niedziela, 7 listopada 2010

The Kids Are All Right i klipy

Nie chcę zapeszać, ale chyba powoli wracam do życia. Wprawdzie wokół naszego ślubu nadal dzieje się sporo, ale mniej medialnie - dostałyśmy między innymi zaproszenie do projektu Muzeum Etnograficznego im. Seweryna Udzieli w Krakowie "Wesela 21". Efekty będzie można obejrzeć w roku 2012. Zazwyczaj nie lubię czekać, ale jako że ostatnio czas stał się w moim życiu towarem wybitnie deficytowym, długi okres realizacji projektu strasznie mnie cieszy. Toczy się też akcja "Miłość nie wyklucza" (tu można sobie pooglądać, jak wisimy na ulicach, a tu, jak gadamy do kamery) i zbiera naprawdę dobre recenzje, które, mam nadzieję, przełożą się na coś więcej (wiadomo, co). Nie sięgam jeszcze do przedkonkursowych zobowiązań (ale naprawdę o nich pamiętam, a te i tych z was, którym coś obiecałam, proszę jeszcze o trochę cierpliwości), bo póki co nie czuję, że potrafię wziąć na siebie coś jeszcze. Ale to minie, wiem na pewno.

W ramach odpoczynku jak zwykle to, przy czym odpoczywam najlepiej, czyli filmy i muzyka. Zobaczyłam w końcu "The Kids Are All Right" Lisy Cholodenko. I mam mieszane uczucia, po trosze pewnie dlatego, że za samą Cholodenko jakoś nie przepadam. Może wynika to z tego, że jej "High Art" (polski tytuł "Sztuka wysublimowanej fotografii" to jedna z moich ulubionych tłumaczowskich pomyłek) był jednym z pierwszych filmów "lesbijskich", jakie w ogóle widziałam, a niedobrze jest zaczynać od takich smutnych historii, kiedy człowiek jeszcze sam do końca nie wie, jak to z tymi kobietami niehetroseksualnymi jest. Znacznie lepiej nadają się do tego chyba miłe historyjki w rodzaju "The Incredibly True Adventure of Two Girls in Love" (czy wy też kochacie ten tytuł?), a nie ponuractwa jak "Gia" czy "High Art" (oba, ciekawostka, powstały w 1998). Wiem, że być może się narażam, ale dla mnie "Gia" jest jednak pomyłką. Miło popatrzeć na Angelinę Jolie rozpłaszczoną na siatce i inne superseksi scenki, ale poza tym film nudzi. Może połączenie heroiny i związków damsko-damskich to po prostu był w tych czasach zbyt trudny temat dla filmowców (zawszeć to lepiej zacząć od milszych używek, jak marihuana choćby). A może ja się po prostu czepiam, bo nie lubię dramatów o narkotykach. To znaczy jako nastolatka może i lubiłam (ach, te zakazane "My, dzieci z dworca ZOO"), ale mi przeszło.

Wracając do "The Kids Are All Right", to przede wszystkim, niezależnie od tego, co by nam zapowiedzi reklamowe mówiły, to nie jest komedia. Jest to za to dość przewrotny manifest spod znaku "odczepcie się od naszych, chowanych w rodzinach niehetero, dzieci". Mamy dwie panie, które są ze sobą od kilkunastu albo i więcej lat i wychowują dwójkę biologicznych (a jakże!) dzieci. Pewnego dnia ich piętnastoletni syn zapragnie poznać dawcę spermy, z której skorzystały jego mamy (obie, jedna urodziła córkę, druga syna). Spotkanie z nim wyciągnie na wierzch wszystkie rodzinne demony, które dotychczas może i dawały o sobie znać, ale nie tak boleśnie. Bo że panie nie dogadują się ze sobą najlepiej, że jedna z nich (Jules, grana przez Julianne Moore) czuje się notorycznie niedoceniana i kontrolowana przez swoją lepiej poukładaną i bardziej zasadniczą partnerkę (Nic - Anette Bening), to widać od początku. Ale dopiero pojawienie się w ich życiu Paula (dawcy spermy) sprawi, że zrobi się naprawdę niepokojąco. Jules zacznie z nim sypiać, dzieci się zaprzyjaźnią i przez chwilę film zacznie wyglądać na mocno antylesbijski - ot, dzieci tak naprawdę potrzebują ojca, ale lesbijki mężczyzny. A potem Cholodenko bardzo ładnie się odwinie i wszystko wróci na swoje miejsce.

Dlaczego mam co do tego filmu wątpliwości? Bo, wbrew pozorom, wcale stereotypów nie przełamuje, po prostu na miejsce pary heteroseksualnej, która ma kłopoty w związku, wkłada parę homo. Co oczywiście samo w sobie złe nie jest, po prostu nieszczególnie oryginalne. Po drugie, potwornie mnie w tym filmie irytuje Julianne Moore, która powiela siebie samą z "Chloe" (zjechałam tu). Ja ją naprawdę bardzo lubię, ale chciałabym zobaczyć ją już w jakiejś innej roli. Ale tak czy siak jak na Cholodenko jest naprawdę dobrze. Nie ma patosu, dramatu, jest w sumie prosta, choć niezbyt ciepła, historia, zły gość na końcu dostaje za swoje, a niegrzeczny nastolatek okazuje się być całkiem fajnym chłopcem. No i zagrane jest nieźle, ogląda się dobrze, w sumie czego więcej chcieć?



W ramach nadrabiania zaległości na tapetę wrócił też You Tube. Dziś dwie rzeczy. Pierwsza na odtrutkę po pierwszym występie kobiecej pary w izraelskim "Tańcu z gwiazdami" (do obejrzenia tu), który, cóż, nie porywa. Zamiast tego polecam historię tańca według duetu komediowego Dawn French i Jennifer Sounders:



A druga to dawno tu niewidziany, ale nadal mój ulubiony, choć już niewystępujący razem, duet muzyczny, czyli Ani DiFranco i Julie Wolf. "Angry Anymore" już raz u mnie było, ale ta wersja jest po prostu magiczna.

21 komentarze :

Jennifer French i Dawn Sounders są nieziemskie.
Uwielbiam ich poczucie humoru ;D

scenariusz do filmu Gia napisalo zycie wiec trudno mowic, ze to pomylka

Nie napisałam, że życie Gii to pomyłka, ale że film to pomyłka. Nie oglądałaś nigdy złego filmu, do którego scenariusz napisało życie?

Dla jednych jest, dla innych nie jest. Ale oczywiście chętnie przeczytam, dlaczego, poza tym, że napisało go życie, według Ciebie jest.

Czyżby za chwilę miałby rozgorzeć rozmowa o gustach?
Niektórzy komentatorzy mają niebywały talent do rozkręcania dyskusji ;)
Czas zbić na tym kapitał, kolejna edycja popularnego show już wkrótce ;D

Twoim zarzutem wobec filmu jest ponuractwo i heroina- trudno byloby unikana obu krecac prawdziwy film o Gii(?) Carangi...a dlaczego moim zdaniem jest dobry- bo jest bardzo autentyczny, bo uczucie nie jest pokazane w sposob cukierkowy, bo Angelina gra genialnie( i wcale niekonicznie mysle o scenach na siatce)bo pokazuje swiat "top model" lat 80 od tej ciemnej, bezdusznej strony, bo wzrusza zagubienie emocjonalne i bezradnosc glownej bohaterki i jej smierc w wieku 26 lat

@hds
No bo niektórzy tak mają, że jak coś im się podoba, to musi się wszystkim podobać (i odwrotnie). Nie wiem, czemu tak mają, ale skoro im z tym dobrze, to ich sprawa:)

@shadowland
Ani ponuractwo, ani heroina nie są przedstawione w tekście jako zarzut. Zazwyczaj filmy o narkomanach są ponure, co nie znaczy, że wszystkie są złe (choć mogę ich nie lubić). Zarzuty (zaledwie kilka, bo ten tekst NIE jest recenzją "Gii") są kawałek dalej - że mnie znudziła i że jest patetyczna. Tam, gdzie Ty widzisz autentyczność, ja widzę sztuczność i granie na emocjach. Ale jak Ci się podoba, to w porządku, nie wszyscy (na szczęście) muszą lubić to samo.

"Gia" i "High art" są chyba jednymi z najbardziej dołujących jakie można sobie zafundować. Ciężkie i oblepiające człowieka, aż ciarki przechodzą na samą myśl.

Moim pierwszym lesbijskim filmem była właśnie "Gia". Ale nie zdołowała mnie, wręcz przeciwnie: uświadomiła, że widok dwóch pań całujących się i nie tylko podoba mi się o wiele bardziej niż widok par heteroseksualnych. To były czasy, w których nawet nie przeszło mi przez myśl, że mogę być lesbijką, ale jednak Jolie mnie niesamowicie fascynowała i to ze względu na nią ten film obejrzałam. A jak się okazało, Jolie + druga ładna aktorka - zafascynowały mnie wręcz nieziemsko ;) zakochana-w-dziewczynie.blog.onet.pl

Gia jako obraz filmowy bardzo mi się podobała, choć to trudny film bardzo. High art podobał mi się mniej i jako historia i jako film.

Taniec z gwiazdami ogólnie mnie nie porywa, więc trudno żeby tu nastąpił przełom :)

A The kids ma może ktoś pożyczyć?

Ciekawe - Rainbow Collection właśnie wydaje "High Art".

Oh, jak dobrze, że widziałam tylko trzy dobre filmy (w tym jeden 4-częściowy serial), ale żadnego z tych,
o których tu się mówi, bo zaraz by mnie wkręciło. A tak, mam spokój.

O, inicjatywa krakowska :) To jak będziecie odwiedzać przy okazji dawną stolicę, o ile będziecie, to dajcie znać :D

Z racji zainteresowań i przez jakiś czas pracy przy festiwalu filmowym miałam okazję obejrzeć multum filmów lesbijskich - od arcydzieł po kompletne shity, od pełni profesjonalizmu po kompletną, żenującą amatorszczyznę (wciskaną jako mainstream). I bardzo się cieszę, bo to znaczy, że film o tematyce les w niczym nie ustępuje innym produkcjom filmowym. A więc, jak mam w zwyczaju mawiać - jesteśmy zminiaturyzowaną kopią otaczającej rzeczywistości :-)
Natomiast ja i tak nigdy nie wyleczę się z Bound (Więź/Brudny szmal) i zaniosę to uwielbienie aż do trumny (na ramieniu w postaci kopii labrysa Corky :-P)

Muszę się trochę "poniezgadzać" :P

1) Jak już padła „Gia” - uważam ten film za całkiem niezły. Końcówka jest może zbyt patetyczna, ale całość ma ciekawy klimat i Jolie gra bardzo dobrze, a do tego jeszcze Elizabeth Mitchell i fajna ścieżka dźwiękowa. Trudno, żeby studium destrukcji podnosiło na duchu.
„High Art” dołuje chyba bardziej, co nie zmienia faktu, że też nie jest to zły film (moim pierwszym było „Lost And Delirious” - po tym to dopiero doła miałam).

2) Czekałam na „The Kids Are All Right”, ale byłam sceptycznie nastawiona. Zwłaszcza, że już w zapowiedziach pojawiła się lesbijka sypiająca z facetem.

Ale szczerze przyznam, że film mi się jednak spodobał.

To solidny komediodramat (zabawnych momentów w końcu nie brakuje). W żadnym wypadku nie nazwałabym go manifestem. Właśnie o to chodzi, że nie jest to film polityczny czy mający rozprawiać się w jakiś zasadniczy sposób ze stereotypami. Zanim udało mi się go obejrzeć, gdzieś przeczytałam, że to lesbijskie „Brokeback Mountain”. Pomyślałam, sobie: „Aha; na pewno...”. Ale, o dziwo, nie wydaje mi się to niedorzeczna teza. To film o małżeństwie w kryzysie i rodzinie. O tym, że rodzina to nie znaczy facet i kobieta plus gromadka dzieci. Proste, acz do wielu nadal nie trafia :] Pięknie to widać, w scenach kiedy Nic mówi, że czuje, że Paul odbiera jej rodzinę, a samemu Paulowi wydaje się, że zwiąże się z Jules i będą szczęśliwą rodzinką. Dzieciaki nie szukają dawcy, bo odczuwają jakąś traumę z powodu braku ojca. Są zwyczajnie ciekawe.

To rodzaj filmu, w którym złożoność fabuły nie jest tak istotna, jak rozgrywanie emocji i pod tym względem ten film jest bardzo dobry.
I nie zgodzę się, że jest niezbyt ciepły (choćby sceny rodzinne – żarty, przekomarzanie, itd.) i pozbawiony dramatyzmu. Bo jak to się dzieje, że osoba, którą kochasz od lat i jesteś najbliżej na świecie, nagle znajduje się tak daleko? Mnie tam tragicznych i szokujących wypadków naprawdę nie trzeba :] Przeważnie największe dramaty ludzkie są najmniej spektakularne.

Jedna rzecz, która mi się nie podobała, to sceny seksu Paula i Jules – miało być chyba zabawnie, ale wyszło dziwnie (i nie żebym była uprzedzona do scen heteroseksualnego seksu, np. niedługo po „The Kids” obejrzałam „I Am Love” z chyba najlepszą od dłuższego czasu sceną tego typu, którą zdarzyło mi się oglądać).

3) I nie widzę podobieństwa Moore z "Chloe" i "The Kids". Tam gra chorobliwie zazdrosną i niesamowicie sztywną kobietę. Tu to jakieś New Age prawie. Jak dla mnie, to fajnie się uzupełniają te kreacje. Tam w kryzysie małżeńskim zdradza męża z kobietą, a tu zdradza żonę z facetem :] Zresztą „Chloe” też nie jest tak koszmarna. Najgorszą ma końcówkę, a sam film wypada po prostu przeciętnie w porównaniu z oryginalną wersją francuską (ale nie ma się co dziwić, Seyfried do Emmanuelle Béart spoooro brakuje).

E tam takie niezgadzanie się. Z argumentami i w ogóle, no kto tak robi? :)

Mimo wszystko jednak nic nie poradzę na to, że:

1. Dla mnie "The Kids Are All Right" to jest manifest, szczególnie już w świetle poprzednich filmów Cholodenko. Manifest również z tych samych powodów, dla których piszesz, że nie jest. Bo pokazuje, że rodzina to niekoniecznie mama, tata i dziecko itd. itp. Tylko że poza tym, że jest to film o rodzinie lesbijskiej, to nadal jest to prościutkie powielenie opowieści o kryzysie małżeńskim. Nic wywrotowego, nic oryginalnego. Choć zgadzam się, że dla niektórych pewnie tak. Co nie zmienia faktu, że prostota to też cecha manifestu. Nie kombinujemy, żeby był zrozumiały.

2. Moore gra postać bardzo podobną do tej w "Chloe" (niezależnie od kwestii płci). Niespełniona pani domu, która nie potrafi się porozumieć z żoną/mężem i odreagowuje swoje problemy poza związkiem. Może i jest tu ciekawsza, ale mimo wszystko ostatecznie jej ocena wychodzi na minus (co mi się wcale nie podoba). W "Chloe" pan mąż flirciarz miał rację. W "The Kids..." pani żona tradycjonalistka (ta, która nie wyjaśni dzieciom, dlaczego mamy lubią oglądać gejowski seks) jest górą. A że sama święta nie jest (jak i mąż w "Chloe"), to już idzie w niepamięć.

"Gię" i "High Art" jeszcze kiedyś wezmę na tapetę, obiecuję. Mimo że oczywiście nie mogę nie dodać, że de gustibus i w ogóle. Podobnie jak i "Bound" i dopiero wtedy się ponarażam. Choć nie mogę nie dodać, że bardzo w tym filmie lubię Jennifer Tilly.

Mnie również The Kids Are All Right nie zwalił na kolana. Tematyka bardzo ciekawa wreszcie coś innego. Niestety jednak nie wykorzystano tego potencjału.
Zabrakło mi w filmie tego, jakie życie mają a może miały dzieci wychowywane przez dwie kobiety. Wiemy tylko, że les mamy są zanadto opiekuńcze, chciałabym wiedzieć jednak dużo więcej.
Kolejne rozczarowanie przyniosła Jules, dlaczego znowu lesbijka sypia z facetem? Chyba to ostatnio modne w filmach... Jakoś mnie nie przekonuje osoba, która jest zadeklarowaną "lesbijką" a nie może wyjść z łóżka faceta.

Na koniec musze powiedzieć, że film jest bardzo przewidywalny przez co miejscami nudny.

PS: Droga Ewo trochę za dużo zdradziłaś z fabuły. W zasadzie po przeczytaniu Twojej notki nie trzeba już oglądać filmu :-)

Pozdrawiam
C.
http://www.gdyby-sciany-mogly-mowic.blog.pl/

Trzeba trochę fermentu wprowadzić, bo się wokół bloga koło wzajemnej adoracji stworzy ;)

Chyba się nie zgodzimy, co do "The Kids" i Moore. Zresztą śledząc dyskusję po premierze w "amerykańskim" necie, to u nas bardzo subtelny ten spór.

A na tapetę "Lip Service" mogłabyś wziąć. Akurat ostatni odcinek w przyszłym tygodniu (mam nadzieję, że się zdecydują na drugą serię) i ładnie możnaby podsumować :)

Bardzo ciekawa jestem sporu w "amerykańskim" necie, muszę koniecznie prześledzić:)

Jedna uwaga co do tego, że bohaterka filmu zdradza swoją partnerkę z mężczyzną - przyznam szczerze, że to akurat w ogóle mnie nie razi, nie przeszkadza, nie dziwi. To się mogło zdarzyć. I pewnie całkiem często zdarza i niczego zadeklarowanym lesbijkom nie ujmuje. BTW, jednym z moich ulubionych filmów jest "W pogoni za Amy":)

Ewo kochana!
To pewnie pod wpływem przygotowań ślubnych pożeniłaś panie, ale jednak Dawn nadal nazywa się French, a Jennifer Saunders :)

pozdrawiam,
kaja

Prześlij komentarz