Przejdź do głównej zawartości

Lekcja druga: Polski seks

Cieszę się bardzo, że pierwsza lekcja historii, pomimo że subiektywna, wzbudziła zainteresowanie. Bardzo podobają się nam wasze wspomnienia z tamtych czasów zamieszczane w komentarzach. Jeżeli chcecie, możecie przesyłać je również mailem (kontakt tu), a my je będziemy sukcesywnie publikować. W końcu historia to nie tylko fakty, daty, nazwiska działaczy, ale także opowieści z tamtych lat. Po tym komunikacie czas wrócić do historycznych wspomnień.

Ta lekcja miała się zacząć od roku 1989 i Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Grup Lambda. Ale jako że piszę tę historię z własnej perspektywy, cofnę się o rok i opiszę bardzo istotne dla mnie zdarzenia, które doprowadziły mnie do zostania działaczką. Mamy więc rok 1988. Zakończyłam kolejny i jak się okazało ostatni, nieudany głównie dla niego, związek heteroseksualny. Na balandze lub też na prywatce, jak wtedy jeszcze się mówiło, wpada mi w oko urocza zielonooka dziewczyna. Pomimo że siedzi na kolanach swojego faceta, patrząc jej głęboko w oczy, mówię: "Będziesz moją dziewczyną”. Miało się ten tupet. Moje słowa wzbudziły konsternację, śmiech i żarty. Dwa miesiące później byłyśmy z M. parą zakochaną w sobie po uszy. W ten sposób poznałam swoją pierwszą dziewczynę, z którą stworzyłam swój pierwszy prawdziwy związek, który przetrwał dwa lata.

Rówieśnikom i rówieśniczkom nie muszę przypominać, że nie było wtedy w Polsce, więc także w Warszawie, ogólnie znanych miejsc, w których spotykały się lesbijki. Najczęściej drugiej połowy poszukiwano przez ogłoszenia w gazetach. Zdaje się że najpopularniejszym pismem z ogłoszeniami z cyklu "pani pozna panią" był "Relaks". Dzięki zamieszczeniu tam anonsu prasowego doszło między innymi w 1987 roku do chyba pierwszego nieformalnego spotkania grupy lesbijek w Mielnie (za kalendarium "LESteśmy w Polsce”).

Z kronikarskiego obowiązku przypomnę, że internetu i komórek też wtedy nie było, a i telefony stacjonarne nie znajdowały się w każdym domu. Odpowiedzi na ogłoszenia przesyłało się więc na poste restante bądź na skrytki pocztowe. Rzadko, bardzo rzadko i chyba po dość długiej korespondencji podawano adres domowy.

Tak więc z M. zaczęłam związek w zdaje się dość nietypowy, jak na tamte czasy, sposób. Obydwie mieszkałyśmy wtedy z rodzicami. Ja byłam rok po maturze i po oblanym egzaminie na prawo (na własną prośbę, no bo co za kretynka na rozmowie kwalifikacyjnej, ostatnim wtedy etapie egzaminu, mówi, że chce iść na prawo, bo podobał jej się „Paragraf 22” i sposób interpretacji tegoż?) przygotowywałam się do kolejnego podejścia na studia i dorywczo pracowałam, M., dwa lata młodsza, pobierała nauki w liceum. Oczywiście ukrywałyśmy przed rodzicami łączące nas relacje. Jednak byłyśmy młode, upojone miłością i koniec końców wszystko się wydało. Dostałyśmy szlaban na spotykanie się, zakaz wzajemnych odwiedzin oraz obydwie zaczęłyśmy być sprowadzane na dobrą drogę.

M. wysłano do księdza, a nawet dano na mszę w jej intencji, w której to mszy uczestniczyłam, wprawdzie skromnie stojąc z tyłu, ale takiej gratki przepuścić nie mogłam. Jak to nie pomogło, wysłano ją do psychologa z TPR (Towarzystwo Przyjaciół Rodziny), którym okazał się nie kto inny jak może niektórym znany Wiesław Sokoluk. Seksuolog, który jednej z moich później poznanych znajomych powiedział: „Nie chcesz być lesbijką? Ale to takie fajne!”. M. po rozmowie z nim była szczęśliwa, jej rodzice mniej. Również ja postanowiłam spotkać się z Sokolukiem, aby wyjaśnić trochę trapiących mnie wątpliwości. Wizyta u niego okazała się dla mnie brzemienna w skutki - to on, po długich namowach, zdradził mi miejsce i czas spotkań osób homoseksualnych.

W czerwcu 1989 roku trafiłam po raz pierwszy na Mały Dziedziniec Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie regularnie w klubie Sigma, należącym wtedy do ZSP, spotykali się aktywiści i jedna aktywistka Warszawskiego Ruchu Homoseksualnego. Anka M. to barwna i ciekawa postać, kobieta, która idealnie nadawałaby się i w dzisiejszych czasach na "niekontrowersyjną" reprezentantkę lesbijek. Inteligentna długowłosa blondynka o niebanalnej urodzie. Na dokładką nieukrywająca swojej orientacji przed matką, która wydawała się, dziw nad dziwy (rzadkość), pogodzona z tym faktem. Pomimo tego oraz próśb i nalegań Ania nie chciała występować w mediach. Zaparła się i już. Panowie (Zboralski i Starosta) już wtedy pojawiali się w prasie. W ogóle jak wtedy pisano o homoseksualizmie, to tylko w kontekście mężczyzn.

A ja poczułam, że mam misję. Marzyło mi się, aby w Sigmie zaczęły pojawiać się kobiety, dużo kobiet, a nie sześć w porywach do siedmiu (w tym moja dziewczyna i ja).

Oprócz działań typowych, jak zastanawianie się nad kształtem przyszłej organizacji, jej statutem, który praktycznie był gotowy (na tym polu moje osiągnięcia są raczej mizerne), zaczęłyśmy z M. być sztandarową parą lesbijek w Polsce, które anonimowo wypowiadały się w mediach. Niewątpliwie powodowała mną misja, ale także tupet oraz, co tu ukrywać, chęć zabłyśnięcia. Pomimo wrodzonej, tak, proszę się nie śmiać, nieśmiałości zawsze pchałam się do recytowania wierszy na akademiach oraz udziału w przedstawieniach w szkole.

Ale najpierw miał miejsce mój debiut telewizyjny. Do WRH zgłosiła się bowiem ekipa z telewizji Channel 4, która chciała nakręcić program o homoseksualistach w Polsce po zmianach ustrojowych. Reżyserka i prowadząca program zapytały się nas (M. i mnie), czy nie chciałybyśmy w nim wystąpić i opowiedzieć o naszym związku i problemach, na jakie się natykamy. Po solennych obietnicach, że film absolutnie nie będzie emitowany w Polsce, nadal pełne obaw, wyraziłyśmy zgodę.
W filmie pod jakże uroczym tytułem "Polski seks" można zobaczyć czarującego młodego Mariusza Szczygła w redakcji "Na przełaj" opowiadającego, skąd bierze pomysły na artykuły, Sławka Starostę opowiadającego o ruchu, jedno z zebrań przyszłego Stowarzyszenia Grup Lambda, akcję anarchistyczną, koncert Balcan Electrique i dyskotekę LGBT, księdza Jankowskiego, dość dziwnie ubraną parę polskich lesbijek i rozmowy z Mikołajem Kozakiewiczem i Barbarą Labudą (kilka zdjęć z tego filmu można zobaczyć tu). Był to chyba pierwszy dokumentalny film o życiu polskich LGBT. Nie ukrywam, że byliśmy zachwyceni faktem, że tyle osób postanowiło pokazać w nim swoją twarz.

Jako że dzisiejszy wpis napisał mi się dość długi, więc żeby nie zanudzać szanownych czytelniczek i czytelników, o dalszej działalności medialnej i o tym, co z niej wynikło, a także o pięknym ciepłym zimowym dniu, kiedy to zarejestrowano Ogólnopolskie Stowarzyszenie Grup Lambda, napiszę następnym razem.

Komentarze

  1. pierwszy artykul w polskiej prasie na poczatku lat 90 jaki ja przeczytalam to byl chyba w Pani- para dziewczyn- chyba Alina i Monika ale nie wiem czy imiona i zdjecie byly prawdziwe; pamietam tez taki czarno- bialy w dodatku do gazety wyborczej ze zdjeciami kilku par dziewczyn- shadow

    OdpowiedzUsuń
  2. Shadow: Pani to bodajże rok 92, zdjęcia i imiona nieprawdziwe, Monika to chyba ja. Zresztą historię tego wywiadu opiszę, bo były ciekawe konsekwencje:)
    Gazeta Wyborcza pierwszy artykuł o lesbijkach ukazał się w Magazynie nr 21 dodatku do Gazety Wyborczej nr 122, wydanie z dnia 27/05/1994 , str. 16 i tam mnie już nie ma:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Shadow, Ty jak coś napiszesz to zupełnie tak, jak mówił Smoleń w monologu o służbach mundurowych PRL: "zawsze wszystko wiedzą - tylko niedokładnie".

    OdpowiedzUsuń
  4. Ruda! Powinnaś jakąś książkę napisać ;)
    Czyta się fantastycznie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziękuję za lekcję numer dwa!
    Szczególnie mi się spodobał link do kalendarium, które mi się przyda w moich własnych poszukiwaniach :D

    OdpowiedzUsuń
  6. przypomnial mi sie jeszcze jeden, chyba wczesniejszy- mottem byl chyba jakis wiersz Stachury- to pewnie tez o Tobie:) shadow

    OdpowiedzUsuń
  7. Shadow: Jest duża szansa, że też o mnie, szczególnie jeśli motto brzmiało: cokolwiek prawdziwie się zaczyna, nigdy się nie kończy:) Nie gwarantuję, że wszystkie teksty o lesbijkach z tamtych czasów są o mnie, ale jest duża szansa:)
    Aha, jednak Gazecie Wyborczej w Reportażu też się pojawiam wśród innych:)

    OdpowiedzUsuń
  8. hds napisał: "Ruda! Powinnaś jakąś książkę napisać ;)
    Czyta się fantastycznie."

    Jedna (w dwóch tomach) jest już napisana - cały ten blog! Z komentarzami to jest już ponad 1000stron.
    lingwistka

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja z kolei długo się zastanawiałam (jeszcze 2 lata temu) dlaczego NIKT przed nami nie wystąpił na drogę sądową w obronie / walce o nasze prawa przed polskimi sądami?!

    Gdy myśmy zdecydowały się na to, pojawiło się po pewnym czasie rozstrzygnięcie w sprawie o niewydawanie zaświadczeń o stanie cywilnym dla par decydujących się na ślub za granicą, potem sprawa Kozaka (o prawo do lokalu komunalnego po zmarłym partnerze) i Ryśka Giersza (o 'pedała'). Czyli 3 - tyle, ile my same (tylko teraz, a szykujemy kolejne) prowadzimy. A przecież tyle spraw jest do przeprowadzenia!

    OdpowiedzUsuń
  10. Ciekawie mi się czyta o tych czasach, gdyż mnie wtedy albo jeszcze nie było albo byłam mała (pojawiłam się w przełomowym 1989). Można ten film gdzieś obejrzeć? Może wrzuciłybyście go do Internetu? Bardzo bym chciała go obejrzeć! zakochana-w-dziewczynie.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  11. Całe szczęście - po wejściu Polski do UE - nie pozostajemy same / sami w swoich działaniach.

    Jesteśmy coraz bliżej uznawania naszych zagranicznych cywilnych związków przez Polskę dzięki działaniom UE. :)

    http://katarzynaformela.blox.pl/2010/11/PE-zobowiaze-panstwa-czlonkowskie-UE-do-uznania.html

    OdpowiedzUsuń
  12. Ciekawe lekcje historii... zwłaszcza, że lata 80 to dla mnie wspomnienia zdzierania kolan przy upadkach w trakcie jazdy na rowerze, zabawy w chowanego i podchody w kamienicach, piwnicach i podwórkowych okolicach, grania w kapsle, łażenia po drzewach itd. itp. :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…