Przejdź do głównej zawartości

Queer UW jak parada

Artykuł w "Gazecie Stołecznej", spory materiał w TVN Warszawa, w sieci kilka mocnych tytułów w rodzaju "Protesty przeciw pierwszej organizacji studentów-gejów" czy "Demonstracja przeciwko promowaniu dewiacji na Uniwersytecie Warszawskim", a wszystko to za sprawą kilku smutnych panów, którzy postali sobie z tabliczkami z niezbyt mądrymi hasłami przed bramą Uniwersytetu Warszawskiego:


Panowie na co dzień związani są z grupą Krucjata - Młodzi w Życiu Publicznym, ale na okoliczność tego spotkania określili się mianem Studenckiego Komitetu Przeciwko Homoseksualnej Propagandzie na UW. O co im poszło? Ano o nową organizację studencką, a w zasadzie koło naukowe Queer UW, które wczoraj miało swoje spotkanie organizacyjne i które nie wiedzieć czemu zostało uznane za jakąś szczególnie wywrotową czy przełomową inicjatywę. Rzeczywiście próżno u nas szukać formalnie zarejestrowanych stowarzyszeń studenckich skupiających osoby nieheteroseksualne, choć na Politechnice Warszawskiej działa choćby nieformalne PWGay, ale kół naukowych trochę już mamy - ot, na Uniwersytecie Gdańskim od lat działa Koło Naukowe Gender Studies UG. Tak, wiem, że queer to nie gender, ale nie sądzę, by wiedzieli to smutni panowie z Krucjaty, dla nich to wszystko pseudonauka zajmująca się wmawianiem chłopcom, że mogą zostać dziewczynkami, i na odwrót.

Wracając do samego Queer UW, to zdaje się że mogą być wdzięczni panom protestantom za reklamę, bo smutna prawda jest taka, że koła naukowe, jakkolwiek nierzadko fajne i cenne, zazwyczaj mają nikłą moc oddziaływania na otoczenie. Tu może być inaczej, bo już na starcie inicjatywa zyskała niezły rozgłos. I mam nadzieję, że choć jej pomysłodawcy mówią głównie o działalności naukowej, przyciągnie też studentów i studentki, którzy po prostu ze względu na swoją nieheteroseksualność będą zainteresowani włączeniem się w jego działalność. W końcu to chyba właśnie w czasie studiów osoby LGBTQetcetera najczęściej dokonują najpoważniejszych coming outów i spotkanie na uczelni innych osób w podobnej sytuacji na pewno niejednej i niejednemu ułatwiłoby adaptację w nowym środowisku. A jako że założyciele koła nie odżegnują się od działań w środowisku swoich kolegów i koleżanek i podkreślają, że zakres działań zależy od samych zainteresowanych, tak więc może ich organizacja kiedyś przerodzi się w stowarzyszenie studenckie z prawdziwego zdarzenia. Czego oczywiście serdecznie im życzę.

Co mnie w tej sprawie zastanawia, to zainteresowanie mediów całą tą sytuacją. I szczerze mówiąc, nie wiem, jak je interpretować, na plus czy na minus. Rozumiem, że wszelkie protesty to wdzięczny temat (co widać w relacjach z parad czy marszów, gdzie nawet gdy protestujących jest wielokrotnie mniej niż maszerujących, media muszą podkreślić ich obecność), z drugiej strony ileż jeszcze materiałów można budować na opozycjach. Pod tym względem reportaż w TVN Warszawa jest naprawdę żałosny, bo jako tło wypowiedzi studentów i studentek z Queer UW i ich oponentów cały czas oglądamy co bardziej soczyste obrazki z tegorocznego EuroPride w Warszawie. Aż chce się zapytać, dlaczego w momencie gdy wypowiadają się oponenci, nie możemy popatrzeć na ich protesty choćby przeciwko tegorocznemu marszowi w Poznaniu. No, niestety wiadomo, dlaczego - bo to nie jest pierwsze skojarzenie, które przyszło montującemu materiał do głowy. A właściwie dobrze, że nie jest, szkoda tylko, że podobnie obiektywny nie potrafił być w stosunku do Queer UW.

Wniosek? Parady to zło. Dobra, żartuję. Ten materiał moim zdaniem pokazuje, jak bardzo takie inicjatywy jak Queer UW (i wszelkie podobne) są potrzebne. Bo widać, jaką trudność sprawiło jego twórcy zrobienie reportażu o organizacji naukowej, która wprawdzie od parad się nie odżegnuje, ale też przede wszystkim jest zainteresowana robieniem badań czy konferencji i to o tym chce mówić. Że w świadomości tego dziennikarza (i wielu innych osób) nadal jesteśmy dość jednolitą masą o podobnych zainteresowaniach, poglądach i potrzebach. I przez jakiś czas jeszcze tak będzie, ale myślę, że im więcej różnorodnych, widocznych akcji będziemy robić, tym rzadziej będziemy oglądać obrazki z parad w kontekstach wszelkich. W końcu przy okazji moich z Gosią różnorakich wystąpień medialnych w ramach konkursu "Love is in the Air" jakoś nikomu nie przyszło do głowy ilustrować ich zdjęciami z EuroPride (gdzieś za to były dwie stewardesy). Tak że da się. I, paradoksalnie, myślę, że mimo wszystko dobrze, że powstał ten niezbyt mądry materiał o Queer UW. Bo może następnym razem TVN Warszawa wybierze się na konferencję zorganizowaną przez to koło i zobaczy, że nie musi szukać dodatkowych materiałów ilustracyjnych. Że może być różnie. I nadal jest ciekawie.

Komentarze

  1. Mnie się najbardziej podoba w materiale fragment o modelu żony :) Jaki to jest ten model żony, zastanawiam się z dużym rozbawieniem.

    OdpowiedzUsuń
  2. No i jeszcze co do reportażu TVN. Bardzo problematyczny materiał, bo obrazki z parady pojawiają się dokładnie wtedy, kiedy widz zaczyna być przekonany, że naprawdę powstaje poważna organizacja studencka zajmująca się nauką. Pokazanie w tym momencie takich ujęć może deprecjonować wypowiedź. Trudno jest mi oprzeć się wrażeniu, że ten materiał jest tak zmontowany celowo.

    OdpowiedzUsuń
  3. Przecież nikt nikomu nie każe na to chodzić... Ale oczywiście musi być: "aaa, homosie nas zaleją, zrobią Holandię. a co, jak z nas też homosiów zrobią?!" zakochana-w-dziewczynie.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  4. "przyciągnie też studentów i studentki, którzy po prostu ze względu na swoją nieheteroseksualność będą zainteresowani włączeniem się w jego działalność" - Queer UW nigdy nie będzie stowarzyszeniem studenckim dla LGBTQI. Wtedy to nazywałoby się po prostu LGBTQI UW, a nazywa się Queer UW bo chcemy wyjść po za podział hetero-niehetero, tylko stać się organizacją dla tych wszystkich, którym piętno organizuje życie, bez względu na to czy jest to piętno wynikające z bycia niehetero, czy wynikające z tego, że ktoś nie ma nogi. Krótko mówiąc Queer UW czeka na wykluczonych, w tym oczywiście na LGBTQI ale nie tylko.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ha, a nawet w pierwszym odruchu klawiatury chciałam napisać nie "nieheteroseksualność" a "nienormatywność" i widzę, że pierwsza myśl była bliższa intencjom pomysłodawców Queer UW.

    Z drugiej chciałabym kiedyś zobaczyć w Polsce taką mnogość wąsko ukierunkowanych organizacji jaka jest na Zachodzie, gdzie są grupy dla gejów Paragwajczyków mieszkających w NY, starszych lesbijek z Buffalo itd. itp. No ale u nas to pieśń przyszłości... być może.

    OdpowiedzUsuń
  6. Także poruszyłam tę sprawę na swoim 'blogasku'. A co do protestujących to żałość i jeszcze raz żałość! Bardzo dobrze widać na tym ich poszanowanie demokracji. Niech się kompromitują.


    P.S. Użyłaś mojego ulubionego sformułowania 'smutni panowie' (:

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…