Przejdź do głównej zawartości

Pokoncertowe wrażenia plus zaproszenie

Plan był taki - w czwartek koło 17 dojeżdżamy do Berlina, idziemy pod Astra Kulturhaus, o 20 wchodzimy do środka, o 21 zaczyna się koncert Melissy, po koncercie idziemy na miasto, w piątek o 6.29 wsiadamy w pociąg do Warszawy, koło 13 jesteśmy już w domu. Plan się powiódł, skutek uboczny był taki, że niżej podpisana po powrocie do domu padła i przespała 17 godzin prawie jednym ciągiem, stąd relacja dopiero dziś.

Astra Kulturhaus z zewnątrz wygląda jeszcze bardziej obskurnie niż nasz CDQ:
Astra Kulturhaus (budynek po lewej), oczekiwanie na otwarcie bramy 
(więcej widoków na fotoblogu Gryny)

Różnica jest taka, że w środku jest znacznie większy i ma więcej toalet. A przed wejściem można spokojnie usiąść (na kamieniu lub murku) i wypić piwko, bo w Berlinie zakaz picia alkoholu na ulicach nie obowiązuje. Tak że oczekiwanie na otwarcie bramy upłynęło nam na alkoholizowaniu się, próbach przekonania ochrony, by pozwoliła nam się spotkać z Melissą (niestety nieudanych) i preparowaniu polskiej flagi z napisem "Kiss me, I'm Polish".
fot. Gryna
fot. Gryna

Parę minut po 20 znalazłyśmy się w środku, zdałyśmy nasze aparaty fotograficzne do depozytu (zostały uznane za profesjonalne) i ruszyłyśmy pod scenę. Udało nam się wylądować gdzieś w czwartym rzędzie, czyli na tyle blisko, by wszystko widzieć i móc czasami popowiewać naszą flagą w kierunku jej adresatki.
Melissa Etheridge na scenie - bliżej nie udało mi się już podejść

Koncert zaczął się parę minut po 21 i trwał bite dwie i pół godziny. Oprócz największych hitów, jak (tradycyjnie) kończące koncert "Like The Way I Do", "Bring Me Some Water" czy "I Want To Come Over", było też sporo kawałków z nowej płyty "Fearless Love". Nie zabrakło stałych numerów z repertuaru Melissy, jak czarowanie i błogosławienie publiki, improwizacje z zespołem czy podawanie rąk szczęśliwcom z pierwszego rzędu przy ostatnim kawałku. Na mnie największe wrażenie zrobiły fragmenty improwizowanie, szczególnie granie na jednej gitarze z Peterem Thornem. Filmik poniżej, słabej jakości, tak że najpierw małe wyjaśnienie - Melissa w pewnym momencie staje za Peterem i gra na trzech dolnych strunach jego gitary, podczas gdy on obsługuje trzy górne. Widok niesamowity:



Tak że generalnie wrażenia bardzo pozytywne i choć z jednej strony żałuję, że nie miałam okazji usłyszeć kilku moich ulubionych utworów, to z drugiej strony cieszę się, że było tyle z nowej płyty, bo pewna pieśniarka, która stała tuż za mną, przynajmniej nie śpiewała mi ich pełnym głosem do ucha.

Po koncercie ustawiłyśmy się przy bramie wyjazdowej z nadzieją, że może jednak uda nam się zdobyć autograf, niestety bez sukcesu. I to jest właściwie jedyna rzecz, która mi się nie podobała, że artystka jest niestety dość zamknięta na bezpośredni kontakt z fanami. Z drugiej strony jednak danie tak długiego (i z pewnością bardzo męczącego) koncertu pokazuje, że ma do nich szacunek, tak że, choć małe rozczarowanie zostało, to jednak jestem dla niej pełna podziwu. I na pewno nie żałuję tej wycieczki i chętnie, gdy nadarzy się następna okazja, ją powtórzę.

Po koncercie poszłyśmy na miasto. Ostatni raz w Berlinie byłam 15 lat temu i widziałam go od strony dziennej i bardziej oficjalnej, tak że tym bardziej niezwykły wydał mi się nocą. Najpierw zaliczyłyśmy część imprezową z obowiązkowym Kreuzbergiem pełnym otwartych chyba przez całą noc i dosłownie wychodzących na ulicę barów, klubów, restauracji i sklepów nocnych (m.in. klubem Roses - kwintesencja kiczu, kto nie był, niech nadrobi), potem turystyczną z Alexanderplatz, Bramą Branderburską i pomnikiem pamięci homoseksualistów prześladowanych przez nazizm w parku Tiergarten, gdzie, oprócz pomnika, widziałyśmy dosłownie stada królików (tych z "Królika po berlińsku", jak sądzę).
 Pomnik pamięci homoseksualistów prześladowanych przez nazizm, godz. 4 nad ranem

Około 6 rano dotarłyśmy na Hauptbanhof, ostatni i jakże imponujący punkt naszej wycieczki. Ogólne wrażenia mamy takie, że Berlin jest bardzo przyjazny i bardzo bezpieczny, Berlińczycy do bólu uprzejmi i pomocni i zdecydowanie musimy tam pojechać na dłużej.

Więcej klimatów z wyjazdu znajdziecie na fotoblogu Gryny - gorąco polecam!

Na koniec obiecane (w tytule i w tym poście) zaproszenie. W najbliższą niedzielę (4 lipca) o godz. 12.30 w kawiarni Tel-Aviv na ul. Poznańskiej 11 (Warszawa) będzie miało miejsce spotkanie redakcji portalu Homiki.pl, osób zaprzyjaźnionych, blogerów i czytelników. Cel - pogadanie o możliwych działaniach w związku z projektami ustaw o związkach partnerskich oraz z okazji zbliżającej się parady (jak wymyślenie haseł, zrobienie transparentów i zadbanie o widoczność naszych postulatów). Szczegóły tu. Do zobaczenia!

Komentarze

  1. Melissy jak Melissy, ale Berlina zazdroszczę Wam potężnie!

    OdpowiedzUsuń
  2. To następnym razem jedziesz z nami!

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj, też do zazdrosnego tłumku się muszę dołączyć :) Dwie i pół godziny?! WOW. Że jej nie musieli znosić z tej sceny... Albo znieśli i dlatego autografów nie było ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jaki jest największy przebój Melissy? To chętnie skojarzę, bo to, że jest ikoną, to wiem, ale nie wiem, co śpiewa.

    OdpowiedzUsuń
  5. Największy przebój? Hm, nie mam pojęcia. W Polsce najbardziej znana jest chyba płyta "Your Little Secret", tak że stawiałabym na tytułową piosenkę. Poza tym "Come To My Window", "Angels Would Fall", "You Can Sleep While I Drive"... Coś ze składanki "The Road Less Travelled" w każdym razie.

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja nie zazdroszczę:-) Byłam:-) Koncert GENIALNY!! Flaga dumnie zaległa na wieszaku... ;-)
    gryna

    OdpowiedzUsuń
  7. I can't believe that Melissa wasn't impressed enough with your flag to have stopped the concert, to do as the flag requested! She should have waited for your autographs too... How very rude of her! Sounds like you both had a great time though :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Wybaczam Melissie szybką ucieczkę, dała czadu i musiała być zmęczona. Następnym razem dopadniemy ją przed koncertem ;)

    K

    OdpowiedzUsuń
  9. Zazdroszczę bardzo i widzę, że Melissa nie zmienia zwyczajów - ponad 10 lat temu też grała 2,5 godziny, z czego pół solo na scenie, podczas gdy zespół odpoczywał.
    Następnym razem już nie przepuszczę, tylko kiedy znów będzie europejska trasa... :-x

    OdpowiedzUsuń
  10. @WhipEye
    Thank you, you are priceless!

    @K&Gryna
    Dopadniemy. I wymusimy podpisanie flagi oraz spełnienie prośby na niej wyrażonej!

    @Joey
    Tym razem zespół musiał improwizować wraz z nią:)

    OdpowiedzUsuń
  11. pomyślałam, że podrzucę ploteczkę. a właściwie nawet nie wiem, jak to zaklasyfikować.
    http://dorothysurrenders.blogspot.com/2010/07/for-richer-for-poorer.html

    U.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…