sobota, 28 listopada 2009

Dobry wieczór UFO, dzień dobry TVN (akt. JEST WIDEO!)

No i co ja mam napisać? Chyba było dobrze. W tym TVN-ie, znaczy się. Bo że występ w UFIE był w porządku, to już nasze reżyserki nam powiedziały, a komu jak komu, ale im muszę wierzyć. Zresztą jak dostaniemy zmontowany materiał i go wrzucimy, to ocenicie i najwyżej przekłujecie ten balonik, w który się powoli zmieniam.

Ale ad rem. Plusy wczorajszego występu w UFIE to profesjonalna organizacja, świetne nagłośnienie (głównie dzięki ekipie z filmówki, która przyszła nas kręcić i przy okazji przytaszczyła mikroporty, ale nasze ulubione studio Fonia też dorzuciło swoje trzy grosze), mnóstwo znajomych twarzy na widowni, no i to, że stare, ale na nowo zaaranżowane skecze, nam po prostu wyszły. Oraz Łukasz, iluzjonista, który pokazał kilka numerów przed naszym występem oraz po - już indywidualnie, przy stolikach. Dodatkowy bonus to Neo (którego tekstem o nas zachwycałam się tutaj i którego komentarze zagościły na moim blogu mam nadzieję już na dobre) z Beatuszką, którzy, jak się okazało, promują nas, gdzie tylko mogą, a szczególnie w Anglii i w Australii. Minus był w zasadzie tylko jeden - pod koniec występu zgubiłam gąbeczkę osłaniającą mikroport, na czym ucierpiał ostatni skecz (niesamowite, ile hałasu potrafi zrobić taki drobiazg w kontakcie z koszulą).

A TVN? Jeśli chodzi o profesjonalizm prowadzących, to, szczególnie w porównaniu z WP.tv, niebo a ziemia. Nie mówię o przygotowaniu, bo nie mam pojęcia, jak wyglądają przygotowania do serii sześciominutowych rozmówek na żywo (po nas był fizyk od czarnych dziur, przed nami, o ile dobrze widziałam, jakieś kulinaria), ale o podejściu. Magda i Andrzej (a co!) byli otwarci, bezpośredni i mili. Ba, wyglądali nawet na całkiem nami zainteresowanych. Pytań padło jak na tak krótką rozmowę całkiem sporo, jakimś cudem udało nam się poruszyć i tak lubianą przez Was kwestię męskości i kobiecości (no wiecie, butch i femme to takie stereotypowe określenia typów lesbijek, butch to taka z krótkimi włosami i w spodniach, a femme wygląda tak jak ty, Magdo), i politycznej poprawności (w Polsce nie ma czegoś takiego, ale my mamy taki skecz, w którym lesbijka przychodzi do banku spermy, chce być donatorką, nie wychodzi jej i zrzuca to na dyskryminację; swoją drogą, z tego fragmentu jestem naprawdę zadowolona, bo nie ma to jak sperma w telewizji śniadaniowej), i naszej widowni, i tematyki skeczy, i pochodzenia nazwy kabaretu (Furja: "No bo my nie jesteśmy ani barbie, ani girls", ja: "Ja tam jestem girl!"). Na dodatek pokazali fragment naszego skeczu "Dziewczyny z okładki", w którym bardzo cierpi nasze ego (więcej nie zdradzę, a nuż ktoś nie widział). Nie wiem, czy wrzucą rozmowę z nami na swoją stronę internetową, mam nadzieję, że tak, bo tempo wywiadziku było tak szalone, że na pewno nie wszystko zapamiętałam. A poza tym sama jestem ciekawa, jak to całościowo wyszło.

A tak naprawdę najpiękniejsze we wczorajszym wieczorze i w dzisiejszym poranku jest to, że są już za nami. I że następny (świąteczny i pełen niespodzianek) występ dopiero 12 grudnia. Bo choć mnie cały ten zgiełk wokół nas już tak nie stresuje jak kilka postów temu, to jednak marzę o odpoczynku i chwilach po pracy tylko dla siebie. I dla Was oczywiście też:)

Edit: Już jesteśmy na stronie TVN. Opis wideo niestety fatalny, ale tak czy siak zapraszam do oglądania i komentowania tu.

A tu pamiątkowy screenshot:


czwartek, 26 listopada 2009

Ten blog nie jest dla...

Tytuł to oczywiście żart, ale, jak się być może domyślacie, sam post będzie o czymś tutaj nowym, czyli o zasadach. Powód to dyskusja pod poprzednim postem, z której wycięłam kilka obraźliwych komentarzy.

Trzyczęściowy Garnitur powstał z paru powodów. Główny to przyjemność - moja i, o ile chcą w niej partycypować, również czytających. Pozostałe powody mają coś wspólnego z potrzebą pisania, dzielenia się przemyśleniami, weryfikowania spostrzeżeń itd. itp. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że niektórzy wchodzą tu z innych powodów niż dla przyjemności (wszak sama odwiedzam Frondę, a masochistką jednak chyba nie jestem), z sympatii czy z pragnienia pogadania z ludźmi o podobnych poglądach czy pasjach. Niemniej jednak przez wzgląd na te i tych z Was, którzy po prostu lubią tu zaglądać, i na mnie, bo dla odmiany lubię tego bloga prowadzić, postanowiłam jednak wyartykułować jakieś zasady.

Ten blog, jak już napisałam w komentarzu pod lodówkowym postem nr 2, jest miejscem kulturalnej wymiany myśli. Nie oznacza to bynajmniej, że mamy sobie jeść z dzióbków czy we wszystkim się ze sobą zgadzać, ale niedopuszczalne jest chamstwo i personalne ataki na innych czytających i czytające. Takie komentarze będę usuwać. O tym, co jest chamstwem i/lub personalnym atakiem, decyduję ja. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że nie jestem nieomylna, tak że jeżeli zauważycie, że nie interweniuję w przypadku Waszym zdaniem wartym interwencji, napiszcie o tym - w komentarzu lub na maila. Jeżeli moja interwencja wyda się Wam pochopna - również proszę o sygnał, większość usuniętych komentarzy archiwizuję i mogę przywrócić (chyba że się pomylę i w amoku usunę na zawsze). Trochę inaczej jest z personalnymi atakami na mnie. To znaczy nadal decyduję ja, ale komentarz usunę jedynie wówczas, gdy się wkurzę. Generalnie jestem spokojna, choć dopuszczam możliwość, że tylko tak mi się wydaje.

I na koniec - wiem, że jest to dość niszowe miejsce i że tak w ogóle osób, które się ze mną przynajmniej po części zgadzają, jest znacznie mniej niż tych, które się ze mną w ogóle nie zgadzają. Tak że jeszcze raz chciałabym podkreślić, że różnice poglądów są tutaj nawet nie tyle dopuszczalne, co wręcz w tego bloga wpisane. Wierzę jednak, że nawet najwięksi oponenci i oponentki są w stanie wyrażać swoje myśli w sposób nieobraźliwy dla innych czytających. Tak, wiem, jestem idealistką. Mimo wszystko proszę jednak o myślenie nie tylko o swoich zawsze słusznych i ważnych racjach (piszę to bez ironii), ale również o odczuciach innych. W sieci jest mnóstwo chamstwa i pewnie większość z nas już do tego przywykła, a część nawet uważa, że obrażanie innych jest tożsame z wolnością słowa. Tak, jestem wielką fanką wolności słowa. Co nie znaczy, że pozwolę obrażać gości w swoim własnym domu.

środa, 25 listopada 2009

I znów strach otworzyć lodówkę

Coś mamy szczęście do publikacji wywiadów z nami sprzed paru miesięcy (to broń bogini żaden przytyk, po prostu stwierdzenie faktu i przy okazji wytłumaczenie, dlaczego mówimy o czerwcu, a nie na przykład o październiku), bo oto w końcu wyszła nowa "Zadra". I to nie byle jaka, bo jubileuszowa - jedyny feministyczny polski magazyn ma już bowiem 10 lat!



Z tej okazji ruszył też zadrzany blog - 10latzadry.blox.pl. Dodaję do linkoteki i wyrażam nieśmiałą nadzieję, że nie podzieli losów innego feministycznego bloga Bez jaj, który od jakiegoś czasu niestety dogorywa, a szkoda, bo dyskusje na nim bywały pasjonujące. Aha, w nowej "Zadrze" znajdziecie nas na s. 13 i kilku kolejnych.

Żeby było jeszcze gorzej, w najbliższą sobotę pokażemy się w "Dzień dobry TVN". O jakiejś nieludzkiej godzinie, bo chyba o 8.40, gdyby nie to, że tam będę, na pewno bym tego nie oglądała (pomijając już taki drobiazg jak brak telewizji w domu). Ale pewnie pokaże się i na internetowej stronie programu, a jak odpowiednio narozrabiamy, to i na Youtube. Z tym rozrabianiem to oczywiście żart, ale faktem jest, że program będzie na żywo, tak że będziemy się musiały zdrowo namęczyć, by godnie reprezentować środowisko LGBTQetcetera. He, he. Na przykład przez pierwszą minutę dopytywać się, czy już jesteśmy na wizji i do której kamery mamy mówić. Albo poprosić prowadzących o autografy. Albo pozdrowić rodzinę i przyjaciół. Albo... No tak, tym się ostatnio z Gosią zajmujemy - układaniem najbardziej absurdalnych scenariuszy rozmowy. To się nazywa profesjonalne przygotowanie, na wypadek, gdybyście nie wiedzieli.

A tak serio, to po ostatnich dyskusjach o fotoreportażu Hani Jarząbek (bo niezła jatka była też na Kobiety Kobietom) wyszło mi, że tak naprawdę naszą (osób nieheteroseksualnych) obecnością w dyskursie publicznym najbardziej się przejmują i najwięcej dziwnych wniosków z niej wyciągają właśnie osoby nieheteroseksualne. W związku z czym każdy, kto się w mediach pokaże, jest automatycznie na cenzurowanym - no bo jak to, przecież "my" tak wcale nie wyglądamy, nie mówimy, nie mamy takich poglądów, spodni i fryzur. Przecież "one" nas nie reprezentują. Przecież ta i kolejna akcja krzywdzi "środowisko", pogrąża je i piętnuje. Może się mylę, ale jakoś mam wrażenie, że tak zwane społeczeństwo naprawdę się nie przejmuje fotoreportażem Hanki (tak jak nie przejęło się fotoreportażem Ani Bedyńskiej o parze gejów, a nawet nagrodziło go Grand Pressem i jakoś nikt nie marudził, że przecież chłopcy są tacy "niemęscy", ba, nawet się malują!) czy występami jakiegoś tam kabareciku. Ot, najwyżej paru krzykaczy pokrzyczy, że panowie ciotowaci, panny brzydkie, a żarty nieśmieszne. Społeczeństwo się może troszeczkę przejmie, gdy do mitycznej szkoły trafi mityczna ulotka promująca bezpieczny seks albo gdy Raczek i Szczygielski dostaną kolejną Różę "Gali". Ale i tak nie liczyłabym na to, że ktoś będzie o tym szczególnie w sklepie czy innej pracy dyskutować. Umówmy się, my naprawdę nie mamy aż tak wielkiej siły oddziaływania i nikt się specjalnie naszym wizerunkiem nie przejmuje (a nawet gdyby kiedyś było w końcu inaczej, to nadal uważałabym, że dla nosicieli i nosicielek wizerunku nie powinno to mieć żadnego znaczenia).

Zresztą ten brak siły oddziaływania martwi mnie chyba znacznie bardziej (albo przynajmniej tak samo) niż przypisywanie ogromnego znaczenia niszowym akcjom przez naszych LGBTQetcetera. Bo gdyby każda książka czy reportaż wywoływały jakiś niesamowity ferment w społeczeństwie, to jeszcze mogłabym ten strach przed "wypaczeniem wizerunku" jakoś zrozumieć. A tak wychodzi na to, że statystyczny Polak do spółki ze statystyczną Polką mają nas gdzieś, a my się boimy wszystkiego, co nawet bardzo teoretycznie mogłoby kogoś niezaangażowanego ruszyć i sprawić, że wyrazi swoją opinię. Oczywiście ma to sporo wspólnego z homofobią. Tą zewnętrzną i tą zinterioryzowaną. Ale jakoś tak się dziwnie składa, że bardziej niż chłopcy wszechpolscy wydurniający się na kontrparadowych pikietach ruszają mnie głosy anonimowych gejów i lesbijek w rodzaju: "Kiedyś nie było parad i była tolerancja. To ci działacze wszystko popsuli". Bo co z tego, że dożyliśmy czasów, w których dzień bez osób nieheteroseksualnych w mediach to dzień stracony, w których w oficjalnych mediach promuje się naszą kulturę i nikt przeciw temu nie protestuje (albo protestują nieliczni), skoro mentalnie nadal tak wiele tych osób jest w czasach "robienia tego w domu po kryjomu".

niedziela, 22 listopada 2009

Tajemnica Kary Auchemann (akt. NOWE "FAKTY")

W 2006 roku na Homikach ukazał się tekst "Abecadło młodego homika". Dla nas ciekawa jest literka T:

T – Tajemnica Kary Auchemann. Wokół postaci redaktorki wortalu Lesbijka.org aura tajemniczości wisiała od zawsze, jednak wraz ze śmiercią tej kreacji sprawa pogmatwała się całkowicie. Wobec tajemnicy Kary Auchemann problem znalezienia bursztynowej komnaty wydaje się dziecinnym zadaniem.

Kara Auchemann pojawiła się w internecie w 1998 roku. Najpierw jako Wiedźma na liście dyskusyjnej Polles (mój tekst o Polles tu), potem jako współtwórczyni jednej z pierwszych stron dla lesbijek i kobiet biseksualnych Inny Kraków, przekształconej następnie w Les.queer.pl, a w końcu w istniejący do dziś wortal Lesbijka.org. W czerwcu 2005 roku ten ostatni opublikował informację o jej śmierci. Posypały się kondolencje. Większość portali ograniczyła się do wyrażenia żalu, smutku i wyrazów współczucia bliskim Kary. Wyłamał się portal Gaylife, publikując tekst "Tajemnicza Kara nie żyje?", w którym naczelny portalu poddawał w wątpliwość fakt istnienia Kary i przytaczał dwie hipotezy co do jej prawdziwej tożsamości - legendarna założycielka Lesbijka.org miała być w rzeczywistości alter ego Marzeny Chińcz lub Janusza Marchwińskiego (w tamtych czasach redaktora naczelnego Innej Strony; hipotezę, jakoby Kara była Januszem, miało potwierdzać nazwisko Auchemann, akronim słów "auch ein mann" - "także mężczyzna"). Wyłamało się też wielu użytkowników i użytkowniczek portali, na których ukazały się kondolencje, również negując w komentarzach fakt istnienia Kary gdziekolwiek poza światem wirtualnym. Oczywiście znaleźli się i tacy, którzy twierdzili, że znali ją osobiście (lub - częściej - znali kogoś, kto znał ją osobiście) oraz że żądania, by, skoro tak było, potwierdzili jej istnienie, są śmieszne i uwłaczające godności osoby, która za życia zrobiła bardzo wiele, by chronić swoją prywatność.

Rzeczywiście jak na osobę, która przez siedem lat trzęsła lesbijskim internetem, Kara pozostawiła po sobie w sieci zaskakująco niewiele. Jeden wywiad, udzielony w 2003 roku Innej Stronie. Jedno zdjęcie, ponoć niewyraźne i obecnie dostępne jedynie VIP-użytkownikom Gaylife. Kilka tekstów i komentarzy. Zniknęły jej wpisy na Lesbijka.org oraz wiele dyskusji, które toczyły się po jej śmierci, między innymi chyba ta najgorętsza - na portalu Kobiety Kobietom. Niedostępne jest również archiwum pierwszej listy Polles. Prawdopodobnie najwięcej śladów po Karze miało szansę się zachować w skrzynkach e-mailowych dziewczyn, które z nią korespondowały. Bo Kara była mistrzynią korespondencji i wirtualnych romansów. Rozkochiwała w sobie dziewczyny, rozbijała związki, snuła intrygi, równie szybko potrafiła namówić kogoś na współpracę, jak i do siebie zrazić. Wysyłała zdjęcia - zawsze uniemożliwiające jej identyfikację. Umawiała się na spotkania i w ostatniej chwili je odwoływała, bo wydarzyło się coś strasznego. Pożar domu. Choroba w rodzinie. Choroba samej Kary, zawsze poważna. Jak na kogoś, kto (jak twierdzi jedna z dziewczyn, która ją znała, nie wiem, czy realnie, czy wirtualnie) obawiał się dyskryminacji (jako lesbijka i jako Romka) i dlatego chronił swoją prywatność, ta internetowa Kara miała ogromną siłę rażenia, zupełnie na pierwszy rzut oka niepasującą do kogoś, kto się boi coming outu. Ale nie jest to oczywiście żaden dowód na jej nieistnienie, w końcu nie ona pierwsza i nie ostatnia byłaby internetowym buldożerem, który w rzeczywistości okazałby się bojącą się własnego cienia szarą myszką.

Oczywiście znalazło się kilka osób, które za punkt honoru postawiły sobie rozwiązanie zagadki istnienia bądź nieistnienia Kary. Jedna z nich, po tym, jak Kara w mailu do niej przyznała, że jest zameldowana w Warszawie, zadała sobie trud sprawdzenia, czy tak jest w rzeczywistości. I dowiedziała się, że nikt o takim nazwisku w tym czasie w Warszawie zameldowany nie był. Oczywiście znowuż powodów, dla których Kara skłamała, mogło być wiele.

Pytanie, które często zadawali przeciwnicy tezy, jakoby Kara była bytem wyłącznie wirtualnym, brzmi "po co?". Po co ktoś miałby włożyć tyle czasu i wysiłku w stworzenie i podtrzymywanie swojego internetowego alter ego? Dla mnie to akurat jeden ze słabszych argumentów, bo powodów może być mnóstwo, od czystej złośliwości, po kompensację nieudanego życia w "realu". Konia z rzędem zresztą temu, kto nigdy nie odczuł nawet pokusy, by choć przez chwilę w sieci być kimś innym. Nie mówiąc już o tych, którzy tę pokusę zrealizowali.

Niezależnie od tego, czy Kara istniała, czy nie, internetowy byt noszący to imię żył przez siedem lat i zdążył w tym czasie nieźle w życiu wielu osób namieszać. Szkoda by było, gdyby został zapomniany, i niniejszym ten wpis wielkiej intrygantce dedykuję. Kto wie, może go nawet przeczyta?

Update: 3 stycznia 2010 roku Kara ogłosiła na stronie głównej wortalu Lesbijka.org, że jednak żyje. Szczegóły tu.

9 stycznia na wortalu Lesbijka.org pojawił się kolejny sygnowany jej nazwiskiem artykuł, w którym skrytykowała swój macierzysty portal. Tego samego dnia Lesbijka.org zniknęła z sieci. 5 marca naczelną została ponownie Marzena Chińcz, a 19 marca wortal wznowił swoją działalność. Teksty "Kary" zostały usunięte bez wyjaśnienia.

5 kwietnia Marzena Chińcz napisała na forum Lesbijka.org, że "zmartwychwstała" Kara była rzeczywiście Karą:

To [...] nie był sobowtór Kary. To była Kara. Kilka lat temu zdecydowała się na zniknięcie z sieci, w czym ją wsparłam. Miała swoje powody, o których nie będę się rozwodzić, tak samo jak o całej reszcie tej historii nie będę dyskutować ani nikogo i niczego oceniać. Kiedy zdecydowała się na ujawnienie prawdy - powrót - przyznaję, że odetchnęłam z ulgą i miała w tym moje pełne wsparcie i ma je nadal. Dlatego napisałam w innym miejscu, że jeśli zdecyduje się na powrót, to ma tu zawsze drzwi otwarte, a ja nie będę tolerowała żadnych ataków na nią ani insynuacji na jej temat. Z mojej strony temat jest już zamknięty i nic więcej w nim nie dodam ani nie ujmę.

Update: Czytelniczka podesłała zdjęcie Kary z czasów Les.queer.pl:

Niepoprawny Lynch i mały coming out

Właśnie wróciłyśmy ze strasznie fajnej i kompletnie niezaplanowanej imprezy u Krzysia i Daniela, tak że dziś (w nocy) nie będzie ani o Karze Auchemann, ani o działaczostwie i innych nudach. Będzie za to kilka odkryć, które być może dla czytających tego bloga nie są żadną rewelacją, ale mnie zachwyciły i po prostu muszę się nimi podzielić. Bo tak się złożyło, że chłopaki kolekcjonują bardzo ciekawe klipy i trochę z tego, co zobaczyłam (zanim zaczęliśmy z Danielem śpiewać, przez co reszta imprezy przeniosła się na słuchawki do drugiego pokoju), chciałabym tu wrzucić, na wypadek, gdybym rano już nie pamiętała, co i jak.

Na dobry początek Stephen Lynch, amerykański komik i muzyk, który ma tę cudowną cechę, że potrafi być bardzo, ale to bardzo niepoprawny politycznie, w związku z czym dołącza do grona moich ulubieńców, obok Margaret Cho, Jeffa Dunhama i George'a Carlina. Na start coś lajtowego i w sumie uroczego, czyli "If I were gay":



A teraz co wrażliwsze osoby proszę o odejście od monitorów, bo będzie o księdzu i ministrancie:



Jako że znamy się już parę miesięcy, czas, bym zrobiła swój coming out. Otóż uwielbiam Harry'ego Pottera. Każdą część przeczytałam kilkukrotnie, co pewien czas wpadam w ciąg i wtedy nawet nowa Winterson nie powstrzymałaby mnie od ponownego przejścia wszystkich tomów. A jak nadal mam niedosyt, sięgam po fanfiki, najchętniej w wykonaniu polskiej pisarki fantasy Ewy Białołęckiej, która pod pseudonimem Toroj popełniła kilka historii spod znaku nie tyle Pottera, co raczej Snape'a i mieszkańców Slytherinu. Jak ktoś chce poczytać, to najwięcej części jest tu, szczególnie polecam „Trick or treat, czyli Halloween Severusa Snape’a”, „Dla każdego gwiazda – czyli opowieść pod choinkę” i „Hapy Niu Jer albo pojedynek czarnych charakterów". Białołęcka nie bawi się wprawdzie w opowiadania slash (yaoi), czyli nie tworzy męsko-męskich romansów w Potterze, ale za to, w przeciwieństwie do większości twórców i twórczyń fanfików, potrafi pisać. Ale jak ktoś pragnie slasha, to proszę bardzo (wersja ocenzurowana, zresztą kompletnie nie wiem, czemu, amatorki i amatorów "mocniejszych" wrażeń zapraszam tu):



A tu dla odmiany Potter w wersji zaraźliwo-muzycznej (tak że uważajcie, bo się przyczepia) i na dodatek kukiełkowej:



Czy ja już wspominałam, że nie cierpię Katy Perry? Tak, wiem, zdarzyło mi się, chyba sobie koszulkę na tę okazję zrobię, żeby ciągle tego nie powtarzać. No, ale skoro ona może, to i parodyści mogą, tak że wrzucam kolejny teledysk z panami:



Dobranoc! Bo zaraz będzie "skowronek to, a nie słowik".

piątek, 20 listopada 2009

Internet for dummies

Zrobiłam porządek w linkach w prawej szpalcie mojego garniturka - jeżeli ktoś się czuje pominięty, uwzględniony niesłusznie lub źle przyporządkowany, proszę się skarżyć, jest szansa, że uwzględnię, o ile skarga będzie wystarczająco łzawa lub znajdzie się w niej odpowiednia liczba gróźb karalnych.

Ostatnio coraz więcej osób pisze do mnie w sprawie spozycjonowania strony www lub bloga. Zaczynam się zastanawiać, czy to nie jakiś pomysł na biznes (pozycjonowanie LGBTQIetcetera-friendly), bo naszych stron pojawia się w sieci coraz więcej, ale mało która się przebija poza grono osób w jakiś tam sposób bliskie twórcom. Co mnie w sumie martwi, bo o ile od strony społecznościowej (forum, profile, ogłoszenia, blogi) i informacyjnej (kalendarium wydarzeń, newsy) największe LBTQ-portale Kobiety Kobietom i Lesbijka.org prezentują się dobrze, o tyle pod względem tekstów własnych wyglądają ostatnio bardzo słabo. Być może nie powinnam tego pisać, bo sama jestem w redakcji KK, ale z drugiej strony jak jest, każdy widzi, i nie ma co udawać, że jest inaczej. Bo oba portale w kwestii częstotliwości publikacji autorskich artykułów na głowę biją chociażby Lesploty.

Oczywiście jest też tak, że duży portal prowadzić jest trudniej - bo oprócz publikacji tekstów, trzeba również zadbać o zgromadzoną wokół strony społeczność, czyli w przypadku KK i Lesbijka.org zapewne po kilkadziesiąt tysięcy osób. Zadbać, czyli moderować forum, blogi i ogłoszenia, łagodzić konflikty, reagować w sytuacjach kryzysowych, odpowiadać na pytania... Zadania w sumie chyba trudniejsze (bo wymagające stałego zaangażowania) niż wrzucanie tekstów. Mimo wszystko szkoda, że na chwilę obecną naszym potentatkom nie udaje się łączyć jednego i drugiego. Co nie znaczy, że poza rozwijaniem społeczności nic się już tam nie dzieje - np. nowa literatura na KK prezentuje się (szczególnie jeśli chodzi o funkcjonalności) imponująco.

Zresztą może nie ma co się zżymać na te dwa portale, bo również wiele młodszych stron, jak Homoseksualizm.org.pl czy Queer Cafe, bazuje głównie na cudzych treściach. Szkoda, bo, o ile twórcy nie nastawiają się na budowanie społeczności (co przy konkurencji ze strony takich IS czy KK jest bardzo trudne), nie mają większych szans na pozyskanie dużego grona użytkowników. A skoro już przy młodych stronach jesteśmy, nie mogę się powstrzymać od małej złośliwości. Pamiętacie mój problem z Pinkwatch? Zdaje się, że sam się rozwiązał, bo stronka od jakiegoś miesiąca jest w budowie. I nie jest już różowa. Przy okazji, przykład Pinkwatcha przekonuje mnie po raz kolejny, że fakt, iż obecnie nie trzeba już mieć programisty i grafika, aby postawić sobie stronkę, wystarczy skorzystać z jednego z setek tysięcy szablonów dostępnych na Wordpressie czy innej Joomli, wcale nie robi dobrze internetowi. Bo jak ktoś musiał włożyć trochę kasy, a przynajmniej wysiłku, żeby stronę mieć, to potem choć przez chwilę o nią dbał. A tak to straszą w sieci takie potworki. Choć oczywiście zdarzają się i dobre strony zrobione na bezpłatnym CMS-ie - chociażby taka Krytyka Polityczna.

Od jakiegoś czasu przymierzam się do posta o jednej z legend polskiego tęczowego internetu - Karze Auchemann. Bo z jej życiem (?) i jego końcem (?) związana jest naprawdę fascynująca historia i szkoda by było, gdyby została zapomniana. Pytanie, czy ktoś mnie za to nie zlinczuje, niezależnie od tego, że chciałabym zachować maksimum obiektywizmu (co jest zawsze trudne). Jak myślicie?

PS Pamiętajcie, już za 2 godziny pijemy kawę! My lubimy z dużą ilością mleka. A taką dawali na Kongresie Kobiet:


środa, 18 listopada 2009

Słowo o (nie)widzialności lesbijek plus ogłoszenia

Na początek druga fotka z serii queerowo-sakralnych - specjalnie dla tych, którzy twierdzą, że ubranie czy długość włosów ma coś wspólnego z płcią:


fot. Erka

Amerykański magazyn "Out" ogłosił listę stu osób, które w mijającym roku najbardziej się zasłużyły dla społeczności LGBTQetcetera. Pełne zestawienie tu, mnie zachwyciły dwie fotki laureatek:


Erin Mckeown, fot. Jason Bell

 
Sarah Waters, fot. Jason Bell

Drugi powód, oprócz fotek, dla którego wspominam o zestawieniu, to reakcja AfterEllen.com, któremu "Out" podpadł już w zeszłym roku, gdy jedyną kobietą na okładce numeru podsumowującego rok 2008 była Katy Perry. Tekst, który wówczas powstał, znajdziecie tu. A w tym roku poszło o to, że wśród uhonorowanych osób niecałe 30 procent stanowiły kobiety. Ktoś to skomentował, że w ogóle według badań lesbijek jest mniej, więc nie ma o co się gniewać. Dziwny argument, bo przecież nie procentowy udział w społeczeństwie powinien decydować o tym, czy się doceni czyjeś zasługi. Z drugiej strony rozumiem, że tego rodzaju zestawienia są bardzo trudne, bo gdy bierze się pod uwagę chociażby same Stany Zjednoczone (a "Out" sięgnął również do Europy), to tych zasłużonych robi się naprawdę dużo. I łatwiej kogoś pominąć niż uwzględnić. Choć pewnie też łatwiej zadbać o równowagę płci, jeżeli komuś na tym zależy. Pytanie, czy powinno. Jeżeli kwestia widoczności lesbijek, kobiet biseksualnych, transseksualnych czy w ogóle kobiet jest również w Stanach problemem (a z reakcji AfterEllen wynika, że tak), to chyba jednak powinno. Co nie zmienia faktu, że wolałabym żyć w rzeczywistości, w której płeć naprawdę nie ma znaczenia i żadne parytety nie są potrzebne.

Teraz kilka ogłoszeń.

27 listopada w warszawskiej UFIE Barbie Girls kręcą pornosa. Właściwie to nie pornosa, tylko dokument, i nie Barbie Girls, tylko o Barbie Girls, a poza tym wszystko się zgadza: możecie w tym
uczestniczyć! Zapraszam na godzinę 20 do UFY, Solidarności 82, Warszawa.

12 grudnia również w UFIE damy specjalny występ świąteczny. Szczegółów na razie nie zdradzę, dość, że jednym z prezentów będzie możliwość obejrzenia Waszych ulubionych skeczy BG. I to Wy możecie zadecydować, który skecz jest naprawdę ulubiony. Głosowanie na Homikach trwa, zapraszam do włączenia się!

Zapraszam również na wieczór promocyjny nowej książki Tadeusza Olszewskiego "Tropiki smutku". Czas i miejsce: 24 listopada 2009, godz 18, Sala Kameralna Staromiejskiego Domu Kultury w Warszawie (Rynek Starego Miasta 2). Szczegóły oczywiście na LGBT-ece. Przy okazji - serdecznie pozdrowienia dla autora "Tropików smutku", bo, jak doniósł mi jeden z moich informatorów, czasami tu zagląda. Rosnę w dumę:)

PS Gosia prosi, by podziękować też za wszystkie zaproszenia na kawę w najbliższy piątek o drugiej nad ranem. I wyraża nieśmiałą obawę, że chyba tejże nocy nie uda nam się zasnąć.

wtorek, 17 listopada 2009

Popoznańska frustracja

I po Poznaniu. Przepraszam za przerwę na blogu, ostatnie dni były trochę zbyt intensywne. Na początek prezent od uroczych mieszkanek (obecnie) Sierosławia, które gościły nas i psa przed i po występie:


foto: Erka

To Święta Trójca z kościoła w Wambierzycach. Piękna, prawda?

A występ? Cóż, to kolejny, obok ogólnego zabiegania, powód przerwy na blogu, czekałam, aż mi złość minie. Ale nie minęła, tak że ją tu wypiszę, trudno. Najpierw jednak plus - i to ogromny - czyli publiczność. Strasznie lubię występować poza Warszawą, bo o ile w stolicy gramy dość często i zazwyczaj przynajmniej połowa widowni jest już któryś raz z rzędu, więc wiem mniej więcej, jakich reakcji się spodziewać, o tyle w innych miastach, gdzie jesteśmy tylko raz do roku, zawsze są niespodzianki. Bo nagle bawi coś, co nie bawiło nigdzie indziej. Bo śmiechy są czasami w zupełnie innych momentach. W Poznaniu były i niespodziewane brawa w trakcie skeczy, i śmiechy, i chóralne wołanie o bis, którego nie mogłyśmy dać, bo... No właśnie, i teraz będzie o złości, bo niestety ktoś zadbał, by nam palemka przypadkiem nie odbiła i byśmy "znały swoje miejsce".

Ale od początku. Wiem, że organizacja Dni Równości nie jest prosta. Że brakuje ludzi, środków i czasu, że wszyscy chodzą niewyspani i poirytowani, ale są pewne granice. Jeżeli się nie chce czegoś robić, to się po prostu tego nie robi. To taka uwaga ogólnodziałaczowska, bo, przykro mi, ale jak ktoś coś robi na zasadzie "muszę to zrobić, bo nikt tego za mnie tego nie zrobi", to nie jest to najlepsza motywacja do działania. Bo jak się chce, to nawet po trzech nieprzespanych nocach odrobinę przyzwoitości człowiek z siebie wykrzesze. A jak się nie chce, to wyskakują takie kwiatki jak ten, o którym za chwilę. Zresztą nie wiem, czy to niechciejstwo, czy taki charakter, czy okoliczności zewnętrzne, nie wnikam. Wiem, że zostałyśmy potraktowane bardzo niefajnie. Żeby nie było - piję do jednej konkretnej osoby, nie do wszystkich organizatorów. Pech chciał, że właśnie ta osoba była odpowiedzialna za nasz występ.

Punkt pierwszy - garderoba. I bynajmniej nie o to chodzi, że, gdybyśmy wszystkie jednocześnie do niej weszły (a niestety przebieramy się nie tylko przed występem, ale i w trakcie, więc czasami to się zdarza), to mogłybyśmy sobie postać ramię w ramię i tyle - a walizki zostałyby na zewnątrz. Zdarza się, że miejsca jest mało, wtedy zazwyczaj organizujemy sobie inne. Tu padło na przestrzeń przy szatni. Co na to rzeczona organizatorka? Że, po pierwsze, "takiej garderoby, jaką ona nam przygotowała, to myśmy w życiu nie miały", a, po drugie, że przecież nie możemy przebierać się przy szatni, bo publiczność zobaczy bałagan i co oni i one sobie pomyślą. Miło, gdy ktoś stara się być pomocny. Oczywiście zignorowałyśmy uwagę i przebierałyśmy się przy szatni, w związku z czym co bardziej ciekawskie osoby (lub po prostu te, które miały pecha siedzieć przy wyjściu z szatni na salę, gdzie był występ) mogły sobie dokładnie pooglądać, co nosimy pod spodniami. Majtki zazwyczaj.

Punkt drugi - nagłośnienie. Nie mam na myśli problemów technicznych, które wyjątkowo obrodziły, bo to się też czasami zdarza i zwykle nie jest to niczyja wina, trzeba po prostu jakoś wygrać na scenie również wysiadający mikroport. Nie chodzi nawet o to, że laptop, z którego miała być puszczana muzyka, miał zepsuty napęd DVD, tak że musiałyśmy podłączyć swój i w ten sposób pozbawiłyśmy się jednego z rekwizytów. Znowuż idzie o uroczą reakcję organizatorki, która stwierdziła, że przecież pytała nas o wymagania techniczne. No przykro mi, ale nie sądziłam, że, oprócz słów "sprzęt do puszczania muzyki", powinnam dodać "ze sprawnym napędem CD lub DVD".

Punkt trzeci - początek występu. I tu się rozwiązuje zagadka, dlaczego nie było bisów. Bo o 22 należało skończyć - niewyrozumiali sąsiedzi. A zaczęłyśmy spóźnione, bo wciąż wchodzili ludzie (zresztą część niestety nie weszła, bo liczba miejsc była ograniczona) i nie było sygnału do startu. A nie było, bo szanowna organizatorka doszła do wniosku (którym się niestety z nami nie raczyła podzielić), że powinnyśmy zacząć same z siebie i nie potrzebujemy od niej sygnału, że już można. Tak że w końcu zaczęłyśmy z dwudziestominutowym opóźnieniem (choć byłyśmy gotowe na czas), po tym, jak przypadkiem usłyszałyśmy przemiłe: "Dlaczego one jeszcze nie zaczęły?!".

Jednym słowem - wielki foch. Bo miłych tekstów i tekścików było oczywiście więcej, a z wszystkich wynikało, że ona nam robi wielką łaskę, w ogóle się nami zajmując. Żeby było śmieszniej, my byłyśmy miłe - bo przecież każdy ma prawo do zmęczenia i zdenerwowania. Szkoda tylko, że nie przyszło jej do głowy, że powinno to działać w obie strony. Bo dla nas też była to sytuacja stresująca. A takie podejście nie pomaga w skupieniu się na grze. I na dobrej zabawie - bo ponoć o tę zabawę chodzi. Cóż, ja tym razem bawiłam się niestety średnio i jest mi bardzo przykro z tego powodu - bo publiczność była wspaniała. A ja pamiętam głównie organizatorkę, która wspaniała nie była.

Po co to wywalam? Oczywiście żeby Przeploty miały kolejnego newsa o palemce. Tu śliczna ilustracja do niego (ze skeczu "Dziewczyny z okładki"):


 fot. Paweł Szott

A tak serio - bo, obok bycia powodem mojej frustracji, to niestety kolejny przykład, jak działać nie należy. Działać, bo przecież wszystkie robiłyśmy to charytatywnie (chyba że o czymś nie wiem). Kontrprzykład - we Wrocławiu nasz kochany pieseczek podczas próby radośnie przebiegł po kablach i zrzucił mikser. Moja reakcja: "Ile nas to będzie kosztować?". Reakcja organizatorki: "Skąd teraz załatwić drugi mikser?" (no to się nazywa profesjonalizm!). Na szczęście nie było takiej potrzeby, bo sprzęt nie ucierpiał, ale kontrast jest niezły. Oczywiście ludzie są różni, ale zawsze mi się wydawało, że pewne standardy jednak obowiązują. Zdarzyło mi się dobrych parę lat temu organizować dużą imprezę, na której zresztą również występowałyśmy, więc sytuacji stresogennych było proporcjonalnie więcej. I wiem, jak bardzo człowiek jest wówczas podminowany. Ale też już wtedy jakoś wiedziałam, choć nie miałam żadnego doświadczenia w organizowaniu czegokolwiek, że fochy mogę sobie strzelać przy osobach z wewnątrz, a zaproszeni goście mają się czuć chciani i szanowani. A jeżeli odwalą chałę i zamiast grać, będą gwieździć, niech ich oceni publiczność, a nie organizatorzy, bo to już jest jakaś paranoja - zapraszać kogoś i jednocześnie robić wszystko, by ten ktoś czuł się nieproszonym gościem.

czwartek, 12 listopada 2009

Złość zamiast teoretyków queer

Zdjęcia Hanny Jarząbek z cyklu "Posuńcie się! My też tu jesteśmy!", o których pisałam tu, pojawiły się na kilku większych serwisach LGBTQetcetera. A jako że o projektach, w których brałam udział, wręcz pasjami lubię czytać (forma masochizmu, jak sądzę), prześledziłam oczywiście toczące się pod nimi dyskusje. I co? I doszłam do wniosku, że mojego bloga jacyś inni ludzie czytają. Bo dyskusja o fotoreportażu i tutaj jest, ale nikt z Was nawet się nie zająknął o nadreprezentacji "męskich" lesbijek, powielaniu stereotypów, czy też potencjalnych negatywnych reakcjach heteroseksualnej publiczności. Prawdziwy hardkor jest na Innej Stronie, gdzie jedna z dyskutantek wzywa wręcz do segregacji (tak, używa tego słowa!) osób nieheteroseksualnych na mniej i bardziej "przegięte" i domagania się swoich praw wyłącznie w imieniu grupy, którą się reprezentuje. Bo ona za te męskie lesby tłumaczyć się nie będzie. Aha, i oczywiście nie jest homofobką. Są też głosy bardziej zabawne, na przykład taka wymiana zdań:

Moonlight: Rzeczywiście, zdjęcia powielające stereotypy. Dla przeciętnego heteryka jest to potwierdzeniem podziału ról w lesbijskim związku, potocznie mówiąc, "jedna robi za faceta", w tych zdjęciach niestety co najmniej jedna. Jeśli jest możliwość pozytywnego wpłynięcia na homofobów poprzez fotoreportaż, to niech nie będzie on jednostronny, ukazując tylko męskie lesbijki (które niestety wzbudzają największą niechęć homofobów), ale również kobiece, niech będą chociaż z tymi długimi włosami, które, nie ma co się oszukiwać, dla wielu są wyznacznikiem kobiecości. Trzeba przełamać stereotyp lesbijki z krótkimi włosami i luźnym ubiorem, pokazać te w sukienkach i w butach na obcasach, przecież jest ich tak wiele. Nietolerancja dla lesbijek wypływa między innymi z niechęci (głównie mężczyzn) do męskich lesbijek, które noszą miano "babochłopów" i niesłuszne opinie o braku kobiecości. Więc kiedy przeciętny mężczyzna przegląda taki fotoreportaż i widzi przedstawione w nim kobiety, myśli "o, typowe lesby, ble". Ale jeśli zobaczyłby na takich zdjęciach kobietę z długimi włosami, w sukience i ze zgrabnymi nogami, pomyślałby "cholera, z taką mógłbym się umówić", więc jego podejście diametralnie się zmienia. Według mnie to jest lepszy klucz do przełamania barier.

s24: TAK! TAK! Myślę, że trzeba nawet iść dalej. Powinno się znaleźć trochę heroicznych lesbijek, kobiecych, z długimi włosami oczywiście, które będą się umawiać z heterykami na seks, żeby im pokazać jakie lesbijki normalne i kobiece mogą być... (dla odważnych: cała dyskusja tu)

Zaplułam monitor ze śmiechu:) O płci, kobiecości i homofobii zinterioryzowanej pisałam już między innymi tutaj i tutaj, tak że nie będę się powtarzać. Ale myślę, że takie komentarze jak te na Innej Stronie to również ciekawy przyczynek do zajawionej już tu dyskusji na Homikach o problemach z queerem (przy okazji - swoje trzy grosze dorzucił Abiekt). Bo pokazują, że bardzo wiele osób tkwi na etapie "Niech nas zobaczą" (jesteśmy ładni, grzeczni, sympatyczni, monogamiczni, pokochajcie nas). A przecież, aby pójść o krok dalej i w końcu przestać się przejmować, że ktoś może coś tam złego o nas pomyśleć, i zacząć być sobą, nie trzeba (choć można) zgłębiać dzieł Judith Butler czy Jacka Kochanowskiego, naprawdę. Wystarczy się wkurzyć. Wkurzyć na szufladki, do których chcą nas wepchnąć czy do których sami się wpychamy. Wkurzyć na tych, którzy chcą nam wmówić, jacy mamy być i co mamy robić, aby nas polubili. Olać to całe lubienie i powiedzieć za Bartkiem Żurawieckim (słynna odpowiedź na numer "Więzi" z 2004 poświęcony "leczeniu" z homoseksualizmu, opublikowana też w "Homofobii po polsku"):

Dość. Walę pięścią w stół. Nie życzę sobie, by specjalistami od moich uczuć, od mojej tożsamości i mojego seksu byli faceci w czerni, kretyńscy politycy i jegomość o wyglądzie niespełnionego onanisty. (...) Nie cierpię i niczego mi nie brak na pastwiskach Pana. Dlatego - jako gej, Polak, obywatel, podatnik etc., jako jednostka - proszę was o jedno, moi mili kaznodzieje, terapeuci i weterani Okopów Świętej Trójcy. Odpierdolcie się!

Wkurzyć się i zrozumieć, że równe prawa nam się po prostu należą. I że to społeczeństwo musi do nas przywyknąć, a nie my dopasowywać do jego oczekiwań. Powtórzyć za amerykańskimi działaczami "We are here, we are queer, so get fuckin' used to it!".

W porządku, dość kaznodziejstwa. W sobotę jesteśmy w Poznaniu, tak że do przeczytania w niedzielę!

PS Najlepsze frazy z Google'a na dziś: "cipa przed TV", "Chylińska z lusterkiem między nogami", "lodówka dla Barbie", "lezbijki (sic!) z Ameryki", "coś śmiesznego o różowym" oraz "porno grzybobranie w lesie". Czego to ludzie na moim blogu nie szukają!

środa, 11 listopada 2009

Nocny miszmasz tematyczny

Ostatnio mam niezły ubaw przy sprawdzaniu fraz, po wpisaniu których ludzie trafiają na mojego bloga z Google'a. Obok nieśmiertelnego "porno z Madonną" pojawiły się tak zachwycające rzeczy jak "łańcuch w cipie", "cipy", "obrzydliwe cipy" i "seksowni homoseksualiści". Czyli że użycie paru słów w strategicznych miejscach notek zadziałało. Zwycięstwo! Wchodzić i się edukować! Swoją drogą, ciekawa jestem, czy poszukiwacze pornografii wpisują czasami w wyszukiwarkę również słowo "łechtaczka". Aha, i zgłaszam swój akces na honorową członkinię Lesbijskich Oddziałów Terrorystycznych. Zasłużyłam, nie?

Z tematów lekkich i przyjemnych - nieźle rokującego bloga znalazłam. Nazywa się Fioletowa Winda (ładnie) i gdyby autorka połączyła siły na przykład z takimi Lesplotami, to już mamy niezły portal kulturalno-rozrywkowy. Bo sama zginie w sieci, a szkoda by było. No chyba że zadba o promocję. Proszę zadbać, to nietrudne i bezpłatne (nie licząc czasu). Mogę zdradzić wszystkie sekrety.

Dyskusja na Homikach pod tekstem Marcina trwa, z czego wynika przynajmniej jedna interesująca rzecz - że jest ileś tam osób, które może nie wiedzą do końca, co robić, ale się przejmują tym, co jest, i widzą konieczność zmian. To w sumie niezła wiadomość, tylko ktoś jeszcze coś z tymi głosami musi zrobić. I z tą dyskusją. Bo inaczej znowu będzie para w gwizdek. Tak szczerze mówiąc, to tego się najbardziej obawiam. Bo czy działacze czytają Homiki? I czy Homiki-działacze (czyli Stowarzyszenie Otwarte Forum) mają taki autorytet, by coś zmienić w większych organizacjach? Martwi mnie, że nie słychać w takich dyskusjach przedstawicieli innych orgów (oprócz Przemka Szczepłockiego i Abiekta). Ale może ONI też dyskutują, tylko my o tym nie wiemy. Oby. Choć, mając wciąż w pamięci wielką dyskusję na łamach "Repliki" o kształcie warszawskiej Parady Równości i jej skutki (a raczej ich brak), nie mam optymistycznych myśli. Przykro mi. I może też z tego, że "szarzy" członkowie i członkinie społeczności LGBTQetcetera nie mają poczucia, że ktoś ich "tam u góry" słucha (skoro nie słucha nawet oficjalnego, jakby nie patrzeć, organu prasowego KPH), po trosze się wziął kryzys, który chyba naprawdę mamy. Bo po co się angażować, skoro ONI wiedzą lepiej? I jaka to wspólna sprawa? Kurczę, a miało być optymistycznie. Przepraszam, nie wyszło.

Widzę, że znowu mi mieszany tematycznie wpis wychodzi, więc może w końcu do tych krzyży w szkołach się odniosę. Chodzi oczywiście o wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, zgodnie z którym krzyże w klasach szkolnych mogą być pogwałceniem wolności sumienia. W dyskusji nad wyrokiem najbardziej zadziwił mnie nie głos Kościoła (łatwy do przewidzenia), a konstytucjonalisty Jerzego Stępnia:

Moim zdaniem ten wyrok to przejaw prawa do nietolerancji. Wolność religijna zakłada tolerancję dla innych religii. A tolerancja polega na tym, że godzimy się na wielokulturowość i wieloreligijność w przestrzeni publicznej. Nie narzucamy nikomu swoich symboli, lecz oczekujemy, że będą one tolerowane przez innych. Orzeczenie Trybunału idzie w poprzek tej filozofii. (całość tu)

Ja bym się może i z tym w teorii zgodziła, ale jest to stwierdzenie tak pięknie oderwane od polskich realiów, że aż boli. Bo przecież tu chodzi nie tylko o obecność krzyży, ale też o nieobecność wszelkich innych symboli (nie mówiąc już o nieobecności wszelkich innych religii czy światopoglądów), więc o jakiej tolerancji (przynajmniej w sferze wizualnej) dla innych my tu w ogóle mówimy? Tak, wiem, powieszenie obok krzyża innych symboli załatwiłoby sprawę, kłopot w tym, że jakoś nikt, oprócz niektórych szkół wielokulturowych, nie wiesza. Oraz w tym, że gdyby już się komuś wieszać zachciało, pojawiłby się problem, komu się miejsce na ścianie należy (i ile tego miejsca), a komu nie. A na pewno znalazłby się ktoś wykluczony. I zabawa zaczęłaby się na nowo.

poniedziałek, 9 listopada 2009

Moje dylematy w kontekście queerowo-działaczowskich dylematów

Na Homikach, u Marcina i u Abiekta ciekawa dyskusja o znaczeniu teorii queer dla polskiego ruchu LGBTQetcetera, szansach, perspektywach, strategiach i pomysłach, jak działać w przyszłości. Poszło o nowy numer pisma "InterAlia", w kontekście którego Marcin szuka odpowiedzi na pytanie, w jakim kierunku powinniśmy pójść, aby nasze postulaty zostały zrealizowane. W dyskusji (zachęcam do włączenia się) mnie akurat ujął jeden z argumentów Jacka Kochanowskiego (na wszelki wypadek dodam - jednego ze współzałożycieli KPH) na blogu Abiekta:

Zajmuję się (...) tworzeniem (czy współtworzeniem) wiedzy, która może być przydatna do tego, by prowadzić racjonalną politykę. Problem polega na tym, na co zwraca uwagę też Marcin, że nasi działacze/działaczki mają tę wiedzę głęboko gdzieś, wiedzę opartą na doświadczeniach pokoleń lesbijek i gejów walczących o swoje prawa. Sądzą, że świat zaczyna się od nich, a to, czym zajmuje się Kochanowski czy Mizielińska, to nudne akademickie pieprzenie w bambus. Liczą się akcje, wszystko jedno jakie i wszystko jedno po co. Ja mam pogląd, że zanim coś się zrobi, trzeba wiedzieć: co się robi i po co się robi.

Trudno się nie zgodzić, zresztą o potrzebie edukacji działaczy i działaczek zdarzyło mi się już tutaj parę razy marudzić. Akcje na "hurra!" są fajne dla Lesbijskich Oddziałów Terrorystycznych (które mam nadzieję jeszcze istnieją), ale nie dla uważających się za poważne organizacji. Zresztą ostatnio wyszło mi, że nawet działalność mało poważna, jak nasz kabaret, również powinna być po coś. Bo choć nasze środowisko zazwyczaj wrzuca nas (słusznie!) do szufladki z napisem "rozrywka" (tudzież "to nie jest śmieszne"), to już mainstream doszukuje się w nas czegoś więcej. Nie przez przypadek piszę o tym teraz, bo nagle mamy wysyp (no dobrze, wysypik) propozycji z mainstreamowych mediów, abyśmy się w jednym czy drugim programie śniadanowym pojawiły. No i jest kłopot, bo wiadomo, że nie o wymiar kabaretowy chodzi, ale o nasze bycie lesbijkami (co, przyznaję, zlekceważyłyśmy, idąc do "Strefy wolnych myśli"), a więc o aspekt polityczny całej sprawy. Bo niestety w tym nieszczęsnym kraju jest tak, że cokolwiek zrobią osoby LGBTQetcetera, jest to uznawane za polityczne. Pytanie brzmi, jak to ugrać i czy w ogóle warto. Po co znowu pójdziemy do mediów (jeżeli pójdziemy) i co możemy wygrać, a co stracić. I jako kto w ogóle się tam pojawimy. Przyznam, że gryzie mnie to straszliwie, bo za działaczkę się już mimo wszystko nie uważam, a wiem, że tak - czyli jako "reprezentantki środowiska i jego postulatów" - możemy zostać odebrane. Nie widzę też nas jako następczyń Rafalali, która flirtując z mainstreamem, wygrała wolność do robienia tego, co robi. Kurczę, ja chciałam tylko bawić ludzi, a tu nagle wyszła z tego całkiem poważna sprawa. Mniejsza z tym, że nam to dobrze zrobi na warsztat. Gorzej, że jakoś tam się przyczyniamy do tworzenia portretu zbiorowego polskiego środowiska LGBTQetcetera. Że znowu ktoś powie / napisze "Tak wyglądają polskie lesbijki". I głupio by było, gdyby wyglądały głupio.

I teraz bardzo bym chciała, aby ktoś napisał: "desperujesz, Mirmiłku". Sama bym to chciała napisać, ale jedyne, co mi się pod czaszką kołacze, to złość na fakt, że gdyby ta nasza niższa, bliższa rozrywce kultura była choć ciut bogatsza, nie byłoby problemu. Gdybyśmy mieli misiowy boysband, kilka zespołów, wokalistek, stand-upowców, gdyby mainstream przywykł do faktu, że coś takiego jak nasza kultura po prostu istnieje i nie ma po co robić wokół tego wielkiego halo. Gdyby była taka Ellen...

O właśnie, skoro już padła Ellen, to czas na zabawną przerwę muzyczną. Czy już wspominałam, jak bardzo nie cierpię Katy Perry? Jedynie w tym klipie jestem w stanie ją znieść:



Do samej dyskusji, od której zaczęłam ten wpis, chyba nic mądrego dziś nie dodam. Bo że trzeba mieć plan, to wiadomo. Że trzeba patrzeć szerzej, też. Że potrzebny jesty lobbing i rozliczanie polityków z obietnic wyborczych, że edukacja liderów i działaczy - nic nowego pod słońcem. Tylko jak sprawić, by komukolwiek chciało się nie tyle ową strategię opracować, ale wcielić w życie? Podobny problem ma zresztą również nasz feminizm - bo nie tylko my, jak pisze Abiekt, dostaliśmy jednocześnie i gejowsko-lesbijskie "community", i "gay liberation front". Również wszystkie zdobycze powojennego feminizmu trafiły do nas jednocześnie. Polska specyfika, tak. Tylko jak z tego wyjść?

PS Ostatnio na blogu Lubię alternatywne systemy znalazłam opinię (odnośnie działalności właśnie), że bez zadęcia i patosu nie da się jakoś zaistnieć i poważnie rozmawiać o poważnych sprawach. Bo Polacy to naród od wieków bogoojczyźniany bez krzty dystansu do samego siebie. I że lepiej od migawek z parad czy żenujących wywiadzików z działaczami w TV zadziałałby "zawstydzający monolog jakichś wyoutowanych autorytetów". Niestety autorka nie rozwinęła tematu, bo uważa, że jako że sama nic nie robi, nie ma moralnego prawa się wypowiadać. Szkoda. Może o strategię działania na przyszłość powinno się też zapytać tych, co nie dają sobie prawa głosu. Bo działacze, szczególnie warszawscy, są jednak czasami trochę oderwani od rzeczywistości.

niedziela, 8 listopada 2009

Znów etykiety, ale tym razem muzyczne

Tak, znowu muzyka. Hurra! Ale za to okazja specjalna, bo w czwartek po występie w Ustach Mariana miałam przyjemność poznać Xysia i Juniora z współmałżonkiem (przy okazji - Junior, wyyygraaaliśmy!) i Junior stwierdził, że promuję tutaj muzykę country. Otóż nie do końca, ale o tym za chwilę. Najpierw, jako że mój ulubiony team muzyczny Ferrick, McKeown, Miller, Wolf ma na koncie kilka coverów tego jakże szlachetnego gatunku muzycznego, wrzucam ich wersję "Ring Of Fire" Johnny'ego Casha (niestety jakość wideo koszmarna, ale za to słychać nieźle):



Mimo mojej całej sympatii do country (choć bardziej niż country lubię westerny, szczególnie w wydaniu spaghetti), uściślam, że gatunki muzyczne, którymi moje ulubione wykonawczynie się parają, to jednak głównie folk, rock i jazz. Ten pierwszy zazwyczaj kojarzy się z panią czy panem uzbrojonym w gitarę akustyczną, co ciut się kłóci z "oficjalnymi" definicjami i odczuciami samych twórców. Najpierw Ani Difranco: "Sercem muzyki folkowej nie jest gitara akustyczna. Używam słowa 'folk', mówiąc również o muzyce punkowej czy rapie. Chodzi o podejście, o świadomość spuścizny, o społeczność, którą tworzy. To muzyka, która daje głos różnym społecznościom i ich walce przeciw autorytetom". Miss Ferrick dla odmiany uważa się raczej za piosenkarkę rock'n'rollową, bo opowiada o swoim życiu, nie próbując nadać śpiewanym przez siebie historiom politycznej perspektywy. Czyli ważne jest nie tylko, jak ktoś śpiewa, ale też, o czym. Swoją drogą, panią Ferrick (i podobne jej piosenkarki) wrzuca się też czasami po do prostu worka z napisem "współczesna muzyka folkowa", obchodząc w ten sposób brak wymiaru politycznego czy społecznego w ich twórczości. 

Żeby było jeszcze trudniej, etykieta "współczesna" nie zawsze pomaga. Ot, w przypadku Erin McKeown, która się przez tego bloga od początku przewija, ale nigdy nie została należycie przedstawiona, najlepiej chyba pozostać przy bardzo użytecznym słówku "alternatywna". Bo Erin to jazz, blues, rock, folk, funk, pop, swing, elektro i pewnie parę innych równie pojemnych określeń. Niezależnie jednak od tego, co gra i jak to nazywa, Erin jest niesamowicie utalentowana i na pewno warto ją choć trochę poznać. Dziś specjalnie dla Panów "James" - historia jej przyjaciela, który zakochał się w heteroseksualnym żołnierzu. Jest happy end.



A dla pań, panów i osób nieidentyfikujących się z żadną płcią - "How to Be a Lady":



Tak w ogóle, to dziś miało być nie muzycznie, a filozoficzno-przynudziarsko o lesbijkach, związkach, życiu codziennym i tak dalej, i temu podobnie (tak na kanwie dyskusji pod poprzednim postem), planowałam też skomentować wyrok trybunału w Strasburgu odnośnie wieszania krzyży w szkołach, ale mi się skasowało. No dobrze, nie skasowało, ale zapisało na inny czas, bo na razie mam trochę dość "poważnych" (w cudzysłowie, bo dla mnie muzyka to poważna rzecz) tematów. Ale jeszcze mi się wróci, mam nadzieję. A w ramach odstresowania czytam "Potworny regiment" Pratchetta. Wątek lesbijski jest, a jakże.

wtorek, 3 listopada 2009

Podążam za modą

Ostatnio na moich ulubionych blogach modne są przerwy, tak że i ja zapauzuję. Do piątku. Bo mamy próby. Codziennie! Gosia kazała wszystkim kabaretkom czytać Sikorę (teoretyka, praktyka, maniaka i mistyka kabaretu) i się do jego rad stosować.

A jest do czego, bo Sikora to naprawdę mądry gość. Cytaty na dziś z działu "Porady dla młodych":

Nikt psychicznie zdrowy dobrowolnie nie wchodzi na scenę (a już na pewno nie na kabaretową). Zawsze jest jakaś motywacja, do której niechętnie się przyzna. To albo leczenie kompleksów, albo chęć błyszczenia, bywa, że pobudki materialne. I nie ma się co obrażać. Psychicznie zdrowi siedzą na widowni.

Naturalna spontaniczność potrafi być rozbrajająca. Kiedy występ idzie lepiej, niż występujący oczekiwali, to po prostu widać, jak aktorzy rozkwitają i promienieją z każdą reakcją widowni. A publiczność to odbiera i odsyła tę energię z powrotem na scenę. I tak się potrafią nawzajem napędzać oglądający z występującymi, że występ nabiera magicznego wymiaru. Wymiana energii jest wtedy na tak wysokim poziomie, że zakrywa wszelkie niedostatki warsztatowo-tekstowe. 

Jeżeli występ nie jest dla jakiejś oficjalnej widowni, tylko dla ludzi z poczuciem humoru, to nieudolność może bardzo działać na korzyść widowiska. Wprowadza wymiar ludzkich słabości, które mogą dodawać wdzięku i lekkości. Nieraz autorzy tekstów wysilają się, żeby wyeksponować ludzkie słabości - a tu za darmo i w sposób najbardziej naturalny pokazane jest, że można sobie nie radzić. To jest naprawdę duża siła początkujących - pod jednym tylko warunkiem: że z tego powodu nie zaczną się denerwować

Spontaniczność spontanicznością, nieudolność nieudolnością, ale pomne faktu, że nie jesteśmy już wcale takie nowe i że w naszym przypadku efekt świeżości powoli (?) przestaje działać, pracujemy nad warsztatem i dzień w dzień ćwiczymy przed czwartkowym występem w Ustach Mariana i przed kolejnymi - również bliskimi. Co gorsza, poddałyśmy się pod potworną, morderczą i megakrytyczną obróbkę dwóch zaprzyjaźnionych aktorek. Co jeszcze gorsza, reżim próbowy zamierzamy utrzymać. Zabawa się skończyła. I pozostaje mi mieć nadzieję, że wkrótce dostrzeżecie różnicę.

A na wypadek, gdybyście za mną tęsknili, tutaj znajdziecie fotoreportaż Hanny Jarząbek o życiu codziennym lesbijek w Polsce. Piękny, i wcale nie piszę tak dlatego, że gdzieś się tam z Gosią przewijamy. No dobra, może trochę i dlatego.

Do przeczytania:)

niedziela, 1 listopada 2009

O kulturze i homofobii motania ciąg dalszy

Mam takie małe i chyba nieszkodliwe w sumie hobby - od jakichś sześciu lat jestem wierną czytelniczką forum, a ostatnio również portalu internetowego Fronda.pl. Kiedyś brałam udział w dyskusjach, ba, zyskałam nawet miano "ich lesbijki" (taka forumowa maskotka, zobaczcie, nawet my, straszny ciemnogród, swoją lesbijkę mamy), teraz ograniczam się do obserwowania. I z jednej strony wiem, że czytanie homofobicznych newsów czy dyskusji nie ma większego sensu, z drugiej - ich zamiłowanie do ich produkowania, ba, więcej niż zamiłowanie, wręcz życiowa misja, jest jednak na swój sposób fascynująca. Czegóż to ludzie nie wymyślą na usprawiedliwienie swojej homofobii, jakich newsów nie wyciągną - a to że lesbijka uwiodła uczennicę, a to że gej zamordował partnera i następnie go zjadł, a to że starszą panią w Wielkiej Brytanii aresztowano, bo skrytykowała paradę osób nieheteroseksualnych, no po prostu dzień bez strasznego newsa "z życia lesb i pederastów" to dzień stracony. Najbardziej rozwaliła mnie jednak dyskusja na forum Frondy po tym, jak w sierpniu tego roku w Tel Awiwie nieznany sprawca zamordował dwoje młodych ludzi biorących udział w spotkaniu grupy wsparcia dla gejów i lesbijek. Otóż jeden z forumowiczów Frondy uparcie dowodził, że skoro podczas spotkania grupy propagowano homoseksualizm, to morderstwo to było ze wszech miar usprawiedliwione, bo lepiej nie żyć, niż żyć w grzechu. Mocne, nieprawdaż?

W tym kontekście (a także w kontekście jakiejkolwiek dyskusji o homoseksualności na forum większego portalu) naprawdę bawią mnie wywody o tym, że czyjaś nieheteroseksualność nikogo już w Polsce nie rusza. Piję do kolejnego wpisu na temat Barbie Girls na portalu Kontrowersje.net (powstałym w odpowiedzi na tekst Neospazmina, którym zachwycałam się tu), a którego autor i założyciel Kontrowersji w jednym uparcie dowodzi, że a) lesbianizm sprowadza się do wkładania sobie tego i owego tu i tam (i do tego ograniczają się nasze skecze), b) nikogo już w Polsce to, że ktoś jest lesbijką, nie rusza, tak że robienie wielkiego halo z gimnazjalnego amatorskiego teatrzyku lesbijskiego jest po prostu śmieszne. Linka nie podaję, zgodnie z zasadą, że nie promuję wywodów moim zdaniem niewartych promocji, ale wspomnieć muszę, bo to piękna ilustracja tego, jak niejednorodnym zjawiskiem jest homofobia i jakich to ekwilibrystycznych sztuk wymaga czasami powiedzenie, że się lesbijek po prostu nie lubi, a właściwie to się lubi tylko niektóre, te, co się ze swoją homoseksualnością nie "obnoszą" i grzecznie robią to w domu po kryjomu.

Tekst na Kontrowersjach to też ciekawy przyczynek do niedawnej dyskusji tutaj o naszej kulturze. Bo według jego autora wejście kulturalnych inicjatyw spod znaku literek LBGTQIetcetera do mainstreamu równa się jego pauperyzacji. Bo przecież Gombrowicza kochamy za to, że wielkim pisarzem był, a nie za to, że i od chłopców nie stronił. Bo heterycy nie robią szoł z tego, co oni tam i gdzie sobie wkładają (czyżby?). Więc i Barbie Girls niech się nie pchają do mainstreamu, a może raczej niech media ich nie wyciągają, bo stajemy wówczas w jednym szeregu z Jolą Rutowicz i Michałem Wiśniewskim. Z tym ostatnim stwierdzeniem mogę się poniekąd zgodzić - póki nie poprawimy warsztatu, naszą jedyną wartością dla mainstreamu będzie owa łatka "lesbijski". Co nie zmienia faktu, że twórca Kontrowersji nie tyle nie widzi miejsca w kulturze dla inicjatyw kiepskich artystycznie, co utożsamia ową kiepskość z lesbijskością (i innymi "-ościami"). Czemu? Bo to już przecież było. Bo szokowali Nabokov, Markiz de Sade i Jim Morrison. No właśnie, szokowali. Tylko czy ma szokować komik-gej opowiadający o dajmy na to serii nieudanych randek w ciemno? Albo o ogłoszeniach na portalach randkowych (przy okazji - polecam superwpis o ogłoszeniach właśnie na blogu Xysia tutaj). Nie, on ma bawić. Za to biseksualny malarz ma dajmy na to zachwycać, fotografka-lesbijka powiedzmy zmuszać do myślenia, a pisarka-transka może wzruszać. Niezależnie od tego, czy uczyni swoją tożsamość seksualną czy płciową tematem swojej sztuki czy nie. Ale też niezależnie od tego, czy postanowi tę tożsamość poprzez swoją sztukę ujawnić. A już na pewno jej / jego orientacja nie może być czynnikiem decydującym o tym, czy to, co robi, uzna się za wartościowe. Kłopot w tym, że moim zdaniem my jesteśmy na etapie, na którym właśnie orientacja jest jednym z ważniejszych kryteriów kwalifikujących (przykład naszego kabaretu, który jest na fali, bo jest lesbijski) bądź dyskwalifikujących (maglowany wpis na Kontrowersjach).

A teraz nieoczekiwana zmiana tematu. Przez to całe zamieszanie wokół kabaretu niewiele jest u mnie ostatnio muzyki. Tak że dziś coś z pogranicza komedii i muzyki, czyli Julie Wolf śpiewająca dla mamy Ellen Degeneres podczas rejsu zorganizowanego przez lesbijską agencję turystyczną Olivia Travel.



To niestety jeden z niewielu klipów ze śpiewającą Julie dostępnych w internecie, a szkoda, bo sama artystka jest więcej niż godna uwagi. Julie ma na koncie tylko jedną płytę solową - wydaną w 1996 roku "Walk the Worn Out Floor" (kilka piosenek tutaj) i pewnie z setkę płyt nagranych z innymi wykonawcami, głównie folkowymi, rockowymi i jazzowymi, jak Bruce Cockburn, The Indigo Girls, Erin McKeown, Dar Williams, Catie Curtis, Kris Delmhorst, Girlyman, Allison Miller, Jon Evans, Laura Love, Alix Olson czy Melissa Ferrick. Julie to wspaniały, ciepły, jazzujący głos, fortepian, klawisze, akordeon i z parenaście innych instrumentów. Ostatnio skomponowała muzykę do niezależnego filmu "Night fliers". To jedna z najbardziej cenionych w Stanach wykonawczyń sesyjnych i akompaniujących, która potrafi zresztą ukraść show gwiazdom teoretycznie od niej większego formatu. A poza tym ma śliczny uśmiech, a moje kochanie wie, jak mnie te kobiece uśmiechy kręcą:)