sobota, 31 października 2009

Dziś zgodnie z tradycją - o nawiedzonych

Na dzień dobry coś śmiesznego. Każdemu portalowi internetowemu zdarzają się wpadki (a to literówka, a to ortograf na stronie głównej, a to link prowadzący w kosmos), ale to akurat wygląda na działanie świadome:



A o transseksualnych fiksacjach pewnego polskiego dziennikarza śmieszno-gorzko pisze Marcin tutaj.

"Ktoś we mnie" Sary Waters przeczytane i, szczerze mówiąc, mam mieszane uczucia. Może to ze względu na spore niedostatki redakcyjne (dlatego osobom pod tym względem przeczulonym radzę poczekać na wydanie drugie poprawione), może dlatego, że o ile mroczna strona Waters mi odpowiada, o tyle jej realizacja w powieści o nawiedzonym domu już niekoniecznie. Ale broń bogini nie odradzam, bo oprócz elementów (być może?) paranormalnych jest w tej książce znakomity obraz różnic klasowych, jest nastrój i mnóstwo zabawy (wcale zresztą nie tak zabawnej) z gotyckimi konwencjami, jest w końcu to, co u Waters kochamy, czyli wciągająca fabuła i zakończenie, które wcale nie ułatwia zinterpretowania tego, co właśnie przeczytaliśmy. A jak ktoś się jeszcze waha co do decyzji o zakupie "Kogoś we mnie", to polecam recenzję na LGBT-ece.

Skoro już przy opowieściach o nawiedzonych domach jesteśmy, nie mogę nie wspomnieć o autorce chyba już trochę w Polsce zapomnianej, Amerykance Shirley Jackson. W Polsce wyszło drukiem bodaj pięć jej książek - zbiór opowiadań "Loteria" oraz powieści "Zawsze mieszkałyśmy w Zamku", "Nawiedzony", "Życie wśród dzikusów" i "Poskramianie demonów". Dwie ostatnie to zabawne opowieści o jej życiu jako profesorskiej żony i matki czwórki dzieci, pozostałe to mroczne opowieści o tym, co się kryje pod tak pięknymi frazami jak zwyczajność, konwencja czy tradycja i co spotyka jednostki, które się w przyjętych w ich otoczeniu ramach nie mieszczą. Najbardziej chyba lubię "Zawsze mieszkałyśmy w Zamku", za przewrotne zakończenie pokazujące, że fraza "idylliczne życie" niekoniecznie znaczy dla każdego to samo (a nawet bardzo nie to samo), ale to nie powód, by zmuszać innych do socjalizacji czy do "rozpoczęcia życia na nowo". W sumie w "Kimś we mnie" mamy podobną historię, tam też jest ktoś, kto "wie, jak jest i jak być powinno" - dr Faraday, którego ingerencja w świat mieszkańców dworu Hundreds, próba uporządkowania ich życia według obowiązujących norm i podporządkowane racjonalnemu myśleniu działania po prostu muszą się źle skończyć.

Nawiedzony dom znajdziemy u Jackson, jak się trudno domyślić, w "Nawiedzonym", koszmarnie zekranizowanym przez Jana De Bonta w 1998 roku i znakomicie przez Roberta Wise’a w 1963. Przy okazji, ponoć za ekranizację "Zawsze mieszkałyśmy w Zamku" właśnie zabrał się Michael Douglas - no, zobaczymy. Książkowy "Nawiedzony" to tyleż opowieść o Domu na Wzgórzu, do którego badacz pragnący odkryć jego tajemnicę sprowadza grupę ludzi obdarzonych paranormalnymi zdolnościami, ileż o jednej z tych osób, Eleanor Vance, zupełnie nieznającej zewnętrznego świata, dla której dotąd jedynym życiem była opieka nad niedawno zmarłą matką. Jak to w horrorach bywa, wejście Eleanor do Domu musi sprowokować tragiczne wydarzenia, jednak Jackson udaje się uciec przed banałem, nadmierną egzaltacją czy łatwym wyjaśnieniem tego, co się wydarzyło. Czy muszę pisać, jak bardzo polecam? A ci, co za horrorami nie przepadają, niech siegną przynajmniej po "Loterię" - wartą każdej ceny, za jaką wylicytujecie ją na Allegro. Choć trafia się i na Podaj.net - jak jakimś cudem nie wiecie, co to za zwierzę, to się koniecznie dowiedzcie, bo można bardzo tanio wzbogacić swoją biblioteczkę.

Ostatni news na dziś jakoś nigdzie mi dotąd nie pasował, ale nie będę go dłużej trzymać. Otóż w którymś śniadaniowym programie telewizyjnym (telewizji nie mam, tak że wybaczcie brak konkretów, ja tych programów po prostu nie rozróżniam) Renata Dancewicz stwierdziła, że po czterdziestce kobiety powinny się kierować raczej w stronę związków homoerotycznych. A że Renata właśnie czterdziestkę skończyła, to... Dopowiedzcie sobie sami, ale taki obrót spraw mógłby trochę wnieść do tematu poruszonego w poprzednim poście. Czego Renacie i sobie życzę.

środa, 28 października 2009

Kultura i palemka

Na początek już oficjalnie bardzo dziękuję za wszystkie miłe komentarze. I lansersko donoszę, że o wywiadzie z nami, oprócz Homików i Lesplot, napisali też: Yga (która rok temu jako druga z przedstawicielek i przedstawicieli "naszych" mediów - po Homikach - napisała o naszym istnieniu), Marcin (z niezastąpionych Homików) oraz Abiekt. A wiecie, kto był w ogóle pierwszy? Ela Turlej, niezależna dziennikarka, krótko po naszym mówionym debiucie w 2007 roku w Planie B. Próbowała potem swój tekst sprzedać kilku mniej i bardziej poważnym tygodnikom (nie skusił się żaden), w końcu opublikowała go na Kobietopolis.pl (jak chcecie przeczytać, wpiszcie "Barbie Girls" w ich wyszukiwarkę, bo bezpośredni link jakoś nie wyskakuje) i wykorzystała jego fragment w tekście "Lesbijki są dyskryminowane przez... gejów" opublikowanym w "Przeglądzie". Może to i w sumie dobrze, że wtedy się nie udało, bo w 2007 roku na takie wywiady było grubo za wcześnie (w sumie nie jestem przekonana, czy nadal nie jest), ale o Eli będę pamiętać zawsze, podobnie jak o Japonce, która robiła nam makijaże do pierwszego występu w 2005 roku i pożyczyła buty na kolejne i mimo iż rzeczone buty oddałyśmy po dwóch latach, nadal chce z nami rozmawiać. I jak o Oli i Ewie, Ani i Kasi (autorkach "Brzoskwinek" i dwóch L-wordowych skeczy), Gryzi, Kamili, Uschi i Michałowi (z Homików, a jakże) i wszystkich osobach, które nas od tych paru dobrych lat wspierają. Sentymentalna się robię, wiem, ale wiem też, że bez nich wszystkich po prostu nie dałybyśmy sobie rady.

A dziś miało być o kulturze. Jakiś czas temu pisałam tu i tu o mojej miłości do etykiet, tak że byłabym niekonsekwentna, gdybym nie stwierdziła, że "kultura LGBTQIetcetera" to po prostu kolejna szufladka. Póki co chyba potrzebna (dopóki "książki o lesbijkach" nie staną się po prostu "książkami o ludziach" - że przywołam po raz kolejny ten sam cytat z Błażeja Warkockiego), ale jednak tylko etykieta. Co nie zmienia faktu, że jakby jej, na potrzeby chwili bieżącej, nie definować - wąsko czy szeroko - w Polsce jest z tą kulturą krucho (no dobrze, z literaturą jest nieźle, ale literatura nie jest już niestety masowo spożywana) i szczerze mówiąc, nie wiem, z czego to wynika. To znaczy mam kilka pomysłów, z homofobią zinterioryzowaną na czele, ale mimo wszystko tej posuchy tak do końca nie rozumiem.

Przykład - jakiś czas temu poznałyśmy z Gosią fajną, utalentowaną piosenkarkę. Lesbijkę, a jakże. Specjalizującą się w poezji śpiewanej, tak że od razu pomyślałyśmy, że może chciałaby czasami z nami wystąpić (bo obie mamy takie trochę staromodne podejście do kabaretu i chętnie włączyłybyśmy do niego trochę elementów lirycznych). No i chyba już się domyślacie, jaką dostałyśmy odpowiedź. Nie, bo ona nie chce być identyfikowana ze "środowiskiem". Jej prawo i jej wybór rzecz jasna, ale z drugiej strony, bo zakładam, że bynajmniej nie jest w tej niechęci do bycia identyfikowaną odosobniona, również wielka szkoda. Nie, nie ze względu na BG. Ze względu na to "środowisko" właśnie, które jak dotąd nie dorobiło się swojej bardki. Ze względu na impakt, jaki mógłby mieć jeden otwarty piosenkarz gej czy jedna otwarta piosenkarka lesbijka. Nie wiem, jak wy, ale ja naprawdę wolałabym posłuchać na kolejnym festiwalu "naszych" piosenkarek, zamiast mainstreamowych Kayah czy Reni Jusis, które produkowały się swojego czasu na warszawskich Dniach Równości. Choć oczywiście nie wiadomo, czy gdybyśmy miały choć kilka swoich Meliss czy Ani, to miałyby szansę na takiej komercyjnej imprezie wystąpić.

Z drugiej strony jednak trochę niechęć tej dziewczyny do publicznego samookreślenia rozumiem. Bo co by się wydarzyło, gdyby, daj bogini, odniosła sukces? Ano prawdopodobnie musiałaby się tłumaczyć nie tyle ze swojego talentu, ile ze swojego lesbianizmu. A tak robi to, co lubi, i ma spokój. Nie każdy ma duszę misjonarki. Zastanawiam się, czy mamy w Polsce jakiegokolwiek celebrytę (że użyję tego nie wiedzieć czemu modnego ostatnio w komentarzach na moim blogu słowa), który nigdy nie ukrywał swojej orientacji (niehetoroseksualnej, dodam na wszelki wypadek) i przebił się na dobre do mainstreamowej świadomości. No tak, jest Witkowski, jest Dehnel (choć i on chyba zaliczył etap ciotki kryjki), ale oni jednak ambasadorami naszych spraw są średnimi. I bynajmniej nie chodzi mi o ideologizację tego, co się robi, ale też z drugiej strony jest tak, że niemal wszystko, co robią osoby nieheteroseksualne, jest uznawane za polityczne i jest oceniane przez pryzmat ich tożsamości. Oczywiście nie odmawiam miejsca w kulturze różnym Witkowskim czy Dehnelom, szkoda jednak, że ten nasz lesbijsko-gejowsko-biseksualno-już-nie-gejowski-itd. mainstream kulturalny jest tak mało różnorodny. No ale pewnie wynika to po części z jego malizny.

Tak że o ile, co padło w przywołanym w poprzednim wpisie tekście Neospazmina oraz w komentarzach pod tymże wpisem, kultura ma być tym pomostem między "światem homo" a "światem hetero" (tak, kolejne etykietki), to mam wrażenie, że długa droga przed nami. Choć z samym pomysłem pomostu w sumie się zgadzam - bo ja też wolę posłuchać piosenki, przeczytać książkę czy obejrzeć film niż słuchać kolejnej gadającej heteroseksualnej głowy, więc może działa to i w drugą stronę. I jeśli ten pomost ma nam pomóc w uzyskaniu należnych nam praw, a przy okazji przyczyni się do tego, że Polska stanie się bardziej różnorodna (kurczę, jak to pompatycznie brzmi), to dokładajmy te kolejne cegiełki, już trudno. Może i jakaś śpiewająca pani się w końcu dołoży? I za 150 lat ktoś na jej (ich) cześć zmontuje taki oto filmik (który mnie strasznie, przyznam, wzrusza):



Na koniec - zabawna rzecz. Bo niestety wyszło tak, że jakbym się od gwiazdorskości nie odżegnywała i ile razy bym nie napisała, że doskonale wiem, iż "Obcasy" zrobiły z nami wywiad wyłącznie dlatego, że jesteśmy lesbijskim kabaretem, a nie dlatego, że jesteśmy takie świetne (bo nie jesteśmy), jednak przyczepiono mi łatkę "gwiazduni". A zrobił to plotkarski serwis Przeploty, który postanowił pójść pod prąd i zamiast nasz kabarecik chwalić, stwierdził, że z tymi "Obcasami" to jednak przegięłyśmy i palemka nam odbiła. A konkretnie niżej podpisanej. Dlaczego? A bo zapowiedziałam we wpisie na moim blogu, że mimo iż moje ulubione Lesploty miło o Barbie Girls piszą, to nie mogę obiecać wzajemności, ale przynajmniej obiecuję nie krytykować niezasłużenie. Co jest rzecz jasna dowodem na to, jak niewiele trzeba (wywiad w WO i parę notek na portalach), by rościć sobie prawo do krytyki, co z kolei jest najwyraźniej domeną tych, którym sukces (?) rzucił się na umysł. Ha, wychodzi na to, że mi się już dawno rzucił, bo jak dziś pamiętam, jak po występie w przedszkolnym przedstawieniu uznałam, że mam prawo skrytykować strój, który moja mama zakupiła mi na przedszkolny bal mikołajkowy. No bywa. Mimo wszystko pozdrowienia dla autorki, choć jakoś mam wrażenie, że i bez jej ingerencji Lesploty świetnie bronią się same. Dobrymi tekstami, rzecz jasna.

niedziela, 25 października 2009

Nie tylko "Wysokie Obcasy"

No i mamy swoje pięć minut. Napisały o nas Lesploty (nie ukrywam, że na to liczyłam), co więcej, mój coraz bardziej ulubiony lesbijski serwis plotkarski dodał nasz kabaret do nawigacji, co prawdopodobnie oznacza, że będą pisać częściej. Oczywiście nie mogę w zamian obiecać, że nie będę się tutaj czasami na lesplotowych doniesieniach wyzłośliwiać, ale zapewniam, że będę to robić tylko wtedy, gdy na to zasłużą.

Nasza fotka z okładką pojawiła się też na Homikach w relacji z Marszu we Wrocławiu. Troszkę głupio mi się zrobiło, jak ją zobaczyłam, bo wyszło tak, jakbyśmy się na Marszu pojawiły po to, aby porobić za gwiazdy. Oczywiście pojawiłyśmy się tam z tego samego powodu co wszyscy inni uczestnicy - bo identyfikujemy się z przesłaniem Marszu, czyli z żądaniem wprowadzenia ustawy o związkach partnerskich. Swoją drogą, coraz bardziej się przekonuję, że to nie w stolicy (mimo że teoretycznie najwięcej się tu dzieje), ale w "regionach" tkwi największy potencjał do wprowadzenia zmian w tym pięknym kraju nad Wisłą. Chociażby dlatego, że jak Wrocław, Poznań czy Katowice robią marsz, to ten marsz jest jakiś - ma konkretne postulaty, konkretny cel, który nie rozmywa się w kolorowej paradzie z platformami. Bo - może nie wszystkim, ale jednak - w stolicy żyje się łatwiej i przez to nasi działacze są czasami trochę oderwani od rzeczywistości. Oczywiście nie odbierając niczego temu, co robią - bo robią naprawdę dużo.

Parę godzin po Marszu rzeczywiści robiłyśmy za gwiazdy i Wrocław po raz kolejny nie rozczarował (mam nadzieję, że i my nie rozczarowałyśmy). Przyszło mnóstwo osób, niemal wszyscy wytrzymali rozwleczony do dwóch godzin program (wiem, wiem, musimy się trochę jednak hamować, ale tak trudno zrezygnować z któregoś skeczu), rozdałyśmy po bodaj pięć autografów na "naszej okładce", zostałyśmy wyściskane i wycałowane - ekstra! Ale - przyznam - najlepsze przyszło po powrocie do domu, gdy Gosia wygooglała tekst (a właściwie dwie wersje tekstu) o nas na neospasmin.blox.pl oraz na Kontrowersje.net. Naprawdę się wzruszyłam, bo autor z tekstu w "Obcasach" i z tych kilku naszych skeczy, które są do znalezienia w sieci, wyciągnął coś, czego, mimo iż nie ukrywam, że jestem zarozumiała, jakoś nigdy nie śmiałam o nas napisać, powiedzieć czy choćby nawet pomyśleć. Więcej nie napiszę, przekonajcie się same i sami.

A ja się udaję na zasłużony, mam nadzieję, odpoczynek.

czwartek, 22 października 2009

Strach otworzyć lodówkę...

... bo mogą z niej wyskoczyć Barbie Girls! Właśnie dostałam, więc nie mogę się nie pochwalić. Swoją drogą, Photoshop czyni cuda:)


Cipy na łańcuchach

Co wrażliwsze osoby przepraszam za tytuł notki, ale nie mogłam się powstrzymać. Inspiracja znów na Lesplotach, a konkretnie idzie o artykuł Łechtaczka na łańcuszku - hit czy kit?. Nie, nie chodzi o bardziej, hm, wyrafinowane sposoby osiągania satysfakcji seksualnej, a o biżuterię w kształcie mniej lub bardziej naturalistycznie oddanych cip. No właśnie, cip, nie łechtaczek, a to drugie słowo pada i w tytule, i w tekście, i w komentarzach na serwisie i na Facebooku, gdzie zresztą jest całkiem zabawnie - panie zastanawiają się między innymi, po co nosić łechtaczkę na szyi, którą wybrać - mniejszą czy większą - oraz czy wielkość ma znaczenie; są też oczywiście reakcje na "fuj" i "obrzydliwe". Czy naprawdę "obrzydliwie", sprawdźcie w notce na Lesplotach albo na stronie sklepu, w którym można znaleźć te cudeńka, a która jest zresztą o tyle ciekawsza, że oprócz biżuterii oferuje jeszcze m.in. kubeczki, poduszki czy obrazy, a oprócz cip można na niej znaleźć również np. macice. Nim klikniecie, jeszcze uwaga - niektóre przedmioty mogą urazić uczucia religijne.

Mnie takie przedmioty akurat nieszczególnie kręcą (choć jeden z obrazów z serii urażających uczucia religijne jest niezły). Dlaczego zatem o nich piszę? Ano z powodu tego nieszczęsnego określenia "łechtaczki", które się przy okazji parokrotnie pojawiło, oraz z powodu reakcji na "fuj". Kiedyś popełniłyśmy z Gosią do "Repliki" tekst o lebijskim seksie. Jednym z jego wątków było to, że lesbijki, a właściwie kobiety w ogóle, nie mają i nie są uczone języka, którym mogą rozmawiać o swojej seksualności. Że używamy określeń w rodzaju "tam na dole", "te sprawy", ewentualnie medycznej "waginy". Że boimy się słowa cipa. Że bardzo wiele kobiet (i nie tylko kobiet) w ogóle uważa swoje cipy za obrzydliwe. Przywołany tekst na Lesplotach i dyskusja pod nim niestety to potwierdzają - bo niby dlaczego w tytule pojawiają się najwyraźniej lepiej brzmiące, ale kompletnie nieadekwatne "łechtaczki"? I czemu tym samym określeniem posługują się wszystkie (oprócz piszącej te słowa) dyskutantki? Podobny kłopot pojawił się też przy okazji ostatniej póki co akcji Lesbijskich Oddziałów Terrorystycznych, o której pisałam tutaj. Tam dla odmiany poszło o "obrzydliwość" zakrwawionych tamponów.

Co ciekawe, nikt jakoś nie krzyczy "fuj", gdy przebrane za wielkie cipy pojawiamy się na scenie w skeczu "Terapia grupowa":

fot. Gryna

Choć w komentarzach do programu z nami na WP.tv pojawiły się oczywiście głosy, że piosenka, którą śpiewamy, jest obrzydliwa:)

No dobrze. Niekoniecznie jestem z opcji grupowego siedzenia z lusterkami między nogami i opowiadania o tym, co się widzi, choć już na przykład pomysł warsztatów z akceptacji swojej seksualności, o których opowiadała mi kiedyś Alicja Długołęcka (jakby ktoś jakimś cudem nie wiedział - największa polska lesbolożka), a których zwieńczeniem było pokrywanie swoich cip farbkami do ciała, odciskanie ich na płótnie i potem taniec w spódnicach z tego płótna, bardzo mi się spodobał. Tak, wiem, takie feministyczne zabawy są bardzo oldskulowe, ale najwyraźniej lekcja samoakceptacji niektórym by się jednak przydała. Ciekawa jestem, swoją drogą, czy czytający tego bloga panowie również powiedzieliby "fuj" na widok dajmy na to penisów na łańcuszkach.

Na zakończenie wątku waginalnego komediowy duet folkowo-rockowy Fempyre w piosence "Me and my vagina":


A teraz być może zła wiadomość. Wasza uniżona na tym blogu się uzewnętrzniająca znika do niedzieli, jako że jutro wybiera się z jedynym i najlepszym polskim lesbijskim kabaretem do Wrocławia na festiwal Lesbijki, geje i przyjaciele. Trzymajcie kciuki za występ i za festiwal w ogóle, nie zapomnijcie w sobotę kupić "Obcasów" i do zobaczenia - z niektórymi mam nadzieję nawet wcześniej niż w niedzielę, bo we Wrocławiu.

wtorek, 20 października 2009

Uwaga, nudzę! Dziś znów o działaczostwie

Pewnie już wiecie, że w najbliższy weekend we Wrocławiu w ramach festiwalu Lesbijki, geje i przyjaciele będzie miał miejsce pierwszy Wrocławski Marsz Równości. W komentarzach pod zaproszeniem na Homikach zadziała się z tej okazji dyskusja z Multicultusem, który stwierdził, odnosząc się do padającego w tekście zapytania, czy Wrocław zda egzamin z tolerancji, że nie ma co się zastanawiać nad reakcjami wrocławskiego społeczeństwa na imprezę, bo to, jak nas widzą, nie jest naszym największym problemem. Ważniejsza jest nadal nikła partycypacja osób niehetoresksualnych w takich wydarzeniach jak parady, czy też w ogóle w walce o nasze prawa, i to właśnie aktywizacją środowiska, a nie reakcjami społeczeństwa, powinni się przez najbliższe lata zajmować działacze.

Zgadzam się, że słaba frekwencja na paradach czy fakt, iż spośród pewnie setek tysięcy użytkowników naszych portali internetowych zaledwie parę tysięcy złożyło swoje podpisy pod petycją w sprawie wprowadzenia związków partnerskich, świadczy między innymi o nikłym zaangażowaniu w sprawy teoretycznie dotyczące nas wszystkich. Nie zgadzam się natomiast, że do na przykład wprowadzenia ustawy o związkach partnerskich potrzebna jest praca u podstaw czy zdobycie poparcia naprawdę znacznej części środowiska. Przeciwnie, uważam, że dopiero w momencie, kiedy taką ustawę będziemy mieć, coś się w świadomości tej milczącej (co nie znaczy, że obojętnej) większości może zmienić. Bo poczują się legalni. Bo zobaczą, że organizacje, oprócz konferencji czy akcji społecznych, robią coś, co jest im realnie potrzebne (żeby nie było - nie uważam, że konferencje czy inne przeglądy filmowe są niepotrzebne). Że działaczostwo to nie tylko sposób na lansowanie siebie i zabawa w robienie imprez, na których samej / samemu chciałoby się bywać, ale też coś, co przynosi korzyści (i nie piszę tu o korzyściach finansowych) nie tylko działaczom.

Nie czuję się specjalistką od tego, jak należy działać (moje romanse z dość licznymi orgami były zazwyczaj krótkie i nieszczególnie burzliwe, dłuższego związku z "Repliką", ale już bez przynależności organizacyjnej, nie liczę, indywidualnych wyskoków też nie), ale wydaje mi się, że nie w pozytywistycznych (praca u podstaw) czy romantycznych (rząd dusz) mrzonkach rzecz leży. Działacze nie potrzebują legitymacji większości mitycznej społeczności osób nieheteroseksualnych (bo się jej po prostu nie doczekają), a, po pierwsze primo, autorytetów w swoim gronie, po drugie primo - silnych sojuszników. W temacie autorytetów już się kiedyś na tym blogu wymądrzałam, tak że tym razem tego czytającym oszczędzę, co do sojuszników - cóż, chodzi mi zarówno o partie polityczne, jak i wszelkich Pacewiczów, Raczków i inne Środy, ale przemnożone przez ileś tam, czyli generalnie osoby mające władzę  i/lub wpływ na media. Oczywiście paru Bradów Pittów czy Angelin Jolie też by nie zaszkodziło. Plus sojusze strategiczne z organizacjami działającymi na rzecz praw człowieka, związkowcami itd. Oczywiście to się już wszystko i dzieje, i działa, a jak się będzie działo mądrzej i na większą skalę, to i działać będzie lepiej i na większą skalę.

Nieraz zdarzało mi się pisać, że jeżeli my sobie nie wywalczymy swoich praw, to nikt tego za nas nie zrobi. Ale umówmy się, to "my" to nie jest cała społeczność LGBTQIetcetera. Nie wierzę, że istnieje jakiekolwiek hasło, jakakolwiek idea, jakakolwiek osoba, która byłaby w stanie zjednoczyć choćby jedną piątą środowiska. Praca u podstaw jest ważna, jasne, ale jeżeli będziemy czekać z robieniem czegokolwiek, aż pod jakimś internetowym apelem pojawi się nawet sto, dwieście czy trzysta tysięcy podpisów, to w zasadzie już teraz możemy sobie odpuścić jakąkolwiek działalność. I nie uważam, żeby to nieczekanie była wyrazem lekceważenia milczącej większości, a jedynie racjonalnego podejścia do tego, co się robi.

niedziela, 18 października 2009

Brzydcy w sieci i różowy Redwatch

Ostatnio w sieci znalazłam dwie warte skomentowania (o odwiedzeniu niech każdy zadecyduje sam) strony. Najpierw coś śmiesznego, czyli serwis randkowy Tylko Piękni - randki bez rozczarowań. W zakładce "O nas" możemy przeczytać m.in.:

TylkoPiekni.pl to portal randkowy stworzony z myślą o atrakcyjnych ludziach, którzy poszukują kontaktu z innymi atrakcyjnymi osobami w sieci. Selekcja przeprowadzana przez panel osób pracujących w świecie mody jest gwarancją wysokiego standardu, jeśli chodzi o wygląd naszych użytkowników. 

Czy mnie to oburza? Sformułowanie "wysoki standard wyglądu użytkowników" trochę tak, sam pomysł - niekoniecznie. W końcu każdy może sobie stworzyć i prowadzić taki serwis, jaki chce. Każdy też może zadecydować, czy ma ochotę wejść do kolejnego klubu z selekcją, czy też wybierze bardziej otwarte miejsce. Rozbawił mnie za to tekst o serwisie na Technonews.pl:

Z drugiej strony, istnieją też portale randkowe dla psów, dla katolików czy dla ogrodników. Tym samym TylkoPiekni.pl znalazł się w doborowym towarzystwie: tylkomilosc.pl, tylkomrok.pl, tylkogps.pl, tylkosex.pl, czy tylko-jezus.pl.

Z drugim serwisem sprawa jest poważniejsza. Grupa Studencka KPH uruchomiła właśnie stronę Pinkwatch.pl. Pinkwatch ma być zbiorem cytatów z wypowiedzi medialnych (zarówno tych negatywnych, jak i neutralnych oraz pozytywnych) na temat osób LGBTQetcetera. Sam pomysł w porządku (choć wykonanie do dopracowania), taka stronka na pewno może się przydać dziennikarzom czy osobom monitorującym tego typu wypowiedzi w mediach. Koszmarna jest za to nazwa serwisu, nawiązująca do niesławnego Redwatcha. W końcu Redwatch to jedna z najohydniejszych internetowych inicjatyw wszech czasów. Jakby ktoś jakimś cudem nie wiedział, co to za paskudztwo, to jest to strona zbierająca dane osobowe "wrogów rasy" - osób nieheteroseksualnych, Żydów, feministek, lewicowców, liberałów, osób o innym kolorze skóry niż biała itd. Nawiązanie nazwą strony tworzonej właśnie przez jedną z tych grup do takiej "inicjatywy" to niemal jak krzyczenie podczas marszu równości "naziole do gazu". No chyba że to nowa metoda walki z mową nienawiści - za pomocą mowy nienawiści. Nie wiem, może się czepiam, może to jakaś nowa polityka tożsamościowa, ale nie podoba mi się i już.

Jako że od jutra oficjalnie jestem na urlopie, zamierzam - oprócz przygotowań do występu we Wrocławiu - nadrobić zaległości korespondencyjne (bo ja o Was wszystkich pamiętam i myślę, tylko czasu coś brak) i trochę się poukulturalniać. W tym celu zakupiłam nową powieść Sary Waters "Ktoś we mnie", na powtórkę czeka też "Fun Home" Alison Bechdel, który dotąd miałam tylko w wersji PDF (przy okazji - wielkie podziękowania dla Abiektowej za ocalenie dla mnie jednego z ostatnich dostępnych egzemplarzy). Więcej raczej nie zdążę, bo wypadałoby też w końcu popełnić przynajmniej jeden z kiedyś tam komuś obiecanych tekstów.

Zazwyczaj jest u mnie muzyka obca, dziś niespodzianka z naszego podwórka. Panie i Panowie - przed Wami jedyny i najlepszy polski kabaret lesbijski Barbie Girls z ich słynną piosenką "Brzoskwinka - mój raj":



Przy okazji - serdeczne pozdrowienia dla Ani - autorki słów - i Kasi - autorki muzyki.

sobota, 17 października 2009

W oczekiwaniu na wielki weekend

Już za tydzień dwa wielkie wydarzenia - oczywiście w skali naszego małego, acz niekoniecznie skromnego kabaretu. W sobotę 24 października, z samego rana w kioskach w całej Polsce pojawią się "Wysokie Obcasy" z piękną różową okładką. A na okładce któż by inny jak nie kabaret Barbie Girls w całej okazałości. W środku wywiad, który wprawdzie na publikację czekał pół roku, ale w końcu się doczekał. A wieczorem, po naszym występie na wrocławskim festiwalu Lesbijki, Geje i Przyjaciele (który to występ jest rzecz jasna drugim wielkim wydarzeniem, bo Wrocław kochamy bardzo), będziemy mogły hurtowo owe "Obcasy" poautografować, coby nasze fanki i fani mieli co w ramki oprawiać i nad łóżkami wieszać. A co!

Z tym wywiadem związane są zresztą dwie historyjki - jedna nieco zleżała, jedna świeżutka. Ta pierwsza miała miejsce parę miesięcy temu, kiedy miałyśmy w studiu "Wyborczej" sesję zdjęciową do artykułu. Otóż w pewnym momencie zerknęłyśmy na tablicę, na której zanotowane było, kto zarezerwował studio na daną godzinę. Przy naszej godzinie była notatka: "Albert - lesbijki". Oczywiście nie omieszkałyśmy tego odpowiednio skomentować. Nasz fotograf się speszył, coś tam tłumaczył, że to niby nie on, no ale skoro nie on, to ciekawe, co właściwie powiedział temu komuś, kto rezerwację zrobił? Nie, żebym się czepiała - sesja była sympatyczna, żadna aura uprzedzeń tam nie panowała. Ale sama notka jest symptomatyczna. No bo nie łudźmy się - choć "Obcasy" to nie "Strefa Wolnych Myśli", to jednak mimo wszystko ten wywiad - mimo że tym razem naprawdę będzie o kabarecie - pojawi się nie dlatego, że jesteśmy jakimś tam kabaretem, ale dlatego, że jesteśmy lesbijskim kabaretem.

Druga historia wydarzyła się dzisiaj (a właściwie wczoraj, bo jest już po północy). Jako że od początku przyszłego tygodnia jestem na urlopie, już teraz podzieliłam się z moim działem radosną informacją, że wywiad się ukaże. Na co moja szefowa: "A udało ci się coś wcisnąć o... (i tu padła nazwa naszego serwisu internetowego)"? Dla ułatwienia dodam, że akurat ten serwis do naszego kabaretu raczej nie pasuje, ale to jest cała B. - zawsze myśli o korzyściach dla firmy. No po prostu szefowa. Oczywiście słowa o wsparciu, jak już po powrocie z urlopu będę tematem dnia, też padły. Ale mimo wszystko chyba zainwestuję w koszulkę z napisem "Tak, to ja", bo wyobraźcie sobie, że w mojej firmie nie wszyscy znają mnie od, hm, tej bardziej artystycznej strony (bo to duża firma jest).

Na Lesplotach notka o tym, jak to Martinę Navratilovą czeka najprawdopodobniej proces z jej ekspartnerką Toni Layton, która stwierdziła, że po rozpadzie ich związku została bez środków do życia i należy się jej połowa majątku tenisistki. Póki co prawnik Navratilovej złożył wniosek o oddalenie pozwu, argumentując to tym, że w stanie Floryda małżeństwa osób tej samej płci są zakazane, tak że sprawa ta nie może być traktowana jak "zwykły" rozwód. Co ciekawe, jak dotąd Martina dała się poznać jako działaczka na rzecz praw osób nieheteroseksualnych

Niezależnie od tego, czy ta sprawa to kolejna nadmuchana historia rodem z brukowca - w końcu Navratilova była chyba pierwszą lesbijką, której życie prywatne stało się pożywką dla prasy kolorowej (już na początku lat 80. ubiegłego wieku rozpisywano się o jej związku z pisarką Ritą Mae Brown, co zresztą mocno przyczyniło się do rozpoznawalności i akceptacji lesbijek w społeczeństwie) - czy też rzeczywiście Martina postępuje w tym przypadku nieładnie, wielokrotna mistrzyni Wimbledonu na zawsze pozostanie dla mnie kimś bardzo ważnym. Bo też prawdopodobnie dzięki niej dowiedziałam się, co oznacza słowo "lesbijka", a już na pewno była pierwszą wyoutowaną lesbijką, o której zdarzyło mi się usłyszeć. A jej biografia, wydana w 1985 roku "Martina", była pierwszą książką "z wątkiem lesbijskim", jaką czytałam (choć na pewno było to dobre parę lat po jej wydaniu).

Jako że ostatnio coming outy są na fali, dziś niech o swoim opowie właśnie Martina: 

środa, 14 października 2009

Seks, folk, Noble i literackie blogi

Jakby ktoś jeszcze nie zauważył, to od tego roku wychowanie seksualne, lepiej znane jako wychowanie do życia w rodzinie, jest w szkołach nieobowiązkowo obowiązkowe. Polega to na tym, że młodzi ludzie muszą na nie uczęszczać, o ile rodzice ich nie wypiszą. Dotychczas było tak, że rodzice musieli dzieci na nie zapisać. Teoretycznie różnica spora, w praktyce wychodzi na to samo, a nawet gorzej, bo w niektórych szkołach nauczyciele posuwają się do zachęcania rodziców do wypisywania dzieci. Taki przypadek opisuje dziś w "Wyborczej" Ola Pezda:

Szkoły powinny organizować 14 godzin wychowania do życia w rodzinie co roku, od piątej klasy podstawówki, aż po maturę. XXI LO w Łodzi - ponad 500 uczniów. Żaden nie chodzi na WDŻ. Nie dowie się więc w szkole, jak uniknąć HIV, nie nabrać się na pigułkę gwałtu, odmówić seksu albo "nie wpaść" podczas wakacji. Bo rodzice na pierwszym szkolnym zebraniu na trzy lata z góry oświadczyli, że nie wyrażają na to zgody.

Dlaczego? Ponieważ dyrektor zapowiedział, że wychowanie seksualne odbywałoby się kosztem przygotowania do matury - z angielskiego, chemii albo geografii.


Całość tu, lektura naprawdę pouczająca, szczególnie fragment, kiedy dyrektor tej szkoły bez skrępowania mówi, że on jako katolik wolałby, aby jego córka na takie zajęcia nie uczęszczała. A osoby związane z Ministerstwem Edukacji nieoficjalnie przyznają, że ten dziwny pomysł z nieobowiązkową obowiązkowością WDŻ powstał, aby nie narazić się Kościołowi katolickiemu. Muszę przyznać, że naprawdę żyjemy w bardzo dziwnym kraju, skoro można się w nim tak spokojnie przyznawać do nierespektowania  prawa (uchwalonego przy okazji zaostrzenia ustawy anty-choice) oraz do tworzenia pozornego prawa, które łatwo jest bez szczególnych wyrzutów sumienia ominąć. W tym kontekście, tak jak i zresztą w wielu innych, dziwi mnie tylko oburzenie naszych polityków na pomysł przyznania Nobla Obamie - w końcu czym jak czym, ale akurat klasą polityczną i stylem rządzenia Obama bije ich na niejedną głowę. Ale cóż, zawsze łatwiej jest krzyczeć "przedwcześnie", "on nic nie zrobił", niż, niezależnie od tego, czy się uważa tę nagrodę za zasłużoną, czy nie, wyciągnąć z tego jakieś wnioski dla siebie. Gdzie się podziali ci polscy Obamowie, których jeszcze całkiem niedawno mieliśmy tak wielu, chciałoby się zapytać. Mnie osobiście Nobel dla Obamy cieszy. Choć nie wiem, czy zasłużył i czy nie dostał go zbyt wcześnie. I choć z Demokratów kibicowałam jednak Hillary:)

Tak na marginesie - bardzo lubię filmiki łapiące różne znane i mniej znane osobistości w "historycznych" chwilach. Jak coming out Melissy Etheridge, który wrzuciłam tu. Teraz dla odmiany reakcja Amy Ray z Indigo Girls i zespołu (Julie Wolf, Melissa York, Kaia Wilson, Greg Griffith) na zwycięstwo Obamy:



Bardzo mi się też spodobało zdjęcie profilowe wrzucone dzień później na profil Chris Pureki na Myspace:


źródło: www.myspace.com/chrispureka, oryginalny podpis: a better day. 11/5/08

Chciałabym się kiedyś tak cieszyć z wygranej któregoś naszego polityka, naprawdę.

Przy okazji, jeżeli muzyka Melissy Ferrick czy Ani DiFranco wydaje się Wam nudna, ciekawa jestem Waszej reakcji na Chris.


Nudziara, nie? Wszystkie jej płyty są takie. Można się zakochać.

Wracając do tematu, przy okazji tego całego zamieszania wokół Nobli, prześledziłam sobie losy literackiego Nobla. Czy wiecie, że pierwsza kobieta - Selma Lagerlöf - została nim nagrodzona w 1909 roku? Kolejna - Grazia Deledda - w 1926, następna - Gabriela Mistral - w 1945, potem Nelly Sachs w 1966 i właściwie dopiero od 1991 roku (Nadine Gordimer) kobiety są nagradzane częściej niż raz na dwa dziesięciolecia. Nie mam pojęcia, z czego aż tak rażąca dysproporcja wynika, o dyskryminację nikogo nie oskarżam, ot, jako zdecydowana wielbicielka literatury tworzonej przez kobiety (w tym roku trzymałam kciuki za Joyce Carol Oates, która ponoć miała szanse, o zwyciężczyni - Hercie Müller - przyznaję, wcześniej nie słyszałam), podrzucam do zastanowienia. Bo kryterium nagradzania najbardziej wyróżniającego się dzieła w kierunku idealistycznym jest na tyle pojemne, że teoretycznie literackiego Nobla może zgarnąć każdy (i każda).

Ale generalnie, w przeciwieństwie do Oskarów, Noble lubię, szczególnie te literackie, bo popularyzują sztukę czytania, najwyraźniej rzadką i niepopularną w naszym kraju, w którym nazwanie Homików portalem "moli książkowych" (wspomniany tu tekst na Gaylife) ma być w intencji piszącego dyskredytujące. Przy okazji polecam dwa blogi koleżanki - LGBT-ekę, która w zamyśle ma się stać skarbnicą wiedzy o homiczej literaturze - i Bibliotekozę, która zbiera historie biblioteczne i książkowe zawarte w książkach. Szczególnie ten drugi pomysł (choć brzmi chyba w moim wydaniu dość skomplikowanie) jest świetny (pierwszy blog za to, sądząc po jego zawartości po zaledwie pół roku istnienia, ma szansę być wkrótce naprawdę skarbnicą wiedzy o homiczej literaturze), dlatego rekomenduję czytanie, poza tym, że w ogóle, to również pod kątem Bibliotekozy, i podsyłanie fragmentów autorce.

Na koniec polecam wywiad z Agnieszką Holland w "Wyborczej" - rzecz oczywiście o Polańskim. Miło przeczytać słowa kogoś ze środowiska artystycznego, kto dla odmiany potrafi rozsądnie spojrzeć na te wszystkie debilne wypowiedzi, które padły w obronie reżysera.

niedziela, 11 października 2009

Na wesoło: o coming outach i nie tylko

Wczoraj (a w zasadzie dziś w nocy) było tu smutno, a przynajmniej jesienno-melancholijnie. Dziś (a właściwie wieczorem) z okazji Dnia Wychodzenia z Szafy chciałam dla Was znaleźć kilka comingoutowych piosenek, wybrałam w końcu coś trochę innego, ale może dzięki temu będzie zabawnie. Nie mam pojęcia, jak to ułożyć, więc pójdę na łatwiznę i zrobię to chronologicznie.

Na początek Alix Dobkin, czyli pierwsza wyoutowana lesbijka w przemyśle muzycznym. Alix zrobiła coming out w 1972 roku, a w 1973 nagrała "Lavender Jane Loves Woman", pierwszą w historii płytę nagraną przez i dla lesbijek, na której znalazło się między innymi słynne "Lesbian Code", gdzie przez ponad sześć minut wylicza słowa używane przez lesbijki do określania siebie, takie jak "członkini drużyny", "rodzina" czy "vagitarian" ("wagitarianka") i "hasbien" (gra słów "lesbian" i "has been" – ta, która kiedyś była lesbijką). Swoją drogą, czy tylko ja mam wrażenie, że, przynajmniej w porównaniu z tym, o czym śpiewa Alix, nasz polski "lesbijski kod" jest wyjątkowo ubogi? Posłuchajcie i przekonajcie się sami. Oryginalego wideo niestety nie udało mi się znaleźć (choć Alix nadal koncertuje), to, które wrzuciłam, być może już znacie, bo jakiś rok czy dwa lata temu krążyło po sieci. Tym razem, zamiast zachwycać się lesbijskimi podtekstami w "Xenie: Wojowniczej Księżniczce", posłuchajcie jednak słów.



Kojarzycie piosenkę Katy Perry "I Kissed a Girl"? No pewnie, że kojarzycie. A wiecie, że Kate nie jest pierwszą osobą, która zaśpiewała piosenkę o tym tytule? W 1995 roku zrobiła to Jill Sobule, amerykańska piosenkarka folkowa. To jeden z comingoutowych kawałków, które początkowo wybrałam. Został, bo jest naprawdę słodki i dla mnie o niebo lepszy od tego, co zrobiła Katy.



Teraz piosenka, która zawsze bawi mnie do łez. To parodia "I'm the only one" Melissy Etheridge, w której na dodatek wymieniona jest "Lou Diamond Philips' wife", czyli pierwsza żona Melissy ("tej pierwszej"). A parodiuje najprawdopodobniej "ta druga Melissa" (choć ta piosenka przypisywana jest też Nikki Reed - nie, nie chodzi o tę aktorkę, a o szefową wiadomości radia FM99). Niestety również do tego utworu nie ma żadnego sensownego wideo, tak że zapodaję wersję obrazkową. A, poniekąd jest to piosenka comingoutowa, choć może niekoniecznie chcielibyście, aby poszła z tej okazji w oficjalnych mediach.



Ostatnia w kolejce jest komiczka, projektantka mody i działaczka na rzecz LGBTQetcetera Margaret Cho. Poniżej jej opowieść o tym, jak występowała na lesbijskim statku miłości, czyli podczas rejsu zorganizowanego przez chyba najsłynniejszą lesbijską agencję turystyczną Olivia Travel, i co z tego wynikło. Zobaczcie, jak rozwiązała dylematy wokół swojej orientacji po tym, jak w trakcie tego rejsu przespała się z kobietą, oraz jak na to zareagowała jej mama.

Smutna muzyka na deszczowe wieczory

Na początek - najlepsze życzenia dla wszystkich moich Czytelniczek i Czytelników z okazji Międzynarodowego Dnia Wychodzenia z Szafy. Dziś mój ulubiony comingoutowy filmik z comingout.blox.pl. Gdy go obejrzałam, przyszedł mi do głowy początek jednego z naszych skeczy, a konkretnie jednej z żenujących historii z mojego życia, które opowiadam: "W życiu każdej kobiety przychodzi taki moment, w którym uświadamia sobie, że jest lesbijką".



A moja ulubiona historia comingoutowa ostatnich dni pojawiła się w komentarzach do tego tekstu na Homikach. Loca pisze:

Wczoraj wyoutowalam się przed 3000 osobami w pracy:) Wysłałam do wszystkich maila z wyjaśnieniem, dlaczego mówię o swoim życiu prywatnym na forum - zmusiły mnie do tego wyniki badań w Polsce w zeszłym roku - 15% społeczeństwa nas zna osobiście, i są znacznie bardziej tolerancyjni przez to. Dostałam dziesiątki gratulacji za odwagę, kilka osób osobiście przyszło uścisnąć rękę, przeżyłam debatę z szefowa HR przy obecności całego jej działu, kilka managerów z moim szefem łącznie obiecali ze mogę na nich liczyć, jeśli ktoś będzie robił mi problemy z tego powodu:) Ciąg dalszy będzie w poniedziałek, kiedy to kilkadziesiąt osób przeczyta maila:)

Superopowieść.

A za oknem, nie oszukujmy się, jesień, tak że teraz będzie jesiennie i melancholijnie, czyli czas na moje prywatne top five smutnych piosenek.

Na początek pani, której jeszcze tutaj nie było. Znalazłam ją dzięki filmowi Paula Thomasa Andersona "Magnolia" (a może odwrotnie, najpierw był soundtrack z "Magnolii"? Nieważne). Za jedną z piosenek (a konkretnie "Save Me") do filmu dostała Oskara, a wszystkie złożyły się nie tylko na standardową ścieżkę dźwiękową. Pod nie powstało kilka scen z "Magnolii" (która bynajmniej nie jest musicalem). Kto widział, wie, o co chodzi, kto nie widział, niech koniecznie nadrobi. I od razu ostrzegam - film jest długi, tak że lepiej nie zabierać się do niego o dziesiątej wieczorem (szczególnie jak rano następnego dnia musicie wstać do pracy), bo wciąga. Tyle tytułem wstępu. A teraz, Panie i Panowie, przed Wami Aimee Mann, amerykańska piosenkarka, gitarzystka i basistka, rockmanka, niegdyś jedna z ulubienic przemysłu filmowego (po 1999 roku, w następstwie sukcesu "Magnolii"), obecnie artystka niezależna, właścicielka własnej wytwórni SuperEgo Records.



O następnej piosence już kiedyś pisałam, bo trafiła do top five moich ulubionych piosenek rozstaniowych. To "You Can Sleep While I Drive" Melissy Etheridge z bardzo przewrotnym i bardzo smutnym tekstem, w którym początkowo tytułowe "you can sleep while I drive" znaczy tyle, co "możesz spać, gdy będę prowadzić", by na końcu zmienić się w "możesz spać, kiedy będę odjeżdżać".



Teraz dla odmiany pierwszy śpiewający pan na tym blogu. Jeff Buckley, jak ktoś pięknie napisał w komentarzu na Youtube, to jeden z niewielu aniołów, jakich mieliśmy na naszej planecie. Jeff zginął tragicznie w 1997 roku w wieku zaledwie 31 lat. Dla mnie to jeden z najwspanialszych głosów, jakie zdarzyło mi się słyszeć. I jeden z najpiękniejszych ludzi, jacy kiedykolwiek istnieli. Być może kojarzycie jego cover "Hallelujah" Leonarda Cohena (dla niektórych nawet lepszy od oryginału), teraz jednak druga jego najbardziej znana piosenka - "Grace".



Jeżeli macie nadzieję, że nie będzie dwóch wielkich konkurentek do mojego muzycznego serca - Ani DiFranco i miss Ferrick - to się oczywiście mylicie. Ani towarzyszyła mi przez cały dzień, więc na początek Melissa. Dziś "Stranger", który jest teoretycznie piosenką miłosną, ale jako że obiektem uczuć jest nieznajoma, której dziękuje się za to, że trzyma nas na dystans, bo dzięki temu mamy szansę wejrzeć w siebie, i za to, że pozwoliła nam się w sobie zakochać, jest oczywiście smutno.



Na koniec niespodzianka, czyli... No dobrze. To prawdopodobnie najsmutniejsza piosenka, jaką kiedykolwiek słyszałam. Mowa o "Hypnotized", i tu znowu wspomogę się komentarzem z Youtube, a konkretnie odpowiedzią na kompletnie nieistotne, gdy komentujemy muzyczne wideo, pytanie "Czy ona nie jest przypadkiem bi?". "Jakie to ma znaczenie? Ona jest poetką". No kurczę jest. A "Hypnotized" jest jedną z tych magicznych piosenek, których początkowo się nie zauważa, a po pewnym czasie nie można się od nich uwolnić.

sobota, 10 października 2009

Pikiety, Harry Potter i trochę marudzenia

Na Gaylife pojawiła się relacja ze spaceru po HomoWarszawie "Spacer po HomoWarszawie - sukces czy kompromitacja?". Tytuł niczym z "Proroka Codziennego" (na wypadek, gdyby ktoś nie czytał - to z "Harry'ego Pottera"), coś jak "Harry Potter - kłamca czy bohater?". Z relacji wynika, że głównie włóczyliśmy się po pikietach i darkroomach. Najlepsze jest jednak zakończenie:

Po co tak bardzo przewodnicy podkreślali kible i parki? Owszem były, ale organizatorzy powinni wykazać moim zdaniem więcej umiaru w obecności heteryckich dziennikarzy. Potem ukazał się tekst w Wyborczej (...) i niestety wielu heteryków ten kiblowy kontekst razi. Czy Abiekt i spółka nie powinny bardziej dbać o dobry PR naszej mniejszości? 

Potem przywołany jest jeszcze inny przykład "złego PR-u", z 2003 roku, kiedy to Robert Biedroń rzekomo powiedział w Polsacie, komentując homofobiczny paszkwil Grzegorza Górnego o "leczeniu" z homoseksualizmu, którego tytułu nie pomnę, że przeciętny gej ma w ciągu życia 500 partnerów. Kłopot w tym, że Biedroń mówił wówczas ironicznie, czego prawie nikt już teraz nie pamięta, i tak narodziła się legenda. A na zakończenie z artykułu zamieszczonego na Gaylife dowiadujemy się, że pewnie tych partnerów w życiu przeciętnego geja jest znacznie więcej, ale i tak autor tekstu woli, by geje kojarzyli się heterykom z elitarną Utopią, a nie ze śmierdzącym kiblem.

Podczytuję sobie powoli "HomoWarszawę" i muszę przyznać, że fragmenty o pikietach są jednymi z moich ulubionych. Śmierdzące kible były egalitarne, w przeciwieństwie do elitarnej Utopii, dostępnej tylko dla wybranych. Śmierdzące kible to kawał gejowskiej historii (nie tylko Warszawy), Utopia to jedynie kolejny snobistyczny klub, w którym, jeżeli ma się szczęście, można posiedzieć niedaleko stolika Kayah czy innego Marcinkiewicza z Isabelle. A apelowanie o "powściągliwość" w przedstawianiu "mniej chlubnych" kart naszej historii jest równie śmieszne jak niechęć wobec obecności drag queens na paradach. Jesteśmy różni, a nasza historia to nie tylko Konopnicka i Iwaszkiewicz, ale też pikiety na Dworcu Centralnym i Grzybek na placu Trzech Krzyży. A osoby nieheteroseksualne to nie tylko grzeczne parki z akcji "Niech nas zobaczą", ale też ci, którzy mają w życiu 500 partnerów lub więcej. A wykluczając ich w imię dobrego PR-u, jedynie zakłamujemy rzeczywistość. Równe prawa nie należą się nam dlatego, że jesteśmy grzeczni, sympatyczni i monogamiczni, należą nam się po prostu - jako części społeczeństwa.

Swoją drogą, Barbie Girls też mają swoją pikietę. A właściwie "Pikietę", skecz napisany specjalnie na tegoroczny benefit przedmanifowy. Jakość koszmarna (film z komórki), ale wklejam, bo słychać na szczęście wszystko.



Serwis Lesploty rozwija skrzydełka - w ostatnich dniach redaktorki produkowały nawet po dwie notki dziennie. Czyta się nadal miło (naprawdę zachęcam), niedawno było między innymi o lesbijskich wątkach w nowych odcinkach seriali "Gwiezdne wrota" i "Heroes". "Wysyp" lesbijek w serialach nie powinien zresztą dziwić w świetle ostatnich wyników badań przeprowadzonych przez amerykańską organizację Gay & Lesbian Alliance Against Defamation, z których wynika, że w minionym sezonie znacznie zwiększyła się liczba homoseksualnych bohaterów w stacjach ogólnokrajowych w USA - obecnie osoby LGBTQetcetera stanowią 3 procent serialowej populacji.

Buszując ostatnio po sieci, znalazłam kolejny lesbijski serwis, o którego istnieniu nie miałam pojęcia - Les-miasto. Tego zdecydowanie nie polecam (ze względu na ubogą treść i, cóż, dość makabryczny layout), ale znalazłam na nim jedną intrygującą rzecz. Otóż pod formularzem kontaktowym jest okienko, które można (choć nie trzeba) "zaptaszyć", gdy chcemy wysłać wiadomość do redakcji. A przy okienku widnieją takie oto słowa: "jestem les". Ot, ciekawostka - po co redakcji serwisu informacja o orientacji osoby chcącej się z nią skontaktować?

Na zakończenie znowu trochę marudzenia o prawach autorskich. Nieraz - z racji obowiązków zawodowych, ale również, hm, prywatnych - zdarzało mi się wysyłać prośby do osób, które je naruszyły, aby tego zaprzestały. Ponieważ dzięki internetowi praktycznie każdy może się zajmować działalnością parawydawniczą, naturalne jest, że coraz więcej osób narusza czyjeś prawa, często zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy. Dlatego też zazwyczaj nie traktuje się takich rzeczy szczególnie poważnie i nie ciąga się kogoś od razu po sądach tylko dlatego, że skopiował tekst czy zdjęcie. Kończy się na przeprosinach i obietnicy poprawy. Ostatnio jednak stoczyłam niemal batalię z jednym z "naszych" portali w sprawie publikacji moich tekstów w niezmienionej formie. Prosiłam czterokrotnie (i, jak się okazało, wszystkie prośby dotarły do adresatki), w końcu, zamiast prosić, powołałam się na odpowiednie artykuły ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych i zażądałam zaprzestania narusznia moich praw. I nagle zadziałało. Co mnie tak wzburzyło, że aż muszę o tym napisać? Ano to, że dotychczas jedynym przypadkiem, kiedy uprzejma prośba nie zadziałała, było naruszenie moich praw przez jeden z ultraprawicowych portali, który zasłania się tym, że publikuje "prawdę dla dobra ludzkości". Tutaj mamy jednak zupełnie inną sytuację. Wszyscy pracujemy za darmo, dla teoretycznie tej samej sprawy, więc taka współpraca powinna się opierać na wzajemnym szacunku. Jasne, że nie istnieje coś takiego jak jedność poglądów w "środowisku", że nie musimy się wszyscy wspierać, kupować "branżowych" książek tylko dlatego, że są "branżowe", wypełniać kolejnych ankiet tylko dlatego, że znowu ktoś pisze pracę o lesbijkach, ale tu nie chodzi o wsparcie, a o kulturę działania, której wielu działaczom i działaczkom niestety brakuje. Wkurzające to, szczerze mówiąc. I zniechęca do popierania akcji robionych przez takie osoby. Lepiej robić kabaret.

środa, 7 października 2009

Notka Kotka

Znacie serwis Kotek.pl? Jeżeli nie znacie, to znaczy, że prawdopodobnie nie chodzicie już do gimnazjum ani pierwszych klas liceum albo mieszkacie w dużym mieście i lansujecie się nie w internecie, ale w centrach handlowych. Albo wybrałyście Papilota. Celowo piszę "wybrałyście", bo Kotek jest serwisem zdominowanym przez nastolatki. Choć i nastolatkowie ponoć się zdarzają.

Kotek to serwis, na którym znajdziecie informacje o gwiazdach, o których prawdopodobnie w życiu nie słyszałyście. Bohaterach HSM, Jonas Brothers, Emily Osment czy Selenie Gomez. Kotek ma też swoje radio, serial internetowy, a także forum. I na tym forum Gosia wynalazła mi dzisiaj arcyciekawą dyskusję o homoseksualizmie. Całość tu, a dla leniwych wrzucam co ciekawsze fragmenty. Zachowałam oryginalną pisownię, ale nie pisownia jest tu ważna.

co uważacie o homoseksualistach ? dla mnie są normalnymi ludźmi, którzy kochają ludzi swojej płci. co w tym złego ? ; \ przecież liczy się miłość, że kogoś kochasz. ale czy od razu trzeba traktować kogoś inaczej tylko dlatego, że jest gejem/lesbijką ? no chyba nie. to zwykły człowiek. ma uczucia, tak jak my wszyscy. 

no właśnie ... kto powiedział że baba musi być z facetem ? xD 

nikt, ktoś po prostu uznał, że jeśli kobieta i meżczyzna są odmiennej płci, to od razu muszą być razem .

w Polsce są strasznie nie tolerancyjni! moja rodzina tak samo.. kiedyś coś tam mama mówiła o tym że to jest dziwne..a ja mówię dziwne by było jakby normalny człowiek zakochał się w małpie albo w jakimś innym zwierzęciu(tylko tak naprawdę zakochał w sensie,że no miał ochotę xDD)! a tak ludzie kochają ludzi i w tym nie ma nic dziwnego

moja przyjaciółka miała przez jakiś czas bardzo lesbijski okres, ale jej przeszło. jakoś to tolerowałam, i jeżeli kiedyś tak będzie to wciąż będę to tolerować.  

Zawsze twierdziłam, że nie mam nic do homoseksualistów, ale myślę, że to nie było tak do końca zgodne z prawdą. Zdarzało mi się np. wyzwać kogoś od "pedała" itp. Myślę też, że gdybym spotkała homoseksualną osobę to bym się z niej wyśmiewała. Głupia byłam~ Jakiś rok temu moje internetowe kumpele wciągnęły mnie w świat anime shounen-ai (anime traktujących o męsko-męskich związkach). Bardzo mnie to zmieniło. Teraz nie dam nikomu w mojej obecności wyzywać gejów i lesbijki. Moją własną babcię pouczałam, że nie należy mówić na geja "pedał", bo to obraźliwe~ 

Ja nic nie mam do takich osób, wyobrażam sobie jak im musi być ciężko, gdy idą po ulicy ludzie się na nich dziwnie patrzą, rodziny pewnie ich wydziedziczają.xd Tym bardziej ja nie chce im utrudniać jeszcze życia, a nawet bardzo chciałabym mieć przyjaciela geja, bo doradzi co do ciuchów i wiesz, że widzi w tobie tylko przyjaciółkę.

szanuję Wasze zdanie, niestety ja mam inne. tak, to jest niezgodne z nauką kościoła. dlatego ja nawet siebie jako nie-hetero bym nie zaakceptowała. jednak miłość innych ludzi mnie nie obchodzi (nie jestem egoistką. o nie! ;d) jeśli chcą, mogą się spotykać z osobami tej samej płci. co mnie to obchodzi? rzeczywiście, uważam to za odrażające, ale co znaczy moje zdanie? nic, praktycznie. a czy zaakceptowałabym odmienną orientację u kogoś najbliższego? chyba tak. może zajęłoby mi to trochę czasu, ale chyba tak. bo dlaczego miałabym mu zabraniać? jego życie, nie moje.

Oczywiście nie jest tak pięknie, by wszystkie głosy były pozytywne, ale większość jest. I nie ma ani jednego wulgarnego. Nowe inne pokolenie nam rośnie?

poniedziałek, 5 października 2009

Newsowy poniedziałek

Dziś newsowo, bo po dniu spędzonym nad korektą tekstu prawniczego o dyskryminacji w ogłoszeniach o pracy trudno mi się zabrać do czegoś bardziej mojego.

Nie minęło nawet kilka dni od "sensacyjnego" wyznania Anny Muchy na łamach "Playboya", w którym aktoreczka przyznała się do romansu z reżyserką Małgorzatą Szumowską, a już mamy oświadczenie Muchy, że została źle zrozumiana i żadnego romansu nie było. Przy okazji nie omieszkała zaznaczyć, że nie spała również z Rafałem Maserakiem i Ędwardem Ąckim. Wymienianie, z kim się nie spało, to dość ciekawy pomysł, niniejszym więc oświadczam, że nie spałam z osobą, która pod naszym skeczem "Parada Równości" zamieszczonym na Innej Stronie napisała "spałam z nimi".

Dorota Stalińska dla odmiany idzie w zaparte i upiera się na łamach "Dziennika", że trzynastolatki naprawdę same pchają się facetom do łóżka. Ale tym razem są to już biedne trzynastolatki i oczywiście jest to poważny problem. Czasem jednak chyba lepiej złożyć głupie dementi niż próbować na siłę dowodzić, że nie powiedziało się nic złego.

W odpowiedzi na komentarze m.in. Zanussiego, Stalińskiej i Karoliny Korwin-Piotrowskiej (która dla odmiany stwierdziła, że prowokujące mężczyzn nastolatki są sobie same winne, zwłaszcza wtedy, gdy nie są dziewicami) Trójmiejska Akcja Kobieca wystosowała List otwarty organizacji kobiecych przeciwko poniżaniu ofiar przemocy skesualnej. Podpisy można składać do środy, niestety rzecz dotyczy jedynie organizacji pozarządowych. Ale kto jest na Facebooku, może się dodać do grupy popierających akcję (tak, to jedna z tych grup, które uważam za sensowne).

I ostatni na dziś news spod znaku sprawy Polańskiego - mój ulubiony katoprawicowy portal Fronda bardzo próbuje wyciągnąć z Krzysztofa Kłopotowskiego stwierdzenie, że reżyser jest satanistą, i bardzo mu to nie wychodzi. Ale przynajmniej udaje mu się uzyskać potwierdzenie, że był zafascynowany demonizmem - też mi odkrycie, swoją drogą.

Na portalu Kobiety Kobietom kolejny tekst Izy Filipiak - tym razem o działaczce i tancerce Zoe Balfour, która od 12 lat prowadzi w Oakland szkołę tańca dla par tej samej płci, a w wieku 45 lat zdobyła srebrny medal w turnieju tańca towarzyskiego na olimpiadzie Gay Games w Sydney. A w międzyczasie wygrała ze śmiertelną chorobą. Fascynująca postać, całość opowieści tutaj, na zachętę wrzucam zdjęcie Zoe (to ta w różowej peruce) z jej obecną partnerką:


foto: archiwum prywatne Zoe Balfour

A na Homikach fotorelacja ze spaceru po HomoWarszawie. Załapała się i niżej podpisana (i to kilkukrotnie), raz nawet z dwiema tęczami w tle.

niedziela, 4 października 2009

Spacer po HomoWarszawie - minirelacja

No i nie udało mi się wykrakać deszczowego spaceru po HomoWarszawie. Znaczy się ulewa była, ale dopadła nas pod kolumnami Białego Domu przy rondzie de Gaulle'a, gdzie mogliśmy się miło pointegrować, czekając na przejaśnienie. A potem przyszła tęcza, a nawet dwie. Jak oni to zrobili, nie wiem, dowody poniżej.

 
Abiekt - jeden z twórców "HomoWarszawy"

Z atrakcji zaplanowanych - m.in. oglądanie z zewnątrz Utopii (której właściciele nie zgodzili się wpuścić wycieczki do środka), pikiet przy placu Trzech Krzyży, opowieści o Alhambrze, Masonerii, Iwanie Groźnym, SPATiFIE, Lodi Dodi, pisarzach i innych osobistościach oraz... zwiedzanie Fantomu, dokąd chyba po raz pierwszy w historii wpuszczono kobiety. Dla niezorientowanych - Fantom to założony przez Sławka Starostę w 1994 klub gejowski, gdzie można zaznać wszelkich rozkoszy w różnorodnych sceneriach - darkroomach, saunie, jacuzzi... Mnie najbardziej rozbawił napis na jednych drzwiach - "oralnia". Oraz dialog z barmanem, czy sprzeda kobiecie alkohol, czy też będziemy musiały poprosić któregoś mężczyznę, aby nam kupił.

Michał Minałto (Homiki.pl, Stowarzyszenie Otwarte Forum) - jeden z przewodników i twórców książki na miejscu zbiórki przed Utopią
 
Przed Fantomem - zobaczcie, ilu ludzi było na spacerze, nie jestem dobra w ocenianiu liczby uczestników imprez zbiorowych, ale pewnie ponad setka
 I sam Fantom - sex-shop przy wejściu

Podczas spaceru można też było nabyć "HomoWarszawę" za jedyne (i promocyjne) 30 zł - mamy, podziwiamy, czytamy, jak skończymy, to się pozachwycamy bardziej, ale i bez czytania jest czym. Książka jest przepięknie wydana, pełna zdjęć i, ogromny plus dla mnie, na żółtym papierze - najzdrowszym dla oczu. Jest w niej też wzmianka o Barbie Girls:)

Wielkie brawa dla Stowarzyszenia Otwarte Forum, Lambdy Warszawa i Abiekta za książkę i za ideę oprowadzania po HomoWarszawie. Kolejne spacery na wiosnę - tak że kto nie był, niech się przygotuje, przynajmniej psychicznie, bo data jeszcze nieznana.

Coming outy i spacer w deszczu

Kolejny przyczynek do dyskusji o płci, tym razem w wydaniu Otto Weiningera (podziękowania dla Grety za przypomnienie):

Mężczyzna jest to symbol najwyższej etycznej indywidualności, wyższa forma życia, geniusz żyjący w heroicznej samotności, ascetyczny myśliciel, tworzy świat pojęć i stawia w ten sposób barykady mające uchronić go przed chaosem. Kobieta to właśnie amoralny i panseksualny wampir, pochłaniający wszystko, co się wokół niej znajduje. (...) Unicestwienie kobiety uratuje ludzkość przed zagładą.

Może nie powinno, ale strasznie mnie to rozbawiło. Szczególnie ten amoralny i panseksualny wampir. Biedny Otto.

Wokół Międzynarodowego Dnia Wychodzenia z Szafy rozpętała się już niezła dyskusja, co ciekawe, dyskutują głównie lesbijki i geje. Przykład tutaj. Obok głosów, jaka to wspaniała akcja i wspaniali ludzie, którzy, ujawniając się, dają nadzieję innym, są i głosy z rodzaju po co to wszystko i z czym tu się obnosić, jak i znacznie ciekawsze o tym, że nie każdy i nie zawsze może tego coming outu dokonać, że łatwiej jest osobom mającym dobrą pracę, z wyższym wykształceniem, mieszkającym w dużych miastach, działaczom i działaczkom, czyli że niestety jej targetem są bohaterowie i bohaterki akcji "Niech nas zobaczą". Coś w tym jednak jest mimo wszystko. Choć od razu przypomina mi się też moja reakcja na wspomnianą akcję (bo w 2003 roku byłam wyoutowana właściwie jedynie przed najbliższymi), to, jak bardzo tym ludziom zazdrościłam odwagi publicznego mówienia o swojej orientacji i jak bardzo chciałam być kiedyś na ich miejscu. I proszę - udało się. Jasne, że nie zawsze było tak lekko i przyjemnie, jak opowiadam w filmie na comingout.blox.pl, ale większość negatywnych reakcji budziła raczej mój śmiech niż złość. Ot, na przykład koleżanka z liceum, natknąwszy sie na mnie na weselu kolegi, robiła wszystko, aby nie musieć ze mną rozmawiać, ani nawet się przywitać. Cóż, jej problem, nie mój.

Wiem, że w moim przypadku mogę mówić o szczęściu. Wiem też, że nie każdy ma odwagę Ryszarda Giersza z Wolina, bo walczyć o swoją godność, by pozwać zatruwającą mu życie sąsiadkę czy dyskryminującego go pracodawcę. Ale mimo wszystko wierzę, że takie akcje jak Międzynarodowy Dzień Wychodzenia z Szafy mogą komuś pomóc czy to w podjęciu decyzji o ujawnieniu się, czy to w zrozumieniu, że jest z nim wszystko w porządku i w akceptacji siebie. A nawet jak pomogą tylko jednej osobie, to już warto je robić.

Ostatnie dni minęły nam z Gosią pod znakiem wzięcia się za swoje przeziębienia, czyli podjęcia decyzji o udaniu się do lekarza. Co to ma do coming outu? Ano to, że obie mamy ubezpieczenie prywatne dzięki mojej firmie, która pakietem rodzinnym obejmuje "osoby prowadzące wspólne gospodarstwo domowe". A z załatwieniem tego pakietu wiąże się jedna z moich comingoutowych historii. Kiedy przeczytałam informację o osobach prowadzących wspólne gospodarstwo domowe, postanowiłyśmy oczywiście sprawdzić, czy to znaczy to, co myślimy, że znaczy. Udałam się do kadr i zaczynam w te słowa "Chciałabym ubezpieczyć moją partnerkę". Na co pani z kadr: "Proszę bardzo, tu jest formularz". Ja na to, głośniej (niczym jedyny gej ze wsi z "Małej Brytanii"): "Ale chodzi o moją partnerkę". Ona: "Rozumiem, tu jest formularz". Ja: "Ale my wynajmujemy mieszkanie i nie mamy jednego adresu zameldowania". Ona: "Nie szkodzi, po prostu wypełnij formularz".

Również wspólnie z Gosią wzięłyśmy kredyt mieszkaniowy (co oczywiście jest możliwe i bez coming outu, ale po co się wygłupiać i udawać przyjaciółki, szczególnie że niezłą frajdą jest obserwowanie, jak urzędnicy, rozmawiając z nami, wahają się między formami "państwo" i "panie"), mamy też wspólne konto w banku czy upoważnienia do odbierania wyników swoich badań w przychodni. Tak że w naszym przypadku korzyści z coming outu są ewidentne. Z drugiej strony - oczywiście nie wolno nikogo do coming outu zmuszać i każdy musi podjąć tę dacyzję samodzielnie. Z jednym może wyjątkiem. Uważam, że jak para decyduje się na dziecko, zabawa w siostry czy koleżanki nie jest najlepszym pomysłem, bo trudno będzie pokazać dziecku, że jego rodzina jest taka sama jak wszystkie, skoro ta rodzina sama się za taką nie uważa.

Za oknem deszcz, a za pół godziny spacer po HomoWarszawie. A na farouttv.co.uk dziś miał się pojawić kolejny odcinek brytyjskiego "L Worda", czyli "Far Out" - ale póki co się nie pojawił. Mam nadzieję, że nie skończy się jak ze spin offem "L Worda" - na szumnych zapowiedziach.

piątek, 2 października 2009

Lesploty i homopingwiny

Wśród setek obelg i głupot (oprócz Zanussiego wykazała się m.in. Stalińska, która stwierdziła, że trzynastolatki same pchają się tym biednym facetom do łóżka) znalazłam dwa bardzo ciekawe komentarze na temat sprawy Polańskiego. Jeden na blogu Wojtka Orlińskiego (który jest zresztą moim numerem jeden w polskiej blogosferze) - Wojtek zwraca uwagę na coś, co wszystkim chyba dotąd umknęło, a mianowicie używanie przez wielu dyskutantów słowa "gwałt", podczas gdy w rzeczywistości chodzi o "unlawful sexual intercourse", i na korelację z pamiętną "sprawą Agaty", kiedy ten sam w kwalifikacji prawnej czyn przez stronę potępiającą decyzję o aborcji już gwałtem nazywany nie był (wtedy używano sformułowania "stosunek będący czynem zabronionym"). Poza tym Wojtek Polańskiego jednak potępia. Drugi komentarz popełniła naczelna TOK FM Ewa Wanat. Ewa pisze z punktu widzenia ofiary molestowania i pokazuje, że sposób, w jaki broni się Polańskiego, jest typowy dla rodziny, środowiska, w których ujawnia się molestowanie. Tak zachowują się nasi wujkowie, ciotki, sąsiedzi. Całość tu, poruszyło mnie, nie przeczę.

Zaczęłam ciężko, teraz będzie lżej. Dziś (dzięki zaproszeniu na Facebooku, a jakże) dowiedziałam się, że mamy pierwszy (?) lesbijski serwis (a konkretnie blogoserwis) plotkarski - Lesploty.pl. Wpisów na razie jest niewiele, interfejs (i interpunkcja) do dopracowania, ale generalnie założenia takiego serwisu Lesploty spełniają - jest lekko, przyjemnie i ciut złośliwie. Śledzić będę, bo ponoć ma być też o kabaretach - ciekawe, czy i o nas napiszą? A poza tym, co tu dużo ukrywać, lubię serwisy plotkarskie, a skoncentrowanego na tematyce lesbijskiej zdecydowanie mi w polskim internecie brakowało. Tak więc trzymam kciuki za twórczynie, kimkolwiek są.

Ale nie byłabym sobą, gdybym swojego nie dołożyła. Otóż takie serwisy, z założenia, opierają się w dużej mierze na zdjęciach i materiałach filmowych. O ile z filmami, dzięki Youtube, problemu nie ma, o tyle ze zdjęciami jednak jest. Oczywiście nie wiem, czy twórczynie Lesplot nie mają zgody na używanie zdjęć, które wykorzystują (jeżeli mają - grzeszą tylko niepodawaniem źródła), ale generalnie z prawami autorskimi wiele małych serwisów jest jednak na bakier. I póki są małe, to nic im właściwie nie grozi, ale jeżeli ich twórcy poważnie myślą o rozwoju, reklamodawcach itp., warto od początku o tę kwestię zadbać. Pozyskanie legalnych zdjęć nie jest samo w sobie trudne - jeżeli już nie ma tego, czego potrzebujemy, w materiałach prasowych (dostępnych bezpłatnie), zazwyczaj wystarcza mailowa prośba do właściciela strony, na której znajdują się interesujące nas materiały. Wiem, trochę się wymądrzam, ale akurat kwestia przestrzegania prawa w internecie, a już szczególnie przez nasze portale, których jest przecież tak niewiele, po prostu leży mi na sercu.

W Gdańsku odbyło się dziś spotkanie promocyjne wokół książki "Z Tango jest nas troje". Jeżeli wierzyć portalowi Gazeta.pl, było sympatycznie, spokojnie, bez ekscesów (protestujący wybrali dyskusję - brawo). Szczególnie spodobał mi się opis części "przedszkolnej":

W spotkaniu uczestniczyło ok. 20 rodziców z dziećmi w wieku do 5 lat. Maluchom czytano fragmenty książeczki, potem była m.in. zabawa w "taniec pingwina" i malowanie pingwinów.

- Bardzo miłe spotkanie, książeczka ciekawa i ładnie wydana - mówi mama Julii. - Nie wiem, jak chorą trzeba mieć wyobraźnię, żeby widzieć w tym propagandę homoseksualizmu.
(całość tu)

W taniec pingwina sama bym się pobawiła:) A to mój ulubiony pingwin - obejrzyjcie do końca, naprawdę warto!

czwartek, 1 października 2009

Tłusta lesbijka z Arkansas w Warszawie

A jednak! W końcu również do stolicy zawita ktoś, na czyj koncert, o ile coś się (tfu, tfu) nie wydarzy, na pewno się wybiorę. 21 listopada w klubie Palladium wystąpi zespół Gossip z genialną wokalistką i showmanką Beth Ditto.

Tu jest zabawnie:



A tu zdecydowanie bardziej tak jak lubię, czyli rockowo, a przy okazji można sobie pooglądać różne wcielenia Beth:



Beth Ditto to kolejny przykład na to, że nie trzeba być seksbombą, aby odnieść sukces w przemyśle muzycznym. W 2006 roku została okrzyknięta przez "wyrocznię" w kwestii tego, co w muzyce jest modne, a co nie, czyli pismo "New Musical Express", najbardziej ekscytującą postacią na amerykańskiej scenie muzycznej. "Beth to ikona rockandrollowego nonkonformizmu" - uzasadnił swoją decyzję "NME". "Z głosem jak Tina Turner i prezencją sceniczną liczoną w megawatach Beth wyróżniałaby się wszędzie, nie tylko w świecie męskiego rocka alternatywnego. Wychowała się jako punkowa lesbijka w Arkansas, na głębokim południu USA. Wywodzi się z białej biedoty (tzw. white trash - białe śmieci). W czasach burzliwych przemian społecznych głosy, które zazwyczaj są marginalizowane, mają wreszcie szansę na dotarcie do słuchaczy. Beth to taki właśnie głos - klasyczna rockandrollowa outsiderka, dzięki której muzyka wciąż jest buntownicza. I dlatego wygrała!" (za: Tłusta lesbijka z Arkansas, "Wysokie Obcasy", styczeń 2007)

Ale choć dla jednych Beth jest cool, inni oczywiście widzą w niej tylko jej kilogramy. No bo jak może tak być, że kobieta o takiej tuszy nie wstydzi się swojego ciała, zakłada obcisłe sukienki albo nawet - jak ona śmie! - występuje w samej bieliźnie. Pozwolę sobie przytoczyć dwa komentarze do zapowiedzi jej koncertu w Polsce, z portalu Lesbijka.org dla odmiany:

Dlatego takie drogie bilety, bo trzeba naciągać sflaczałe i sfatygowane uda, golić pachy (i zapewne nie tylko) i zatrudnić trenera osobistego.

Ale pasztet! Jak może takie coś podobać się, czy to lasce czy facetowi. 

I odpowiem na nie słowami Beth:

W poprawnej politycznie Ameryce udaje się, że ludzie grubi nie istnieją, nie używa się takiego określenia jak 'fat', jakby to była najbardziej wstydliwa rzecz, a grubasy należały do jakiejś mniejszości. A przecież to nie żadna mniejszość, tylko większość, bo większość Amerykanów ma tłuste tyłki. (...) Fakt, że jestem grubaską, która się tego nie wstydzi, akceptuje to i pokazuje na scenie, sam w sobie jest polityczny. (...) Wierzę, że ciała mogą być po prostu ciałami i nie musi być z tym związany żaden rodzaj faszyzmu pod tytułem co jest dobre, co złe, co jest dozwolone, co zabronione, co politycy uważają za słuszne.

Nic dodać, nic ująć.