niedziela, 15 sierpnia 2010

Organizacje plus (oczywiście!) outing

Weekend minął mi pod znakiem burzy mózgów w jednej z organizacji, której staram się, w miarę sił i możliwości, pomagać. Było to dla mnie o tyle nowe doświadczenie, że nie jest to organizacja LGBTQetcetera, a dotychczas tylko z takimi miałam do czynienia. Poza tym, co mnie trochę pocieszyło (choć może nie powinno), problemy, które omawialiśmy, były bardzo podobne do tych, z którymi borykają się nasze NGO-sy. Czyli generalnie skupiające się wokół zagadnienia, jak mierzyć zamiar podług sił. Budujące było to, że mimo trudności, z którymi boryka się owa organizacja, i bardzo różnorodnych pomysłów i doświadczeń zebranych, udało się nam wypracować wspólną wizję tego, co chcemy zrobić, i zaplanować (bardzo konkretnie) działania na najbliższe miesiące. Co, uwierzcie mi, naprawdę nie było łatwe. Klucz do tego małego sukcesu? Chęć porozumienia, wzajemne zaufanie, rozpoznanie (wstępne) mocnych stron wszystkich chętnych do działania, poszukanie strategii pozwalającej optymalnie wykorzystać nasze możliwości. Nie oznacza to rzecz jasna, że dalej będzie już tylko lepiej, ale pokazało, jak ważne w organizacjach są umiejętności miękkie, czyli, w tym przypadku, umiejętność słuchania siebie nawzajem. Już kilka razy pisałam o tym, czego moim zdaniem brakuje naszym organizacjom (w skrócie: dobrego zarządzania zasobami, opieki nad wolontariuszami, uczenia się od siebie nawzajem), tu miałam okazję (pierwszą od lat) poobserwować w praktyce, jak się te idee wdraża. I, szczerze mówiąc, nie wyglądało to na szczególnie trudne. Choć to oczywiście dopiero początek, ale przynajmniej dobry. I wierzę, że dalej też może być dobrze, jeśli tylko nie zapomnimy o słuchaniu siebie nawzajem i artykułowaniu swoich problemów.

I jeszcze refleksja ogólna (acz oparta na moich doświadczeniach) w temacie zarządzania ludźmi. Choć uważam, że pewne rzeczy (te podane w nawiasie w poprzednim akapicie) są niezbędne, to równie ważne jest wypracowanie sposobu działania opartego na doświadczeniach i mocnych stronach tych konkretnych ludzi, którzy daną organizację czy zespół tworzą. Niby to banalne, ale mam wrażenie, że bardzo często fiksujemy się na metodach wypracowanych przez konkretną fundację czy korporację (albo przez mądre głowy piszące książki o zarządzaniu) i nawet nie próbujemy postąpić trochę inaczej, przez co marnujemy ludzi, którzy mogliby wnieść do grupy coś bardzo wartościowego (choć niekoniecznie standardowego), gdyby tylko im na to pozwolić.

U Abiekta arcyciekawa dyskusja na temat outingu. A wszystko za sprawą pewnego księdza, który miał pecha trafić w klubie gejowskim na kochanka, który hipokryzji księży - aktywnych gejów nie akceptuje i ujawnił jego dane ba swoim profilu na Facebooku. Pytanie oczywiście brzmi, czy zrobił dobrze. Dla mnie odpowiedź na to pytanie nie jest prosta, co zresztą zaznaczyłam w komentarzu, który się właśnie w kolejnym tekście Wojtka na temat outingu ukazał. Nie mam wątpliwości w przypadku twardych homofobów działających na naszą szkodę - tych outowałabym bez skrupułów, gdybym miała w ręku dobry dowód na ich nieheteroseksualność. Każdy inny przypadek jest dla mnie dyskusyjny. Co najzabawniejsze, w ogromnym gronie niewyoutowanych osób publicznych najbardziej mnie wkurzają nie homofobowie w wersji "light", ale osoby jak najbardziej homofilne, które wiele mówią i piszą na temat znaczenia coming outów, walki o nasze prawa, a same pozostają w ukryciu. I właściwie nie wiadomo, czemu, bo przecież "i tak wszyscy wiedzą", karier im to nie złamie, przyjaciele się od nich nie odwrócą... Bez sensu. Nie można namawiać innych do odważnego (tak!) aktu, jakim jest coming out, samemu/ej pozostając niewuoutowanym/ną. Oczywiście nie oznacza to, że te osoby są u mnie pierwsze w kolejce do wyoutowania. Po prostu tak jak coming outy osób znanych są czymś, co na niektórych działa bardzo budująco, a na innych edukacyjnie, tak postawa przeciwna robi z ujawnienia swojej tożsamości rzecz jeszcze trudniejszą, niż jest w rzeczywistości. No bo skoro taka ważna, żyjąca w przyjaznym środowisku i zajmująca się działaniem na rzecz naszych praw osoba nie ma odwagi tego zrobić, to co dopiero ja, zwykła lesbijka, osoba biseksualna czy gej bez tego całego zaplecza, wsparcia i możliwości. Wiem, że za każdym przypadkiem braku coming outu stoi jakiś ważny, często bardzo osobisty powód. I przypuszczalnie gdybym te powody poznała (kilka zresztą znam), byłabym w stanie zrozumieć te osoby. Z drugiej jednak strony znam naprawdę mało ludzi, dla których coming out nie wiązał się z mniejszym lub większym dramatem. Może więc jednak - jeżeli nie ma zbyt wielu przeciwwskazań - warto?

2 komentarze :

Pytanie - czy jest to młoda organizacja czy działająca wiele lat?

Dość młoda - działa około trzech lat. Myślisz, że "wiek" organizacji ma coś wspólnego z otwartością jej członków i członkiń na zmiany?

Prześlij komentarz