wtorek, 20 kwietnia 2010

Jak zagiąć frondowicza

W piątek poszłyśmy z Gosią zapalić znicz pod Pałacem Prezydenckim. Zrobiłyśmy to niejako w imieniu mojej mamy, która nie miała możliwości wybrać się tam osobiście - i bynajmniej nie piszę tego, by się usprawiedliwić, po prostu jest to wstęp do dość zabawnej historii. Otóż spotkałyśmy tam moją koleżankę z pracy, która wybrała się ze swoją rodziną mniej więcej z tego samego powodu - bo poprosiła ją o to teściowa. Parę dni później ta właśnie koleżanka ucięła sobie pogawędkę ze znajomym frondowiczem o tym, co się ostatnio działo w narodzie i o czym to właściwie świadczy. Frondowicz był przekonany, że te tłumy pod Pałacem i na pogrzebie prezydenckiej pary świadczą o tym, jak wielkim poparciem cieszył się Lech Kaczyński. Koleżanka dowodziła, że wcale niekoniecznie, i jako kontrprzykład podała siebie i swoją rodzinę oraz dwie zaprzyjaźnione lesbijki, które spotkała na Krakowskim Przedmieściu. Frondowiczowi nagle zabrakło argumentów. Zabawne, ale i symptomatyczne. Bo niektórym po prostu w głowie się nie mieści, że można tak zwyczajnie, po ludzku, żałować kogoś, kogo się nie lubiło (a nawet bardzo nie lubiło). Co prowadzi wprost do konstatacji, że niektórzy nie mają takich odruchów. I może stąd się bierze u nich przekonanie, że inni też nie są do tego zdolni.

W ramach odstresowywania się po ostatnich ciężkich dniach (ciężkich również zawodowo) zapodałyśmy sobie dziś z niezależną komedię "Butch Jamie". Rzecz trochę toporna (jak to z niezależnymi produkcjami bywa), ale zabawna. Tytułowa bohaterka jest aktorką, a że nie wierzy, że jako butch mogłaby dostać jakąkolwiek rolę, na przesłuchania przeobraża się w "female Jamie". Nieszczególnie jej to pomaga, tak że w pewnym momencie postanawia pójść za radą przyjaciela i być po prostu sobą. Więc wybiera się na przesłuchanie jako butch. I dostaje rolę mężczyzny. Na planie poznaje dziewczynę, która zakochuje się w jej męskim wcieleniu... i mamy "female Tootsie". Fakt, "Butch Jamie" czerpie z "Tootsie" pełnymi garściami (choć nie kończy się na pożyczaniu sobie kiecek), ale też przy okazji edukuje w kwestii biseksualności, ról płciowych i paru innych rzeczy. Tak że jak ktoś ma ochotę na lekką komedię z bardzo zwyczajnymi postaciami - polecam.



Z książek ostatnio jest u mnie na tapecie fantasy. No dobrze, nie tylko ostatnio. W każdym razie dopiero co połknęłam "Trylogię Czarnego Maga" Trudi Canavan. Nie jest to może David Eddings czy Marion Zimmer Bradley (dwójka moich absolutnych faworytów wśród twórców tego gatunku), ale czyta się naprawdę dobrze. Swojski wkład to postać Dannyla - homoseksualnego maga, który ma problemy jako żywo przypominające te, z którymi się borykają osoby nieheteroseksualne w naszej rzeczywistości. Aby dostać się do Gildii Magów (najwyższa kasta w świecie Canavan), Dannyl musi się wyprzeć swojej homoseksualności. Z czasem uczy się też ją tłumić (używając magii), ale i tak jest dyskryminowany z powodu samych podejrzeń, że może być gejem. W końcu jednak spotyka tego jedynego (w kraju, który jest ponoć bardziej otwarty w tych sprawach niż jego ojczysty Imardin - otwarty tak na poziomie Polski mniej więcej, czyli w niektórych kręgach możesz być sobą), zakochuje się, ale też postanawia ukrywać ten związek przed swoimi krajanami (z nielicznymi wyjątkami). I wszyscy są zadowoleni. Plus tej historii jest taki, że na przestrzeni trzech tomów sama Gildia jednak ewoluuje - dopuszczając w swoje szeregi nie tylko ludzi z Domów (odpowiednik mieszczaństwa), ale też bylców (mieszkańców slumsów) i otwierając się na czarną magię (która wcale nie okazuje się taka zła). Tak że może i Dannylowi się w końcu poszczęści. Czekam na sequel.

Gosia zamówiła dziś tęczowy bukiet na pogrzeb Izabeli Jarugi-Nowackiej. I tak smutno jakoś, że w czwartek pomaszerujemy z nią po raz ostatni.

3 komentarze :

A na mnie się posypały gromy jak napisałem, że tam poszedłem ;) Tak to się w głowie nie mieści - nasz było 4 x gej, 2 x hetero ;)

A może Ewo niektórzy są już na wyższym poziomie empatii, czego zakute frondowskie łby nie pojmują? Bo myśmy też poleciały pod pałac w tym samym spontanicznym odruchu, w którym po śmierci JPII pobiegłyśmy do pobliskiego kościoła, żeby tam - na jego "terytorium" - go pożegnać. I jakoś z tego powodu korona nam z głowy nie spadła - trzeba umieć z honorem pożegnać wroga. To o niebo trudniejsze od rozpaczy po przyjacielu.

Jutro spotkamy się na ostatnim pożegnaniu pani Izabeli, prognoza zapowiada, że i niebo będzie z nami płakało...

@Wojtek
Tak, słyszałam, że już na zawsze zostaniesz "panem z tulipanem":)

@Joey
Ech, żeby to tylko zakute frondowskie łby...

Prześlij komentarz