Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2010

2010: intensywny i bardzo ciekawy

Nie da się ukryć - to był ciekawy rok. Być może najciekawszy w moim życiu. Odpuszczę sobie wyliczanie, co się działo w poszczególnych miesiącach i skupię się na tym, co było dla mnie najważniejsze.

Najistotniejsze i najsmutniejsze wydarzenie to katastrofa samolotu prezydenckiego. Homicze środowisko najboleśniej odczuło śmierć Izabeli Jarugi-Nowackiej, naszej największej przyjaciółki wśród polityków. O tym, jak katastrofa wpłynęła na sytuację na polskiej scenie politycznej, chyba nie trzeba pisać. Zresztą o Smoleńsku pewnie jeszcze nie raz usłyszymy, wszak kolejne wybory blisko, a i spokojniejszy politycznie czas to dla niektórych świetna okazja do gry trumnami.

Jeżeli chodzi o sprawy czysto homicze, to ten rok zdecydowanie upłynął pod znakiem walki o ustawę o związkach partnerskich. Działania Grupy Inicjatywnej, wielka debata na Homikach, akcje "Miłość nie wyklucza" i "Równi w Europie - tak chcemy" i w końcu mój z Gosią start w konkursie SAS. Oczywiście cały czas b…

Dwa zniknięcia, dwie pełnomocniczki i zagadka

Jako że koniec roku zbliża się nieubłaganie, niektórzy już się wzięli za podsumowywanie roku, a nawet dekady. U mnie też będzie, ale póki co kilka zaległych newsów.

Z ramówki TVP od marca przyszłego roku zniknie "Warto rozmawiać" Jana Pospieszalskiego.Nie powiem, żeby jakoś szczególnie zmartwiła mnie ta wiadomość - ów program niezmiennie podnosił mi ciśnienie w czasach, gdy jeszcze miałam telewizję i zdarzało mi się go oglądać. Z drugiej strony tłumaczenie zakończenia emisji programu wymogami ustawowymi, zgodnie z którymi "obowiązkiem telewizji publicznej jest przygotowywać audycje cechujące się m.in. pluralizmem, bezstronnością, wyważeniem. Powinny także rzetelnie ukazywać całą różnorodność wydarzeń zjawisk" jakoś do mnie nie trafia. Nie dlatego, że uważam, by audycja Pospieszalskiego była rzetelna czy wyważona, ale dlatego, że trudno to powiedzieć o jakimkolwiek programie publicystycznym. Media nie są bezstronne i widać to nie tylko w publicystyce, ale też chocia…

Od św. Łucji do serwetki na kolanach

Od powrotu do Polski minęły cztery dni. Nadal walczymy z jetlagiem, choć tę noc mogę zaliczyć do udanych, bo udało mi się w końcu przespać kilka godzin. Zaginiona walizka wróciła, jej zawartość na szczęście też. Wczoraj zaliczyłyśmy kolejny występ na żywo w "Między kuchnią a salonem":



Wyszło chyba nieźle, choć widać po mnie nieprzespaną noc. Wciąż nie mogę się przerzucić na tryb normalnego komentowania na blogu i zainteresowania tym, co tu i teraz, ale może to też wina gorącego przedświątecznego czasu. Tak że dziś kilka obiecanych anegdot i ciekawostek z podróży.

Pochód Świętej Łucji
Jak może pamiętacie, 6 grudnia wieczorem, już po ślubie i przylocie do Nowego Jorku, miałyśmy przyjęcie weselne. Wyglądało to mniej więcej tak, że najpierw przez kilkanaście minut wspólnie z Amerykanami i Niemcami czekaliśmy w kuchni, w charakterze niespodzianek czy też gości honorowych. Potem mieliśmy swoje wielkie wejście na salę, a poprzedzało nas kilka ubranych na biało dziewczynek sypiących …

Ludzie i książki

I koniec. Dziś przyleciałyśmy do Warszawy. Nie obyło się bez przygód - jedna walizka jest w Budapeszcie, ale jutro ma do nas wrócić. I zaliczyłyśmy spóźnienie wszech czasów na lot z Nowego Jorku do Kopenhagi - samolot miał wystartować o 17.30, my na pokładzie zjawiłyśmy się o 17.35. A wszystko dzięki temu, że trochę za późno zjawiłyśmy się na Penn Station, skąd odjeżdżają pociągi na lotnisko Newark, a jak już tam dotarłyśmy, przez dłuższy czas nie mogłyśmy się zorientować, z którego peronu odjeżdża nasz pociąg i który pociąg jest właściwie nasz. I nie pomogło zasięganie języka w informacji, u policji i u przypadkowych przechodniów. Ot, system informacji nie dla spóźnialskich - numer peronu podaje się na 15 minut przed odjazdem pociągu, a na rozkładzie widnieją jedynie stacje końcowe. Gdy w końcu natrafiłyśmy na osobę, która była w stanie nam pokazać drogę, wiedziałyśmy, że nie mamy szans dotrzeć na lotnisko przed 17. Po drodze czekały nas kolejne schody - przesiadka do AirTrain Newark…

Pijawki, Mikołaje i comingoutowe jogurty

Wczoraj TVN pokazało materiał z naszego ślubu i części podróży poślubnej. W internecie jest już cały film i kilka dodatków - wszystkie do obejrzenia tu.

A przedwczoraj wróciłyśmy do Nowego Jorku. Jedno z ostatnich zdjęć zrobionych w West Hollywood wygląda tak:
Nie da się ukryć - szkoda nam było zostawiać za sobą słońce, ale z drugiej strony, mimo tych wszystkich luksusów, które miałyśmy w LA, Nowy Jork jest jednak ciekawszy. Ale zanim do niego dolecimy, kilka wspomnień z West Hollywood.

11 grudnia
Przede wszystkim - ocean. Do Santa Monica wybrałyśmy się autobusem (choć w hotelu doradzali nam raczej wynajęcie samochodu lub wzięcie taksówki). Podróż trochę przypominała pamiętną scenę autobusową z "Dnia Świra", ale obyło się bez większych kłopotów. Samo miasto jest bardzo filmowe, a plaża, przynajmniej o tej porze roku, mglista. Zresztą zobaczcie sami i same:
Tak, ci ludzie na drugim zdjęciu naprawdę wędkują. Co potem? Wizyta w chyba najbardziej nieheteroseksualnej jogurtowni św…

Plastic fantastic

Zacznę od zdjęcia, które zrobiłam jakieś pięć minut temu z okna naszego hotelu:
Różnica czasu jest trochę wykańczająca, ale przynajmniej bezboleśnie można się załapać na wschód słońca.

I mała retrospekcja - na You Tube pojawił się film ze śpiewającą załogą Airbusa, o której ciut więcej pisałam tu. Jako że był to jeden z najbardziej wzruszających momentów ceremonii, nie mogę go nie pokazać.



A teraz wracamy do (prawie) teraźniejszości.

10 grudnia - c.d.
Druga połowa dnia obfitowała w emocje, choć nie zawsze pozytywne. Oczywiście nie mogłyśmy sobie odmówić przejażdżki do Hollywood i nie żałuję, że je zobaczyłyśmy, ale z drugiej strony cieszę się, że byłyśmy tam naprawdę krótko. Mnóstwo turystów, miejscowych poprzebieranych za gwiazdy i proponujących wspólnie zdjęcia, bezdomnych szukających swojej szansy, pamiątek (na plus - w miarę dobrej jakości). Ot, miejsce, które warto odwiedzić, ale tylko raz.

Wieczór minął pod znakiem zwiedzania snobistycznych knajp - najpierw Cecconi's, później…

West Hollywood - w końcu odpoczynek

Do niedzieli 12 grudnia zostajemy w West Hollywood. Przyleciałyśmy wczoraj. Mieszkańcy twierdzą, że to najbardziej różowe ze wszystkich miast na świecie. Obywatele San Francisco pewnie mają na ten temat inne zdanie, ale jedno jest pewne - to właśnie West Hollywood jako pierwsze miasto w Stanach umożliwiło w 1985 roku rejestrację związków osób tej samej płci. Tak że możliwość zawarcia związku właśnie tu miała dla nas nielichy wymiar symboliczny (i raczej żaden inny, bo przeprowadzki nie planujemy). Ale po kolei.

9 grudnia
Pożegnanie (na szczęście tylko na trzy dni) z Nowym Jorkiem.
Już mi brakuje miasta, które nigdy nie śpi. Chyba nie nawykłam do leniwego stylu życia, a zdecydowanie taki praktykuje się w West Hollywood. Lot trwał sześć godzin, w międzyczasie w prezencie dostałyśmy trzy, tak że mój organizm jest trochę zdziwiony nagłym przestawieniem pór dnia. Podróż z lotniska do hotelu - kolejne 45 minut. Kontrast w stosunku do Nowego Jorku piorunujący. W West Hollywood budynki są nisk…

Garść impresji ze ślubu i podróży

Od wylotu z Polski minęło pięć dni, od ślubu trzy. Przez ten czas wydarzyło się tak wiele, że nie potrafię tego teraz ogarnąć. Tak że dziś to, co ogarniam, a uzupełnienia historii pewnie wkrótce.

4 grudnia
Na Okęciu nie było wielkiego pożegnania, ale pojawiło się przedstawicielstwo z akcji "Miłość nie wyklucza" w osobach Uschi, Magdy i Abiekta oraz Joey i Graża. Zostałyśmy obfotografowane, obdarzone czymś pożyczonym w postaci przypinek w kształcie tęczowych serduszek i obmachane na pożegnanie. Przy bramce na lotnisko pojawiłyśmy się ciut za późno, dzięki czemu Gosia spełniła swoje marzenie o byciu wywołaną przez głośnik, a obie podjechałyśmy do samolotu "prywatnym" busem. W samolocie pierwsza niespodzianka - zaproszono nas do kabiny pilotów:
W Kopenhadze (nie ma bezpośrednich lotów SAS-u do Sztokholmu, dzięki czemu miałyśmy okazję zobaczyć to piękne miasto) zajęły się nami Jutka i Ireth (adminki forum Kobiety Kobietom). Zwiedziłyśmy miasto (zimno i wieje, musimy tam…

Ślubny lans

Nie powiem, żebym się do końca komfortowo czuła w sytuacji, w której "cała Polska" ogląda nasze ślubne kreacje, no ale jak się powiedziało a, to trzeba powiedzieć b. Dziś wybrałyśmy się z Michałem Starostem i Ewą Godun (wspaniała osoba i genialna projektantka) do "Między kuchnią a salonem". Efekt można zobaczyć tu:



Na wypadek, gdyby ktoś lub ktosia się zastanawiała, co mamy na sobie, informuję, że Gosia jest w jedwabiach, a ja w dżinsie (no dobrze, czarnym, błyszczącym superdżinsie).

A poza tym? No, prawie wszystko załatwione, w tym, dzięki Joey, niedzielne spotkanie z burmistrzem Kopenhagi Klausem Bodnamem, który wspierał nas w konkursie. A cały plan jest pokrótce taki: sobota - lot do Kopenhagi, niedziela - lot do Sztokholmu, w poniedziałek rano (tuż po siódmej!) stawiamy się na lotnisku, gdzie spotkamy się z dziennikarzami i z urzędnikiem, który udzieli nam ślubu. Wylatujemy o 10.40 i wtedy nastąpi ów wielki moment (jeszcze nad Szwecją). W Nowym Jorku jesteśmy o…

Szaleństwo!

Zostały cztery dni do wylotu. Przydałoby się kilka dni wolnego przed wyjazdem, aby się do niego solidnie przygotować, ale cóż, nie mamy tego komfortu, więc jest, jak jest. Wyśpimy się w Stanach (prawdopodobnie)! Co wieczór przymiarki u Michała. W dzień praca i załatwianie przeróżnych drobiazgów, bez których wyjazd może i by się udał, ale tak czy siak wydają się niezbędne. Jak walizki, płaszcze, buty, przełączki do kontaktów (w Stanach jest inne napięcie!), pranie (zwykłe i chemiczne), zapasy jedzenia dla kotów, ubezpieczenie, fryzjer, przeglądanie szaf (swoich i przyjaciół) itd. itp. W nocy... no, trochę śpimy. Ale jest dobrze. Mamy już pełny program pobytu w Stanach, rezerwacje biletów, druhny i jednego druża (czy jak go tam nazwać), prawie kompletne stroje ślubne. Oraz perspektywę wolnego wieczoru w piątek. No dobrze, nie wolnego, bo spędzonego na ostatecznym pakowaniu i sprawdzaniu wszystkiego. Przysięgi dopniemy w Kopenhadze (mam nadzieję). Powoli zaczynam rozumieć, dlaczego częst…

Queer UW jak parada

Artykuł w "Gazecie Stołecznej", spory materiał w TVN Warszawa, w sieci kilka mocnych tytułów w rodzaju "Protesty przeciw pierwszej organizacji studentów-gejów" czy "Demonstracja przeciwko promowaniu dewiacji na Uniwersytecie Warszawskim", a wszystko to za sprawą kilku smutnych panów, którzy postali sobie z tabliczkami z niezbyt mądrymi hasłami przed bramą Uniwersytetu Warszawskiego:

Na uniwersytecie protestowali przeciwko "promocji homoseksualizmu"

Panowie na co dzień związani są z grupą Krucjata - Młodzi w Życiu Publicznym, ale na okoliczność tego spotkania określili się mianem Studenckiego Komitetu Przeciwko Homoseksualnej Propagandzie na UW. O co im poszło? Ano o nową organizację studencką, a w zasadzie koło naukowe Queer UW, które wczoraj miało swoje spotkanie organizacyjne i które nie wiedzieć czemu zostało uznane za jakąś szczególnie wywrotową czy przełomową inicjatywę. Rzeczywiście próżno u nas szukać formalnie zarejestrowanych stowarzysze…

Coś pozytywnego

W komentarzach pod poprzednim postem dano mi delikatnie do zrozumienia, że ostatnio smęcę, tak że dziś coś wesołego, ale też w temacie. Otóż, jako że na tym blogu programowo promuje się i dowartościowuje wyłącznie jeden typ kobiecości, nie mogę w końcu nie wrzucić ideału, do którego dążą wszystkie prawdziwe lesbijki, czyli kogoś w typie kanadyjskiego drwala. Przed wami lesbijska piosenkarka folkowa Susan Walker i jej wielki hit "Shut Up and Fuck Me!":



Na wypadek, gdyby ktoś nie wiedział, za Susan stoi Liam Kyle Sullivan, amerykański komik, aktor i reżyser, który zyskał sławę dzięki You Tube (jego kanał tu, klip, od którego wszystko się zaczęło, tu). Teraz ma na koncie występy między innymi z takimi gwiazdami komedii jak Margaret Cho (którą pokazywałam tu), Amanda Palmer, Dave Navarro czy Lisa Nov, kilka płyt CD i DVD oraz People's Choice Award.

Skąd się wzięła Susan Walker? Tu opowiada swoją historię. Polecam zwłaszcza piosenkę śpiewaną przez wokalistę, która zainspirowa…

Karty zostały rozdane

Może to pogoda, może stres przed podróżą, ale jakoś nieszczególnie mnie ekscytuje informacja, że mamy pierwszego otwartego geja na stanowisku publicznym. A już hasła w rodzaju "polski Milk" wręcz mnie irytują. Nie dlatego, że uważam wybór Krystiana Legierskiego za nietrafiony (choć nie raz, nie dwa zdarzało mi się z Krystianem nie zgadać). Po prostu te wybory samorządowe po raz enty pokazały, że to nie my rozdajemy karty, tylko politycy, a konkretnie duże partie. Bo tak naprawdę swojego pierwszego radnego czy pierwszą radną (a nawet posła czy posłankę) mogliśmy mieć już dobre parę lat temu. Nie po raz pierwszy osoby nieheteroseksualne kandydowały w wyborach, choć w tym roku wybór był rzeczywiście pod tym względem większy niż wcześniej. Po raz pierwszy za to "nasz" kandydat dostał jedynkę na liście, i to w dobrym okręgu. Oczywiście zdarza się, że i jedynki nie wchodzą, rzadko natomiast, i to właściwie jedynie w przypadku naprawdę znanych nazwisk, zdarza się, że wejd…

Między autohomofobią a krytyką poglądów

Na początek dwa cytaty:

"Zinternalizowana homofobia" to wytrych służący do... zamykania ust osobom, które mają inne zdanie. (forumowicz Homiki.pl)

Termin "uwewnętrzniona homofobia" uważam za niepoważny i pusty. Jak dla mnie służy on tylko i włącznie do zamykania ust tym, co nie płyną z prądem. (Magda pod moim postem Prasówka)

Zanim przejdę do rzeczy, coś oczywistego (przynajmniej dla mnie): homofobia zinterioryzowana istnieje. A konkretnie istnieje zaburzenie określane również mianem homoseksualizmu egodystonicznego, objawiające się stanami depresyjnymi i niskim poziomem zadowolenia ze swojej orientacji psychoseksualnej, niechęcią do siebie i innych osób nieheteroseksualnych, ukrywaniem i tłumieniem swojej homoseksualności. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie o to zaburzenie autorowi i autorce powyższych cytatów chodzi, a o zespół zachowań i poglądów bynajmniej niewynikających z nienawiści do samych siebie. Tak że tyle psychologii, czas na dywagacje wokół innych, mniej…

Za dwa tygodnie lecimy!

Do wylotu z Polski zostały dwa tygodnie, czas więc na kolejny okołoślubny wpis. Dobra wiadomość jest taka, że jesteśmy bardziej gotowe niż niegotowe. Kilka spraw jest w trakcie, kilka (mniej istotnych) czeka na rozstrzygnięcie, ale najważniejsze rzeczy już są. Najważniejsze - czyli promesy. Przyszły przedwczoraj kurierem, a załatwienie pozwolenia na ich wydanie zajęło nam dwa dni. Z czym wiąże się, mimo że samą procedurę uważam za dość upokarzającą, całkiem sympatyczna historia. Otóż dzień po wypełnieniu wniosków w internecie Gosia zadzwoniła do ambasady, aby umówić nas na rozmowę z konsulem. Pani po drugiej stronie słuchawki zadała kilka standardowych pytań, a gdy Gosia powiedziała o celu podróży ("biorę ślub na pokładzie samolotu"), po drugiej stronie zapadła chwila ciszy, po której pani zapytała, kiedy chce się pojawić na rozmowie i czy sama, czy też z kimś. Na to Gosia, że ze mną i w ten sposób umówiła nam wizytę na dzień następny (przeciętnie czeka się ponoć dwa tygodni…

To straszne słowo na "a"

Pod moim wywiadem z Anią Grodzką trwa dyskusja. Oprócz wynikających z niewiedzy tekstów o tym, że transseksualizm jest wymysłem, fanaberią, że wystarczy wziąć magiczną pigułkę i wszystko będzie w porządku, pojawiły się też głosy osób oburzonych tym, że Ania wprost mówi, że tolerancja to za mało. Że wszystkim ludziom, którzy tym, kim są, nie krzywdzą innych, należy się szacunek i akceptacja. Co jest takiego strasznego w słowie "akceptacja", że tak wiele osób odmawia jej innym? Przecież "akceptować" znaczy jedynie "przyjmować do wiadomości, że ktoś jest inny niż ja i nie odmawiać mu prawa do samorealizacji, do walki o swoje". Nie oznacza przyjęcia czyichś poglądów, stylu życia, tożsamości (czy to w ogóle możliwe?). Ot, zwykłe "żyj i pozwól żyć innym". Kłopot chyba w tym, że niektórzy mają problem z odróżnieniem swojego od cudzego. I że wydaje im się, że wszystko, co im się nie podoba, bezpośrednio ich dotyka. Oczywiście wybiórczo, bo przecież jako…