wtorek, 29 września 2009

Polański, EuroPride - czyli stronniczy przegląd "zabawnych" sytuacji tygodnia

Przy okazji sprawy Polańskiego błysnął wczoraj w TVN-owskiej "Kropce nad i" Krzysztof Zanussi. "Gdyby nie był sławny, to fakt, że ponad 30 lat temu w Los Angeles, mieście szczególnie swobodnych obyczajów, skorzystał z usług jakiejś nieletniej prostytutki, nie miałby dzisiaj przedłużenia" - stwierdził w rozmowie z Moniką Olejnik. Nie wiem, czy Samantha Geimer w wieku 13 lat miała już duże doświadczenie seksualne i poszła z Polańskim do łóżka dobrowolnie (jak twierdzą Polański i ona teraz), czy też niemal żadnego i została przez niego zgwałcona (jak zeznała te 30 lat temu), niezależnie jednak od tego, gdzie leży prawda (zresztą nie jest to istotą sprawy), Zanussi popisał się typową niestety dla naszej kultury pogardą wobec kobiet. Dziewczyna, która miała wielu kochanków, to prostytutka. Jak w takim razie nazwać Polańskiego, który zapewne kochanek miał znacznie więcej niż niejedna "puszczalska"?

W całej tej historii najbardziej jednak bawi mnie oburzanie się na podwójne standardy - że jak to, za reżyserem oskarżonym o gwałt na nastolatce wstawia się ministerstwo i wszyscy święci, powstają petycje i rodzi się spontaniczny ruch na rzecz jego obrony? No po prostu skandal, wszak zwykły człowiek poszedłby po prostu siedzieć i tyle. I jakoś nikt nie zauważa, że Polska jest krajem podwójnych standardów, w którym obrazę prezydenta ściga się z urzędu, posłów i senatorów chroni immunitet, istnieje paragraf na obrazę uczuć religijnych, za to wygrane Alicji Tysiąc w procesie cywilnym wytoczonym "Gościowi Niedzielnemu" i Ryszarda Giersza z nękającą go sąsiadką albo pomysł wprowadzenia kar za homofobiczną mowę nienawiści nazywa się zamachami na wolność słowa. Zawsze są równi i równiejsi, proszę państwa, choć czasem i tym równiejszym się oberwie, co widać na przykładzie sprawy Rywina. No, ale on zadarł z innymi równiejszymi.

W tym tygodniu rozbawiła mnie również propozycja Mariana Brudzyńskiego (tak, to ten od antymadonnowej krucjaty), by świętowanie EuroPride przenieść na tereny leśne i niezamieszkałe, bo - uwaga - 17 lipca jest bardzo blisko 15 lipca, kiedy to obchodzimy sześćsetlecie bitwy pod Grunwaldem, i ze względu na pamięć wówczas poległych nie wolno dopuścić, by Warszawę najechali geje i lesbijki (ciekawe swoją drogą, ilu gejów poległo pod Grunwaldem te sześćset lat temu i ile lesbijek zgwałcili dzielni rycerze armii z obydwu stron barykady).

Skoro już przy EuroPride jesteśmy, portal Gaylife donosi, że podczas weekendowej konferencji EPOA prezes Fundacji Równości, zapytany, czy Fundacja będzie wybierać sobie osoby czy organizacje, z którymi będzie współpracować przy organizacji EuroPride 2010, odpowiedział, że "parada będzie miała charakter otwarty i każdy będzie mógł oddać swoja imprezę do oficjalnego kalendarza imprez okołoparadowych. (...) impreza taka będzie jednak musiała wpisywać się w klimat EuroPride i Fundacja będzie ostrożna w promowaniu jednej partii politycznej". I nagle wszystko stało się jasne - najwyraźniej planowane przez nas imprezy (więcej pisałam o tym pod koniec tekstu o paprotkach) nie wpisywały się w klimat EuroPride i dlatego Fundacja zaprzestała rozmów z nami. No, trzeba było tak od razu powiedzieć, może udałby się nam wymyślić coś bardziej klimatycznego, a tak to jest już po paprotkach, to znaczy, przepraszam, po ptakach oczywiście.

I jeszcze słówko o tym, co mnie w tym tygodniu nie rozbawiło. Od paru dni forumowicze mojego ulubionego katoprawicowego forum Frondy dowcipkują na temat tego, jak zakłócić gdańską promocję książki o homoseksualnych pingwinach "Z Tango jest nas troje" w Centrum Zabaw Twórczych i na Uniwersytecie Gdańskim. Dyskusję zapoczątkował taki oto post:

Wyobraźmy sobie taką hipotetyczną (!) sytuację, że ktoś wrzucił do środka pojemnik z mieszanką wydzielającą dużą ilość amoniaku - gazu niezbyt mocno trującego, ale w większym stężeniu nie do wytrzymania - (na przykład mieszając chlorek amonu (salmiak) i kreta do rur zawierającego NaOH oraz pewną nie za dużą ilość ciepłej wody). Takie postępowanie oczywiście wypełniałoby znamiona tego i owego, więc mówię kategorycznie - NIE RÓBCIE TEGO. Gdyby ktoś miał pomysł, czego jeszcze w tej sprawie należy nie robić, miło by było, gdyby podzielił się swoimi pomysłami. 

I forumowicze pomysłami oczywiście się dzielą, podają również linki do stron, gdzie "nie można znaleźć" przepisów na różne wybuchowe mieszanki. Pada też genialna myśl, by zadzwonić na policję z informacją o podłożonej w miejscu, w którym ma się odbyć promocja książki, bombie. Miło, nieprawdaż?

Żeby nie kończyć tak ponuro, przy okazji coming outu Michała na comingout.blox.pl, a konkretnie jego słów o ślubach:

 
przypomniała mi się sympatyczna historia z mojej pracy. Jakieś dwa lata temu koleżanka powitała mnie rano informacją, że A. z naszego działu ma właśnie tego dnia rocznicę ślubu i może coś byśmy z tej okazji zrobili. Na co ja odpowiedziałam, trochę gorzko, trochę żartobliwie, że jako iż nie mogę wziąć ślubu z Gosią, to nie chcę też świętować rocznicy ślubu kogoś, kto miał taką możliwość. I co na to koleżanka? "Masz rację, nie pomyślałam o tym". Miło.

poniedziałek, 28 września 2009

Barbie Girls trochę historycznie

Dziś naprawdę krótko, bo jakieś potworne przeziębienie mnie złapało i wypada trochę zadbać o siebie.

Już 24 października będziemy z Barbie Girls na festiwalu Lesbijki, Geje i Przyjaciele we Wrocławiu. Choć nasz kabaret istnieje od 2005 roku, to tak naprawdę zeszłoroczny wrocławski festiwal był dla nas punktem przełomowym. Pierwszy raz wystąpiłyśmy z Furją, która debiutowała wówczas słynnym już cyklem "Ze sztambucha Maryi Konopnickiej". Pewnie już wszyscy widzieli, ale wklejam pierwszą część (całość do obejrzenia na Youtube):



Pierwszy raz miałyśmy pełny, półtoragodzinny program, bez konieczności proszenia kogoś, by wystąpił w czasie, gdy my się przebieramy między skeczami. Przy okazji - czy ktoś jeszcze pamięta nasz mówiony debiut w warszawskim Planie B w 2007 roku, kiedy to pokazała się z nami stworzona na potrzeby tego występu drag queen Mariola, czyli obecny naczelny "Repliki" Mariusz Kurc? Cudny był!


Ale wróćmy do Wrocławia. To tam pierwszy raz miałyśmy też okazję poczuć się jak gwiazdy - dostałyśmy asystę z samochodem (która wprawdzie zagroziła, że jak się nie spiszemy, wywiezie nas do pobliskiego lasu i zakopie, ale skoro piszę te słowa, to znaczy, że jednak było chyba dobrze), przewodników po mieście, garderobę może nie z prawdziwego zdarzenia, ale za to ogromną, jasną i z drzwiami wychodzącymi prosto na scenę, spersonalizowane dyplomy pamiątkowe... A przede wszystkim poznałyśmy mnóstwo cudownych ludzi, którzy dodali nam skrzydeł żywiołowymi reakcjami, pochwałami, zapewnieniami, że to, co robimy jest fajne, ma sens i musimy to kontynuować. Mam nadzieję, że nie rozczarujemy ich w tym roku. Program już prawie domknięty, szykujemy też niespodziankę - mam nadzieję, że ktoś ją nagra, bo będzie na co popatrzeć.

A ja tymczasem popatrzyłam sobie na Żaklinę w polskiej edycji Mam Talent.


Żaklina jak Żaklina, jak zawsze cudowna i jedyna w swoim rodzaju (właściwie jedynie drag queen Virgin budzi we mnie równie pozytywne uczucia), ale pozytywna reakcja publiczności naprawdę mnie zaskoczyła. Ale do Mam Talent się nie wybierzemy.

niedziela, 27 września 2009

Wszyscy na tak?

Co jakiś czas na Facebooku dostaję zaproszenie, by wesprzeć jakąś sprawę. Zaprotestować, rozpowszechnić informację, pozyskać dla idei więcej osób, pomóc finansowo. Im częściej takie prośby przychodzą, tym większą mam ochotę zignorować je, nie czytając. Nie dlatego, że nie sprzeciwiam się karaniu śmiercią za homoseksualizm w Iranie czy przemocy wobec kobiet. Po prostu przestaję wierzyć, że tego typu działanie ma sens - bo choć wysłanie takiej informacji nawet do niewielkiej liczby znajomych sprawia, że rozchodzi się w tempie błyskawicznym i może trafić do setek tysięcy osób, to efekt tego działania jest prawdopodobnie mizerny w porównaniu z liczbą osób, które potencjalnie mają możliwość się z danym problemem zapoznać. Oczywiście działanie psychologiczne może być znakomite - wszak udało mi się "pozyskać" (czytaj: sprawić, że posłały informację dalej) ileś tam osób. Czy jednak przekłada się na rzeczywiste benefity dla sprawy? Mimo wszystko wątpię. Trochę mi się to kojarzy z dążeniem do tego, by na serwisach społecznościowych mieć jak najwięcej "znajomych". Ładnie to wygląda, nie sprawia jednak, że mamy do kogo zadzwonić o trzeciej nad ranem, gdy przyśni się nam coś niedobrego.

Żeby nie było - doceniam siłę internetu i nie jestem przeciwniczką tego typu akcji. Jednak uważam, że trzeba się bardziej postarać, by nasza sprawa została zauważona przez osoby, które mogłyby rzeczywiście jakoś pomóc. To, że w internecie każdy może sobie zamieścić petycję, postawić stronkę czy bloga, rozesłać daną informację do iluś tam osób, nie sprawia, że działać jest łatwiej. Bo niby jak mam przekonać te ileś tam osób, by wsparły właśnie moją inicjatywę, skoro one takich próśb o wsparcie dostają kilkanaście-kilkadziesiąt tygodniowo? To trochę jak zwracanie się do gwiazdy, by wystąpiła na imprezie benefitowej. Na większości stron agentów gwiazd jest zakładka "występy charytatywne". Wiecie, co się dzieje, gdy na nią kliknąć? Zazwyczaj pojawia się informacja, że jeżeli zajmujesz się działalnością charytatywną, to masz już kontakt do osoby, której szukasz. Na oficjalnej stronie go nie znajdziesz.

O wilku mowa - przed sekundą dostałam propozycję na Facebooku, by zostać fanką strony "Wszyscy na tak". Jeżeli ktoś jeszcze nie wie, o co chodzi, to jest to kolejna strona, na której można zostawić swoje dane osobowe (które tym razem nie są powszechnie dostępne) na znak, że popiera się ideę wprowadzenia w Polsce związków partnerskich. Co się później stanie z naszymi danymi? Organizatorzy akcji, którzy chcą pozostać anonimowi (bo, jak tłumaczą, chcą jak najszerszego poparcia, a gdyby pod akcją podpisało się jakieś medium gejowsko-lesbijskie, byłoby to utrudnione), w sekcji "Pytania i odpowiedzi" z rozbrajającą szczerością przyznają, że to zależy od liczby zebranych podpisów. Jeżeli będzie ich więcej niż kilka tysięcy, to chcą zainteresować tematem ogólnokrajowe media i dotrzeć w ten sposób zarówno do społeczeństwa, jak i polityków. Słabo? No niestety słabo. Swoje dane zostawiłam (na tej samej zasadzie, na jakiej zdarza mi się wypełniać ankiety kolejnych osób, które piszą prace magisterskie czy licencjackie o lesbijkach - dla sprawy), ale w powodzenie akcji, która już z założenia jest, hm, mało konkretna, wierzę średnio. Choć nie podzielam podejrzeń, z jakimi już się zetknęłam, że jest to akcja sfingowana, mająca na celu na przykład wygenerowanie jak największej liczby odsłon strony, nie zmienia to faktu, że jak dla mnie jest to para w gwizdek. Ale oczywiście jak organizatorom uda się zebrać te kilkadziesiąt tysięcy podpisów i coś dalej z tym zrobią, wybiorę się z kwiatami / flachą i swoje malkontenctwo nawet publicznie odszczekam.

Z akcji stricte internetowych zdecydowanie za to podoba mi się wspomniana w poprzednim wpisie celebracja Dnia Wychodzenia z Szafy (więcej na blogu Abiekta), i to nie tylko dlatego, że sama biorę w tym udział (jako obiekt, nie pomysłodawczyni). Pomysł, by zachęcić ileś tam osób do wrzucania do sieci filmików ze swoimi coming outami jest konkretny i prosty, przesłanie czytelne, efekty mierzalne. Żadnych fajerwerków, ot, pokażmy swoje śliczne buźki w internecie, powiedzmy, jak to z tymi naszymi coming outami było i czy nam teraz strasznie, czy nie bardzo. I zachęćmy innych, żeby zrobili to samo, bo im nas więcej, tym raźniej, naprawdę. Niniejszym zachęcam, ustami Gosi i psa naszego, który też swoje musiał powiedzieć:



Na koniec - dla odmiany - anegdota. W zeszłym tygodniu moja przyjaciółka obroniła pracę licencjacką z literatury amerykańskiej. Zapytana, dlaczego właściwie wybrała Edgara Allana Poe, odpowiedziała, że właściwie przez przypadek, bo ona w sumie woli współczesne pisarki brytyjskie - Jeanette Winterson, Sarah Waters... Panie z komisji uśmiechnęły się, jak jej sie wydało, znacząco, a ona, wychodząc z sali, pomyślała sobie: "No! To teraz nie mogą mnie oblać".

czwartek, 24 września 2009

Najbardziej czarujące lesbijki Ameryki

Dziś krótko, bo zbieram siły do weekendowej akcji pod hasłem "pomaluj mieszkanie przyjaciółce". 11 października mamy National Coming Out Day, w tym roku obchodzony również w Polsce. Z tej okazji Lambda i Stowarzyszenie Otwarte Forum szykują fajną akcję, przy okazji której znów mamy z Gosią możliwość trochę się polansować, a przy okazji zaprosić do tego również inne osoby mające parcie na szkło. Szczegóły wkrótce.

A mnie osobiście marzy się trochę inna akcja, a właściwie publikacja. Magazyn "GO" co roku wydaje dodatek "America's Most Captivating Couples", w którym prezentuje kilkadziesiąt uznanych za najbardziej czarujące par lesbijskich. Są wśród nich oczywiście pary znanych i lubianych, ale akcja również pięknie pokazuje różnorodność lesbijskiej społeczności - wśród "wyróżnionych" są artystki, biznesmenki, działaczki, lekarki, asystentki i bezrobotne, biedne i bogate, młodsze i starsze, białe, Afroamerykanki, Meksykanki, butch, femme i wszystkie pomiędzy...

W 2007 roku w kategorii znanych i lubianych prezentowała się między innymi ta piękna para:



czyli miss Ferrick i gitarzystka / wokalistka Natalia Zukerman. Nie zabrakło też nieżyjącej już niestety Del Martin i Phyllis Lyon, które w 1955 roku stworzyły pierwszą grupę walczącą o prawa lesbijek "Daughters of Bilitis" (dwa zdjęcia na dole po prawej):


źródło: www.gomag.com

W Polsce taka publikacja może i miałaby sens, gdyby wydawać ją raz na dziesięć lat, a i to pod warunkiem, że casting byłby ogłaszany tuż po zakończeniu poprzedniej edycji. Plus tak odległych w czasie publikacji byłby nie tylko zresztą taki, że przy dobrej koniunkturze udałoby się dobić nawet do szesnastu stron. Dodatkowo mielibyśmy wspaniałą okazję, by obserwować, jak się znane z poprzednich edycji pary ładnie ze sobą (lub już z kimś innym) starzeją.

Tak, wiem, Stany Zjednoczone to duży kraj, ale mimo wszystko coś za mało u nas tych znanych wyoutowanych (lub znanych z tego, że są wyoutowane), i to jeszcze nie pojedynczo, ale w parze, nie mówiąc już o innych konfiguracjach. Ach właśnie, te inne konfiguracje. Jakieś dziesięć temu znalazłam na Frondzie kolejnego uroczego newsa, którym wówczas zapomniałam się podzielić, ale i tu ładnie pasuje:

"Czteroletni plan strategiczny" mający na celu zmianę myślenia Amerykanów o seksie przedstawiła organizacja Centrum dla Seksu i Kultury. Chce doprowadzić do akceptacji, a następnie legalizacji takich zboczeń, jak orgie i seks sadomasochistyczny. Dokument zawiera strategię przygotowania amerykańskiej opinii publicznej do akceptacji takich praktyk seksualnych, jak seks zbiorowy, sadomasochizm czy masturbacja. - CSC będzie odgrywać główną rolę w kształtowaniu pozytywnego dyskursu płci w naszej kulturze - czytamy w dokumencie. (...)

Hm, zawsze myślałam, że orgie, masturbacja i seks S/M są legalne, ale nie o tym miało być. Otóż ciekawa jestem, czy na fali akceptacji różnorodności ktoś kiedyś pokusi się o mniej grzeczną niż "Most Captivating Couples" publikację, np. prezentującą najbardziej zniewalające lesbijki fetyszystki Ameryki czy najbardziej ujmujące trójkąty. Bo choć publikacje "GO" bardzo mi się podobają, to jednak jest to nadal tylko takie trochę lepsze "Niech nas zobaczą", które rzeczywiście pokazuje, że lesbijki są różne (poprzeczne i podłużne), ale też, że generalnie są miłe, uśmiechnięte i sparowane. Cóż, pomarzyć o mniej grzecznych pomysłach zawsze można. A póki co esencjalizm ma się dobrze - również w Ameryce.

środa, 23 września 2009

The Church

Dawno nie było o muzyce, więc dzisiaj będzie. Przy okazji dziękuję tym czternastu osobom, które zaznaczyły, że właśnie o muzyce chcą czytać, a pozostałym przypominam, że mają jeszcze siedem dni, aby zmienić swój głos.

Parę dni temu, przeczytawszy wywiad z organizatorką pierwszego krakowskiego marszu ateistów, uznałam, że najwyraźniej jednak ateistką nie jestem i zaczęłam się rozglądać za kościołem, do którego mogłabym się przyłączyć. Dziś przedstawiam najpoważniejszego jak dotąd kandydata. To dawny kościół metodystów, dziś znany jako Babeville, Ani's Church lub po prostu The Church. Został zbudowany w 1876 w Buffalo (stan Nowy Jork), rodzinnym mieście Ani DiFranco. W 1995 roku miasto zadecydowało o jego rozbiórce. Fundacja Ani - Righteous Babe Foundation - założona, by wspierać polityczne i kulturalne inicjatywy w całych Stanach, rozpoczęła ruch społeczny na rzecz ocalenia budynku. W efekcie jej starań kościół został odrestaurowany i przekształcony w halę koncertową, galerię sztuki współczesnej oraz kino. Mieści się tam również wytwórnia Ani Righteous Babe Records.

Kościół został na nowo otwarty wiosną 2006 roku, a we wrześniu 2007 Ani zagrała w nim dwa inauguracyjne koncerty, upamiętnione na DVD "Live at Babeville" (mam, katuję, nie pożyczam, zapraszam do oglądania). Na zachętę wrzucam "Little Plastic Castle" - posłuchajcie słów, naprawdę warto.



A z zewnątrz Babeville wygląda tak:


fot. Lori Joyce, źródło: www.babevillebuffalo.com

A teraz coś dla wszystkich, którzy wolą czytać o jedynym słusznym kabarecie. Na naszych stronach na Facebooku, Myspace oraz na Youtubie hula już kilka starych / nowych skeczy, a konkretnie całe "Ze sztambucha Maryi Konopnickiej", "Spowiedź alpinistki" oraz "Prawdziwy romans". Jak ktoś jeszcze nie oglądał - zapraszam, jak ktoś chce sobie wziąć i wkleić do siebie - zachęcam, tylko niech nie zapomni napisać, skąd to ma.

"Prawdziwy romans" wklejam i tu - może jak to jeszcze ze sto razy obejrzę, przestanę się śmiać, gdy widzę to ze sceny i powinnam zachować kamienną powagę.

poniedziałek, 21 września 2009

Listy Polles - sentymentalnie

W 1998 roku praktycznie nie było polskich lesbijskich portali ani stron internetowych (oprócz Joey's corner, związanego z listą Polles i powstałego w 1998 roku; Inny Kraków, przemianowany później na les.queer.pl, a teraz znany jako Lesbijka.org, powstał w 1999 roku, Kobiety Kobietom w 2001), forów, nie mówiąc już o serwisach społecznościowych czy innych Facebookach. Była za to, a konkretnie za sprawą Joey pojawiła się 14 kwietnia 1998 roku, lista dyskusyjna Polles. Ja trafiłam na nią w 1999 roku - nie żebym miała tak świetną pamięć do dat, ale w tym właśnie roku sopocki Prokom Polish Open wygrała Conchita Martinez, a jej występu w Sopocie dotyczył mój pierwszy mail wysłany na Polles. Mail głupi i beztroski, który wywołał wielomiesięczną dyskusję, w której padły setki obelg, dwa razy słowo "przepraszam". I w której lista podzieliła się na dwa obozy (no może trzy - bo ileś tam osób tylko obserwowało wymianę zdań i dyskutowało o ciekawszych tematach) - jeden mnie bronił, drugi atakował... A poszło o moje radosne stwierdzenie, że co z tego, że Martinez jest lesbijką, skoro jest nieatrakcyjna i nosi kurtki z frędzlami. Wtedy nie było mi do śmiechu, bo przecież ja chciałam tylko z kimś pogadać, zapoznać się, a nie prowokować wielką awanturę (ech, młodość), po latach wspominam tę sytuację z wielkim sentymentem (tym bardziej, że moja główna wówczas oponentka siedzi teraz nie więcej niż półtora metra ode mnie zatopiona w Robin Hobb). Liście, a konkretnie Owcy, zawdzięczam też moją pierwszą internetową ksywę - abs (później abs_ik, teraz Absolutely Fabulous) - tak, była na ten temat całkiem poważna dyskusja.

Tamtą listę Polles (oraz do pewnego momentu jej kontynuatorkę, stworzoną przez Lemnę Polles2002) śmiało można nazwać fenomenem socjologicznym. Dla wielu lesbijek była najważniejszym miejscem w polskim internecie, a może i poza nim. W szczególnie gorących okresach dzienna liczba maili wysyłanych na Polles przekraczała setkę. To na niej poznawały się i rozpadały pary, zawiązywały długoletnie przyjaźnie, dyskutowano o książkach, filmach, polityce, religii, fryzurach, makijażach, motocyklach, zwierzakach, działaczkach, paradach, spacerach i o wszystkich ważnych i ważniejszych sprawach. To tam dzieliłyśmy się swoją twórczością, mniej i bardziej poważną (pamiętam cudowną parodię wczesnych książek Ewy Schilling, w której główną rolę grała kamienna popielnica z napisem Marlboro), obawami i emocjami. No właśnie, emocje, bo to chyba one były najważniejsze - i te pozytywne, i negatywne. Ileż to było kłótni, rozdanych banów i powrotów z innych maili i pod nowymi nickami, spektakularnych odejść ("Odchodzę z listy" - ogłaszała delikwentka, po czym przyczajała się i obserwowała reakcje na jej deklarację) i powrotów, prób zakładania nowych Polles i Lespolów. Przez Polles przewinęły się między innymi Wiedźma (założycielka Innego Krakowa), Lemna i Renifer (twórczynie Kobiety Kobietom), Adela i After Dark (do 2006 roku prowadziły bloga out-of-season), oczywiście Joey (nieistniejąca już Lesformacja.pl), Suzi (drużyna piłkarska Chrząszczyki), Lavender (autorka cudownych opowiadań, niestety już niedostępnych na Kobiety Kobietom), Magda Okoniewska (autorka książki "Mój świat jest kobietą" - którą wywołała potężną dyskusję o tym, czy miała prawo wykorzystać prawdziwe historie i postacie) i wiele, wiele innych (między innymi Rude de Wredne i Absolutely Fabulous z Barbie Girls:)).

Dopełnieniem Pollesu był czat TWAP (Towarzystwo Wzajemnej Adoracji Pollesek), a później reTWAP. Osobny (ale równie barwny) rozdział to wspólne wyjazdy, mecze piłki nożnej, wypady do klubów czy zabawy sylwestrowe.

Od paru lat lista dogorywa (ostatnia chyba burzliwa dyskusja miała miejsce w 2005 roku po śmierci papieża) i raczej nie ma sensu czegokolwiek z tym robić. I choć przez chwilę pomyślałam, że w takim razie właściwie wypadałoby nalegać na jej zamknięcie i definitywne zakończenie tego wcale niebagatelnego rozdziału w historii polskich lesbijek, jednak zrobiło mi się żal. Bo mimo że już praktycznie nikt (oprócz nowych użytkowniczek ślących zgodnie z instrukcją maile powitalne) na nią nie pisze, to jednak (przynajmniej teoretycznie) liczy sobie prawie 650 użytkowniczek. I pewnie spora część z nich równie sentymentalnie wspomina czasy, kiedy dzień się zaczynało i kończyło na Polles. Ale to se ne wrati.

niedziela, 20 września 2009

Płeć, kabaret i piosenka tolerancyjna

Na początek znowu mały suplement (a nawet dwa) do postów o płci. W najnowszym "Przekroju" dobry tekst Piotra Stanisławskiego "Trudno mieć płeć" - tym razem z punktu widzenia biologii.

Jeśli wiesz na pewno, że jesteś kobietą lub mężczyzną, to masz niesamowite szczęście. Ze współczesnej wiedzy wynika, że między kobietą a mężczyzną jest mnóstwo stanów pośrednich i każdy z nas może być tego przykładem - zaczyna. Artykuł bardzo ciekawy, polecam całość.

Zabawną dla odmiany rozmowę o płci znalazła mi Gosia w "Wyprawie Skrytobójcy" Robin Hobb. Rozmawiają Błazen (biały prorok) i Bastard Rycerski:

- Oto jest kwestia, do której przez wszystkie lata życia pomiędzy twoją rasą nigdy nie przywykłem. Przywiązujecie ogromne znaczenie do płci.
- Trudno jej odmówić ważności...
- Bzdura! - przerwał mi. - Wszystko się sprowadza do sposobu sikania! Dlaczego to takie ważne!?

To oczywiście tylko drobiażdżek, ale generalnie spora liczba pisarzy (a już szczególnie pisarek) fantasy w kwestii podejścia do płci, tożsamości czy seksualności człowieka pozostaje w awangardzie postępu. Z lektur fantasy "z wątkami" warto sięgnąć choćby po "Strzały królowej" oraz trylogię "Ostatni Mag Heroldów" Mercedes Lackey, "Mgły Avalonu" (genialna feministyczna wizja legendy arturiańskiej) i "Sokolniczkę" Marion Zimmer Bradley, "Na tropach ciemności" i "Szczęście w mrokach" Lynn Flewelling czy "Córkę owczarza" Elizabeth Moon.

Dobra wiadomość dla miłośników i miłośniczek kabaretu Barbie Girls - Gosia właśnie tnie nagranie z naszego sierpniowego występu w Ustach Mariana i pewnie do jutra wszystkie (no dobrze - te, które jeszcze lubimy) starsze (i jeden nowy) skecze trafią na Youtube i na nasze strony na Facebooku i Myspace. Wersja z angielskimi napisami pojawi się trochę później, ale się pojawi.

Z plusów (bo o minusach było ostatnio sporo) ostatniego szumu wokół kabaretu - dziś zaczepił nas na ulicy fan ("Czy ty przypadkiem nie jesteś z kabaretu?"), który zresztą sam rozrywką amatorsko się zajmuje. To jedna z jego piosenek:



Fajne? Fajne. Szkoda tylko, że o gejach śpiewają w Polsce chyba jedynie heterycy. Gdzie jesteś, polski gejowski bardzie? I lesbijska bardko - nie mogę nie dodać.

Paprotki Fundacji Równości

Choć nadal sporo się mówi o niewidzialności lesbijek, to jednak problem ten wydaje się bardziej dotyczyć mediów i dysursu publicznego niż naszych organizacji. Nawet najbardziej zagorzały przeciwnik Stowarzyszenia Lambda czy KPH nie mógłby im zarzucić, że dyskryminują kobiety - wszak współzałożycielką i obecną prezeską tej drugiej jest Marta Abramowicz, a przewodniczącą Lambdy Warszawa w latach 2005-2007 była Yga Kostrzewa (niektórzy zresztą myślą, że nadal nią jest). Oczywiście w Polsce organizacji LGBT jest znacznie więcej, koncentruję się jednak na tych znanych przeciętnemu zjadaczowi chleba. Obok dwóch wymienionych przynajmniej raz do roku (choć ostatnio - z racji EuroPride - nieco częściej) jest głośno o Fundacji Równości, odpowiedzialnej za organizację warszawskiej Parady Równości. I o ile historię zmian we władzach KPH i Lambdy prześledzić jest dość łatwo, o tyle w przypadku FR już nie - być może z racji tego, że od 2005 roku, kiedy została powołana, niemal co roku ma nową stronę internetową, a od pewnego momentu nawet dwie, jedną samej Fundacji, a jedną Parady Równości z danego roku (to nic nagannego oczywiście). I nie pomogła tu nawet zazwyczaj użyteczna maszynka Internet Archiwe Way Back Machine, pozwalająca obejrzeć, jak w poprzednich latach wyglądały strony Fundacji (czy Parad Równości) - po prostu dlatego, że nie we wszystkich latach informacja o pełnym składzie zarządu została na stronach podana. Tak że siłą rzeczy zebrane przeze mnie dane mogą się okazać nieco niekompletne.

Nie wiem więc, czy we władzach Fundacji w 2005 i w 2006 roku były jakieś kobiety (na stronie Parady z 2005 roku jest tylko nazwisko prezesa, na stronie z 2006 roku w ogóle nie ma żadnych nazwisk), w 2007 roku zarząd był czysto męski, w 2008 - znalazły się w nim dwie kobiety, w 2009 - jedna. Skądinąd wiem, że, choć nie było jej w zarządzie, w 2007 roku nominalną rzeczniczką prasową Parady była kobieta, choć strony FR milczą na ten temat. Na użytek tego tekstu nazwę ją Paprotką 1, kolejne zaś zostaną Paprotkami 2, 3 i 4 - nie dlatego, że chcę być wobec nich złośliwa, czy też broń bogini je obrazić, ale dlatego, że być może nie życzą sobie, by ktoś, wpisawszy w Google ich imię i nazwisko, trafił tutaj. Skąd mi się w ogóle wzięły te "paprotki"? Ano stąd, że akurat w tej organizacji wydają się pełnić funkcje bardziej ozdobne niż związane z posiadaniem realnej mocy decyzyjnej i dostępu do informacji. Ale może zacznę od początku.

Paprotka 1 do FR trafiła bodaj na początku 2007 roku i z miejsca zaangażowała się w prace nad przygotowaniem Parady Równości 2007 - współtworzyła jej postulaty (wykorzystane zresztą również w 2009 roku), pismo (wydane tylko raz), uczestniczyła w obradach nad tym, komu przyznać pierwsze Hiacynty, została również rzeczniczką prasową Parady. Jej zapał ostygł, gdy okazało się, że większość kluczowych dla pełnienia tej funkcji informacji musi wydobywać z prezesa niemal siłą (co zresztą dawało mierne rezultaty), a jej propozycje (np. dotyczące zbierania funduszy na Paradę na imprezach benefitowych) były wprawdzie wysłuchiwane, ale żadna z nich nie została wcielona w życie (o ile dobrze pamiętam, pierwsza taka impreza odbyła się wówczas w dniu rozpoczęcia Dni Równości). Rychło też przekonała się, że wprawdzie na zewnątrz może sobie uchodzić za rzeczniczkę Parady, jednakże FR oczekuje od niej raczej wykonywania takich ambitnych zadań, jak sprzątanie jej siedziby czy zadbanie o porządek na ulicach po przemarszu Parady, a wszelkie uwagi organizacyjne traktuje jako osobistą obrazę. Zauważyła też, że o ile prezes jest skłonny dyskutować z dość licznymi wówczas wśród wolontariuszy mężczyznami, o tyle kobiety są od wykonywania zadań, których najczęściej muszą się zresztą domyślać. Na pociechę pozwolono jej przemówić na początku Parady i zaprosić paru znajomych na galę po Paradzie, podczas której rozdano Hiacynty. Niemniej jednak ze sprawy wymiksowała się dopiero po zakończeniu imprezy (i po kilku rozmowach z prezesem, z których wynikło, że on w swoim zachowaniu nie zauważył nic niewłaściwego) - na zasadzie, że nie robi tego dla Fundacji, ale dla sprawy.

Paprotka 2 pojawiła się w FR również w 2007 roku - początkowo jako zwykła wolontariuszka. Choć widziała, jak traktowana jest Paprotka 1, najwyraźniej uznała, że być może jest to kwestia jakichś nieporozumień między Paprotką 1 a prezesem i postanowiła, mimo ostrzeżeń, wejść do zarządu FR. Rok później, gdy zrezygnowała z tej zaszczytnej funkcji, napisała do Paprotki 1 jedno zdanie: "Miałaś rację". W międzyczasie jednak pojawiła się w zarządzie Paprotka 3 - i znowu mamy ten sam schemat. Najpierw pełen entuzjazm (to jej komentarz na Kobiety Kobietom właśnie z tych entuzjastycznych czasów nasunął mi myśl o napisaniu tego tekstu), potem możliwość przemówienia na Paradzie 2009 (w 2008 roku żadnych przemówień nie było, więc Paprotka 2 nie mogła się wykazać), a po zakończeniu imprezy mail rezygnacyjny do władz i rady FR. A w międzyczasie pojawia się Paprotka 4, która znowuż wchodzi do zarządu i zasiada w nim do dziś. Czy podzieli los poprzedniczek? Trudno wyrokować, wszak w tym roku sprawy z FR wyglądają inaczej, przygotowania do EuroPride 2010 ruszyły wcześniej niż zazwyczaj, jest też w nie zaangażowanych więcej osób. Niemniej jednak dotychczas powtórzył się na pewno jeden schemat - kwestia dostępu do informacji. Pod sławnym już wpisem na blogu Abiekta "To już nie moja sprawa" Paprotka 4 pisze tak:

Co do papierów - leżą przechowywane, bo zmieniamy lokal. W ciągu najbliższego czasu przeniesiemy się do nowego biura, gdzie te papiery będą i są do wglądu, więc nie wiem z czym masz problem - z resztą jeśli byś przyszedł teraz do Tomka, to pewnie wygrzebałby Ci odpowiednie papierzyska. (chodzi o umowę z EPOA, na mocy której FR organizuje EuroPride)

A kilka komentarzy później obecny wiceprezes FR pisze już zupełnie coś innego:

Nie widze powodu aby kazdy mial wglad w umowy pomiedzy dwoma podmiotami. Fundacja Rownosci i Zarzad ktory go prezentuje ma obowiazek przedstawic dokumentacje na wniosek Rady dla niej samej.

Oczywiście możliwe jest, że Paprotka 4 pospieszyła się i nie sprawdziwszy, jak się ma sprawa z umową, udzieliła zapewnienia bez pokrycia. Ale równie możliwe jest, że po prostu, mimo sprawowanej funkcji, podobnie jak poprzedniczki jest od czarnej roboty, a nie od podejmowania decyzji czy posiadania kluczowych informacji.

Z władz FR odchodziły oczywiście nie tylko kobiety, ale również mężczyźni. Właściwie jedyna osoba, która jest w nich od początku, to prezes Fundacji. Na pewno nie świadczy to najlepiej o jego zdolnościach przywódczych, czy o czymś więcej - oceńcie sami.

Na koniec może wyjaśnię, dlaczego o tym wszystkim piszę. Bynajmniej nie będę twierdzić, że jest to czysty altruizm i chęć oszczędzenia rozczarowań kolejnym współpracowniczkom FR - choć to też. Jest to jednak również wyraz mojego potężnego rozczarowania tym, co się wydarzyło w ostatnich miesiącach - szczegółowo pisze o tym Abiekt w przywołanym już poście, tak że tu tylko skrótowo (i uzupełniająco). W lipcu wspólnie z osobami stowarzyszonymi oraz sympatyzującymi ze Stowarzyszeniem Otwarte Forum postanowiliśmy się włączyć w organizację EuroPride 2010. Zaproponowaliśmy, że, jako podmiot zewnętrzny do FR, ale z nią współpracujący, zorganizujemy kilka wydarzeń, które zostaną włączone do programu imprezy. Rozmawialiśmy najpierw z radą FR, potem z jej zarządem. Na początku września mieliśmy podpisać umowę z FR, legitymizującą nasze działania. Gdy do zaplanowanych na ostatni tydzień sierpnia mailowych ustaleń jej ostatecznego kształtu nie doszło, pojawił się przywołany już post Abiekta. Tego samego dnia dostaliśmy w końcu maila od FR z prośbą, abyśmy poczekali jeszcze kilka dni, a na pewno dostaniemy projekt umowy. Od tego czasu nie wydarzyło się nic. Co ważne, podczas rozmów z radą i zarządem FR wielokrotnie podkreślaliśmy, że bardzo zależy nam na czasie, bo tego wymaga charakter planowanych przez nas wydarzeń. Cóż, teraz mamy tego czasu tyle, ile chcemy.

Jednego nie rozumiem - dlaczego. Co stanęło na przeszkodzie, byśmy włączyli się w organizację EuroPride, bo na pewno nie brak chęci z naszej strony. Czy to znowu kwestia niedostatków organizacyjnych? Czy FR nie zależy na tym, by program EuroPride był jak najbogatszy i by w jej przygotowanie włączyło się jak najwięcej ludzi? Czy może nie zależało im na pozyskaniu tych konkretnie ludzi, którzy nie kryją przecież krytycznego podejścia do jaj działań? Nie wiem. Wiem, że na przygotowania i rozmowy zmarnowaliśmy ponad dwa miesiące, które mogliśmy wykorzystać na robienie czegoś znacznie pożyteczniejszego i mającego (jak się okazało) większe szanse na powodzenie. Oraz że jak po raz kolejny przyjdzie mi do głowy, że chciałabym coś zrobić, nawet luźno współpracując, z ludźmi, z którymi nie mam najlepszych doświadczeń (nie, nie jestem żadną z paprotek - choć do pewnego stopnia byłam zaangażowana w przygotowanie Parady 2007), to wezmę najbliższej leżący ciężki przedmiot i trzasnę się w ten głupi łeb.

Mimo wszystko jednak życzę organizatorom EuroPride wszystkiego dobrego. Nie zależy mi na porażce tej imprezy, wręcz przeciwnie, chciałabym, aby oszczędzono mi (i chyba nie tylko mi) powtórnego przeżywania wstydu, który czułam po tegoroczniej Paradzie.

sobota, 19 września 2009

Co to jest płeć?

Mały suplement do niedawnych rozważań o kobiecości i do dyskusji o płci pod postem o homofobii zinterioryzowanej:



Dzieci wiedzą lepiej:) Dziękuję Gosi za podesłanie.

piątek, 18 września 2009

Zakładam własny kościół

W sobotę 10 października przez Kraków przejdzie marsz ateistów i agnostyków. Ma zwrócić uwagę na dyskryminację tych grup - problemy z dokonaniem apostazji czy realny brak alternatywy dla religii w szkołach. Rzeczniczka prasowa marszu Ewelina Podsiad w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" nazywa tę inicjatywę ateistycznym coming outem, porównuje ją też do akcji "Niech nas zobaczą". Ale od razu zaznacza: "my z mniejszościami seksualnymi mamy niewiele wspólnego". A po chwili dodaje: "Jest wśród nas sporo osób, które zdecydowanie odrzucają antyklerykalną retorykę. Im po prostu jest nie po drodze z Kościołem, ale nie są od razu zwolennikami aborcji czy eutanazji. Marsz 10 października ma pokazać, że ludzie bezwyznaniowi mają normalne poglądy". Czy muszę tłumaczyć, dlaczego, nawet gdybym akurat tego dnia była w Krakowie, nie wybrałabym się na ten marsz? No może tak na wszelki wypadek tylko zaznaczę, że to kolejny śliczny przykład na to, jak grupa mniejszościowa próbuje się wkupić w łaski "społeczeństwa" kosztem tych, których poglądy uważa za trudniejsze do zaakceptowania, w tym przypadku zwolenników prawa do aborcji i eutanazji. I tych, z którymi mają ponoć niewiele wspólnego, czyli gejów i lesbijek. Czyli znowu "my jesteśmy śliczni, fajni i normalni, właściwie to wyznajemy dokładnie te same wartości co katolicy, tylko nie wierzymy w ich boga". Brawo!

Dla przeciwwagi pozwalam sobie wkleić komiks, który parę tygodni temu zrobił karierę na Wykopie:



I jako że moje poglądy są nadzwyczaj nienormalne dla każdego szanującego się ateisty, niniejszym rozpoczynam poszukiwania kościoła, do którego mogłabym się przyłączyć. Na razie wygrywa Kościół Latającego Potwora Spaghetti:
  


ale myślę też o założeniu własnego:


kolaż by Rose Kizinska
Wchodzicie w to?

czwartek, 17 września 2009

Homofobia zinterioryzowana ma się dobrze

Tradycyjnie zacznę od historyjki z życia, a konkretnie od tego, jak zrozumiałam, że naprawdę nie musimy się wszystkim podobać, że to "społeczeństwo" powinno się posunąć i zrobić nam miejsce, a nie my dopasowywać do jego oczekiwań. Czyli będzie o tym, jak się narodziła moja queerowa świadomość. A stało się to w 2003 roku w Gdańsku podczas panelu dyskusyjnego wieńczącego przegląd filmowy i cykl wykładów "Homofobia. Spojrzenie z bliska". Spośród panelistów pamiętam Kingę Dunin, Izabelę Jarugę-Nowacką (wówczas naszą pełnomocniczkę) oraz Roberta Kulpę. Nie pamiętam, o czym była dyskusja, na pewno o filmach (wcześniej oglądaliśmy m.in. "Paragraf 175" i "Lock Up Your Sons And Daughters"), na pewno o homofobii (Kinga Dunin miała przedtem wykład "Fałszywi przyjaciele", który wszedł potem do książki "Homofobia po polsku" - jak ktoś nie czytał, niech koniecznie nadrobi!). Pamiętam za to bardzo dobrze, jak w pewnym momencie młody człowiek z publiczności wygłosił takie oto zdanie: "Jak tutaj przyszedłem, to nie uważałem się za homofoba. Jednak po obejrzeniu tych filmów i wysłuchaniu wykładów, stwierdziłem, że jednak nim jestem i wcale mi się nie podoba to, co robicie. I co wy na to?". W tym momencie pomyślałam sobie, że zaraz go ktoś zacznie przekonywać, że przecież niczego takiego strasznego nie zobaczył, że przecież generalnie jesteśmy w porządku i w ogóle. Ale nie. Mikrofon wziął Robert Kulpa i powiedział mniej więcej tyle: "Wiesz co, stary? Wali mnie to. Twoja homofobia nie jest moim problemem". Bingo! Iluminacja! To nie mój problem, co inni sobie o mnie pomyślą. Ja chcę swoich praw, które mi się po prostu należą, a nie miłości czy akceptacji. Tylko tyle i aż tyle. Koniec opowieści.

To stara historyjka, ale przypomina mi się, ilekroć przeczytam jakąś autohomofobiczną wypowiedź. Tym razem był to komentarz pod naszym wywiadem (tak, wiem, nadal to przeżywam) brzmiący tak:  

Uprzejmie przepraszam, ale tytuł tego wywiadu powinien być zmieniony! NIE, TAK NIE WYGLĄDAJĄ I TAK SIĘ NIE ZACHOWUJĄ WSZYSTKIE POLSKIE LESBIJKI!!!! Te "panie" gadają jak potłuczone, a wyglądają tak, że słów szkoda. Sama jestem w związku z kobietą i nie sądzę, żeby szpilki można było włożyć wyłącznie pod męską presją. To, że jest się lesbijką, nie oznacza, że się koniecznie musi zatracić całą kobiecość (tak, jak uczyniły te panie)! Taki sposób myślenia, jak prezentują członkinie wielce wspaniałego kabaretu, wścieka mnie niewymownie. Powinnam się, jako (poniekąd) członkini tej samej grupy społecznej, identyfikować z tym wszystkim, ale po prostu nie jestem w stanie! Tragedia, dramat, brak poziomu. Ta grupka uwłacza wszystkim lesbijkom polskim. Prezentowany przez nie materiał kabaretowy jest na żenującym poziomie. Po prostu nie wiem, gdzie tę krytykę zacząć, zbyt wiele nieodpowiednich rzeczy tam. Tragiczny całokształt. Brak słów. Stanowczo postuluję, żeby nie podciągać wszystkich lesbijek pod prezentowaną wyżej grupkę!

Straszne, prawda? I nie mam tu na myśli krytyki naszych umiejętności scenicznych - bo akurat to, że 60 tys. ludzi obejrzało na WP.tv fragment skeczu "Terapia grupowa", w którym przebrane za cipy śpiewamy "Jak dobrze być łechtaczką" jest warte każdej krytyki. Nieskromnie powiem, że jak dla mnie jest to nawet lepsze od niedawnej akcji Lesbijskich Oddziałów Terrorystycznych z samolotem zrzucającym na Warszawę zakrwawione tampony. Wracając do tematu, straszne jest oczywiście, gdy członkini grupy mniejszościowej pokazuje palcem na inną członkinię tej samej grupy i krzyczy "Ludzie, uwierzcie mi, ja nie jestem taka jak ona!". Bynajmniej, nie chodzi o to, że lesbijki powinny się ze sobą solidaryzować. Chodzi jedynie o to, że powinny być otwarte na różnorodność - również wewnątrz własnej grupy. Niestety, nie są - i znowu wyjdzie, że po lesbach jadę, ale nie mam wyjścia. Taką postawę nazwałam kiedyś kupowaniem akceptacji - za cenę wykluczenia tych, których zaakceptować trudniej. Na zasadzie "Ja jestem fajna, normalna, kobieca, robię to w domu po kryjomu, nikomu się nie narzucam, z niczym się nie obnoszę, to one, te ciotki paradówki, te transy z piórami w tyłkach, te lesby działaczki są złe i to ich wina, że nas nie lubicie". W sumie to jest strasznie smutne, że grupy wykluczane wykluczają, może nawet bardziej niż grupy większościowe - ja wiem, że to taka nasza polska mentalność, że najłatwiej się zjednoczyć w obliczu "wroga", tylko że tak naprawdę świadczy to jedynie o braku akceptacji tego, kim się jest.

Czytając zacytowany komentarz, a konkretnie teksty o naszym zatraceniu kobiecości, przypomniałam sobie fragment z "Kamiennych bogów" Jeanette Winterson:

Czy ludzkie życie to czysta biologia, czy raczej należy szukać prawdy o nim w świadomości? Gdybym tak obcięła ci ręce, nogi, uszy, nos, wydłubała oczy i wyrwała język, czy wciąż byłabyś sobą czy już nie? (kontekst: to część gry miłosnej między androidką a główną bohaterką)

I, choć wiem, że tzw. kobiecość to kwestia kulturowa, zaczęłam się zastanawiać, w którym momencie dla zwolenników tego typu kategoryzacji kobieta przestaje być "kobieca". Co jest ośrodkiem owej osławionej "kobiecości"? Długie włosy? Sukienka? Dekolt? Makijaż? Czyli co - zewnętrzność? Wówczas nie powinni mieć problemów z akceptacją osób transseksualnych M/K. Może więc chodzi o osławioną "kobiecą" wrażliwość, delikatność, uległość, umiejętność łagodzenia konfliktów? A może o rodzenie dzieci? No, to coraz mniej tych "kobiecych" kobiet się robi - odpadają przebojowe, po menopauzie, nie mówiąc już o tych wszystkich lesbijkach, które się na dziecko nie zdecydują. Czy przestanie być "kobieca" kobieta po mastektomii? Albo po chemioterapii, gdy wypadną jej wszystkie włosy? Czy przestanie starsza pani, która już po prostu nie ma siły, chęci ani pieniędzy, by zadbać o siebie (swoją drogą, czy w ogóle używa się określenia "kobieca" w stosunku do kobiet innych niż młode lub co najwyżej w średnim wieku)? Im dłużej ciągnę tę wyliczankę, tym bardziej bezsensowna mi się wydaje. Więc przestanę. Etykietki be. Otwartość cacy. Gdy mi odetną nogi, ręce, uczy, nos, wydłubią oczy i wyrwą język nadal będę sobą, choć już nikomu nie będę mogła o tym powiedzieć. Gdy ci ukradną sukienki, puderniczkę i grzebień, nie będziesz już sobą, bo przestaniesz być kobietą.

A Abiekt wydaje "HomoWarszawę".



Premiera już na początku października, szczegóły u kolegi.

środa, 16 września 2009

El, Bi, Omni etcetera

Już wiem, dlaczego nigdy nie zostanę osobą publiczną. Tak, zdaję sobie sprawę, że czytanie o sobie komentarzy na forach (piję do naszego występu w WP.tv) nie ma sensu, tak, rozumiem, że ludzie zazwyczaj komentują, kiedy są na "nie", że pozorna anonimowość sieci sprawia, iż pozwalają sobie na więcej, niż gdyby mieli się pod swoją opinią podpisać lub wyrazić ją w cztery oczy, ale... No nie mogę, wkurza mnie to. Choć z drugiej strony wolności internetu będę zawsze bronić jak niepodległości - czyli również wolności do anonimowego wyrażania głupich opinii. I weź tu się człowieku sam w sobie połap!

No dobrze, wyżaliwszy się (teraz, gdybym to mówiła, nastąpiłaby zmiana modulacji głosu i uśmiech telewizyjny numer 5), wracam do mojego zrównoważonego, z lekka dydaktyzującego ja. O kim to ja obiecałam, że będzie? A, o osobach biseksualnych. No to na początek historyjka z życia. A może i dwie. Otóż mamy taki skecz "Urodziny", zainspirowany numerem słynnej amerykańskiej grupy "Big Gay Sketch Show". Rzecz z grubsza polega na tym, ze lesbijska para chce zorganizować urodziny jednej z nich, jedna robi listę gości, a druga po kolei wykreśla z niej dziewczyny. Z jakich powodów to robi, niemal nie zdradzę (żeby nie psuć zabawy tym, które nie widziały), a konkretnie zdradzę tylko jeden - że powodem niezaproszenia jednej z dziewczyn będzie to, że inna spotkała ją na czacie dla bi (co jest oczywiście straszne). No i po naszym występie podchodzi do nas koleżanka i stwierdza: "ale pojechałyście po biszkoptach" (swoją drogą - czy słowo "biszkopt" jest obraźliwe w stosunku do osoby biseksualnej? Serio pytam, bo wtedy usłyszałam je po raz pierwszy).

Oczywiście "po biszkoptach" nie pojechałyśmy, pojechałyśmy za to po uprzedzeniach wśród lesbijek w stosunku do osób biseksualnych. Ale sam komentarz koleżanki jest symptomatyczny - bo o ile nie zdarzyło nam się jeszcze usłyszeć "ale pojechałyście po lesbijkach" (a robimy to cały czas), o tyle mała wzmianka w skeczu o osobach biseksualnych spowodowała taką reakcję. Dlaczego? Może dlatego, że, o ile o niewidoczności lesbijek przynajmniej się mówi, o tyle o niewidoczności osób biseksualnych nawet się nie wspomina (podwójna niewidzialność?). Jak również dlatego, że obrywa się im z obu stron - i od osób heteroseksualnych, i od lesbijek i gejów ("lesby są straszne" - powiedziała mi niedawno przyjaciółka, której związku z mężczyzną, choć zawsze podkreślała, że jest biseksualna, jakoś jej znajome nie mogą zaakceptować - bo oczywiście może sobie być biseksualna tylko dopóty, dopóki jest z kobietą).

A przecież skrót LGBTQIetcetera zawiera więcej niż dwie literki. Do tych sześciu, które zazwyczaj wymieniam, można dodać jeszcze przynajmniej dwie - A dla osób aseksualnych i O lub P dla osób omniseksualnych lub panseksualnych. Z tymi ostatnimi wiąże się zresztą kolejna historia - tym razem o mojej ignorancji. W pierwszej wersji mojego tekstu do "Repliki" "Głośne i jawne" (tak, to o śpiewających kobietach - swoją drogą dlaczego tak mało osób zaznacza w ankietce, że chce czytać o muzyce?:)) Sophie B. Hawkins była omniseksualna (bo tak też się określa). Na co dostałam uwagę od mojego wówczas wicenaczelnego, że skoro ona nie jest ani lesbijką, ani osobą biseksualną, to w ogóle dlaczego o niej piszę i że absolutnie jej piękne zdjęcie nie może otwierać artykułu.

O to zdjęcie:

fot. Gigi Gaston

No więc tłumaczę (zamiast sprawdzić znaczenie słowa "omniseksualność"!), że Sophie spotyka się zarówno z kobietami, jak i z mężczyznami. Na to on, że w takim razie jest po prostu biseksualna. I poszła do druku ta biseksualna - tak, wiem - wstyd! W wersji internetowej jest już jak trzeba. Tak że ku przestrodze wklejam definicję: "omniseksualność / panseksualność jest orientacją seksualną charakteryzującą się potencjalnym estetycznym pociągiem, romantyczną miłością i / lub seksualnym pożądaniem wobec każdego, wliczając w to ludzi, którzy nie mieszczą się w rodzajowym podziale mężczyzna / kobieta zasugerowanym przez pociąg biseksualny". Wydumane? Bynajmniej - przeczytajcie w najnowszej "Replice" historię Ani i Grety. A na okładce piękny Tyndyk, który zamordował "Anioły w Ameryce"...

wtorek, 15 września 2009

Barbie Girls w Strefie Wolnych Myśli

Pamiętacie historię naszego nagrania do "Strefy Wolnych Myśli"? No więc nie wyszło tak źle, jak się obawiałyśmy - część dziwnych pytań przepadła w montażu (tak jak niestety również nasze radosne reakcje na pytania prowadzącej), na pozostałe jakoś udało nam się jednak odpowiedzieć. Generalnie na żywo jesteśmy chyba inteligentniejsze i bardziej błyskotliwe - zresztą co ja się tu będę lansować, obejrzyjcie. Może tylko jeszcze mała uwaga - w pewnym momencie mówię, że zakładałam oddział KPH w Trójmieście. Powinnam powiedzieć, że współzakładałam, bo inicjatywa wyszła od Zbyszka Sypniewskiego i Damiana Domskiego, a w grupie założycieli znaleźli się również Anita Więckowska, Adaś Marzec i Tomek Nowicki - tak że oddaję im sprawiedliwość tutaj.



Z zupełnie innej bajki - suplement do posta "Shakira i krowy", podesłany przez Rose z Australii. Chodzi o kwestię ukobiecania piosenkarek na potrzeby mainstreamowej publiczności. Poznajcie Kate Cook, jedną z finalistek "Australijskiego Idola 2009".

Oto Kate w eliminacjach:



W półfinale:


I w finale (z takim imidżem już bezkolizyjnie mogła zaśpiewać "Are You Gonna Be My Girl"):
 



źródło: www.australianidol.com.au

I to całkiem fajnie zaśpiewała!

Ankietka

Z powodu nadmiaru pomysłów na to, o czym właściwie mogłabym pisać, pozwalam sobie zrobić małe badanie wśród drogich Czytelniczek i Czytelników. I tak pewnie tematy będę dobierać po swojemu (a właściwie dobiorą się same), ale może Wasz głos jakoś pomoże mi się ogarnąć i zdyscyplinować. Zaintrygowanych ostatnią możliwością do wyboru odsyłam do wpisu o etykietach. Zapraszam do głosowania - można zaznaczyć więcej niż jedną odpowiedź.

poniedziałek, 14 września 2009

Etykietom śmierć

Po wczorajszym piku oglądalności mojego bloga (który sama zresztą spowodowałam) i związanym z nim przyrostem komentarzy nazbierało mi się tematów na najbliższy tydzień albo i dłużej. Zanim jednak przejdę do pierwszego z nich (albo i dwóch, zależy, na ile mi wystarczy sił), znowu refleksja na temat tego, jak sobie zapewnić więcej odsłon i komentarzy. Otóż obok już sprawdzonego (nieświadomie acz skutecznie) postem o grzybkach uderzenia w stół i czekania na nożyce, nieźle sprawdza się też najechanie na czyjś tekst na innej stronie i poinformowanie go, gdzie znajdzie komentarz na jego temat. Nie sądzę, aby był to sposób szczególnie odkrywczy, ale się dzielę, może ktoś nie wie, a go to zaciekawi. Nieźle też działa wpisanie w tytule któregoś posta popularnej choć niekoniecznie związanej z tematyką bloga frazy - bo póki co najwięcej osób z Google'a wchodzi do mnie, wpisawszy (w różnej konfiguracji) słowa "porno" i "Madonna" (po czym trafiają tu). Sporą popularnością cieszą się też garnitury, szczególnie trzyczęściowe, ale zdarzył się też "za poważny" - to na początek roku szkolnego. Wracając do kwestii pików oglądalności - wniosek z tego dla mnie taki, że paprotki (o których wspomniałam już tu) zaplanuję sobie na najbliższy weekend, bo znów może być gorąco, więc muszę mieć czas na odpowiadanie na komentarze (a przy okazji zobaczę, czy podgrzewanie atmosfery zapowiedziami publikacji kontrowersyjnego tekstu też działa pozytywnie na oglądalność).

A dziś etykiety - choć nie te na butelkach czy zapalczane (swoją drogą, czy te drugie ktoś w ogóle jeszcze zbiera?) - kanony i inne kategoryzacje. Temat wziął się stąd, że dyskusja, czy Jeanette Winterson wielką pisarką jest, toczyła się nie tylko pod moim poprzednim wpisem, ale też pod oryginalnym tekstem na Homoseksualizm.org.pl. I tam przyszła mi do głowy myśl, której nie jestem pewna, a którą bardzo chciałabym tutaj rozwinąć. Kontekst jest taki, że Claire (od wczoraj znana jako "autorka tekstu, który mnie wkurzył") stwierdziła, iż o ewentualnej wielkości Winterson zadecyduje przyszłość, bo w ocenie czyjejś twórczości liczy się również jej wpływ na autorów późniejszych, historię literatury itd. A mi wyszło, że, choć tak bywało drzewiej, to teraz już nie będzie. Powód jest prosty - żyjemy w innych czasach. Kiedyś pisarzy i pisarek było wprawdzie sporo, ale przebijało się stosunkowo niewielu. Teraz nie dość, że każdy może książkę wydać (jak nie w druku, to w internecie - i bynajmniej nie lekceważyłabym tej drugiej opcji, w końcu muzykom i muzyczkom już to nieźle wychodzi, więc przez analogię pisarzom i pisarkom też wyjdzie), to na dodatek może z nią dotrzeć do teoretycznie każdego miejsca na świecie. Siłą rzeczy liczba informacji, książek, ich potencjalnych odbiorców i naśladowców przyrasta lawinowo i kiedy minie przepisowe ileś tam lat od śmierci Winterson, po których powinna (lub nie) trafić do tzw. kanonu, nikt już może o niej nie pamiętać - nie dlatego, że jest pisarką złą, ale dlatego, że nie wyłowi jej z informacyjnego śmietnika, którego prawdopodobnie nikt już nigdy nie uporządkuje. Jakie z tego wnioski? Po pierwsze taki, że większa niż za życia po śmierci prawdopodobnie nie będzie (tak jak i pozostali pisarze z przełomu XX i XXI wieku i późniejsi). Po drugie, że wszystkie funkcjonujące jeszcze kanony historycznoliterackie właśnie się jako metoda dezaktualizują. Po trzecie, że nie zostaną zastąpione innymi twardymi metodami szufladkowania, bo już obecne czasy zaszufladkować się po prostu nie dadzą - za dużo o nich wiemy i nie jesteśmy w stanie tego ogarnąć już teraz, a co będzie za parę lat? I po czwarte, że w ogóle mnie to nie martwi - jeżeli jest prawdą (bo póki co to tylko spostrzeżenie, na które pewnie mnóstwo osób przede mną i równolegle ze mną wpadło, a ileś tam może i obaliło).

A nie martwi mnie, bo etykiet nie znoszę, choć uznaję ich polityczną wartość - a konkretnie to, że w pewnych okolicznościach uzasadnione jest używanie takich określeń jak "literatura lesbijska" czy "kultura gejowska". Bo chodzi o nazwanie czegoś, co w świadomości ogółu nie istnieje i nie zaistnieje, jeżeli się tego głośno (i wielokrotnie) nie powie. I tak naprawdę dopiero w momencie, kiedy książka o lesbijkach stanie się w powszechnym odbiorze po prostu książką o ludziach, będzie można przestać w jej opisie używać słowa "lesbijka". Tyle polityki. A ja nie lubię etykietowania, kategoryzowania, kanonów i innych szufladek, bo nas ograniczają. Lesbijki wkładają do worka "lesbijskiego wyglądu", pisarki wpychają w niszę "literatury lesbijskiej", kobiety w przymusową kobiecość (czymkolwiek jest), Caster Semenyę w rodzaj nijaki, a społeczeństwo w obowiązkową heteroseksualność. Bo co z tego, że Semenya przez 18 lat czuła się kobietą, skoro nie ma miesiączki, więc jest "onym", a w najlepszym przypadku "nim/nią", Bo przecież skoro jesteś Polką i katoliczką (dwie etykiety), to nie możesz być... Jasne, że nigdy tak do końca nie będę wolna i zawsze będę coś musieć, a czegoś nie móc, ale to nie powód, by dać się załadować do szufladki z napisem "lesbijka/dziennikarka/pracownica miesiąca dużej korporacji" i zapomnieć, że poza Szuflandią jest jeszcze świat dużych ludzi. Tak, kategoryzowanie ułatwia ogarnięcie rzeczywistości. Ale też tak naprawdę nie pozwala jej nigdy ogarnąć.

Jako że zrobiło się ciężko i pseudofilozoficznie, na koniec historyjka z życia miss Ferrick (a jakże), jak to pięknie przysłużyła się jej etykieta "lesbijskiej piosenkarki". W 1992 roku, mając zaledwie 21 lat, podpisała kontrakt z Atlantic Records. Wytwórnia od początku naciskała na nią, aby zrobiła publiczny coming out, jednak wtedy nie czuła się jeszcze gotowa. W efekcie zrobiła to dopiero w 1995 roku, dwa lata po Melissie Etheridge. I co się stało? Z miejsca przylgnęła do niej łatka "tej drugiej Melissy", co sprawiło, że przez fanki "lesbijskich piosenkarek" zaczęła być postrzegana jako ta, która chce żerować na popularności Melissy Etheridge. To samo imię, podobna muzyka, gitara - no po prostu skandal, na rynku muzycznym nie ma miejsca dla "tej drugiej"! Miss Ferrick zapłaciła za wpakowanie jej do szufladki "kolejna lesbijka Melissa z gitarą" zerwaniem kontraktu przez Atlantic (bo nie spełniła oczekiwań finansowych) i kilkuletnim załamaniem nerwowym. Teraz ma własną wytwórnię i sporą trzódkę swoich "Ferrick heads" - to na pocieszenie.

W następnym odcinku będę kłopoty osób biseksualnych. A jako zajawkę wrzucam wideo z Ani Difranco z 2000 roku, czyli z czasów, kiedy to wszystkie lesbijki ją kochały, bo śpiewała o miłości zarówno do kobiet, jak i do mężczyzn. Przestały (niektóre na chwilę, niektóre na zawsze) kochać, gdy zdarzyło się jej przestać umawiać się z kobietami i wyjść za mąż - biseksualistka wstrętna! A ta ładna pani z akordeonem to Julie Wolf - niestety nie jest już w zespole Ani.

niedziela, 13 września 2009

Jak nie zachwyca, skoro zachwyca

Jeszcze do wczoraj uważałam, że mimo iż Jeanette Winterson odżegnuje się od odczytywania jej literatury przez pryzmat jej tożsamości seksualnej, to fakt, że czasami tak się dzieje, ma jedną dobrą stronę - lesbijki sięgające po jej powieści właśnie z powodu przyczepionej jej łatki "lesbijskiej pisarki" mają przynajmniej okazję poobcować z naprawdę dobrą literaturą. Co się stało wczoraj? Ano znalazłam na portalu Homoseksualizm.org.pl recenzję powieści Sary Waters "Muskając aksamit", której autorka pod koniec swojej rozprawki pisze tak:

To nie jest wielka literatura, ale literatura niewątpliwie dobra; jakościowo przelicytowała Waters samą siebie późniejszą o kilka lat "Złodziejką", więc "Muskając aksamit" nie skończyło jako pojedynczy przebłysk pisarskiego talentu. I dobrze; genderowe zawirowania w historycznym kostiumie lubi Jeanette Winterson (autorka "Namiętności" i "Nie tylko pomarańcze...", mająca znacznie większe literacko-formalne ambicje, ale i znacznie mniej wyczucia – choć, by oddać sprawiedliwość, wymieniłam dwie najlepsze ze znanych mi jej książek), ale dobrej prozy (około) lesbijskiej wciąż jest za mało. (linka tym razem nie podaję, jak ktoś chce, sam sobie znajdzie)

Odpuszczę sobie ocenianie całego tekstu, choć określenie "Muskając aksamit" mianem powieści tradycyjnej, czy też skwitowanie wartości poznawczych debiutu Waters zdaniem Trudno mi określić, jaką "Muskając aksamit" ma wartość poznawczą, ale zakładam, że mimo wszystko sporą wołają o pomstę do nieba. Fragmentu o Winterson jednak bez komentarza zostawić nie mogę, choć zwyczaju komentowania cudzych tekstów (nawet tych, które uważam za niedobre) nie mam, bo nie uważam się za szczególny autorytet w dziedzinie tego, jak pisać należy. Na początek zastrzeżenie - nie uważam, że każdy powinien Winterson lubić i cenić (nawet mnie cieszy, że tak nie jest - domyślcie się, dlaczego), tak samo jak nie ma obowiązku lubienia i cenienia dorobku jakiejkolwiek pisarki czy jakiegokolwiek pisarza. Jednak między "nie podoba mi się" a lekceważeniem czyjejś twórczości (szczególnie jak się jej nie zna!) przepaść jest ogromna. Przykładowo - nie lubię Prousta, ale nie odbieram mu tytułu genialnego pisarza. Mam też czasem kłopoty z wciągnięciem się w styl Eco, ale nie uważam, że to kwestia jego braku wyczucia, bo zrobiłabym z siebie koncertową kretynkę.

Winterson jest uznawana za jedną z najważniejszych pisarek brytyjskich średniego pokolenia. Otrzymała wiele prestiżowych wyróżnień, jak Order Imperium Brytyjskiego, a sztuka na podstawie jej powieści "Wolność na jedną noc" grana była m.in. na deskach Królewskiego Teatru Narodowego - nieźle więc trafia do mainstreamu, jak na autorkę bez wyczucia. Ma na koncie kilkanaście książek - powieści, zbiorów esejów, a nawet opowieści dla dzieci - regularnie pisze też do kilkunastu brytyjskich czasopism, w tym "Timesa" i "Guardiana". To bardzo skromne dane, więcej można znaleźć na setkach stron internetowych poświęconych jej twórczości, w tym na oficjalnej - www.jeanettewinterson.com. Ale też dane, które nawet tak okrojone świadczą o dwóch rzeczach - po pierwsze, że Winterson nie tworzy tzw. literatury lesbijskiej, co zdaje się jej przypisywać autorka recenzji (od razu wyjaśniam, że o ile w ogóle nie uznaję kategoryzowania literatury, o tyle jej etykietowanie, z powodów politycznych, jednak czasami tak - pisałam o tym w jednym z moich wstępniaków do "Repliki". Przez "literaturę lesbijską" rozumiem książki, które jako odbiorców zakładają głównie lesbijki, których autorki i autorzy celowo kierują swój przekaz widza niemaistreamowego, a nie do każdego, komu mogłaby się ich twórczość spodobać). Po drugie, mimo iż jej książki bywają trudne (choć chyba nie z racji formy, ale raczej erudycji pisarki), znajdują swoich odbiorców nie tylko wśród tzw. wyrobionych literacko czytelników (kimkolwiek są), ale też wśród zwykłych odbiorców głównego nurtu. I rzeczywiście można ją swobodnie czytać, nie rozumiejąc historyczno-literackich aluzji (ja znajduję większość dopiero dzięki samej Winterson, która tłumaczy w wywiadach czy esejach poszczególne wątki swoich powieści - bardzo miły zwyczaj), a ci, którzy je wyłapują, mają dodatkową, intertekstualną dla odmiany, przyjemność. Tak czy siak bardzo szerokie i różnorodne grono czytelniczek i czytelników Winterson (tak jak i liczba prac naukowych jej poświęconych) to chyba najlepszy dowód na jej nietuzinkowość.

Specjalnie dla autorki tekstu, który mnie wkurzył, przytoczę dwie wypowiedzi pisarki. Pierwsza pochodzi ze wstępu do wydania "Nie tylko pomarańcze" z 1991 roku:

W tych odległych czasach (...) wyraziłam pewne życzenie. Zgodnie z tradycją powinny to być trzy życzenia, ale też nie uratowałam nikogo z wyjątkiem siebie samej. "Chcę"... sławy, pieniędzy, sukcesu? Nie. Chcę wiedzieć, kiedy przestać.

Druga jest nowsza - z 2005 roku, ze spotkania autorskiego w Warszawie:

Od kilku lat nie czytam wypowiedzi krytyków o swoich książkach, nic bowiem nie można zmienić, gdy coś jest już napisane. Artysta musi wierzyć, że jego praca ma wartość, jeśli nie wierzy, nie powinien tego oferować innym.

A tu - już specjalnie dla mnie - Winterson opowiadająca o swojej twórczości. Chciałabym jeszcze kiedyś zobaczyć ją na żywo (raz - w 2005 roku - miałam tę niemal ekstatyczną przyjemność):

Shakira i krowy

Jako że strona wejściowa mojego Myspace'a poinformowała mnie uprzejmie, że mam szansę poznać Shakirę na planie jej nowego teledysku, nie mogę się powstrzymać, żeby nie wkleić tego:



Tak, ta ciemnowłosa rockmanka to właśnie Shakira, a to wideo to jeden z powodów, dla których kocham niezależne artystki - po prostu nie muszą (choć oczywiście mogą) taplać się w błocie i zakładać obcisłych wdzianek, by promować swoje płyty. Mogą na przykład wyglądać jak Ani Difranco i Melissa Ferrick w poniższym klipie (słabe wideo, ale świetna piosenka, z ciekawostek - Ani, tak jak Todd (kontrabasista) i Allison (perkusistka), ma na sobie koszulkę rzuconą przez jedną z fanek na scenę tuż przed występem; ze spostrzeżeń - miss Ferrick, gdy nie gra na instrumencie ani nie śpiewa, zupełnie nie wie, co zrobić ze sobą na scenie - strasznie lubię ją taką oglądać).



Nie zakładam, że Shakira jest bezwolną idiotką, której kazano z siebie zrobić seksbombę, ale mimo wszystko bardziej podoba mi się w klipie z Melissą. Przy okazji (i dla kontrastu) pozwolę sobie przypomnieć historię, o której już pisałam tutaj, jak to Sophie B.Hawkins rozsierdziła swoją byłą wytwórnię płytową Columbia Records (w 2001 roku założyła swoją własną wytwórnię Trumpet Swan Productions), pozując nago dla magazynu "Interview". Poszło jednak nie o moralność, ale o wygląd, gdyż pozwoliła się sfotografować bez makijażu i nie wyszła zdaniem swoich mocodawców wystarczająco pięknie. Na ich zarzuty odpowiedziała w wywiadzie dla "Details": "Kobiety, które pozują do zdjęć, zazwyczaj chcą wyglądać pięknie, seksownie, efektownie. Ja wyglądam jak krowa. Nie wyglądam, jakbym myślała, że jestem piękna, mam wspaniałe ciało i mogę kogoś podniecić. Tylko dlaczego kobiety zawsze muszą kogoś podniecać?".

A skoro już jesteśmy przy wielkich wytwórniach, to nie mogę nie przypomnieć i tego (zagadka: o kim śpiewa Ani?):



W kwestii wyglądu, co jakiś czas na forum Kobiety Kobietom pojawiają się wątki w rodzaju "Czy wyglądacie lesbijsko", "Czy lesbijki MUSZĄ nosić krótkie włosy, glany i bojówki, nie malować się i umieć posługiwać wiertarką" etcetera, etcetera (swoją drogą również na mojego bloga weszła przynajmniej jedna osoba, którą skierowała tu wpisana w wyszukiwarkę fraza "wygląd lesbijki" - mam nadzieję, że się nie rozczarowała). Nie wiem, czy muszą, pewnie nie muszą. Choć chyba rozumiem problem, bo, co też już zdarzyło mi się pisać, bycie lesbijką nie predestynuje do bycia otwartą i tolerancyjną (lata świetlne temu zdarzyło mi się bardzo, hm, zdziwić, gdy do naszego grona nieumalowanych lesb w bojówkach dołączyła stuprocentowa femka w pełnym makijażu, ze zrobioną fryzurą i tipsami). Tak że może i łatwiej, szczególnie nieśmiałym jednostkom, na początku lesbijskiej "kariery" (zwłaszcza gdy zdecydują się ją rozpocząć w klubach) stylizować się na chłopczycę czy inną Shane. Problem "lesbijskiego wyglądu" jest rzecz jasna nienowy, np. zabawnie opowiada o nim Ania Laszuk w comingoutowym wywiadzie dla "Repliki" z 2007 roku:

Jedna z moich koleżanek zobaczyła mnie kiedyś ze zwykłą - tak mi się wydawało - torbą. "Ale masz torebusię!" - wykrzyknęła. Według niej "torebusia" to chyba był atrybut szarej kobietki, czy laluni, a przecież MY nimi nie jesteśmy! Inna dziewczyna podobnie skomentowała wygląd mojej znajomej, też lesbijki: "Ależ ty masz heteroseksualną torebkę!", na co tamta błyskotliwie zareagowała: "nie wiedziałam, że torebka ma orientację". Jakie są wobec tego lesbijskie torebki? Nie wiem. W legendarnej knajpie "Rudawka" na Żoliborzu zauważyłam kiedyś, że akceptowane były głównie dwa typy dziewczyn: albo przerysowane "stuprocentowe" ślicznotki a la Marylin Monroe, albo dziewczyny z krótkimi włosami i w bojówkach. Gdy wchodziła jakaś zwykła kurka, o niewyraźnym image, nie miała żadnych szans. (cały wywiad tu)

Offtopikowo - jeżeli któraś z czytających jest z Warszawy, ma (albo zamierza mieć) krótkie włosy, mogę polecić świetną fryzjerkę. Szczegóły na priv. A, panów też strzyże. I też ładnie.

sobota, 12 września 2009

Sport nie jest queer

Uroczy news na Frondzie - "Naziści woleli transwestytę niż Żydówkę". A chodzi o historię Gretel Bergmann (dopiero co przypomnianą w filmie "Berlin 36"), reprezentantki III Rzeszy w skoku wzwyż, która w 1936 roku została wykluczona z kadry olimpijskiej ze względu na żydowskie pochodzenie. Podczas olimpiady w Berlinie zastąpił/a ją Hermann/Dora Ratjen, zmuszony/a przez nazistów do przebrania się za kobietę, aby reprezentacja III Rzeszy miała większą szansę na medal w tej konkurencji. Tyle Fronda (zresztą niedokładnie za Wikipedią). A sam/a Ratjen? Prawdopodobnie był/a interseksualistą/tką. Na pewno nie był/a transseksualny/a, ale kto by się przejmował takimi szczegółami - ważne, żeby tytuł wybrzmiał.

Tymczasem australijski "Sydney Morning Herald", powołując się na nieoficjalne źródła w IAAF, podał, że Caster Semenya, która na ostatnich mistrzostwach świata w lekkiej atletyce zdobyła złoty medal w biegu na 800 metrów, ma zarówno żeńskie, jak i męskie narządy płciowe. Dziennikarze spekulują, że skoro nie jest to prawdopodobnie efekt dopingu, IAAF nie odbierze jej medalu. Co się jednak stanie z samą Semenyą? Czy zakończy karierę, jak indyjska biegaczka Santhi Soundarajan, która prawdopodobnie cierpi na zespół nadwrażliwości na androgeny, a której płeć poddano w wątpliwość po zdobyciu przez nią srebrnego medalu w biegu na 800 metrów na Igrzyskach Azjatyckich w 2006 roku? Czy też, jak niemiecka tenisistka Sarah Gronert, która w wieku dziewiętnastu lat przeszła operację usunięcia męskich genitaliów (więc z medycznego punktu widzenia jest kobietą), podda się operacji i/lub kuracji hormonalnej, zostanie w sporcie i zawsze już będzie narażona na oskarżenia o "nieuczciwość"? Im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że sport nie jest dla osób queer. A przynajmniej sport zawodowy.

Z ciekawostek - w 2004 roku w ramach konferencji "Kobieta i sport", zorganizowanej przez Polskie Stowarzyszenie Sportu Kobiet, miał miejsce między innymi panel dyskusyjny "Trzecia płeć - szanse i zagrożenia dla współczesnego sportu". Konkretnie chodziło o transseksualistów M/K. Przytoczę kilka cytatów.

Otylia Jędrzejczak: Wiem, że jeśli obok mnie stoi na słupku kobieta, ma tyle samo sił, co ja, i tym sensie jesteśmy równe. Mężczyzna, który zmienił płeć, zawsze jest mocniejszy niż kobieta, która stała się mężczyzną.

Stanisław Dulko (seksuolog): Nie pamiętam, żeby któryś z transseksualistów-mężczyzn, leczonych w Polsce, chciał uprawiać sport. Tacy ludzie są bardziej kobiecy niż niejedna kobieta. Sport jest dla nich zbyt agresywny i pełen przemocy. Transseksualiści nie są konkurencją w gronie ludzi zdrowych.

Andrzej Komorowski (też seksuolog): Obawiałbym się transgenderyków, którzy wyglądają jak kobiety, a w duszy czują się jak mężczyźni. Taka baba-chłop pokona na pewno każdą kobietę. Boję się, że w zawodach będą uczestniczyły takie zawodniczki. Mają one prawdziwie męską potrzebę zwycięstwa. Mówię tu o tzw. płci mózgu, ale nie mam na myśli homoseksualistów, lesbijek, transseksualistów.

Beata Mieńkowska (psycholożka sportu): Ja w transseksualizmie widzę szansę dla współczesnego sportu. Jeśli kobieta-sportowiec wiedziałaby, że obok niej startuje transseksualista, może to potraktować jako wyzwanie i motywację do jeszcze większej walki.

Przepraszam, nie dam rady tego skomentować.

czwartek, 10 września 2009

LGBT-eka po polsku

"Złodziejka" obejrzana, recenzja do najnowszej "Repliki" gotowa. Tak, nie pomyliłam się - "Złodziejka", ekranizacja powieści Sary Waters, ten brytyjski miniserial z 2005 roku. Właśnie wyszedł w Polsce na DVD i można go sobie zupełnie komfortowo obejrzeć, w wersji z napisami lub cokolwiek adekwatnym do filmu lektorem. Jest więc i powód, by o nim znowu napisać - bo już nie zakładam, że przecież KAŻDA lesbijka go widziała. A nie zakładam, bo wciąż mam w pamięci historię sprzed kilku miesięcy, kiedy to zaproponowano mi napisanie recenzji filmu "Gia" (z tej samej okazji - oficjalne polskie DVD). Odmówiłam, posiłkując się argumentem o KAŻDEJ lesbijce (oraz o tym, że tego filmu po prostu nie lubię i drugi raz oglądać nie chcę). Kilka tygodni później nasza młodziutka webmasterka przyznała, że ona nie widziała. A jednak myślę stereotypowo:) W każdym razie - "Złodziejkę" ogląda się nadal dobrze, a Sary Waters, która podobno gra tam jakąś małą rólkę (uliczna kwiaciarka numer cztery?) jak zwykle nie udało mi się wypatrzyć.

Przy okazji - czy ktoś jeszcze pamięta projekt "Rainbow Collection" z 2007 roku, w ramach którego miały być wydawane najbardziej znane filmy o tematyce LGBT, w większości niedostępne w Polsce? O ile dobrze kojarzę, ukazał się jeden, hm, średnio znany - "Loving Annabelle" (bodaj w grudniu prawie dwa lata temu) i koniec. Czyżby nie spełnił oczekiwań biznesowych twórców kolekcji? No, to by mnie akurat nie zdziwiło. Ale ja generalnie jakoś słabo wierzę w sukces na polskim rynku i wartościowszych pozycji, bo co z tego, że w końcu nie trzeba walczyć z niedopasowanymi napisami, jak i tak polska premiera pięć, dziesięć lat po prawdziwej premierze to już słabe wydarzenie. Nawet jeżeli jakimś cudem wszyscy zainteresowani filmem zrezygnowaliby ze ściągania go z sieci (teraz w jeszcze lepszej wersji, bo "zaadaptowanej" z polskiego DVD) i ruszyli (lub kliknęli) do sklepów po płytkę.

Skoro już przy sieci i jej zasobach jesteśmy, znowu zrobiło głośno wokół projektu Google Book Search. Dla przypomnienia - Google zamierza zeskanować i wrzucić do sieci wszystkie książki niedostępne w sprzedaży komercyjnej oraz te, które są jeszcze dostępne, a których wydawcy i właściciele praw autorskich wyrazili na to zgodę. Skanowanie rozpoczęło cztery lata temu, nie pytając nikogo o zgodę, co zaowocowało pozwem ze strony amerykańskich wydawców. Skończyło się ugodą, w której efekcie wydawcy zyskali spore pieniądze, udział w zyskach z przedsięwzięcia oraz konieczność uzyskania ich zgody przez Google'a na cyfryzację książek objętych prawami autorskimi. Kłopot polega na tym, że jeżeli ktoś nie chciał być objęty ugodą, miał czas do poniedziałku, by wypełnić formularz w sieci, a ci, którzy tego nie zrobili, zostali nią objęci automatycznie. Sprawa jest w toku, jak się skończy - zobaczymy.

Nie wchodząc w dyskusję wokół całego projektu, samo narzędzie lubię i polecam (na wypadek, gdyby się okazało, że nie KAŻDA użytkowniczka internetu je zna). Pozwala obejrzeć okładkę, przeczytać spis treści, przeszukać książkę pod kątem interesujących nas haseł, przeczytać fragmenty, a nawet całość, jak również na przykład sprawdzić, w jakich pozycjach występują interesujące nas hasła, postacie czy wydarzenia. Niestety póki co obejmuje głównie literaturę anglojęzyczną.

poniedziałek, 7 września 2009

A jednak myślę stereotypowo

Kilka dni temu zaprosiłam na Fecebooku do znajomych młodego człowieka, którego kojarzyłam z UFY oraz z naszych występów. W powitalnym mailu napisałam, że pamiętam go z jednej z imprez - jako pana w krawacie proszącego o piosenkę "Video killed the radio star". Młody człowiek - o męskim imieniu - odpowiedział, że niekoniecznie "pana". Przyjrzałam się jej zdjęciom w profilu - no rzeczywiście, niekoniecznie. Wpadłam w pułapkę - męskie imię czyli mężczyzna. Anegdota jest o tyle ciekawa, że myślałam, iż w temacie transgenderyzmu jestem naprawdę dobrze wyedukowana, w końcu Judith Butler i jej teorii performatywności płci zwykle bronię jak niepodległości, negacja istnienia płci biologicznej już mnie kompletnie nie boli, a eksperyment Beatriz Preciado, która/y zmieniając własne ciało, dowodzi swojej teorii panseksualnego trangenderyzmu, bardzo mi się podoba. Cóż, dostałam nauczkę - na szczęście dość zabawną.

Skoro już w temacie jesteśmy, najbardziej w zrozumieniu, o co chodzi z tą performatywnością płci, pomógł mi film Davida Cronenberga "M. Butterfly". Wklejam dwa klipy, jak ktoś filmu nie widział, to niech sobie drugi odpuści, bo zepsuje sobie "zabawę".





Z trochę innej bajki - ale też w związku z osobami transgenderowymi - ostatnio, rozmawiałam z przyjaciółką z Australii o tym, jak niektóre z założenia nastawione na promocję tolerancji wydarzenia przyczyniają się do wykluczania niektórych osób - a to ze względu na stopniową komercjalizację, a to z powodu przestarzałej polityki organizatorów. O osobach trans będzie przykład drugi, najpierw komercjalizacja. W 1995 roku przyjaciółka chciała wziąć udział w Melbourne Pride. Organizatorzy poprosili ją o informację, pod jakimi hasłami chciałaby iść, i odrzucili je, ponieważ kłóciły się z przesłaniem głównego sponsora. Poinformowano ją też, że jedynie osoby w koszulkach z logiem sponsora mogą liczyć na miejsca z przodu parady. Nie muszę chyba dodawać, że nie wybrała się na Pride ani wtedy, ani nigdy później. Mam nadzieję, że nasze parady nigdy się w taką imprezę sponsorską nie zmienią, ale to pewnie płonna nadzieja - idziemy wszak do przodu!

Drugi przykład dotyczy niestety mojego wymarzonego Michfestu - otóż na tym najstarszym lesbijsko-feministycznym festiwalu do niedawna obowiązywała polityka WBW (Womyn-Born-Womyn Policy) - czyli mogły w nim uczestniczyć jedynie kobiety urodzone jako kobiety i nadal się z nimi identyfikujące. Walka o zniesienie tej polityki trwała od 1991 do 2007 (!) roku, kiedy to w końcu bez problemów zaczęto wpuszczać na teren festiwalu osoby transseksualne identyfikujące się jako kobiety. Co ciekawe, organizatorki nigdy oficjalnie nie odżegnały się od polityki WBW, a wiele uczestniczek (choć mam nadzieję, że są w mniejszości) nadal uważa, że była to dobra zasada. Na pocieszenie - do zniesienia zakazu przyczyniło się również wiele artystek, które albo bojkotowały festiwal (jak moja ukochana Melissa Ferrick), albo krytykowały zakaz podczas swoich występów i dawały koncerty zarówno w oficjalnej wiosce festiwalowej, jak i na terenie transowego pikniku poza jej granicami, gdzie rokrocznie zbierały się osoby transseksualne. Na pocieszenie - bo udział w Michfeście pozostaje moim wielkim marzeniem, a skoro miss Ferrick już go nie bojkotuje, to i ja nie mam powodu. A przy okazji - może czyta mnie jakaś bogata osoba, która ma ochotę zasponsorować mój przyszłoroczny wyjazd na Michfest? Odwdzięczę się piękną notką na blogu. I nawet mogę założyć koszulkę z jej logiem!

Na koniec reklama - oczywiście wykorzystuję nie-techniczną przerwę na blogu Abiekta, który zazwyczaj wrzuca takie rzeczy. Przy okazji - ja też tęsknię!

niedziela, 6 września 2009

Far Out - odsłona pierwsza

Pierwsza część internetowego serialu "Far Out" obejrzana. Dla przypomnienia - "Far Out" to taki brytyjski "L Word" albo lesbijski "Queer as Folk" - zależnie od punktu widzenia. Więcej pisałam o nim tutaj. Skoro już o "L Wordzie" wspomniałam - mała dygresja. Otóż serial miał już nie tylko swoją kontynuację w sieci w postaci "taśm z przesłuchań" (już niedostępne w "oficjalnej" dystrybucji, czyli na stronie producenta), nie tylko w przygotowaniu jest jego wersja kinowa, z której ponoć mamy się w końcu dowiedzieć, kto zabił Jenny Schecter, ale również będziemy miały reality show na jego podstawie, czyli "The Real L Word". Castingi na bohaterki show właśnie trwają (ciekawe, ile klonów Shane się zgłosi), całości pilnuje, jakżeby inaczej, producentka "L Worda" Ilene Chaiken. Nie będzie za to zapowiadanego już spin offa z Leishą Hailey w roli głównej - Showtime ostatecznie zrezygnowało z pomysłu.

Wracając do "Far Out", pierwsza część pierwszego odcinka (kolejne ponoć wkrótce, dokładna data nieznana, bo póki co całość można zobaczyć tylko na płatnych pokazach kinowych w UK) trwa zaledwie 15 minut, tak że trudno mi póki co ocenić serial. W każdym razie rzecz jest głównie o dylematach sercowych (tudzież związanych z niższymi partiami ciała), bohaterki nie są specjalnie glamour, nadreprezentacji pięknych i bogatych nie ma (czyli jest różnorodnie), zabawne sceny są przynajmniej dwie (może więcej, akcent bohaterek trochę utrudnia mi odbiór, ale jak obejrzę jeszcze raz, powinno być lepiej) - jedna, w której Grace próbuje poderwać dziewczynę w klubie, i druga, w której ta sama bohaterka ma pewien problem z, hm, bateriami (więcej nie napiszę, obejrzyjcie).

A całość pierwszej części pierwszego odcinka tutaj.

Zasady są po to, żeby...?

Kiedy nasz kabaret zaczął tak na dobre rozwijać skrzydełka (czyli nieco ponad rok temu, choć pierwszy występ miał miejsce w 2005), stworzyłyśmy sobie niepisany kodeks, którego staramy się przestrzegać. Zasada pierwsza - śmiejemy się z tego, co znamy. Czyli najczęściej z lesbijek, osób biseksualnych, czasami z gejów i feministek. Co oczywiście poskutkowało tym, że na dobre przylgnęła do nas łatka "pierwszego polskiego lesbijskiego kabaretu", co nas rzecz jasna wcale nie martwi - fajnie jest być pierwszymi! Ale też sprawia, że nie wszyscy uznają to, co robimy, za zabawne (i niekoniecznie mówię tu o osobach heteroseksualnych). Albo też nie wiedzą, czy im się z takich żartów śmiać wypada - bo czy śmianie się z lesbijek nie podpada przypadkiem pod dyskryminację? (Wątpliwość autentyczna - jedna z naszych heteroseksualnych znajomych na serio przyznała, że gdy widziała nas po raz pierwszy, nie wiedziała, czy wypada jej się śmiać - bo przecież ona nie jest lesbijką, więc może jej nie wolno.)

Zasada druga - niedyskutowalna, w przeciwieństwie do pierwszej - nie używamy wulgaryzmów. Nie wiem tak naprawdę, od kiedy jest tak, że wystarczy wyjść na scenę i powiedzieć "ja pier....", żeby wywołać aplauz publiczności. Co gorsza, nie dotyczy to tylko kabaretów. Jakiś czas temu miałam mimo wszystko przyjemność oglądać monodram mojej wielkiej od zawsze miłości Krystyny Jandy "Ucho, gardło, nóż". To spektakl na podstawie książki chorwackiej pisarki Vedrany Rudan, rzecz o wojnie w byłej Jugosławii, tragikomiczna, ale jednak bardziej tragi- niż komiczna. Pierwsze słowo w monodramie to "ku...". I co? I oczywiście publiczność zwija się ze śmiechu. Potem tych "ku..." jest jeszcze bardzo dużo i każda, ale to naprawdę każda, nawet kiedy robi się już naprawdę przerażająco, wywołuje salwy śmiechu. Nie rozumiem tego. Nie powiem, że kiedyś było inaczej, bo jak dziecięciem będąc, chadzałam z mamusią do teatru, to wybierałyśmy sztuki, gdzie wulgaryzmów raczej nie było. Ale mimo wszystko mam wrażenie, że nasza (społeczeństwa) wrażliwość nieco od tamtych czasów stępiała. Ale może to tylko wrażenie.

Przerywnik - Krystyna Janda, w jakiej się zakochałam te nie wiem ile lat temu (bo sam film powstał w 1976 roku, czyli jeszcze przed moimi narodzinami):



Trzecia zasada była taka, że nie śmiejemy się z homofobii, ale z osób nieheteroseksualnych. Dlaczego? Bo nabijanie się z homofobii wydało nam się zbyt oczywiste i niekoniecznie zabawne - w końcu to poważna sprawa. I tę zasadę po części ostatnio złamałyśmy, robiąc wspomniany już w poprzednich wpisach skecz o naszym występie w WP.tv. Efekt był mam wrażenie piorunujący, tak że skecz na pewno będziemy jeszcze grać, więc pocieszam się, że może tu na warsztat bardziej poszła głupota niż homofobia. A skecz jest o nas - czyli nadal o lesbijkach - więc przekaz pozostaje spójny.

Tak piszę o tych zasadach, bo od paru dni chodzi mi po głowie pomysł na tekst, który jeszcze nie powstał właściwie z jednego tylko powodu - bo nie wiem, czy powinien ujrzeć światło dzienne. Generalnie ma być o "paprotkach", czyli kobietach pełniących funkcję dekoracyjną w bardzo konkretnej organizacji. A przyszedł mi do głowy po przeczytaniu jednego z komentrzy pod felietonem Izy Filipiak "Młodość, męskość, pełnosprawność". Czemu jeszcze owego tajemniczego tekstu nie napisałam? Po trosze z braku czasu, a po trosze dlatego, że cały czas się zastanawiam, czy kieruje mną coś więcej poza osobistymi uprzedzeniami (które jednakowoż mają całkiem solidną podstawę). Czyli wbrew moim deklaracjom w najbardziej dotąd kontrowersyjnym na tym blogu tekście o grzybkach nadal nie do końca wiem, czy jak coś niefajnego wiem (i - w tym przypadku - mogą wiedzieć to naprawdę wszyscy, bo materiały, z których chcę skorzystać, są ogólnodostępne), to powinnam to ujawnić. I tu się rysuje podstawowa różnica między blogiem a tradycyjnym pamiętnikiem, bo tak już dawno napisałabym "mój pamiętniczku, tak sobie myślę, że..." i sprawa załatwiona. A tak mam dylemat i stąd różne dywagacje o zasadach chodzą mi po głowie. Jak go rozwiążę, będą "paprotki". A na razie zadowolę się moją prywatną paprotką, którą nawet dzisiaj podlałam (nie, Kochanie, to nie o Tobie:)).

wtorek, 1 września 2009

Iza Filipiak i niewidzialność lesbijek

Na Kobiety Kobietom świetny felieton Izy Filipiak o uwewnętrznionym opresorze u Witkowskiego. Szkoda, że Iza tak rzadko już pisze swoje "Listy znad Zatoki", bo o ile jej twórczość książkowa nie jest czymś, co mi koniecznie odpowiada, o tyle jej felietony lubię i cenię bez wyjątku - za erudycję, za radykalizm, za nieoglądanie się na to, czy się komuś jej wizja rzeczywistości spodoba czy nie i za świetny styl. W kontekście ciągle żywej dyskusji o EuroPride warto przy okazji przypomnieć inny jej tekst - Młodość, męskość, pełnosprawność - w którym wyjaśnia, dlaczego rok temu, zupełnie inaczej niż we wszystkich wcześniejszych latach - nie wzięła udziału w warszawskiej Paradzie Równości. To ważny głos - bo jednocześnie osoby z zewnątrz, która na nasze parady spogląda z perspektywy swoich amerykańskich doświadczeń, jak i z wewnątrz - bo w końcu, jakby nie patrzeć, Iza jest jak dotąd jedyną znaną polską lesbijką, która zrobiła coming out. Zresztą tekst jest wart zauważenia z wielu powodów - m.in. jako przyczynek do dyskusji o niewidzialności lesbijek.

Przy okazji wpisu o lesbijce-łączniczce (o niewidzialności lesbijek, a jakże!) u Abiekta przypomniał mi się fragment naszego z Gosią wywiadu z Izą. Zapytana o to, co myśli o tym, co się dzieje w Polsce (to był październik 2007), odpowiada: "W kontekście Polski myślę o tym, jak jesteśmy wymazywani – a może nawet bardziej i częściej wymazywane – z historii i z kultury. Otóż weźmy powstanie warszawskie – bo to ono ma zostać, chcąc nie chcąc, źródłem siły i miejscem żałoby dla nowego, nacjonalistycznego porządku... Kilka lat temu wśród zdjęć uczestniczek tegoż powstania dostrzegłam fotografię prześlicznej chłopczycy. Pod nim napisane było, że z końcem powstania udało jej się z przyjaciółką przedostać na Pragę. Czy były kochankami, czy towarzyszkami broni? Wiem tylko tyle, żeby gdyby były kochankami, to ich historia nie znalazłaby miejsca w polskiej pamięci narodowej. Siła homofobii jest tak wielka, że twórcy tych miejsc pamięci potraktowaliby jej ujawnienie jako obrazę ich patriotyzmu, a rodziny tych kobiet też zapewne poczułyby się obrażone".

Dla wytchnienia od poważnych niewidocznościowo-powstańczych rozważań - publiczny coming out lesbijki w kraju, w którym znane wyoutowane lesbijki liczy się w setkach, jak nie w tysiącach, czyli Melissa Etheridge w 1993 na wiecu w Triangle Ball, podczas którego lesbijki i geje świętowali wyborcze zwycięstwo Billa Clintona:



Z innej bajki (choć też coś z kwestią niewidzialności lesbijek mającej wspólnego) - skecz zainspirowany naszym występem w programie "Strefa wolnych myśli" gotowy - jest i śmieszno, i gorzko. Więcej nie zdradzę (żeby nie psuć przyjemności tym, którzy już pojutrze wybierają się do Ust Mariana), no może tylko drobiażdżek - za czarny charakter robię ja i jako że po raz pierwszy w życiu wcielam się w postać zdecydowanie nagatywną, sama nie wiem, jak wyjdzie. Ale ucząc się tekstu, stwierdziłam, że czuję ją w sobie - ciekawe, czy i widzowie wyczują. Sama nie wiem, czy wolałabym, aby tak było, czy aby tak nie było.