszyczku, to śmiertelnie trujące muchomory. Oczywiście jest kilka wyjaśnień tego faktu - niektórzy mogli myśleć, że to "gąski", niektórzy - że to nie ich sprawa, że starsza pani ma ochotę otruć siebie lub męża, jeszcze inny wstydzili/bali się jej zwrócić uwagę. Ostatnia możliwość - nikt nie zauważył sromotników, bo wszystkich obchodzą tylko ich własne koszyczki.

A sromotnik wygląda tak:


Tak się ostatnio zastanawiam - z racji całego szumu wokół EuroPride 2010, Fundacji Równości, ale również w kontekście działań organizacji LGBTQetcetera wszelkich - dlaczego właściwie po …

O internetowych społecznościach

Zabawny moment dnia: konkurs na Homikach. Do wygrania książki Kārlisa Vērdiņša "Niosłem ci kanapeczkę". Wystarczy podać, kto kanapeczkę przetłumaczył, i już. Żeby było łatwiej, są podane trzy odpowiedzi do wyboru, a w tekście konkursowym nazwisko tłumacza pada dwukrotnie (z informacją, że jest to tłumacz). Jakby było jeszcze za trudno - są dwa inki, pod którymi można poszukać szczegółów. Uwielbiam Homiki, ale konkurs na zasadzie "Po wodzie pływa, kaczka się nazywa. Jak się nazywa?" to już jednak jak dla mnie zbyt audiotele, żeby tego nie skomentować. Ale dość złośliwości.

Dziś w pracy superciekawa dyskusja o społecznościach skupionych wokół internetowych serwisów tematycznych. Nie miałam pojęcia o istnieniu "szafiarek" (jedna z grup użytkowniczek serwisów lifestylowych), że dziewczyny blogujące o modzie (to nie to samo co "szafiarki") to wybitnie hermetyczna i przekonana o swojej wyższości grupa, czy też że jak fascynujesz się paznokciami, to za…

Leniwie przy niedzieli

Diva przyjechała i pojechała, podobnie jak nasi goście. Nie odmówiłam sobie wczoraj spaceru na Bemowo i pooglądania tłumu wielbicieli i wielbicielek Madonny, bodaj siedmiu uczestników demonstracji anty-Madonnowej i dwóch prawdopodobnie pikiety anty-anty-Madonnowej:

Przedstawiciele Ruchu Obrony Suwerenności Narodu Polskiego pytali, czy Polska ma być drugą Palestyną oraz dali prosty wybór - albo "cywilizacja życia", albo szambo.
Przypuszczalnie druga pikieta - anty-anty-Madonnowa, trzymający transparent przyznali, że nie wiedzą, co oznacza ich hasło.

Mimo szumnych obietnic przeciwnikom koncertu Madonny nie udało się go zagłuszyć - z naszego balkonu słychać go było w każdym razie świetnie. Nasi goście też na wrażenia dźwiękowe nie narzekali, z wzrokowymi było trochę gorzej - jednej grupie udało się zobaczyć dziesięciocentymetrową Madonnę, drugiej - stały bliżej - piętnastocentymetrową. No ale nie wzrost się ponoć liczy. Myśmy oczywiście nie widziały nawet milimetrowej, więc pewn…

Lesbijki lecą na wygląd

We wrześniu zadebiutuje w sieci nowy serial o lesbijkach - "Far Out". Za serialem stoi Faye Hudges, jej scenariusz odrzuciły wszystkie brytyjskie stacje telewizyjne, do których się zwróciła, w tym BBC. Postanowiła więc pokazać swoje dziecko w internecie. "Far Out" to opowieść o życiu grupy przyjaciółek mieszkających w Londynie. "Chciałam pokazać, jak tak naprawdę żyją lesbijki. Że mamy prawdziwe i ważne związki, że możemy być być męskie, bardzo kobiece lub wszędzie pomiędzy tymi kategoriami, że mamy dzieci, odpowiedzialną pracę, rodziny, ambicje i aspiracje. Mogę uczciwie powiedzieć, że opowiadam historie oparte na doświadczeniach lesbijek, że ten serial nie jest wymyślony dla pieniędzy przez grupę bogatych facetów" - pisze na stronie serialu Hudges. W Wielkiej Brytanii "Far Out" już jest nazywany lesbijskim "Queer as Folk", choć widownia zobaczy w nim pewnie raczej nowego "L Worda".
Premiera już 6 września na www.farouttv.c…

Porno, Madonna i Michfest

Do ostatniej "Repliki" popełniłam tekst o kobiecym i queerowym porno. Artykuł ukazał się wczoraj na Homikach, a mi się przypomniały kulisy jego pisania - te, których w druku zabrakło. Szukając materiałów (powiedzmy) zdjęciowych i - co tu dużo mówić - inspiracji, natrafiłam na kilka gatunków pornografii, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Najzabawniejsze (z racji nazwy) było Veg Porn ("porno wegetariańskie?" - pomyślałam) - czyli, jak się okazało, filmy z kobietami, które nie golą włosów. Przestraszyło mnie za to Wired Pussy - stronka sado-maso z paniami, które oprócz zwyczajnych gadżetów jak pejcze czy kneble lubią elektryczność (w sumie mogłam się domyślić po nazwie). Wśród rozlicznych stron z mniej lub bardziej queerową pornografią zabrakło oczywiście polskich - owszem, znalazłam kilka rodzimych opracowań teoretycznych, na które powołuję się w tekście, ale przykładów musiałam poszukać sobie sama - nie, żebym jakoś szczególnie narzekała, po prostu stwierdzam…

Wstępniak

Trzy dni zeszły mi na szukaniu nazwy mojego bloga. Bez sensu? Niekoniecznie - blogów są tysiące, poradników i wątków na forach spod znaku "najpopularniejsze nazwy blogów" czy "najgłupsze nazwy blogów" również co nie miara, a jak się ma zwyczaj przeprowadzania szczegółowego researchu zanim się coś zacznie robić, tak się to zwykle kończy. Zresztą wymyślanie nazwy dla jakiejkolwiek inicjatywy - zespołu, magazynu, strony internetowej, imprezy to zazwyczaj katorżnicza praca, często zajmująca więcej czasu niż przygotowanie reszty.

Tak było na przykład z magazynem "Replika", który do niedawna miałam okazję prowadzić. Pierwszy numer robiliśmy w listopadzie i grudniu 2005 roku. Był już praktycznie gotowy, teksty napisane i spawdzone, zdjęcia pozyskane, a wybór nazwy - który na pierwszym spotkaniu wydawał nam się wprawdzie ważny, ale odłożyliśmy go na bliską przyszłość - stał się nagle kluczowy. Czego to myśmy nie wymyślali - pamiętam "Homopolitan" i &quo…