piątek, 31 grudnia 2010

2010: intensywny i bardzo ciekawy

Nie da się ukryć - to był ciekawy rok. Być może najciekawszy w moim życiu. Odpuszczę sobie wyliczanie, co się działo w poszczególnych miesiącach i skupię się na tym, co było dla mnie najważniejsze.

Najistotniejsze i najsmutniejsze wydarzenie to katastrofa samolotu prezydenckiego. Homicze środowisko najboleśniej odczuło śmierć Izabeli Jarugi-Nowackiej, naszej największej przyjaciółki wśród polityków. O tym, jak katastrofa wpłynęła na sytuację na polskiej scenie politycznej, chyba nie trzeba pisać. Zresztą o Smoleńsku pewnie jeszcze nie raz usłyszymy, wszak kolejne wybory blisko, a i spokojniejszy politycznie czas to dla niektórych świetna okazja do gry trumnami.

Jeżeli chodzi o sprawy czysto homicze, to ten rok zdecydowanie upłynął pod znakiem walki o ustawę o związkach partnerskich. Działania Grupy Inicjatywnej, wielka debata na Homikach, akcje "Miłość nie wyklucza" i "Równi w Europie - tak chcemy" i w końcu mój z Gosią start w konkursie SAS. Oczywiście cały czas brakuje tej wielkiej "kropki nad i", czyli samej ustawy, ale coraz szerszy oddźwięk społeczny pozwala mieć nadzieję, że w ciągu najbliższych lat w końcu ją postawimy. Oczywiście różowo nie jest. Wprawdzie nasze postulaty niby popierają SLD i Palikot, ale nie ma co się łudzić, że jakoś szczególnie im na nas zależy, gdy nie potrzebują naszych głosów. Oraz że partie przynajmniej skłonne powalczyć o ustawę w Sejmie tak szybko będą dysponować wystarczającą liczbą mandatów, by zrobić coś poza zgłoszeniem jej do laski marszałkowskiej. Nie mogę też nie wspomnieć o wątpliwościach, jakie wzbudziły działania Grupy Inicjatywnej wśród samych osób nieheteroseksualnych, przynajmniej tych zainteresowanych wyrażeniem swojej opinii w ankiecie przygotowanej przez portal Homiki. I bynajmniej nie o to chodzi, że nie chcą ustawy, ale o to, że przygotowany przez GI projekt w dużej mierze uznały za zbyt zachowawczy i bynajmniej niereprezentatywny dla ich oczekiwań.

W sumie dyskusja wokół działań GI wcale nie jest niczym złym. A już zaangażowanie przez Homiki kilku tysięcy osób w opiniowanie ustawy było wydarzeniem bez precedensu, które pokazało, że wcale nie jest tak, że kwestia naszych praw interesuje tylko garstkę działaczy, ale że jest istotną bolączką naszej społeczności. Podobnie było z EuroPride - tu też krytyka działań jej oficjalnego organizatora Fundacji Równości zaowocowała wysypem inicjatyw przeróżnych grup formalnych i nieformalnych, które może niekoniecznie sprawiły, że nasza EuroPride była wielkim sukcesem, ale na pewno nie była też porażką. Tak bogatego programu nie miało dotąd żadne wydarzenie organizowane przez osoby nieheteroseksualne w Polsce. Nie obyło się oczywiście bez rzeczy dyskusyjnych, od niesławnego "rzucania jajkiem w pedała" (i lesbę w osobie Gosi) po plakat Pomady. Nasz udział w EuroPride ograniczył się do zorganizowania wieczoru "Wspomnień czar" oraz występu kabaretu (ostatniego w Warszawie, nie licząc Dnia Różnorodności). Na frekwencję, mimo potwornego upału, narzekać nie mogłyśmy, tak że z naszej perspektywy - pełen sukces.

Druga połowa roku to coraz głupsze wystąpienia Radziszewskiej - od uznania, że szkoła katolicka ma prawo zwolnić nauczycielkę lesbijkę po wyoutowanie Krzyśka Śmiszka w programie TVN. Nasz odwet na pani minister wzięłyśmy w dedykowanym jej programie kabaretu podczas Dnia Różnorodności (któremu patronowała), ale nie da się ukryć, że, choć było to miłe i ożywcze, nie rozwiązało głównego problemu, czyli samej obecności tej pani na jakże niepasującym do niej stanowisku pełnomocniczki rządu do spraw równego traktowania.

We wrześniu zaczęła się epopeja pod tytułem "Gosia & Ewa in the Air". Aż mi się wierzyć nie chce, że od początku konkursu minęły już cztery wypełnione nim miesiące. Już od jakiegoś czasu obiecuję to wszystko podsumować i ciągle mi nie wychodzi, więc może mała wprawka teraz. Tak naprawdę nie mam pojęcia, w ilu mediach (nawet polskich) i ile razy się przy jego okazji pojawiłyśmy (a to jeszcze nie koniec). Wiem też, że tak naprawdę na ocenę tej akcji będzie dobry moment dopiero za jakiś czas, kiedy już co poniektórzy przestaną się bać otwierać lodówkę i skończą się reakcje przypadkowych ludzi w stylu "To panie? Gratuluję!". Co mnie najbardziej poruszyło w ciągu tych miesięcy? Z jednej strony to, o czym wielokrotnie już pisałam, czyli wsparcie i życzliwość tak wielu, często zupełnie nieznajomych, osób. Przyjaźnie i znajomości, które się w jego trakcie narodziły. Ale też, o czym chyba dotychczas nie pisałam, miejscami zupełne niezrozumienie sytuacji ze strony osób (na szczęście nielicznych), które znamy i które były trochę bardziej na bieżąco z naszymi odczuciami i emocjami w trakcie konkursu niż ci, którzy mieli możliwość wspierać nas jedynie za pośrednictwem internetu. Tak że tak z czysto osobistej perspektywy ten konkurs był dla nas świetną okazją do zweryfikowania niektórych znajomości. Większości na plus, kilku na minus. A z perspektywy mniej osobistej? Tu nic nowego nie wymyślę - udało się sprawić, że o związkach partnerskich było naprawdę głośno. Udało się skonsolidować bardzo wiele bardzo różnych środowisk, wszystkie nasze portale, wiele blogów. Zainteresować niezainteresowanych. Oczywiście bynajmniej nie nasza w tym zasługa, a tych wszystkich osób, które zupełnie bezinteresownie zaangażowały się w promowanie naszego udziału w konkursie. Które uparły się, że musimy wygrać. I dopięły swego. A potem pomogły nam się do tego ślubu przygotować. I nadal są z nami.

Końcówka roku to nie tylko przygotowania do wyjazdu, ale też listopadowa manifestacja spod znaku "Faszyzm nie przejdzie", aresztowanie Roberta Biedronia i w końcu wybory samorządowe, które były rekordowe, jeśli chodzi o liczbę kandydatów spod znaku LGBTQetcetera. Mandat udało się zdobyć jednemu - Krystianowi Legierskiemu.

Nie mogę też nie wspomnieć o czymś o dużo mniejszym znaczeniu, ale dla mnie bardzo ważnym, czyli o wzroście popularności naszego bloga. Dobra passa zaczęła się w lipcu (za sprawą EuroPride), a rekordowy był październik - to już zasługa konkursu SAS. To, co mnie najbardziej cieszy, to rosnąca liczba komentarzy i odesłań z innych mediów, nie tylko homiczych. Nie będę was dziś zamęczać liczbami, na to przyjdzie czas w sierpniu przyszłego roku, przy okazji świętowania dwóch lat istnienia garniturka, ale muszę przyznać, że zakładając go, nie przypuszczałam, że tyle się będzie na nim działo. Wprawdzie o popularności bloga świadczą nie tylko komentarze, ale i liczba trolli, a tych póki co jest tu niewiele, ale akurat z tego powodu płakać nie będę.

Co jeszcze? "Dyskretne symetrie" Jeanette Winterson. Wyjazd do Berlina na koncert Melissy Etheridge. A już w styczniu czeka mnie coś, co prawdopodobnie przebije to wydarzenie. Ale póki co nie chcę zapeszać. Oraz rozwiązanie kabaretu Barbie Girls, które, ku naszej rozpaczy, jakoś nie wywołało u nikogo odruchu Rejtana. Tak że wychodzi na to, że była to dobra decyzja, podjęta we właściwym czasie. Co nie znaczy, że nie czekają nas jeszcze jakieś ostatnie podrygi - ale o tym, jak już będą pewne na sto procent.

W ubiegłym roku nie miałam problemu ze wskazaniem człowieka roku (Ryszard Giersz). W tym było wprawdzie kilka bardzo ważnych coming outów (Ireneusz Krzemiński, Michał Głowiński, Marta Konarzewska - pierwsza otwarta nauczycielka lesbijka, Karol El-Kashif - pierwszy coming out geja żyjącego z HIV), był też kolejny wygrany proces - Piotra Kozaka, ale zabrakło kogoś, kto wykazał się bohaterstwem na miarę Giersza. 2010 był też rokiem coraz silniej uwidaczniających się antagonizmów wśród działaczy, ale też, po części z nich wynikających, nowych inicjatyw, jak choćby grupa Tel-Aviv. Co dalej? Na pewno będzie się działo wokół warszawskiej Parady Równości, która póki co zdaje się mieć nieco zbyt wielu "właścicieli". Będzie też ciąg dalszy akcji "Miłość nie wyklucza", która ma nadzieję objechać całą Polskę. Oraz, jak się uda, nasze wesele. Będą wybory parlamentarne, tak że będą i umizgi polityków, i pogrywanie związkami przez nam niechętnych. A Gosi i mnie mogę jedynie życzyć, by rok 2011 był dla nas równie ciekawy jak 2010. Choć chwila odpoczynku też się oczywiście przyda.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Dwa zniknięcia, dwie pełnomocniczki i zagadka

Jako że koniec roku zbliża się nieubłaganie, niektórzy już się wzięli za podsumowywanie roku, a nawet dekady. U mnie też będzie, ale póki co kilka zaległych newsów.

Z ramówki TVP od marca przyszłego roku zniknie "Warto rozmawiać" Jana Pospieszalskiego.Nie powiem, żeby jakoś szczególnie zmartwiła mnie ta wiadomość - ów program niezmiennie podnosił mi ciśnienie w czasach, gdy jeszcze miałam telewizję i zdarzało mi się go oglądać. Z drugiej strony tłumaczenie zakończenia emisji programu wymogami ustawowymi, zgodnie z którymi "obowiązkiem telewizji publicznej jest przygotowywać audycje cechujące się m.in. pluralizmem, bezstronnością, wyważeniem. Powinny także rzetelnie ukazywać całą różnorodność wydarzeń zjawisk" jakoś do mnie nie trafia. Nie dlatego, że uważam, by audycja Pospieszalskiego była rzetelna czy wyważona, ale dlatego, że trudno to powiedzieć o jakimkolwiek programie publicystycznym. Media nie są bezstronne i widać to nie tylko w publicystyce, ale też chociażby w serialach, które, chcąc nie chcąc, promują określone poglądy czy styl życia. Czyli, jak dla mnie, decyzja podyktowana wyłącznie względami oglądalnościowymi, szczególnie że stacja deklaruje chęć dalszej współpracy z Pospieszalskim, tyle że w innej formule.

Skoro już przy zniknięciach jesteśmy, to jakoś pod koniec listopada z sieci zniknął serwis ProHomofobia.pl, któremu kilka miesięcy temu nie wróżyłam długiego istnienia. Początkowo myślałam, że to może problemy techniczne i serwis wróci, ale wychodzi jednak, że nie. Mimo iż ten portalik należał do, eufemistycznie mówiąc, niezbyt przeze mnie lubianych, ciekawa jestem, co się właściwie z nim stało. Niestety wujek Google milczy na ten temat, tak że pozostaje mi tylko domniemywać, że zabrakło kasy na serwer, chęci do pisania albo zemściło się podkradanie treści i zdjęć z innych serwisów i blogów. Osobiście mam nadzieję, że zadecydowało to ostatnie, bo o ile nie mam problemu z istnieniem ludzi, którzy mają po prostu inne poglądy niż ja, o tyle niefrasobliwość, z jaką tak wiele mediów internetowych traktuje prawa autorskie, nieodmiennie mnie złości. W końcu nawet jak ktoś nie ma możliwości publikowania wyłącznie własnych treści, to istnieje coś takiego jak Creative Commons, nie mówiąc już o tym, że niemal zawsze można się skontaktować z autorem/autorką danego tekstu czy zdjęcia i poprosić o zgodę na publikację. Najwyżej się jej nie otrzyma.

Z ciekawostek, nominowana do "Nogi Stołka"  (za to, że wbrew zapowiedziom nie pojawiła się na EuroPride) Karolina Malczyk-Rokicińska, warszawska pełnomocniczka do spraw równego traktowania, koordynuje program antydyskryminacyjny "Warszawa różnorodna". Cel: zbadanie i wychodzenie naprzeciw potrzebom osób dyskryminowanych ze względu na płeć, rasę, pochodzenie etniczne, religię, wyznanie i światopogląd, wiek, orientację seksualną i niepełnosprawność. W grupie roboczej znalazły się osoby, które może dzielić niemal wszystko, a wszystkie łączy jedynie poczucie, że z jakiegoś powodu są dyskryminowane (LGBTQetcetera, feministki, niepełnosprawni, chrześcijanie). Jeżeli wierzyć "Gazecie Stołecznej", nie przeszkadza im to we wspólnej pracy. Super, oby doniesienia okazały się przynajmniej w połowie zgodne z prawdą.

Tymczasem pani Radziszewska wzięła się za... selekcję w klubach. A konkretnie za szczeciński klub Kafe Jerzy, do którego mogą wejść panie, które ukończyły 20 rok życia i panowie, którzy mają skończone 25 lat. Co jest ponoć złe, bo dyskryminuje panów ze względu na wiek. Nie lubię selekcji i do klubów, które ją stosują, nie chodzę, ale z drugiej strony uważam, że właściciele lokali mogą wpuszczać do nich gości na zasadach, jakie sami sobie wymyślą, i można ich krytykować, ale nie można do niczego zmuszać. Poza tym naprawdę są poważniejsze zadania dla pani minister od dyskryminacji.

Na koniec coś z innej bajki. Na Innej Stronie pod informacją o naszym ślubie rozpętała się przed świętami nielicha dyskusja. Zastanowiła mnie w niej jedna rzecz, bynajmniej niezwiązana z oceną walorów Gosi i moich czy z samą ideą konkursu. Otóż znalazło się w niej kilka głosów (autorstwa, co ciekawe, wyłącznie osób dwudziestokilkuletnich) negujących sens walki o nasze prawa oraz określających czas ich potencjalnego uzyskania jako "nie za naszego życia". Ciekawa jestem, skąd ten pesymizm i niewiara w możliwość jakichkolwiek zmian oraz przeświadczenie o nieskuteczności dotychczasowych działań. Czy wynika z nieznajomości historii i braku wiedzy na temat zmian, które miały miejsce w ostatnim dwudziestoleciu? Czy też bardziej z tego, że piszący skupiają się na swojej osobistej perspektywie i uważają, że skoro w ich życiu nic się nie zmienia, to w ogóle nic się nie zmienia? Nie mam pojęcia, w każdym razie trochę to przygnębiające.

wtorek, 21 grudnia 2010

Od św. Łucji do serwetki na kolanach

Od powrotu do Polski minęły cztery dni. Nadal walczymy z jetlagiem, choć tę noc mogę zaliczyć do udanych, bo udało mi się w końcu przespać kilka godzin. Zaginiona walizka wróciła, jej zawartość na szczęście też. Wczoraj zaliczyłyśmy kolejny występ na żywo w "Między kuchnią a salonem":



Wyszło chyba nieźle, choć widać po mnie nieprzespaną noc. Wciąż nie mogę się przerzucić na tryb normalnego komentowania na blogu i zainteresowania tym, co tu i teraz, ale może to też wina gorącego przedświątecznego czasu. Tak że dziś kilka obiecanych anegdot i ciekawostek z podróży.

Pochód Świętej Łucji
Jak może pamiętacie, 6 grudnia wieczorem, już po ślubie i przylocie do Nowego Jorku, miałyśmy przyjęcie weselne. Wyglądało to mniej więcej tak, że najpierw przez kilkanaście minut wspólnie z Amerykanami i Niemcami czekaliśmy w kuchni, w charakterze niespodzianek czy też gości honorowych. Potem mieliśmy swoje wielkie wejście na salę, a poprzedzało nas kilka ubranych na biało dziewczynek sypiących kwiatki:
Pełen odjazd, ale nie była to jedyna niespodzianka z ich udziałem. Kiedy już impreza się rozkręciła, w pewnym momencie rozbrzmiała rzewna muzyka i zebranych gości okrążył prawdziwy pochód św. Łucji, w wieńcach z płonącymi świecami i z pieśnią na ustach. Taka skandynawska świąteczna tradycja. Tak, nie udało nam się zachować powagi.

Amerykańskie imiona
Na drugi dzień pobytu w Nowym Jorku ekipa TVN i Gosia dostali w Starbucksie nowe, amerykańskie imiona (ja niestety nie, bo moje jest proste chyba dla każdego). Wzięło się to stąd, że podpisują tam kubki z kawą, aby nikogo nie pominąć. I tak Gosia została Doshą, Darek - Derrickiem, Roman (operator) - Normanem, a Irek (dźwiękowiec) - Oditem. Skąd im się ten Odit wziął, nadal pozostaje dla nas zagadką. Ale w każdym razie używaliśmy tych imion przez cały spędzony wspólnie z chłopakami czas.

Tutiturumtu
Bodaj na trzeci dzień pobytu w Nowym Jorku zachciało nam się skorzystać z room service. A konkretnie zamówić herbatę z cytryną. Nacisnęłam więc odpowiedni numer na naszym telefonie pokojowym i poprosiłam o "Two tea to room 537. With lemon". Pan po drugiej stronie zapytał, czy cytrynę przynieść na talerzyku. Trochę zdziwiona odpowiedziałam, że tak (bo może to taki ich zwyczaj?). No i przyniósł - dwie ćwiartki cytryny w owiniętej folią miseczce. Kłopot w tym, że tylko to. Herbaty nie dosłyszał.

Czy ktoś mógłby ją nakarmić
Pisałam już o moich wrażeniach z potwornie snobistycznej restauracji Cecconi's w West Hollywood. 
Byłyśmy tam z Aleksem i Shantu, Andy'm i Kirsten (opiekowali się nami w West Hollywood) i z Andersem z SAS. Przy sąsiednim stoliku siedziała ładna, choć chyba mocno poprawiona chirurgicznie blondynka. Ale tak czy siak ładna, więc zerkaliśmy na nią co jakiś czas. W pewnym momencie wstała i udała się pewnie do toalety. Gdy przechodziła obok naszego stolika i mieliśmy okazję zobaczyć ją w pełnej krasie, Anders z przerażeniem skonstatował "Could somebody give this girl some food?!".

Amerykanie to hipokryci
Po wizycie w Cecconi's i paru drinkach w Abbey wróciłyśmy do hotelu w nastrojach, cóż, dość rozrywkowych. Na tyle rozrywkowych, że zachciało nam się robić zdjęcia z przypadkowo napotkanymi ludźmi. Trafiło miedzy innymi na parę tak na oko czterdziestolatków, którzy palili przed naszym hotelem. Gdy zapytałyśmy, czy możemy sobie zrobić z nimi zdjęcie, kobieta na początku była dość niemiła, ale gdy wyjaśniłyśmy, że to nasze podróż poślubna i pierwszy raz w Ameryce, więc chcemy upamiętnić wszystko i wszystkich, zgodziła się. A potem zebrało się jej na zwierzenia (była mocno podpita), więc zapytałyśmy, czy to prawda, że w Los Angeles panuje taki kult zdrowia, jak się mówi. Na co usłyszałyśmy, że Amerykanie to hipokryci, rano jogging, wieczorem papierosy, alkohol i narkotyki. I tak prysł mit o zdrowym Hollywood.

Dzień Świra
O naszej wyprawie na plażę w Santa Monica też już pisałam, tak że dziś tylko o tym, skąd mi się wzięło skojarzenie z "Dniem Świra". Otóż autobusami jeżdżą w LA głównie ubodzy i bezdomni. Oraz turystki z Polski.
Zdjęcie powyżej ilustruje sytuację z pierwszego przystanku w Santa Monica. Potem przesiadłyśmy się do przodu, bo obok nas usiadła bezdomna kobieta, która zaczęła się kłócić z mężczyzną obok, bo ten kopał jej wózek. Później trochę do tyłu, bo inna kobieta, tym razem siedząca naprzeciw nas, co jakiś czas wybuchała histerycznym śmiechem. A potem jeszcze do tyłu, bo okazało się, że siedzimy na miejscach dla osób starszych i niepełnosprawnych, a kilkoro takich właśnie wsiadło do środka. I to akurat bardzo mi się podobało - że wszyscy natychmiast wstają z miejsc dla niepełnosprawnych, gdy wsiądą takie osoby, i to nawet w sytuacji, gdy w autobusie jest mnóstwo innych wolnych miejsc. Te na początku są zarezerwowane dla tych, którym jest się najtrudniej poruszać. I tyle.

Dwie warszawianki na końcu świata
Ostatnią atrakcją pobytu w West Hollywood była wizyta w rosyjskim SPA. I tam trafiłam do kosmetyczki, która okazała się być polską Żydówką, a właściwie Argentynką w pierwszym pokoleniu, której rodzice wyemigrowali z Polski na początku lat 20. ubiegłego wieku. Bardzo rozbawił ją fakt, że oto dwie Polki spotkały się na drugim końcu świata, w rosyjskim SPA. I stwierdziła, że przed śmiercią koniecznie musi przyjechać do Warszawy.

Komórka pod schodami
Jak już wiecie, po pobycie w West Hollywood wylądowałyśmy u Toma i Brendana w Queens. Panowie mają niewielki domek, pokój gościnny znajduje się w piwnicy, a łazienka dla gości jest przechodnia i znajduje się w przedsionku tegoż pokoju. Bynajmniej nie narzekam, bo było nam u nich cudnie, domowo i rodzinnie, ale, jako że ze względu na cienki drewniany sufit słyszałyśmy praktycznie wszystko, co się działo na górze, a i sufit się czasami sypał, gdy ktoś zbyt energicznie zatupał, nie mogłyśmy się oprzeć i ochrzciłyśmy nasz pokoik mianem komórki pod schodami (inspiracja - pierwsza część Harry'ego Pottera, na wypadek, gdyby ktoś jakimś cudem nie czytał):
Słodka stewardessa
Drogę powrotną z Nowego Jorku do Europy uprzyjemniała nam, cóż, prześliczna stewardessa. O ciętym języku, żeby nie było. Wesołych momentów było sporo, najbardziej utkwił mi w pamięci ten, gdy, zdejmując mi po śniadaniu serwetkę z kolan, stwierdziła, że to by było dość żenujące, gdybym pojawiła się ubrana w ową serwetkę w hali odbioru bagażu.

Tyle historii na dziś. A następnym razem może będzie w końcu coś ze spraw bieżących.

sobota, 18 grudnia 2010

Ludzie i książki

I koniec. Dziś przyleciałyśmy do Warszawy. Nie obyło się bez przygód - jedna walizka jest w Budapeszcie, ale jutro ma do nas wrócić. I zaliczyłyśmy spóźnienie wszech czasów na lot z Nowego Jorku do Kopenhagi - samolot miał wystartować o 17.30, my na pokładzie zjawiłyśmy się o 17.35. A wszystko dzięki temu, że trochę za późno zjawiłyśmy się na Penn Station, skąd odjeżdżają pociągi na lotnisko Newark, a jak już tam dotarłyśmy, przez dłuższy czas nie mogłyśmy się zorientować, z którego peronu odjeżdża nasz pociąg i który pociąg jest właściwie nasz. I nie pomogło zasięganie języka w informacji, u policji i u przypadkowych przechodniów. Ot, system informacji nie dla spóźnialskich - numer peronu podaje się na 15 minut przed odjazdem pociągu, a na rozkładzie widnieją jedynie stacje końcowe. Gdy w końcu natrafiłyśmy na osobę, która była w stanie nam pokazać drogę, wiedziałyśmy, że nie mamy szans dotrzeć na lotnisko przed 17. Po drodze czekały nas kolejne schody - przesiadka do AirTrain Newark, który rozwozi pasażerów na terminale. Bilety można było kupić jedynie w automatach, my nie miałyśmy drobnych, a tylko takie owe automaty przyjmują i mogło się skończyć naprawdę źle, ale bardzo sympatyczna i bardzo przejęta pani na bramce wpuściła nas w końcu za darmo. Potem był bieg do punktu nadania bagaży (odprawę załatwiłyśmy na szczęście przez internet), przejście przez bramkę, gdzie okazało się, że nie my jedne jesteśmy spóźnione, i szczęśliwie znalazłyśmy się na pokładzie. Uff. Bo mogło być naprawdę źle.

Co poza tym robiłyśmy przez ostatnie dni w Nowym Jorku? Cóż, zwiedzałyśmy wyprzedaże (Jersey Gardens rządzi!), poznawałyśmy ludzi i miasto. I tak miałyśmy okazję spotkać się z Gretą Olafsdottir, reżyserką, autorką dokumentów "The Brandon Teena Story" i "Edie & Thea: A Very Long Engagement".
Ten drugi właśnie wyszedł na DVD i jest historią dwóch lesbijek, które poznały się w latach 60. ubiegłego wieku, a całkiem niedawno, po 42 latach bycia razem, pobrały się w Kanadzie. Zapowiada się naprawdę wzruszająco:



Wracając ze spotkania z Gretą, natrafiłyśmy na stacji Times Square na ulicznego artystę i graficiarza, który dorabia sobie, wykonując graffiti na mapach metra. Niesamowicie ciekawy człowiek z ogromną wiedzą o świecie, a przy okazji oryginalny artysta, który w kilkanaście minut zrobił nam mapę z naszymi imionami. A jako że kocham metro w postaci wszelkiej, z pewnością zawiśnie ona na naszej ścianie.
Kolejne ważne osoby to oczywiście Brendan i Tom, u których mieszkałyśmy. Prawdziwi społecznicy, cudowni, otwarci ludzie. Tom jest onkologiem dziecięcym w szpitalu na Bronxie, Brendan angażuje się chyba w każdą akcję związaną z grupami dyskryminowanymi ze względu na płeć, przynależność etniczną, orientację psychoseksualną, pochodzenie itd., itp. A przy okazji obaj są głęboko wierzącymi katolikami, którzy mają na koncie nie tylko ślub cywilny w Kanadzie, ale i kościelny w Nowym Jorku. Oczywiście zaprosiłyśmy ich do Polski, ale chyba nie odczekamy się rewizyty, bo, jak stwierdził Tom, po prostu umieszczą nas na bardzo długiej liście. Bo ich dom jest otwarty dla wszystkich potrzebujących i chyba jedyną rzeczą, którą trzeba zrobić, aby u nich pomieszkać, jest sprawdzenie, czy już ktoś inny nie zarezerwował tego terminu.

Tom i Pumpkin:

Brendan i Oscar:
Z ciekawych miejsc, które udało nam się znaleźć, nie mogę nie wymienić Union Square z niezliczoną liczbą straganów, na których wystawiają się artyści zajmujący się głównie sztuką użytkową. Oraz znajdującą się niedaleko księgarnię Strand - największą, jaką udało się nam znaleźć w Nowym Jorku, z książkami, czasem zupełnie nowymi, w bardzo sensownych cenach (od dolara w górę).
W ogóle okolica Union Square jest godna polecenia i ze względów architektonicznych (to nadal Manhattan, ale taki bardziej przyjazny i mniej tłoczny), i użytkowych, bo mieści się tam sporo księgarni, sklepów z komiksami, płytami, odjechanymi przebraniami i wiele, wiele innych.

Zahaczyłyśmy też o Columbia University (duży, nawet bardzo!) i Uniwersytet Nowojorski oraz kilkanaście sklepów spod znaku "wszystko za dolara". Oraz świetną włoską restaurację w Queens (w końcu zjadłyśmy w NY coś, co nie było głównie słone), gdzie, jako świeżo poślubione, zostałyśmy obdarowane przez właściciela butelką wina.

Na podsumowania i anegdoty jeszcze przyjdzie czas (dziś tylko ta krótka relacja, bo jesteśmy potwornie zmęczone i musimy jakoś sobie poradzić z różnicą czasu), ale jedno wiem na pewno - Los Angeles, choć ciepłe, pod każdym względem przegrywa z Nowym Jorkiem, który jest po prostu światem w pigułce. I chyba właśnie to decyduje o jego niezwykłości - że można tam spotkać reprezentantów i reprezentantki wszelkich kultur, nacji, poglądów, każdego, kogo można sobie zamarzyć. Będę tęsknić.

wtorek, 14 grudnia 2010

Pijawki, Mikołaje i comingoutowe jogurty

Wczoraj TVN pokazało materiał z naszego ślubu i części podróży poślubnej. W internecie jest już cały film i kilka dodatków - wszystkie do obejrzenia tu.

A przedwczoraj wróciłyśmy do Nowego Jorku. Jedno z ostatnich zdjęć zrobionych w West Hollywood wygląda tak:
Nie da się ukryć - szkoda nam było zostawiać za sobą słońce, ale z drugiej strony, mimo tych wszystkich luksusów, które miałyśmy w LA, Nowy Jork jest jednak ciekawszy. Ale zanim do niego dolecimy, kilka wspomnień z West Hollywood.

11 grudnia
Przede wszystkim - ocean. Do Santa Monica wybrałyśmy się autobusem (choć w hotelu doradzali nam raczej wynajęcie samochodu lub wzięcie taksówki). Podróż trochę przypominała pamiętną scenę autobusową z "Dnia Świra", ale obyło się bez większych kłopotów. Samo miasto jest bardzo filmowe, a plaża, przynajmniej o tej porze roku, mglista. Zresztą zobaczcie sami i same:
Tak, ci ludzie na drugim zdjęciu naprawdę wędkują. Co potem? Wizyta w chyba najbardziej nieheteroseksualnej jogurtowni świata; przykłady oferowanych smaków poniżej:
Oraz spacer po West Hollywood w poszukiwaniu wyprzedaży (owszem, były, ale zakupy zrobimy jednak w Nowym Jorku) oraz wizyta w rosyjskim SPA (dostałyśmy nowe twarze). A wieczorem załapałyśmy się na doroczny zjazd Świętych Mikołajów. Niezbyt grzecznych i trzeźwych, ale za to bardzo licznych.
To zaledwie jedna grupa, w sumie było ich kilkuset.

12 grudnia
Poranne pakowanie i relaks na dachu hotelu, a potem podróż limuzyną na lotnisko (ostatnia niespodzianka od organizatorów konkursu):

Potem ponad pięciogodzinny lot do Nowego Jorku, podróż do Queens, gdzie mieszkają Tom i Brendan, pierwsza prawdziwa herbata i pierwsze koty do głaskania od wylotu z Polski.

13 grudnia
Zwiedzanie, zwiedzanie, zwiedzanie. Tym razem postawiłyśmy na kontrasty - Rockefeller Center, Grand Station Central i Greenpoint (polska dzielnica). Te pierwsze imponujące, ta ostatnia trochę przygnębiająca. Ale może to tylko wrażenie, bo z tego, co opowiadał nam Tom, niektórym Polakom żyje się tam całkiem nieźle. No i zabawnie było znaleźć się przez chwilę w miejscu, w którym niemal wszyscy znają język polski.

Słynna choinka przy Rockefeller Center:
Grand Central Station:

Jedno z ogłoszeń na Greenpoint:
A wieczorem wybrałyśmy się do Cubbyhole, czyli, jak zapewnili nas nasi gospodarze, pubu dla prawdziwych lesb. I nie rozczarowałyśmy się - barmanka śliczna i miła (i do tego Irlandka!), muzyka niezła, drinki duże i mocne, darmowe przekąski i oczywiście toast za nasz ślub. W środę idziemy tam ponownie - na Christmas Party. Wszyscy je tu mają, więc i my chcemy!

Więcej zdjęć... no, wiadomo, gdzie.

sobota, 11 grudnia 2010

Plastic fantastic

Zacznę od zdjęcia, które zrobiłam jakieś pięć minut temu z okna naszego hotelu:
Różnica czasu jest trochę wykańczająca, ale przynajmniej bezboleśnie można się załapać na wschód słońca.

I mała retrospekcja - na You Tube pojawił się film ze śpiewającą załogą Airbusa, o której ciut więcej pisałam tu. Jako że był to jeden z najbardziej wzruszających momentów ceremonii, nie mogę go nie pokazać.



A teraz wracamy do (prawie) teraźniejszości.

10 grudnia - c.d.
Druga połowa dnia obfitowała w emocje, choć nie zawsze pozytywne. Oczywiście nie mogłyśmy sobie odmówić przejażdżki do Hollywood i nie żałuję, że je zobaczyłyśmy, ale z drugiej strony cieszę się, że byłyśmy tam naprawdę krótko. Mnóstwo turystów, miejscowych poprzebieranych za gwiazdy i proponujących wspólnie zdjęcia, bezdomnych szukających swojej szansy, pamiątek (na plus - w miarę dobrej jakości). Ot, miejsce, które warto odwiedzić, ale tylko raz.

Wieczór minął pod znakiem zwiedzania snobistycznych knajp - najpierw Cecconi's, później Abbey. I tu wrażenia mamy też mieszane, bo z jednej strony jedzenie (Cecconi's) mają naprawdę świetne, wszyscy są bardzo grzeczni, mili i kulturalni, z drugiej widok tak wielu anorektycznych kobiet, które mają biusty i twarze od tego samego chirurga plastyka był dość przerażający. Do tego doszła konstatacja, że kobiety jak zwykle mają gorzej, bo panowie mogli być tam tacy, jacy chcieli (i byli - młodzi, starsi, przystojni i niekoniecznie, eleganccy i grunge'owi), a panie różniły się praktycznie jedynie kolorem włosów. Na tym tle zdecydowanie korzystniej wypadł ponoć słynny Abbey (nagroda stacji Logo dla najlepszej gejowskiej knajpy na świecie). Jaki jest? Cóż, duży, ze świetnymi i szybko podawanymi drinkami i (na szczęście!) bardzo różnorodnym towarzystwem. Minus to muzyka (zwyczajowa rąbanka), plus - DJ-ka (czy jak tam się ta budka DJ-a nazywa):
A dziś wybieramy się na plażę.

Więcej fotek z West Hollywood tradycyjnie na naszej stronie na Facebooku tu.

piątek, 10 grudnia 2010

West Hollywood - w końcu odpoczynek

Do niedzieli 12 grudnia zostajemy w West Hollywood. Przyleciałyśmy wczoraj. Mieszkańcy twierdzą, że to najbardziej różowe ze wszystkich miast na świecie. Obywatele San Francisco pewnie mają na ten temat inne zdanie, ale jedno jest pewne - to właśnie West Hollywood jako pierwsze miasto w Stanach umożliwiło w 1985 roku rejestrację związków osób tej samej płci. Tak że możliwość zawarcia związku właśnie tu miała dla nas nielichy wymiar symboliczny (i raczej żaden inny, bo przeprowadzki nie planujemy). Ale po kolei.

9 grudnia
Pożegnanie (na szczęście tylko na trzy dni) z Nowym Jorkiem.
Już mi brakuje miasta, które nigdy nie śpi. Chyba nie nawykłam do leniwego stylu życia, a zdecydowanie taki praktykuje się w West Hollywood. Lot trwał sześć godzin, w międzyczasie w prezencie dostałyśmy trzy, tak że mój organizm jest trochę zdziwiony nagłym przestawieniem pór dnia. Podróż z lotniska do hotelu - kolejne 45 minut. Kontrast w stosunku do Nowego Jorku piorunujący. W West Hollywood budynki są niskie, na ulicach, przynajmniej w dzień, praktycznie nie ma ludzi, a samo hrabstwo Los Angeles ciągnie się na wszystkie strony na ponad 100 kilometrów. Bez samochodu żyć się nie da. Plus w stosunku do Nowego Jorku - tu wszyscy mówią z dużo bardziej zrozumiałym akcentem. Oraz są uśmiechnięci i czasem do przesady wyluzowani (wieczorem miałyśmy już nieco zesztywniałe mięśnie twarzy od ciągłego uśmiechania się i odpowiadania na pozdrowienia).

Po przyjeździe do hotelu miałyśmy chwilę na przygotowanie się do ceremonii zawarcia związku partnerskiego. Trwała równie krótko jak ta w samolocie, za to odbyła się bez pompy i praktycznie jedynie w obecności samych zainteresowanych - chłopaków, nas, Andy'ego i Kristen, którzy będą się nami tu opiekować, oraz burmistrza West Hollywood.
Potem równie skromna impreza w hotelowej restauracji (naprawdę dobrze tu karmią!). Co zabawne, mimo że obyło się bez pompy i prasy (a może właśnie dlatego), mamy znacznie większe poczucie realności tej uroczystości niż poprzedniej, w samolocie.

A dalej? Oczywiście spacer po mieście, a konkretnie wzdłuż słynnego Santa Monica Boulevard. Klubów mnóstwo, ale nie skusiłyśmy się na wejście do któregoś - po trosze z powodu zmęczenia (tutejsza dziewiąta wieczorem to polska szósta rano), po trosze dlatego, że muzycznie jakoś nic nam nie podpasowało. Choć wrażenia wizualne całkiem, całkiem.
10 grudnia
Pobudka po siódmej, leniwa kawa w holu hotelu i podziwiane budzącego się do życia miasta. W południe ruszamy na zwiedzanie, a później wyprzedaże. A wieczór? Gosia właśnie znalazła kowbojską knajpę, mnie za to kusi Comedy Store, jeden ze słynniejszych klubów z występami stand-uperów. Zobaczymy. A póki co kilka widoczków z dachu hotelu.
Trochę więcej zdjęć z West Hollywood i z ceremonii zawarcia związku na naszej stronie na Facebooku tu.

czwartek, 9 grudnia 2010

Garść impresji ze ślubu i podróży

Od wylotu z Polski minęło pięć dni, od ślubu trzy. Przez ten czas wydarzyło się tak wiele, że nie potrafię tego teraz ogarnąć. Tak że dziś to, co ogarniam, a uzupełnienia historii pewnie wkrótce.

4 grudnia
Na Okęciu nie było wielkiego pożegnania, ale pojawiło się przedstawicielstwo z akcji "Miłość nie wyklucza" w osobach Uschi, Magdy i Abiekta oraz Joey i Graża. Zostałyśmy obfotografowane, obdarzone czymś pożyczonym w postaci przypinek w kształcie tęczowych serduszek i obmachane na pożegnanie. Przy bramce na lotnisko pojawiłyśmy się ciut za późno, dzięki czemu Gosia spełniła swoje marzenie o byciu wywołaną przez głośnik, a obie podjechałyśmy do samolotu "prywatnym" busem. W samolocie pierwsza niespodzianka - zaproszono nas do kabiny pilotów:
W Kopenhadze (nie ma bezpośrednich lotów SAS-u do Sztokholmu, dzięki czemu miałyśmy okazję zobaczyć to piękne miasto) zajęły się nami Jutka i Ireth (adminki forum Kobiety Kobietom). Zwiedziłyśmy miasto (zimno i wieje, musimy tam pojechać znowu, gdy będzie cieplej) oraz dwa kluby - gejowski i lesbijski. W tym drugim dostałyśmy przedślubne błogosławieństwo ponoć od sławnej reżyserki Helli Joof (pani w futrze tuż za mną - EDIT: to jednak nie ona, ale co tam!):

5 grudnia
Rano spotkanie z Klausem Bondamem, burmistrzem Kopenhagi, który wspierał nas w konkursie. Przemiły, otwarty człowiek - prawdziwy wzór polityka.

O 16 miałyśmy lecieć do Sztokholmu, ale nasz lot został odwołany z powodu burzy śnieżnej. Udało nam się przebukować na 20, ale i tu nie obyło się bez opóźnienia, bo załoga nie mogła się doliczyć jednego pasażera. W efekcie w Sztokholmie znalazłyśmy się koło północy, do hotelu dotarłyśmy przed pierwszą w nocy, poszłyśmy spać po drugiej. Następnego dnia trzeba było wstać przed szóstą i od razu jechać na lotnisko, tak że Sztokholm obejrzałyśmy sobie przez okna - hotelu i taksówki. Szkoda, ale może jeszcze będzie okazja, by to nadrobić

6 grudnia
Najdłuższy dzień naszego życia. Jakimś cudem udało się nam nie zaspać. Przebrałyśmy się w ślubne kreacje i o wpół do siódmej pojawiłyśmy w holu, gdzie w końcu miałyśmy okazję poznać parę niemiecką - Aleksa i Shantu (bardzo sympatyczne chłopaki z mnóstwem walizek). Potem szybciutko na lotnisko, tam, w wedding reception ostatnia korekta makijaży i pierwsza kawa, po której zaczęły się zdjęcia i wywiady. Nie mam pojęcia, ilu dziennikarzy było obecnych, z najczęściej zadawanych pytań pamiętam: "Jak się czujecie?" oraz "Jak się poznałyście?". Koło dziesiątej zostaliśmy sami (chłopaki i my) z Christoferem Fjellnerem, urzędnikiem i eurodeputowanym, który miał udzielić nam ślubu. Pół godziny później weszliśmy na pokład Airbusa. Przy wejściu powitała nas śpiewająca załoga samolotu:

Mała dygresja - początkowo SAS planował, że ten lot będą obsługiwać wyłącznie osoby nieheteroseksualne, ale potem stwierdzili, że to bez sensu i poprosili, by chętni po prostu wpisywali się na listę. I ponoć dostali rekordową liczbę zgłoszeń. Dygresja numer dwa - pani z gitarą wzięła ślub ze swoją żoną sześć lat temu, mają już dwójkę dzieci.

Ceremonia zaślubin była bardzo krótka i odbyła się tuż po starcie, nad terytorium Szwecji. Christofer śmiał się, że słowa szwedzkiej przysięgi są wprost stworzone do takich wydarzeń, bo jej wypowiedzenie zajmuje mniej niż minutę.
Później przyszedł czas na pierwszy posiłek (potem były chyba jeszcze ze trzy) i kolejne wywiady. A dopiero po jakimś czasie były nasze własne przysięgi i był to chyba najbardziej wzruszający moment całego lotu. Postanowiłyśmy wygłosić je po polsku, ale najpierw chciałyśmy wytłumaczyć zebranym, dlaczego wolimy to zrobić w języku, którego większość z nich nie rozumie. No i opowiedziałam o oddźwięku, jaki konkurs wzbudził w Polsce, o tym, że mówiąc po polsku, chcemy poświęcić ten moment tym wszystkim, którzy nas wspierali i którzy wspólnie z nami walczą, by kiedyś i u nas takie śluby były możliwe. Efekt był piorunujący - w internecie krąży trochę zdjęć, na których my płaczemy, a ja żałuję, że nikt nie sfotografował płaczących dziennikarzy.

Oczywiście był tort, były też próby tańców - najzabawniej było, gdy zamieniliśmy się partnerami i Gosia zaczęła szaleć z Shantu, a ja z Aleksem usiłowaliśmy robić cokolwiek, bo oboje jesteśmy słabymi tancerzami. Udało się nam też trochę odpocząć:

I w końcu przyszedł czas na życzenia. Tu czekały nas wspaniałe niespodzianki. Anders odczytał telegram, który dostałyśmy od Magdaleny Środy, Agnieszki Graff, Kingi Dunin i Kazimery Szczuki:

Drogie Panny Młode - Ewo! Gosiu!
Szkoda, że nie możemy Was zobaczyć w tych seksownych welonach, na tych szpilkach...
Ślub w samolocie, ale czad. 
A tak serio, to wzruszamy się bardzo, myśląc o Was. A Wasz ślub uważamy za moment historyczny. 
Robicie coś ważnego - nie tylko w Waszym życiu ale w życiu kobiet i mniejszości seksualnych w Polsce.
Nadajecie rangę publicznego wydarzenia Waszemu związkowi.
Bierzecie ŚLUB, rzucając wyzwanie tym wszystkim, którzy chcą ten rytuał rezerwować dla par hetero.
Wasz gest to coś więcej niż "coming out", który mówi "istniejemy, tolerujcie nas". 
To jest "coming in" - wejście tam, gdzie konserwatywne społeczeństwo Was nie zaprasza, ale gdzie macie przecież prawo być - do świata legalnych związków. 
Polskie prawo jeszcze tego nie przyjęło do wiadomości, ale to tylko kwestia czasu. Wy ten czas właśnie skróciłyście. I dałyście nadzieję całej masie ludzi, którzy czekają na zmiany. 
A tak prywatnie to życzymy Wam, by ten ślub nic a nic w Waszej miłości nie zmienił.
Bo znamy Was i wiemy, że jesteście fantastyczną parą!
ściskamy i całujemy z ziemi,
ale sercem jestem jesteśmy z Wami wśród chmur.

A później Darek z TVN pokazał nam filmy, na których nagrał życzenia od naszych przyjaciół z grupy Tel-Aviv oraz mojej ekipy z pracy.

Po trzynastej (czasu lokalnego) wylądowałyśmy w Nowym Jorku. Tam szybkie zakwaterowanie w hotelu, krótki wypad na Lexington Avenue, przy której jest nasz W Hotel i jazda na imprezę poślubną, podczas której poznałyśmy Brendana Faya (słynny gej z orędzia) Bretta i Thomasa, którzy wygrali amerykańską edycję konkursu (na zdjęciu wszystkie trzy pary):

A bawiła się z nami też cała załoga Airbusa i Efva Attling, artystka, która zaprojektowała nasze obrączki (na zdjęciu w czerwonej sukni):

Do hotelu dotarłyśmy koło 21 (trzecia nad ranem według polskiego czasu), zapdejtowałyśmy naszą stronę na Facebooku i w końcu poszłyśmy spać.

7 grudnia
Gosia pierwszy raz w życiu z własnej i nieprzymuszonej woli wstała o szóstej rano (dwunasta czasu polskiego). Co dalej? Zwiedzanie! 5th Avenue, Central Park, potem nagrywanie z TVN - Chrysler, Empire State Building, a wieczorem obiad w Hurleys' i "La Cage Aux Folles" na Broadwayu. Przed sztuką publiczność zagrzewała w stylu stand-up comedy drag queen. Wśród pytań, które zadawała, było i takie "Czy są na sali jakieś lesbijki?". Oczywiście podniosłam rękę i zostałam poproszona o przykręcenie kilku półek w jej mieszkaniu. Sama "Klatka wariatek" świetna - zabawna, wzruszająca, rozśpiewana. Aż nam się zachciało zobaczyć coś jeszcze, ale to może następnym razem.

Pierwsze wrażenia z NY? Jest głośno, tłocznie, różnorodnie, strasznie zimno. Mogłabym tu zamieszkać.

Tak karmią w Hurleys' (strasznie słono, mnóstwo mięsa, mało warzyw):

Central Park:
Z ekipą TVN:

Broadway:

8 grudnia
Kolejny dzień pełen wrażeń. Rano spotkanie z Brendanem, który oprowadził nas i TVN po World Trade Center i opowiedział historię swojego przyjaciela - księdza geja - który tam zginął. Odwiedziłyśmy kościół św. Pawła, który służył za schronienie ocalonym i ratownikom, a gdzie teraz jest coś w rodzaju małego muzeum WTC (duże będzie już za rok, w dziesięciolecie zburzenia Twin Towers):
Poszliśmy też na Brooklyn Bridge:
I opłynęliśmy Statuę Wolności:

A wieczorem China Town i Times Square (tak, wygląda dokładnie jak na filmach!):

I na ostatnich nogach dowlokłyśmy się do hotelu. Jutro znowu wczesna pobudka, bo wylatujemy do Los Angeles. Do przeczytania!

Więcej zdjęć, wrażenia i reakcje na gorąco na naszych stronach na Facebooku tu i tu, zajawka programu TVN o nas tu.

czwartek, 2 grudnia 2010

Ślubny lans

Nie powiem, żebym się do końca komfortowo czuła w sytuacji, w której "cała Polska" ogląda nasze ślubne kreacje, no ale jak się powiedziało a, to trzeba powiedzieć b. Dziś wybrałyśmy się z Michałem Starostem i Ewą Godun (wspaniała osoba i genialna projektantka) do "Między kuchnią a salonem". Efekt można zobaczyć tu:



Na wypadek, gdyby ktoś lub ktosia się zastanawiała, co mamy na sobie, informuję, że Gosia jest w jedwabiach, a ja w dżinsie (no dobrze, czarnym, błyszczącym superdżinsie).

A poza tym? No, prawie wszystko załatwione, w tym, dzięki Joey, niedzielne spotkanie z burmistrzem Kopenhagi Klausem Bodnamem, który wspierał nas w konkursie. A cały plan jest pokrótce taki: sobota - lot do Kopenhagi, niedziela - lot do Sztokholmu, w poniedziałek rano (tuż po siódmej!) stawiamy się na lotnisku, gdzie spotkamy się z dziennikarzami i z urzędnikiem, który udzieli nam ślubu. Wylatujemy o 10.40 i wtedy nastąpi ów wielki moment (jeszcze nad Szwecją). W Nowym Jorku jesteśmy o 13.35 (według ich czasu). Tam mamy chwilę dla siebie w hotelu, a potem jedziemy na ślubną imprezę. Wtorek - Broadway ("Klatka wariatek") i zwiedzanie, środa - zwiedzanie. Czwartek - lecimy do Los Angeles, gdzie odbędzie się kolejna ślubna ceremonia. Piątek, sobota - zakupy (wyprzedaże!), SPA, zwiedzanie, clubbing, niedziela - powrót do Nowego Jorku. I tam kończy się oficjalna część wycieczki, ale my zostajemy tam jeszcze do piątku 17 grudnia u Brendana i Toma.

Uff. Już nie mogę się doczekać. Dla oddechu (bo się zapowietrzyłam tą wyliczanką) humor ślubny:

środa, 1 grudnia 2010

Szaleństwo!

Zostały cztery dni do wylotu. Przydałoby się kilka dni wolnego przed wyjazdem, aby się do niego solidnie przygotować, ale cóż, nie mamy tego komfortu, więc jest, jak jest. Wyśpimy się w Stanach (prawdopodobnie)! Co wieczór przymiarki u Michała. W dzień praca i załatwianie przeróżnych drobiazgów, bez których wyjazd może i by się udał, ale tak czy siak wydają się niezbędne. Jak walizki, płaszcze, buty, przełączki do kontaktów (w Stanach jest inne napięcie!), pranie (zwykłe i chemiczne), zapasy jedzenia dla kotów, ubezpieczenie, fryzjer, przeglądanie szaf (swoich i przyjaciół) itd. itp. W nocy... no, trochę śpimy. Ale jest dobrze. Mamy już pełny program pobytu w Stanach, rezerwacje biletów, druhny i jednego druża (czy jak go tam nazwać), prawie kompletne stroje ślubne. Oraz perspektywę wolnego wieczoru w piątek. No dobrze, nie wolnego, bo spędzonego na ostatecznym pakowaniu i sprawdzaniu wszystkiego. Przysięgi dopniemy w Kopenhadze (mam nadzieję). Powoli zaczynam rozumieć, dlaczego częstokroć państwo młodzi, panny młode, panowie młodzi są najmniej radosnymi osobami na własnym ślubie. Po prostu są zmęczeni i niedospani. Niemniej jednak my zamierzamy uśmiechać się szeroko. W końcu nie ma czegoś takiego jak brak czasu, jest jedynie zła jego organizacja. I tego będziemy się trzymać.

Nie obiecuję, że do wyjazdu coś jeszcze napiszę (w każdym razie coś, co będzie dłuższe niż ten wpis), ale może jakimś cudem coś się jeszcze pojawi. W każdym razie oglądajcie w czwartek w TVN "Między kuchnią a salonem" (będzie niespodzianka). A jak się wam nie uda, to program będzie pewnie do zobaczenia pod tym linkiem. Dobrej nocy/Miłego dnia!

sobota, 27 listopada 2010

Queer UW jak parada

Artykuł w "Gazecie Stołecznej", spory materiał w TVN Warszawa, w sieci kilka mocnych tytułów w rodzaju "Protesty przeciw pierwszej organizacji studentów-gejów" czy "Demonstracja przeciwko promowaniu dewiacji na Uniwersytecie Warszawskim", a wszystko to za sprawą kilku smutnych panów, którzy postali sobie z tabliczkami z niezbyt mądrymi hasłami przed bramą Uniwersytetu Warszawskiego:


Panowie na co dzień związani są z grupą Krucjata - Młodzi w Życiu Publicznym, ale na okoliczność tego spotkania określili się mianem Studenckiego Komitetu Przeciwko Homoseksualnej Propagandzie na UW. O co im poszło? Ano o nową organizację studencką, a w zasadzie koło naukowe Queer UW, które wczoraj miało swoje spotkanie organizacyjne i które nie wiedzieć czemu zostało uznane za jakąś szczególnie wywrotową czy przełomową inicjatywę. Rzeczywiście próżno u nas szukać formalnie zarejestrowanych stowarzyszeń studenckich skupiających osoby nieheteroseksualne, choć na Politechnice Warszawskiej działa choćby nieformalne PWGay, ale kół naukowych trochę już mamy - ot, na Uniwersytecie Gdańskim od lat działa Koło Naukowe Gender Studies UG. Tak, wiem, że queer to nie gender, ale nie sądzę, by wiedzieli to smutni panowie z Krucjaty, dla nich to wszystko pseudonauka zajmująca się wmawianiem chłopcom, że mogą zostać dziewczynkami, i na odwrót.

Wracając do samego Queer UW, to zdaje się że mogą być wdzięczni panom protestantom za reklamę, bo smutna prawda jest taka, że koła naukowe, jakkolwiek nierzadko fajne i cenne, zazwyczaj mają nikłą moc oddziaływania na otoczenie. Tu może być inaczej, bo już na starcie inicjatywa zyskała niezły rozgłos. I mam nadzieję, że choć jej pomysłodawcy mówią głównie o działalności naukowej, przyciągnie też studentów i studentki, którzy po prostu ze względu na swoją nieheteroseksualność będą zainteresowani włączeniem się w jego działalność. W końcu to chyba właśnie w czasie studiów osoby LGBTQetcetera najczęściej dokonują najpoważniejszych coming outów i spotkanie na uczelni innych osób w podobnej sytuacji na pewno niejednej i niejednemu ułatwiłoby adaptację w nowym środowisku. A jako że założyciele koła nie odżegnują się od działań w środowisku swoich kolegów i koleżanek i podkreślają, że zakres działań zależy od samych zainteresowanych, tak więc może ich organizacja kiedyś przerodzi się w stowarzyszenie studenckie z prawdziwego zdarzenia. Czego oczywiście serdecznie im życzę.

Co mnie w tej sprawie zastanawia, to zainteresowanie mediów całą tą sytuacją. I szczerze mówiąc, nie wiem, jak je interpretować, na plus czy na minus. Rozumiem, że wszelkie protesty to wdzięczny temat (co widać w relacjach z parad czy marszów, gdzie nawet gdy protestujących jest wielokrotnie mniej niż maszerujących, media muszą podkreślić ich obecność), z drugiej strony ileż jeszcze materiałów można budować na opozycjach. Pod tym względem reportaż w TVN Warszawa jest naprawdę żałosny, bo jako tło wypowiedzi studentów i studentek z Queer UW i ich oponentów cały czas oglądamy co bardziej soczyste obrazki z tegorocznego EuroPride w Warszawie. Aż chce się zapytać, dlaczego w momencie gdy wypowiadają się oponenci, nie możemy popatrzeć na ich protesty choćby przeciwko tegorocznemu marszowi w Poznaniu. No, niestety wiadomo, dlaczego - bo to nie jest pierwsze skojarzenie, które przyszło montującemu materiał do głowy. A właściwie dobrze, że nie jest, szkoda tylko, że podobnie obiektywny nie potrafił być w stosunku do Queer UW.

Wniosek? Parady to zło. Dobra, żartuję. Ten materiał moim zdaniem pokazuje, jak bardzo takie inicjatywy jak Queer UW (i wszelkie podobne) są potrzebne. Bo widać, jaką trudność sprawiło jego twórcy zrobienie reportażu o organizacji naukowej, która wprawdzie od parad się nie odżegnuje, ale też przede wszystkim jest zainteresowana robieniem badań czy konferencji i to o tym chce mówić. Że w świadomości tego dziennikarza (i wielu innych osób) nadal jesteśmy dość jednolitą masą o podobnych zainteresowaniach, poglądach i potrzebach. I przez jakiś czas jeszcze tak będzie, ale myślę, że im więcej różnorodnych, widocznych akcji będziemy robić, tym rzadziej będziemy oglądać obrazki z parad w kontekstach wszelkich. W końcu przy okazji moich z Gosią różnorakich wystąpień medialnych w ramach konkursu "Love is in the Air" jakoś nikomu nie przyszło do głowy ilustrować ich zdjęciami z EuroPride (gdzieś za to były dwie stewardesy). Tak że da się. I, paradoksalnie, myślę, że mimo wszystko dobrze, że powstał ten niezbyt mądry materiał o Queer UW. Bo może następnym razem TVN Warszawa wybierze się na konferencję zorganizowaną przez to koło i zobaczy, że nie musi szukać dodatkowych materiałów ilustracyjnych. Że może być różnie. I nadal jest ciekawie.

Coś pozytywnego

W komentarzach pod poprzednim postem dano mi delikatnie do zrozumienia, że ostatnio smęcę, tak że dziś coś wesołego, ale też w temacie. Otóż, jako że na tym blogu programowo promuje się i dowartościowuje wyłącznie jeden typ kobiecości, nie mogę w końcu nie wrzucić ideału, do którego dążą wszystkie prawdziwe lesbijki, czyli kogoś w typie kanadyjskiego drwala. Przed wami lesbijska piosenkarka folkowa Susan Walker i jej wielki hit "Shut Up and Fuck Me!":



Na wypadek, gdyby ktoś nie wiedział, za Susan stoi Liam Kyle Sullivan, amerykański komik, aktor i reżyser, który zyskał sławę dzięki You Tube (jego kanał tu, klip, od którego wszystko się zaczęło, tu). Teraz ma na koncie występy między innymi z takimi gwiazdami komedii jak Margaret Cho (którą pokazywałam tu), Amanda Palmer, Dave Navarro czy Lisa Nov, kilka płyt CD i DVD oraz People's Choice Award.

Skąd się wzięła Susan Walker? Tu opowiada swoją historię. Polecam zwłaszcza piosenkę śpiewaną przez wokalistę, która zainspirowała Susan, czyli Pinky Stardust (femka, żeby nie było, że dyskryminuję):



Tyle optymizmu na dziś. A ja idę dopisać do listy rzeczy do spakowania kowbojski kapelusz i koszulę. Kto wie, może uda nam się wyskoczyć w Stanach do klubu dla prawdziwych kowbojek.

środa, 24 listopada 2010

Karty zostały rozdane

Może to pogoda, może stres przed podróżą, ale jakoś nieszczególnie mnie ekscytuje informacja, że mamy pierwszego otwartego geja na stanowisku publicznym. A już hasła w rodzaju "polski Milk" wręcz mnie irytują. Nie dlatego, że uważam wybór Krystiana Legierskiego za nietrafiony (choć nie raz, nie dwa zdarzało mi się z Krystianem nie zgadać). Po prostu te wybory samorządowe po raz enty pokazały, że to nie my rozdajemy karty, tylko politycy, a konkretnie duże partie. Bo tak naprawdę swojego pierwszego radnego czy pierwszą radną (a nawet posła czy posłankę) mogliśmy mieć już dobre parę lat temu. Nie po raz pierwszy osoby nieheteroseksualne kandydowały w wyborach, choć w tym roku wybór był rzeczywiście pod tym względem większy niż wcześniej. Po raz pierwszy za to "nasz" kandydat dostał jedynkę na liście, i to w dobrym okręgu. Oczywiście zdarza się, że i jedynki nie wchodzą, rzadko natomiast, i to właściwie jedynie w przypadku naprawdę znanych nazwisk, zdarza się, że wejdzie ktoś z dalszego miejsca na liście. Nie twierdzę, że cała tajemnica sukcesu Krystiana tkwi w owej jedynce, kto wie, może poradziłby sobie i w mniej korzystnej sytuacji (jakby nie patrzeć pod względem popularności przebił w ostatnich latach pozostałych kandydatów i kandydatki spod znaku LGBTQetcetera), ale fakt faktem, że on jeden był tak wysoko i on jeden wszedł. Oczywiście to miłe, że SLD dało mu (i kilku innym Zielonym) tę okazję, pytanie jednak brzmi, dlaczego dopiero teraz. I moim zdaniem odpowiedź jest taka, że u nas, nawet w dużych miastach, nasi tak zwani reprezentanci (politycy) są znacznie bardziej zachowawczy niż ci, których reprezentują. Bo nie wierzę, by Krystian zebrał głosy jedynie osób nieheteroseksualnych. Przeciwnie, uważam, że całkiem sporo z nich na niego nie zagłosowało, choć miały taką możliwość. Czyli te 5279 głosów (to drugi wynik kandydata z list SLD w Warszawie) zrobiło owo społeczeństwo, któremu politycy tak strasznie boją się narazić i które jest tak strasznie zamknięte i nietolerancyjne. Tak, wiem, że mieszkańcy dużych miast są statystycznie bardziej akceptujący niż Polacy w ogóle. Nie zmienia to faktu, że nieczęsto mają okazję to pokazać.

A czemu mnie irytują porównania do Milka? Po części już to napisałam - bo to nie te czasy i nie tej miary sukces po prostu. Zresztą Krystian mówi o tym w dzisiejszym wywiadzie dla "Gazety Wyborczej":

Polska dziś i USA w latach 70. to nie są przekładalne sytuacje. Owszem, Polska wlecze się w ogonie krajów, które kilkadziesiąt lat temu dokonały postępu. Jednak Milk był wybrany w czasach, kiedy homoseksualizm był uznawany za chorobę, w wielu krajach był karalny. My w Polsce siłujemy się z wyważaniem otwartych gdzie indziej drzwi - małżeństwa homoseksualistów, kwestie związane z akceptacją. Zachód już dawno to przerobił. Staramy się powielać te wzorce, natomiast Harvey Milk te wzorce ustanawiał. Fala uprzedzeń, z którą on się musiał zmagać, jest nieporównywalna z tym, z czym my mamy do czynienia.

No właśnie. Milk zrobił wiele niesamowitych rzeczy, a między innymi to, co nam się nadal, choć żyjemy w znacznie bardziej sprzyjających odmieńcom czasach, nie udaje. Wyciągnął ludzi z klubów na ulice. Pokazał, jak ważne jest zaangażowanie w walkę o swoje prawa. Polski Milk to ów mityczny i nadal nieujawniony charyzmatyczny lider, ikona, ktoś, kto nie tylko pchnie sprawę do przodu, ale też przede wszystkim będzie w stanie przekonać do niej innych, tych, którzy się angażować po prostu nie chcą. Oczywiście nie jest powiedziane, że ktoś taki musi się w Polsce pojawić (kto tam zresztą wie, może i się pojawił, ale już go zjedliśmy). Bo nadal może być też tak, jak jest, z wojnami torebkowymi, wzajemnym podgryzaniem, wybieraniem (lub nie) stron i nieskoordynowanymi ze sobą akcjami. I w końcu i tak się uda coś zmienić, napisać ostateczną wersję tej nieszczęsnej ustawy (pokłóciwszy się o nią tysiąckrotnie, nie, nie ze "społeczeństwem", ze sobą nawzajem), poddać pod głosowanie raz i drugi, i w końcu może nawet ją mieć. Pytanie brzmi, kto tak naprawdę o tym zadecyduje. My czy ci, którzy rozdają karty. I decydują, kto zostanie jednym z nich. Drugie pytanie - co zrobić, aby jednak mieć większy wpływ na decydentów.

Ale może ja tylko marudzę, bo stres i zimno. Więc na koniec coś cieplejszego. Cieszy mnie, że SLD postawiło nie tylko na Krystiana, ale i na Alicję Tysiąc, którą podziwiam za niezłomność w walce o swoje prawa, na przekór temu wszystkiemu, co się wokół niej działo. I kiedy myślę sobie o niej i o Krystianie zasiadających w Radzie Miasta, to mimo wszystko jestem w stanie stwierdzić, że mamy jakiś przełom.

poniedziałek, 22 listopada 2010

Między autohomofobią a krytyką poglądów

Na początek dwa cytaty:

"Zinternalizowana homofobia" to wytrych służący do... zamykania ust osobom, które mają inne zdanie. (forumowicz Homiki.pl)

Termin "uwewnętrzniona homofobia" uważam za niepoważny i pusty. Jak dla mnie służy on tylko i włącznie do zamykania ust tym, co nie płyną z prądem. (Magda pod moim postem Prasówka)

Zanim przejdę do rzeczy, coś oczywistego (przynajmniej dla mnie): homofobia zinterioryzowana istnieje. A konkretnie istnieje zaburzenie określane również mianem homoseksualizmu egodystonicznego, objawiające się stanami depresyjnymi i niskim poziomem zadowolenia ze swojej orientacji psychoseksualnej, niechęcią do siebie i innych osób nieheteroseksualnych, ukrywaniem i tłumieniem swojej homoseksualności. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie o to zaburzenie autorowi i autorce powyższych cytatów chodzi, a o zespół zachowań i poglądów bynajmniej niewynikających z nienawiści do samych siebie. Tak że tyle psychologii, czas na dywagacje wokół innych, mniej oczywistych znaczeń spornego sformułowania.

Pamiętam, jak kilka lat temu wspólnie z wrocławską redakcją Homików przygotowałam żartobliwy quiz "Czy jesteś homofobem?" (uwewnętrznionym rzecz jasna). Był mocno nieprecyzyjny, wzbudził trochę kontrowersji (na Homikach i na forum Kobiety Kobietom), ale też, paradoksalnie, zmusił kilka osób do zastanowienia się nad tym, na ile uwewnętrzniają stereotypy na temat osób nieheteroseksualnych. I na ile niechęć do niektórych zachowań wynika u nich z tego, że przypisuje się je LGBTQetcetera, a na ile z tego, że w ogóle im nie odpowiadają, niezależnie od płci czy tożsamości obiektu niechęci. W tym ostatnim zdaniu zawiera się według mnie podstawowa różnica między homofobią uwewnętrznioną a wynikającym ze światopoglądu brakiem akceptacji dla pewnych postaw czy zachowań. Do tego trzeba jeszcze dodać skłonność do stereotypizowania, przypisywania określonych postaw grupom, nie jednostkom (np. słynne "jestem spoza środowiska, bo środowisko to...") i przepis na autohomofoba/autohomofobkę mniej więcej gotowy.

Mniej więcej, bo szukając przykładów na to, gdzie przebiega granica między krytyką pewnych postaw a autohomofobią, natrafiłam na kilka wypowiedzi spod znaku "nam wolno mniej, bo nie jesteśmy hetero" ("sprawa blokady i Biedronia zaszkodzi całemu środowisku", "aby dostać akceptację, muszę przekonać innych, że nie krzywdzę"). I z takimi stwierdzeniami, muszę przyznać, mam kłopot. Bo z jednej strony to jest stereotypizowanie (postrzeganie osób niehetero jako grupy, a nie jako odrębnych jednostek) oraz dążenie do samoograniczania li i jedynie ze względu na swoją orientację psychoseksualną. Z drugiej, jestem w stanie zrozumieć, że ktoś wyznaje zasadę pracy u podstaw na tyle mocno, że wszelkie mocniejsze wystąpienia (dość skrajny przykład to plakat Pomady) budzą w nim obawy jako potencjalnie szkodzące sprawie. I szczerze mówiąc, trudno jest mi podejrzewać takie osoby o zinternalizowaną homofobię - to może też być kwestia wiary w taką a nie inną strategię działania. Ale... No właśnie, "ale" być musi. Bo samoograniczanie to jedno, gorzej z ograniczaniem innych. Nawet w słusznej sprawie. Ograniczaniem, a nie krytykowaniem, bo to dwie różne rzeczy. Czyli że może mi się nie podobać, że Jacek Poniedziałek opowiada o swoich seksprzygodach z księdzem, ale z drugiej strony nie mogę zażądać, by przestał o nich opowiadać i zaczął udawać słodkiego chłopczyka, którym nie jest. Do tego dochodzi jeszcze jeden aspekt - emocjonalny odbiór tego typu opowieści, bo potrafię sobie wyobrazić, że dla niewyoutowanego geja, który właśnie szykuje się do powiedzenie o sobie swoim rodzicom, wyznania Poniedziałka mogą być ciosem. No bo co będzie, jeżeli jego rodzice pomyślą, że on też taki jest (nawet jeśli rzeczywiście jest)?

Pytanie brzmi, czy ci, którzy robią coś publicznie, mają obowiązek myślenia o tych wszystkich reakcjach niepublicznych osób LGBTQetcetera, które może owo robienie czegoś wywołać. Dla mnie akurat odpowiedź jest jasna - nie. Bo publicznie nie znaczy "w imieniu wszystkich". Bo każdy jest przede wszystkim jednostką i jako jednostka ma prawo do wyrażania siebie w taki sposób, jaki mu/jej najbardziej odpowiada. Bo to nie jego/jej orientacja psychoseksualna jest problemem, a homofobia społeczeństwa, które robi z niej problem. I które w jednostkach widzi reprezentantów i reprezentantki ogółu. Oczywiście są osoby publiczne, które kogoś tam poza sobą reprezentują (na przykład swoje organizacje), ale nie o nich w tej chwili mowa.

Jest jeszcze jedna postawa, która często jest uznawana za przejaw autohomofobii. To egocentryzm: ja nie odczuwam dyskryminacji i nie mam potrzeby posiadania równych praw (bo i tak sobie radzę), więc nie zamierzam się przejmować problemami innych i wspierać ich dążeń. Ostatnio wdałam się w dość długą dyskusję z przyjaciółką, która ową postawę prezentuje. Na pytanie, co by było, gdyby jej dziewczyna trafiła nieprzytomna do szpitala, odpowiedziała, że jakoś by się do niej dostała. Podatek spadkowy? No trudno, stać ją na to. A ci, których nie stać? No, niech walczą. I w sumie w porządku. Nie w porządku byłoby dopiero wtedy, gdyby nie widziała problemu i nie rozumiała, o co toczy się gra (znam i takie przypadki).

No dobrze, więc co z tą homofobią zinterioryzowaną? Czy stała się słowem-kluczem do zamykania ust oponentom i oponentkom? Czy, podobnie jak słowo queer, nabrała tylu znaczeń, że szary użytkownik tego słowa nie bardzo już wie, czego dotyczy? Niekoniecznie. Wydaje mi się, że opór wobec tego pojęcia (obok niezrozumienia jego istoty) wynika też z tego, że może być ono użyte (i jest używane) w sposób wykluczający. Bo w końcu są osoby, dla których na przykład promiskuityzm jest czymś z automatu złym, tak że z miejsca oceniają ludzi żyjących w wolnych związkach negatywnie. Jeżeli mają przy tym świadomość, że takie związki nie dotyczą wyłącznie osób nieheteroseksualnych i nie formułują sądów w rodzaju "geje są z natury rozwiąźli" tudzież "rozwiąźli geje szkodzą środowisku", to trudno mówić o autohomofobii. Ot, po prostu ktoś ma takie poglądy, a nie inne i ma do tego pełne prawo. Inny przykład - parady. Ktoś może ich nie lubić, bo uważa, że nie spełniają swojego zadania, nie pomagają walczyć z homofobią. Można się z tym poglądem spierać, ale nic autohomofobicznego w nim nie ma. Kiedy to coś się pojawi? Na przykład wtedy, gdy ktoś nie lubi, bo "jest przeciwny obnoszeniu się ze swoją seksualnością". Czyli uważa, że nam wolno mniej. Że za rękę to chłopak z dziewczyną mogą iść, ale dwie dziewczyny to już nie, bo się obnoszą.

Gdzie więc leży granica? Wydaje mi się, że tam, gdzie owi rozwiąźli, z piórkami w tyłkach, owe bardziej odstające od "normy" mają ukrywać swoje istnienie, bo "szkodzą" (mi osobiście i całemu środowisku w ogóle). Kiedy mamy czegoś nie robić nie dlatego, że to bez sensu, ale dlatego, że "nam wolno mniej".

sobota, 20 listopada 2010

Za dwa tygodnie lecimy!

Do wylotu z Polski zostały dwa tygodnie, czas więc na kolejny okołoślubny wpis. Dobra wiadomość jest taka, że jesteśmy bardziej gotowe niż niegotowe. Kilka spraw jest w trakcie, kilka (mniej istotnych) czeka na rozstrzygnięcie, ale najważniejsze rzeczy już są. Najważniejsze - czyli promesy. Przyszły przedwczoraj kurierem, a załatwienie pozwolenia na ich wydanie zajęło nam dwa dni. Z czym wiąże się, mimo że samą procedurę uważam za dość upokarzającą, całkiem sympatyczna historia. Otóż dzień po wypełnieniu wniosków w internecie Gosia zadzwoniła do ambasady, aby umówić nas na rozmowę z konsulem. Pani po drugiej stronie słuchawki zadała kilka standardowych pytań, a gdy Gosia powiedziała o celu podróży ("biorę ślub na pokładzie samolotu"), po drugiej stronie zapadła chwila ciszy, po której pani zapytała, kiedy chce się pojawić na rozmowie i czy sama, czy też z kimś. Na to Gosia, że ze mną i w ten sposób umówiła nam wizytę na dzień następny (przeciętnie czeka się ponoć dwa tygodnie). W konsulacie jak w konsulacie, najpierw kazali nam opróżnić kieszenie z metalowych przedmiotów i sprawdzili wykrywaczem metalu, czy coś nam tam jeszcze nie zostało, potem przyszedł moment na wstępną rejestrację - sprawdzenie, czy mamy wszystkie potrzebne dokumenty i pokazanie drogi do pierwszego okienka. I tu niespodzianka - pan, który nas rejestrował, przyjrzał się nam uważnie, uśmiechnął szeroko i... pogratulował wygranej w konkursie. W pierwszym okienku pani sprawdziła nasze internetowe wnioski (i naniosła kilka poprawek), pobrała odciski palców, wydała numerek i skierowała do sali przesłuchań. Rozmowa z konsulem była przesympatyczna, głównie pytał o zasady konkursu, ucieszył się, gdy się dowiedział, że była też edycja amerykańska i że dwóch chłopaków stamtąd przylatuje dla odmiany do Szwecji. "To coś jak wymiana zagraniczna" - stwierdził. I tyle, po strachu.

Druga ważna rzecz - nie śmiejcie się - to ślubne stroje. I tu, podobnie jak wielokrotnie w ciągu ostatnich miesięcy, dopisało nam szczęście, bo dziewczyny ze Ślubnej Wytwórni (może pamiętacie je z programu TVN Uwaga) namówiły projektanta mody Michała Starosta, aby zrobił coś specjalnie dla nas na tę okazję (za darmo!). A konkretnie namówiły go, żeby się z nami spotkał, bo Michał ponoć tak łatwo się nie zgadza i musi najpierw kogoś poznać, nim zdecyduje się go ubrać. Jak nas zobaczył, to wyglądał mniej więcej tak:
A potem, jak już mu opowiedziałyśmy o swoich marzeniach, zaprojektował dla nas coś naprawdę pięknego. Póki co widziałyśmy rysunki i dałyśmy się obmierzyć, a w poniedziałek zobaczymy (niby wybierzemy, ale myślę, że Michał już wybrał, więc my tylko pokiwamy z podziwem głowami) tkaniny.

Trzecia rzecz to sam ślub. Tu jest nieźle - obrączki wybrane, ślubna piosenka też (stanęło na "Piece of My Heart"), przysięgi się piszą. Druhny wybrane, ale żeby nie było tak do końca zwyczajnie, to będą to szwedzka feministka i francuska dziennikarka magazynu "Grazie". Na resztę wpływu za bardzo nie mamy, za gości porobią w większości dziennikarze (zdaje się, że będzie ich więcej niż zwykłych pasażerów i członków i członkiń załogi samolotu razem wziętych). A później? Dwie ślubne imprezy, jedna w Nowym Jorku, jedna w Los Angeles i mnóstwo atrakcji w międzyczasie. Najbardziej chyba cieszy mnie perspektywa wybrania się na Broadway i połażenia po Nowym Jorku. Oraz to, że wbrew pozorom będziemy miały sporo czasu dla siebie i całkiem duży wpływ na to, co i jak chcemy zwiedzać. No i to, że po oficjalnym "miesiącu" miodowym (6 dni) wcale nie musimy wracać do Polski - możemy zostać w Stanach, jak długo chcemy, a SAS i tak załatwi nam bilety powrotne. No i zostaniemy jeszcze przez kilka dni, a to dzięki Brendanowi Fayowi i Tomowi Moultonowi (słynni "geje z orędzia"), którzy zgodzili się przyjąć nas pod swój dach w Nowym Jorku.

Co więcej? W zeszłym tygodniu spędziłyśmy trochę czasu z Andersem i Christiną z SAS, którzy przylecieli do Polski, aby nas poznać. Christina to właśnie owa tajemnicza szwedzka feministka z akapitu powyżej (tak na marginesie - nie wierzcie w opowieści o szwedzkich feministkach!). Oboje są przesympatyczni, ciepli, otwarci i bardzo przejęci całą sytuacją. Oprowadziłyśmy ich po Warszawie (najczęściej padające pytanie: "To też zostało zburzone podczas wojny?!"), by skończyć w restauracji Pod Samsonem, gdzie po kilku lampkach wina pękły już wszelkie bariery. I tak ja gadałam z Christiną o feminizmie, a Gosia z Andersem o życiu, wszechświecie i alkoholach praktycznie do zamknięcia restauracji. A, gdzieś tam w międzyczasie wynegocjowałyśmy jeszcze nocleg w hotelu SAS w Kopenhadze, tak że wylatujemy już 4 grudnia (5 musimy być w Sztokholmie). Potem był jeszcze nocny spacer po Starówce i podziwianie między innymi tego:
oraz tłumu pod Pałacem Prezydenckim (goście z SAS pojawili się w Warszawie 10 listopada). Ogólne wrażenie - przemili i bardzo troskliwi ludzie. Aż się odechciewa kpić ze szwecjalizmu.

Co dalej? No, jutro (a właściwie już dziś) wieczór panieński. A później pokażemy się jeszcze w mediach, choć tak naprawdę intensywnie będzie dopiero po ślubie (ale być może jeszcze przed naszym powrotem ze Stanów). Mam też nadzieję, że będzie czas i możliwości, by w miarę na żywo relacjonować naszą podróż na blogu. Zobaczymy.

A tymczasem trzeba iść spać, bo o 13 spotykamy się pod bramą Uniwersytetu Warszawskiego, aby pomanifestować za ustawą o związkach partnerskich. Oraz by uczcić Dzień Pamięci Osób Transpłciowych. Kto może, niech przybywa! Szczegóły tu.

środa, 17 listopada 2010

To straszne słowo na "a"

Pod moim wywiadem z Anią Grodzką trwa dyskusja. Oprócz wynikających z niewiedzy tekstów o tym, że transseksualizm jest wymysłem, fanaberią, że wystarczy wziąć magiczną pigułkę i wszystko będzie w porządku, pojawiły się też głosy osób oburzonych tym, że Ania wprost mówi, że tolerancja to za mało. Że wszystkim ludziom, którzy tym, kim są, nie krzywdzą innych, należy się szacunek i akceptacja. Co jest takiego strasznego w słowie "akceptacja", że tak wiele osób odmawia jej innym? Przecież "akceptować" znaczy jedynie "przyjmować do wiadomości, że ktoś jest inny niż ja i nie odmawiać mu prawa do samorealizacji, do walki o swoje". Nie oznacza przyjęcia czyichś poglądów, stylu życia, tożsamości (czy to w ogóle możliwe?). Ot, zwykłe "żyj i pozwól żyć innym". Kłopot chyba w tym, że niektórzy mają problem z odróżnieniem swojego od cudzego. I że wydaje im się, że wszystko, co im się nie podoba, bezpośrednio ich dotyka. Oczywiście wybiórczo, bo przecież jako wegetarianie nie będą protestować przeciw obecności schabowego w jadłospisie (choć być może będą zabiegać o większą liczbę dań wegetariańskich), a jako miłośnicy opery nie zażądają wycofania ze sklepów muzycznych płyt z heavy metalem (choć mogą zgłosić zapotrzebowanie na większą liczbę płyt z muzyką klasyczną). No ale już taka Anna, która chce, aby inni dali jej po prostu żyć i walczyć o to, by żyło się jej i innym osobom transgenderowym lepiej, przeszkadza, choć jej walka ma tyle z nimi wspólnego, co ów schabowy i owe płyty z heavy metalem.

Tak, wiem, owi oni, co się tak tej strasznej akceptacji boją, powiedzą, że to nieprawda. Że ona robi coś więcej, burzy ich świat, ich uporządkowaną rzeczywistość, w której wszystko jest albo czarne, albo białe, a jeżeli ośmiela się być szare, to niech lepiej schowa się tak głęboko, żeby oni nigdy się o tym nie dowiedzieli. A jak już się pojawi, to niech się zmieni i będzie takie jak oni. Uzasadnienie ich podejścia? No, tradycja, moralność, święte księgi, bo tak jest "od zawsze", bo to jest normalne, naturalne, tak zostało stworzone, bo ja taki/taka nie jestem. Kompletnie za to nie widzą wokół siebie dowodów na to, że wcale tak nie jest (może oprócz tego "taki/taka nie jestem", chociaż...). Że wszystko wzięło się z czegoś, że zawsze gdzieś jest jakiś początek, że ktoś te księgi napisał, normę upowszechnił (aby stała się normą), świnię ubił i zrobił z niej pierwszego schabowego. Że "od zawsze" nie istnieje. Że w świat wpisana jest zmiana i różnorodność, że to, co dziś uznawane jest za normalne, kiedyś zadziwiało, szokowało, a nawet odrzucało.

Zabawne jest, że w dobie globalnej wioski można nie widzieć, że świat to nie tylko ja i to, co moje, ale również miliardy innych "ja", zupełnie ode mnie różnych, które w ogromnej większości żyją poza mną i nic do mnie nie mają, ba, w przeważającej większości nie mają pojęcia o moim istnieniu. Jeszcze zabawniejsze, że gdy nagle taki inny się do świadomości niektórych przebije, ci z automatu widzą w nim zagrożenie. Bo nagle, choć jeszcze wczoraj o nim nie słyszeli, wiedzą o nim wszystko - jaki jest, jaki nie jest i jaki powinien być.

No dobrze, nic nowego tu nie piszę. Wszak traktowanie inności jako zagrożenia jest cechą społeczności komunitarnych, a do takich zaliczają się między innymi Polacy. Kultywujemy to, co wspólne, tępimy, a już w ostateczności tolerujemy (czyli znosimy z trudem) to, co indywidualne, co do owej mitycznej wspólnoty nie przystaje (tak, generalizuję, w następnych zdaniach też). A żeby nie czuć się z tym tak źle, wytyczamy sobie granice owej tolerancji (bo akceptacja to już w ogóle zło), często definiując je jako tolerowanie tego, co nie daje znać o swoim istnieniu. W czym jest zresztą spora dawka hipokryzji, bo przecież i tak wiemy, że ci inni istnieją, po prostu nie chcemy wiedzieć, że istnieją dokładnie w tym samym świecie co my.

Na koniec nie mogę nie dodać, że granice tolerancji/akceptacji są, a streszczają się w prostym i już przywołanym "nie robi nikomu krzywdy tym, że jest i realizuje się jako taka, a nie inna osoba". Nie w sensie że nie robi nic złego, ale że jego/jej istnienie i nieodłącznie z nim związane działania nie są złe. Ktoś powie, że zło jest pojęciem względnym. No pewnie jest, ale są formy samorealizacji, które da się dość jednoznacznie zaklasyfikować. Przykład - niedawny marsz narodowców, a konkretnie głoszone przez nich antysemickie, rasistowskie i homofobiczne hasła. I z drugiej strony - przykłady mowy nienawiści ze strony kontrdemonstrantów, za które przeprosiło wczoraj Porozumienie 11 listopada. Mówiąc wprost, nie ma tolerancji dla wrogów tolerancji. I tylko pozornie jest w tym stwierdzeniu sprzeczność.