środa, 16 czerwca 2010

Lesby maszerują

Najnowsze InterAlia miały być poświęcone kobietom nieheteroseksualnym i znalezieniu odpowiedzi na pytanie, czy w badaniach nad odmiennością seksualną przeważa perspektywa gejowska. Wyszło trochę inaczej, bo na to pytanie zdecydowało się odpowiedzieć zaledwie kilka autorek. W efekcie mamy numer poświęcony aktywnościom ważnym dla nieheteronormatywnych kobiet, a kwestia tego, czyja perspektywa przeważa w badaniach, pozostaje bez odpowiedzi.

Zastanawiając się na rozwiązaniem tego problemu, natrafiłam na ciekawy przykład zwiększania widoczności kobiet w ruchu LGBTQetcetera. Bo że nie tylko u nas są one słabo widoczne, to raczej wiadomo. Otóż w Ameryce Północnej już od 1981 roku, zazwyczaj dzień przed ogólnymi paradami organizowane są marsze lesbijek (pierwsze odbyły się w Vancouver i Toronto). Początkowo głównym celem marszy było zwiększenie widoczności oraz aktywności lesbijek. Z czasem znalazły w nich swoje miejsce również inne wykluczane z oficjalnego dyskursu grupy jak kobiety biseksualne, osoby interseksualne i transgenderowe. W większych metropoliach wokół marszy organizowane są wydarzenia stargetowane na konkretne grupy - kobiety starsze, matki itp.



Podwójne parady mamy zresztą nie tylko w Ameryce - również np. Berlin może się pochwalić jednym wydarzeniem komercyjnym i jednym politycznym (i mocno przaśnym przy okazji). Co z tego wynika dla nas i dla pytania z początku tekstu? Właściwie jedynie to, że zawsze są jakieś niezałatwione sprawy i zawsze są jakieś grupy, dla których marsze są protestem, a nie okazją do zabawy. Oczywiście Polska to nie Niemcy, Stany czy Kanada, więc my tych niezałatwionych spraw (jak chociażby związki partnerskie czy ustawodawstwo antydyskryminacyjne) mamy znacznie więcej (dlatego też - tak na marginesie - mam nadzieję, że wykorzystamy EuroPride do promocji naszych spraw, a nie tylko do zabawy). Zastanawia mnie jednak ich gradacja. Często słyszymy, że problemy dla nas istotne to według polityków czy dziennikarzy sprawy marginalne. Czy że najpierw w Polsce powinniśmy się zająć uzdrowieniem jednego obszaru, a dopiero potem brać się za kolejne. I po trosze ten sposób myślenia powielamy w naszych debatach (jak Piotr Oczko w tekście, o którym pisałam tu), skupiając się na jednych rzeczach, a inne odsuwając na dalszy plan. A ten dalszy plan zależy oczywiście od tego, czyj głos słychać najlepiej. Pozornie brak odpowiedzi na pytanie, czy i w Polsce teoria queer stała się domeną (białych) homoseksualnych mężczyzn jest bez znaczenia (wszak to "tylko" akademicka debata). W praktyce pokazuje, że również badacze i badaczki (którzy zazwyczaj mocno wyprzedzają wszelkie działania) nie bardzo wiedzą, jak sobie z tym kłopotem poradzić, albo też zwyczajnie nie są nim zainteresowani. Jak to rokuje wszelkim organizacjom i pojedynczym aktywistom i aktywistkom? Ano prawdopodobnie tak, że jak już w końcu (za tysiąc lat) załatwimy kwestię związków partnerskich, to dopiero rozwiąże się worek z problemami. I szczerze mówiąc, za cholerę nie wiem, jak to wszystko ugryźć, żeby tak się nie stało. Choć oczywiście na jakiś Dyke March z przyjemnością bym się wybrała.

1 komentarze :

"tak na marginesie - mam nadzieję, że wykorzystamy EuroPride do promocji naszych spraw, a nie tylko do zabawy"

a wiesz, od jakiegoś czasu chodzi za mną ta kwestia i w sumie chyba trzeba by uruchomić kolejną debatę - jaka w zasadzie ma być EuroPride? czy będzie to kolejna parada warszawska, czyli pomieszanie z poplątaniem, polityka z imprezą, czy może tak jak w zeszłym roku podzielimy ją na część polityczną (daj bogini, by szła na przodzie jak w zeszłym roku) i część imprezową, czy też - jak większość EPsów - będzie po prostu wielka balanga i celebracja?

Prześlij komentarz