wtorek, 31 sierpnia 2010

Rzygać czy nie rzygać na homofobów?

Tytułowy dylemat niestety nie mój, a Beth Ditto, a że ostatnio popełniłam tekst o niej do pisma boginiczno-feministycznego "Sabatnik. Trzy kolory" (ciekawa rzecz, swoją drogą), to dziś trochę rozważań na marginesie owego kontrowersyjengo (?) problemu (oraz uzupełnienie dyskusji pod tym postem u Abiekta). Jeżeli ktoś nie zna, to cała historia z rzyganiem z grubsza wyglądała tak: pewnego razu Beth wybrała się na wycieczkę turystyczną łodzią. Obok siedziało kilku chłopaków, którzy zaczęli w jej kierunku rzucać mocno homofobiczne teksty. Jako że właśnie coś zjadła, to włożyła dwa palce do gardła i zwymiotowała na nich. "Może nie było to zbyt higieniczne czy zdrowe, ale za to jakie skuteczne! Patrzę na to nie jak na zemstę, tylko taktykę polityczną. Owszem, kwestia rzygać czy nie rzygać na homofobów jest dyskusyjna, ale jednak to przyniosło mi to ulgę i nie żałuję" - opowiadała później.

Takie działanie to przykład słusznego gniewu, którego, muszę przyznać, trochę mi ostatnio w naszych i nienaszych mediach i akcjach brakuje. Najdoskonalsze moim zdaniem jego polskie przykłady to trzy teksty zawarte w antologii "Homofobia po polsku" - "Sami chowajcie swoje dzieci" Izabeli Filipiak, "Dwie lesbijki, gej plus dziecko" Bożeny Umińskiej i już tu kiedyś przywołany "O tym, którego nie ma" Bartosza Żurawieckiego. Kilka moich ulubionych cytatów:

Bo tu, w Polsce, kiedy jesteś gejem, lesbijką, kobietą czasami, Żydem, czarnym czy kim tam jeszcze, to cicho wychodzisz, gdy tobą poniewierają. I cieszysz się, że możesz wyjść. Kiedy się zachowujesz zwyczajnie, trzymasz publicznie ukochaną czy ukochanego za rękę, czy dajesz im buzi, to mówią, że się afiszujesz (bo zachowanie, które w wykonaniu hetero jest normalne, w wykonaniu homo jest afiszowaniem się lub prowokowaniem), a kiedy się bronisz, to mówią, że jesteś napastliwy. (Bywa zresztą, że jesteś, bo w homofobicznej aurze trudno nie być neurotykiem. Zresztą wszyscy dookoła są). (...)

Więc wychodzą, gdyż nie czują, że mają prawo - a może i powinność - odpowiedzieć człowiekowi, który ich obraża, który poniewiera ich ludzką godnością, ostro i stanowczo: - Starczy. Niech sobie pan/pani nie pozwala jak krokodyl bez kagańca! 

Powiedzieć jakiemuś kolejnemu chamowi: Chamie! Żyję z drugą kobietą czy z drugim mężczyzną, ale nie stanowimy takiej pary jak pies z sieczkarnią, tylko taką jak człowiek z człowiekiem, i nie tobie nas sądzić! 

I otóż dopóki tego nie powiedzą, dopóki nie rzucą się w swojej obronie równie zajadle, jak inni rzucają się w ataku na nich, będą obrażani. ("Dwie lesbijki, gej plus dziecko")

Chodzi o zazdrość i tyle. Zazdrość o nieograniczony dostęp do seksu. My tu wychowujemy ludzkość, a oni tam chcą latać z kwiatka na kwiatek i zbierać miód przyjemności, kłapała większość. Aż mniejszość poczuła się dotknięta, a że ma więcej pieniędzy i poczucia własnej wartości, więc, proszę bardzo, my też możemy wychowywać. I co, głupio? Jak się najpierw wytykało brak ochoty do spełniania prokreacyjnego obowiązku, to należałoby pojawienie się tej potrzeby rodzicielskiej docenić. Bądźmy konsekwentni. (...)

Jedno głupie pytanie, które powtarza się w telewizji: "A jak będzie się czuło takie dziecko, gdy inne dzieci będą je prześladowały?". Jak?! Załóżcie swoim dzieciom kaganiec! ("Sami chowajcie swoje dzieci")

Dość. Walę pięścią w stół. Nie życzę sobie, by specjalistami od moich uczuć, od mojej tożsamości i mojego seksu byli faceci w czerni, kretyńscy politycy i jegomość o wyglądzie niespełnionego onanisty. Nie zniosę wmawiania mi cierpienia i dopisywania nieszczęścia do życiorysu. Nie cierpię i niczego mi nie brak na pastwiskach Pana. Dlatego - jako gej, Polak, obywatel, podatnik etc, jako jednostka - proszę Was o jedno, moi mili kaznodzieje, terapeuci i weterani Okopów Świętej Trójcy. Odpierdolcie się! ("O tym, którego nie ma")

Może się mylę, ale mam wrażenie, że teraz takich tekstów już nie ma. Godnych. Prawdziwych. Nieusprawiedliwiających. Niestawiających nas na pozycji ofiary. Czyżby znikła ich potrzeba? Nie ma już homofobii? Nie ma oskarżeń, pseudoanaliz, stawiania nas na pozycji podobywateli, nad którymi należy się (z troską, rzecz jasna) pochylić? Nie sądzę. Pierwszy z brzegu i ostatnio dość gorący przykład - co jakiś czas w sieci (rzadziej w pozasieciowej rzeczywistości) pojawia się kolejna homofobiczna inicjatywa. W imię obrony rodziny, społeczeństwa, dzieci, basenu publicznego, ogródka przydomowego czy świata, w proteście przeciw kolejnej paradzie, marszowi, festiwalowi czy wystawie, pod płaszczykiem Kościoła, prawicowego magazynu, w charakterze inicjatywy obywatelskiej itd. itp. Tak na marginesie, to nie mam pojęcia, co ludzi pcha do włażenia z buciorami w cudze życie, analizowania, co jemy na śniadanie i dlaczego tak mało, jakimi samochodami jeździmy i o czym myślimy podczas przerwy w pracy (no dobra, wiem, że głównym przedmiotem analizy jest nasz seks, co zresztą wcale dobrze o analizujących nie świadczy), najbliższa jestem kunderowskiego stwierdzenia, że takie niezdrowe zainteresowanie cudzym życiem bierze się z... (no wiecie, z braku tego, co my ponoć mamy w nadmiarze), ewentualnie z nudy, ale fakt faktem, że istnieje pewna grupa osób, którą osoby nieheteroseksualne z jakichś powodów strasznie kręcą i po prostu muszą o tym opowiedzieć całemu światu. Wprawdzie większość świata ich obsesjami nie jest zainteresowana (a właściwie nawet ich nie zauważa), ale zawsze znajdzie się kilka osób, które jednak zareagują. Najczęściej grzecznie (bo my się przecież nie będziemy zniżać do ich poziomu), choć znajdą się i tacy, co odpłacą pięknym za nadobne i będą rzygać na tych, co na nas rzygają (werbalnie, rzecz jasna). Ewentualnie, zamiast marnować czas na stukanie bezproduktywnych komentarzy, zgłoszą jawnie nienawistne treści organom ścigania (lub administratorom strony, jeżeli rzecz się dzieje na forum czy serwisie społecznościowym).

Patrząc podczas parad na uroczych chłopców i dziewczęta z przesympatycznymi transparencikami z przekreślonymi dwoma panami (wiadomo, w jakiej pozycji) czy głoszącymi, czym według nich jest normalność i kto ma prawo tworzyć rodzinę, czytając teksty w niezbyt zawoalowany sposób wpychające nas w kategorię podludzi, czasami zastanawiam się, co się z nami stało przez te kilka lat, które upłynęły od publikacji wspomnianych tekstów Filipiak, Umińskiej i Żurawieckiego. Dlaczego my w tym wszystkim nadal jesteśmy w większości mili, ładni i układni. Dlaczego, zamiast "kochamy was", nie krzykniemy po prostu "odpier... się", a słuszny gniew okazujemy jedynie czasami w komentarzach pod szczególnie ohydnym tekstem. Zawsze tacy byliśmy? Uznaliśmy, że to lepsza taktyka? Boimy się, co ludzie pomyślą? Niektórzy i tak myślą (o ile myślą) najgorzej, jak się da, a nasza reakcja jedynie ich przekonuje, że mają rację (bo przecież nie przyjdzie im do głowy, że gdy kogoś obrażają, to nic dziwnego, że się broni, że niedokładnie zacytuję Umińską).

Dawno, dawno temu kilkanaście anarchofeministek pogoniło grupę Wszechpolaków, którzy zaczaili się na jedną z pierwszych warszawskich Manif. Chłopcy myśleli, że dadzą radę zatrzymać przemarsz, niestety mocno się przeliczyli. Zmykali aż miło. Oczywiście mogło być inaczej. Manifa mogła stanąć i czekać, aż policja oczyści jej drogę. Ale nie czekała. I nie stanęła. I nadal, zauważcie, idzie. A my stoimy.

Na deser (jeśli jeszcze macie ochotę) dość nieoczekiwany u mnie gość - Lady Gaga. Piosenkarka pojawiła się we wrześniowej edycji japońskiego "Vogue Hommes" jako mężczyzna, a konkretnie sycylijski mechanik Jo Calderone, nowa twarz modelingu. Nie ukrywam - w tej wersji mi się podoba.

Źródło: nicolaformichetti.blogspot.com

PS Właśnie się dowiedziałam, że dziś mamy Blog Day. Z tej okazji wielkie podziękowania dla całej mojej blogowej rodziny (tej z prawej szpalty i tej z działu linki) za to, że mogę Was czytać (choć niektórych i niektóre zbyt rzadko!). A szczególnie dla seryjnego blogera Sylwka, który made my day tym wpisem. Wzruszyłam się. I jestem dumna jak cholera.  

5 komentarze :

Grzeczna nie jestem i nie mam zamiaru, nikomu nic do mojego życia, ale z drugiej strony zbyt agresorsko reagować na wszelkie zaczepki i myśli ludzkie przelewane na treści ustne, nie powinno się. To prosta psychologia i kultura życia, tego tłumaczyć nie muszę.
Nie dalej jak wczoraj zaczepiła mnie pani w zaprzyjaźnionym sklepie i mówi:
- pani córka wygląda jak pani koleżanka
- to nie córka, tylko żona

Od dawna nas obserwują, intryguje ich nasze życie, dobrze wiedzą jak wyglądają nasze dzieci, ale potrzebują potwierdzeń na swoje dywagacje.

Zastanawiałyśmy się wcześniej, jak reagować kiedy dochodzi do takich sytuacji. Ja zawsze reaguję impulsywnie (nie znaczy arogancko) i szczerze, to moje życie ze wszystkimi konsekwencjami, moja żona unika dialogów i to nie ze strachu bynajmniej, ale ma na to zwyczajnie "wyrąbane".

Ja wiem, że milczeć nie wolno, nie wolno dawać przyzwolenia na krzywdzące opiniowanie nas i czasem trzeba się "odszczekać", bo inaczej ugryzą i odejdą z satysfakcją.

Moje dzieci skutecznie zrobiły to w szkole i dziś mają spokój, nie było "kochamy was" tylko suche fakty i fuck of.

Miłość do bliźniego kończy się, kiedy ktoś wpieprza mi się z butami do życia - wtedy nie ma żadnego "przepraszam" tylko "wypierdalaj"

Może wypowiedziałam się zbyt osobiście, ale chodziło mi o to, że w konsekwencji mojej "arogancji" nie wiele, albo i wcale nie ucierpiał wizerunek homoseksualnego rodzica i osoby jako takiej.

Rzygać, prosto w twarz rzygać jak Beth. Nie można całego życia spędzić pod miotłą. A my pod tę miotłę się schowaliśmy. Pamiętam paradę w Warszawie. Pamiętną bo zakazaną przez Kaczyńskiego. Gotowało się. Wrzało. Nienawiścią do nienawiści. Pamiętam tę niesamowitą atmosferę jaka się niosła od Placu Trzech Krzyży aż po Zamkowy...A teraz ? Wydaje mi się, że osiedliśmy trochę na laurach. Doszliśmy do jakiegoś statusu quo. Ani jedni ani drudzy nie szczekają za głośno. (Sorry za porównanie). Tak więc mamy swoje parady (nawet zaliczyliśmy jedną Euro), kilku celebrytów w telewizorze i może czasem jakąś tematyczną wystawę. Standardowy heteryk przeżyje tak małą dawkę homo-promieniowania. W końcu na paradę iść nie musi, kanał w telewizorze można przełączyć, a na wystawy i tak chodzi co 30-sty statystyczny Polak.
A teraz pytanie. Czy to znaczy, że powinniśmy się zadowalać ochłapami?! W końcu nie walczymy o kolonizację Marsa na litość boską (choć czasem zastanawiam się czy w Polsce to nie było by bardziej możliwe). Dlatego rzygam. Na każdy przejaw, objaw i nienarodzoną homofobiczną myśl. I mam nadzieję, że nadejdzie taki dzień, że większość z nas będzie miała odruch wymiotny ...

mi się strasznie podobał komentarz niejakiego Marcelego Szpaka (on naprawdę się nazywa trochę inaczej i prowadzi świetnego bloga www.ultramaryna.pl/mkk - warto zaglądać) w czasie około europrajdowym, tak prosto z bebechów i serducha:

"Nie spotkałeś się [z homofobią], bo nie jesteś ciotą, nie zwracasz na to w ogóle uwagi. ja też się nie spotkałem, poza relacjami z drugiej ręki, ale przez szkołę, środowisko i tym podobne pierdoły dość wcześnie się dowiedziałem, na czym polega bycie dziwnym zjebem w oczach zupełnie przypadkowych osób, któ­rym nic nie zrobiłeś, od których nic nie chcesz, masz je w głębokiej piździe i jedynym twoim życze­niem jest vice versa, ale one i tak przyjdą i ci powiedzą, że jesteś dziwnym zjebem, bo maja już taki poryw serca, że jak nie pasujesz w schemat, to trzeba ci to powiedzieć, opamiętasz się i wrócisz do pionu, a ich świat przestanie się wyginać pod niespodziewanymi kątami, o których wolałyby nie wie­dzieć. jako, że moje odchyły zawsze były w miarę niewinne i nie miały nic wspólnego z biologią, to mogę się tylko domyślać, że w przypadku, gdy swoim życiem zaprzeczasz jakimś ich bardzo silnym wierzeniom na temat człowieczeństwa, natury i tym podobnych ciężko definiowalnych terminów, które se akurat zdefiniowali raz na zawsze w betonowych ramkach, to ich reakcja jest tym silniejsza i bar­dziej agresywna — w końcu samym swoim istnieniem srasz im w fundament jakiś przekonań o któ­rych oduczyli się myśleć, mają je za pewnik i nie pozwolą, by ktoś im go zmieniał. przypomnij sobie jak byłeś młodym pankowym basistą i każdy łysy koleś się na ciebie krzywo patrzył i szybko przełóż sobie to na jestem ciotą, a tych pojebanych nazioli jest jakieś 30 pierdolonych milionów w najbliższej okolicy i tak właściwie najbezpieczniej nie mieć przy sobie nawet agrafki, bo dostaniesz wpierdol od nadgorliwców. a nawet jeśli nie są naziolami, to są Gosią i Olkiem, którzy NAPRAWDĘ woleliby, żebyś se tego panka odpierdalał gdzieś w lesie, a nie tak przy ludziach, fuj, bo oni tu idą do filcharmoni."

mi się to spodobało, bo było uniwersalne, ujmujące tzw. 'istotę rzeczy' i pełne złości. i ze wszystkich komentarzy, jakie w czasie okołoeuroprajdowym przeczytałam, najlepiej mi zapadło w pamięć: kilkanaście linijek z bloga apolitycznego (no, prawie;), 'pozaśrodowiskowego'. to znaczy tak, jesteśmy ofiarami, ale każdy jest ofiarą czegoś tam (losu, zusu itp.), natomiast bezwzględnie trzeba zaznaczyć, że ta ofiara ma po dziurki w nosie bycia ofiarą i zaraz się komuś dostanie.

to jest oczywiście 'tylko' prywatny blog, jasne, ale dopiero tutaj poczułam, że ktoś, kurde, pisze o mnie i o moich problemach, bez słodzenia, normalnym językiem, bez całej tej warstwy ochronnej (nie napiszę, że politycznej poprawności, bo nienawidzę pisania o politycznej poprawności - pp sama w sobie jest pp), sytuacja wygląda tak, że od czasu do czasu trzeba powiedzieć SPIERDALAJ, a nie poprzestawać na babraniu się w hasłach typu tolerancja (albo niech ktoś wreszcie powie, że tolerancja jest be, jest niesmaczna, ma smak krwi z przegryzionego języka). tylko inna sprawa, że to SPIERDALAJ też trzeba powiedzieć w odpowiedni sposób, w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie, i musi być one wypowiedziane z klasą. cytaty powyżej udowadniają, że można.

na koniec przepraszam za wszystkie brzydkie wyrazy w tym poście, jeśli jesteście osobami religijnymi (tak cytując najlepszego kinga ever;)

ps. a co do zazdrości o seks, to nie jest to zazdrość, tylko zupełnie słuszne upominanie się o swoje, bo jak w wywiadzie dla "polonia christiana" stwierdził arcybiskup rygi (nazwiska nie przywołam, sorry google): "Bóg zarezerwował seksualną rozkosz dla małżonków, aby tworzyli i umacniali swoją rodzinę. Osoby współżyjące przed zawarciem małżeństwa, a także te, które nie planują sakramentalnego związku, są ZWYKŁYMI ZŁODZIEJAMI SEKSUALNEJ PRZYJEMNOŚCI. Korzystają z tego, co Pan Bóg przeznaczył wyłącznie dla małżonków".

@Lajt
Tytułowe pytanie nie dotyczy wszystkich ciekawych czy nieuświadomionych (vide pani w sklepie czy mój kolega z pracy pytający, po co nam właściwie związki/małżeństwa), a właśnie wchodzących nam z buciorami w życie - niekoniecznie dosłownie, po prostu tych, którzy wiedzą lepiej, jak powinniśmy żyć i kochać, robią wszystko, by nam to uświadomić i są odporni na normalną dyskusję. Inaczej mówiąc, rozumieją słowo kompromis tak samo jak tzw. obrońcy krzyża.

@orsokane
Obawiam się, że nie przyjdzie, a jeżeli przyjdzie, to nieprędko. Bo my wolimy wyjść. Unikać. Realizować się tam, gdzie jest nam ciepło i bezpiecznie. Co gorsza, niektórzy z nas (wielu?) myślą, że tak właśnie powinno być.

@Kler
"Złodzieje seksualnej przyjemności" :D Chyba sobie taką nalepkę na samochód strzelę.

@Ewa
No to klops...Straszne to, bo oczekując zmian, nie możemy oczekiwać by spadły one z Księżyca.

@ Kler
"Złodzieje seksualnej przyjemności" wymiatają...

Prześlij komentarz