sobota, 20 listopada 2010

Za dwa tygodnie lecimy!

Do wylotu z Polski zostały dwa tygodnie, czas więc na kolejny okołoślubny wpis. Dobra wiadomość jest taka, że jesteśmy bardziej gotowe niż niegotowe. Kilka spraw jest w trakcie, kilka (mniej istotnych) czeka na rozstrzygnięcie, ale najważniejsze rzeczy już są. Najważniejsze - czyli promesy. Przyszły przedwczoraj kurierem, a załatwienie pozwolenia na ich wydanie zajęło nam dwa dni. Z czym wiąże się, mimo że samą procedurę uważam za dość upokarzającą, całkiem sympatyczna historia. Otóż dzień po wypełnieniu wniosków w internecie Gosia zadzwoniła do ambasady, aby umówić nas na rozmowę z konsulem. Pani po drugiej stronie słuchawki zadała kilka standardowych pytań, a gdy Gosia powiedziała o celu podróży ("biorę ślub na pokładzie samolotu"), po drugiej stronie zapadła chwila ciszy, po której pani zapytała, kiedy chce się pojawić na rozmowie i czy sama, czy też z kimś. Na to Gosia, że ze mną i w ten sposób umówiła nam wizytę na dzień następny (przeciętnie czeka się ponoć dwa tygodnie). W konsulacie jak w konsulacie, najpierw kazali nam opróżnić kieszenie z metalowych przedmiotów i sprawdzili wykrywaczem metalu, czy coś nam tam jeszcze nie zostało, potem przyszedł moment na wstępną rejestrację - sprawdzenie, czy mamy wszystkie potrzebne dokumenty i pokazanie drogi do pierwszego okienka. I tu niespodzianka - pan, który nas rejestrował, przyjrzał się nam uważnie, uśmiechnął szeroko i... pogratulował wygranej w konkursie. W pierwszym okienku pani sprawdziła nasze internetowe wnioski (i naniosła kilka poprawek), pobrała odciski palców, wydała numerek i skierowała do sali przesłuchań. Rozmowa z konsulem była przesympatyczna, głównie pytał o zasady konkursu, ucieszył się, gdy się dowiedział, że była też edycja amerykańska i że dwóch chłopaków stamtąd przylatuje dla odmiany do Szwecji. "To coś jak wymiana zagraniczna" - stwierdził. I tyle, po strachu.

Druga ważna rzecz - nie śmiejcie się - to ślubne stroje. I tu, podobnie jak wielokrotnie w ciągu ostatnich miesięcy, dopisało nam szczęście, bo dziewczyny ze Ślubnej Wytwórni (może pamiętacie je z programu TVN Uwaga) namówiły projektanta mody Michała Starosta, aby zrobił coś specjalnie dla nas na tę okazję (za darmo!). A konkretnie namówiły go, żeby się z nami spotkał, bo Michał ponoć tak łatwo się nie zgadza i musi najpierw kogoś poznać, nim zdecyduje się go ubrać. Jak nas zobaczył, to wyglądał mniej więcej tak:

A potem, jak już mu opowiedziałyśmy o swoich marzeniach, zaprojektował dla nas coś naprawdę pięknego. Póki co widziałyśmy rysunki i dałyśmy się obmierzyć, a w poniedziałek zobaczymy (niby wybierzemy, ale myślę, że Michał już wybrał, więc my tylko pokiwamy z podziwem głowami) tkaniny.

Trzecia rzecz to sam ślub. Tu jest nieźle - obrączki wybrane, ślubna piosenka też (stanęło na "Piece of My Heart"), przysięgi się piszą. Druhny wybrane, ale żeby nie było tak do końca zwyczajnie, to będą to szwedzka feministka i francuska dziennikarka magazynu "Grazie". Na resztę wpływu za bardzo nie mamy, za gości porobią w większości dziennikarze (zdaje się, że będzie ich więcej niż zwykłych pasażerów i członków i członkiń załogi samolotu razem wziętych). A później? Dwie ślubne imprezy, jedna w Nowym Jorku, jedna w Los Angeles i mnóstwo atrakcji w międzyczasie. Najbardziej chyba cieszy mnie perspektywa wybrania się na Broadway i połażenia po Nowym Jorku. Oraz to, że wbrew pozorom będziemy miały sporo czasu dla siebie i całkiem duży wpływ na to, co i jak chcemy zwiedzać. No i to, że po oficjalnym "miesiącu" miodowym (6 dni) wcale nie musimy wracać do Polski - możemy zostać w Stanach, jak długo chcemy, a SAS i tak załatwi nam bilety powrotne. No i zostaniemy jeszcze przez kilka dni, a to dzięki Brendanowi Fayowi i Tomowi Moultonowi (słynni "geje z orędzia"), którzy zgodzili się przyjąć nas pod swój dach w Nowym Jorku.

Co więcej? W zeszłym tygodniu spędziłyśmy trochę czasu z Andersem i Christiną z SAS, którzy przylecieli do Polski, aby nas poznać. Christina to właśnie owa tajemnicza szwedzka feministka z akapitu powyżej (tak na marginesie - nie wierzcie w opowieści o szwedzkich feministkach!). Oboje są przesympatyczni, ciepli, otwarci i bardzo przejęci całą sytuacją. Oprowadziłyśmy ich po Warszawie (najczęściej padające pytanie: "To też zostało zburzone podczas wojny?!"), by skończyć w restauracji Pod Samsonem, gdzie po kilku lampkach wina pękły już wszelkie bariery. I tak ja gadałam z Christiną o feminizmie, a Gosia z Andersem o życiu, wszechświecie i alkoholach praktycznie do zamknięcia restauracji. A, gdzieś tam w międzyczasie wynegocjowałyśmy jeszcze nocleg w hotelu SAS w Kopenhadze, tak że wylatujemy już 4 grudnia (5 musimy być w Sztokholmie). Potem był jeszcze nocny spacer po Starówce i podziwianie między innymi tego:
oraz tłumu pod Pałacem Prezydenckim (goście z SAS pojawili się w Warszawie 10 listopada). Ogólne wrażenie - przemili i bardzo troskliwi ludzie. Aż się odechciewa kpić ze szwecjalizmu.

Co dalej? No, jutro (a właściwie już dziś) wieczór panieński. A później pokażemy się jeszcze w mediach, choć tak naprawdę intensywnie będzie dopiero po ślubie (ale być może jeszcze przed naszym powrotem ze Stanów). Mam też nadzieję, że będzie czas i możliwości, by w miarę na żywo relacjonować naszą podróż na blogu. Zobaczymy.

A tymczasem trzeba iść spać, bo o 13 spotykamy się pod bramą Uniwersytetu Warszawskiego, aby pomanifestować za ustawą o związkach partnerskich. Oraz by uczcić Dzień Pamięci Osób Transpłciowych. Kto może, niech przybywa! Szczegóły tu.

10 komentarze :

Coraz bliżej, coraz bliżej :) Cieszę się, że żadne kruczki nie stanęły Wam na drodze ;) zakochana-w-dziewczynie.blog.onet.pl

Jeszcze raz wszystkiego dobrego dziewczyny. :)

KaFor

Mnie tam zupełnie nie przeszkadza w Szwecji "socjalizm" - poza tym jako czołowa skoczniołazica w okolicach środowiska LGBTQ ;) cenię ją za piękne skocznie - ale jest coś, czego w tym kraju bardzo nie lubię i co z zasady przeszkadza mi uważać go za rzeczywiście demokratyczny: bardzo zamordystyczna polityka narkotykowa. Tak się nie robi - no nie, wiem, tak (i gorzej) się de facto ROBI w wielu krajach z Polską włącznie - ale nie jest w pełni demokratycznym ani tolerancyjnym kraj, który tak traktuje "mniejszości używkowe". "Jesteś przeciw narkotykom? - to ich nie zażywaj", żyj i pozwól żyć innym. Niestety Szwecja (ponownie - jak i wiele innych krajów z Polską włącznie) uznaje "narkotyki" za wyjątkowe zło, którego nigdy nie wolno tolerować i w sprawie którego obywatelki i obywatele nie mogą mieć prawa do decydowania o sobie.

Dużo się dzieje, oj dużo!
A jak przedślubne emocje? Bo to zawsze stres, cudowny ale stres*.

z doświadczenia ;)

Sukienka od Michała Starosta... jako prawdziwa fashion victim sooo envy!
Nie mogę się doczekać jakiś przecieków projektu...

scenki: stres był po wygranej, czyli pierwsze słowa do przyjaciół: o kurcze ja się żenię i lekka panika, teraz w wirze przygotowań powtarzamy tylko: ja nie mam co na siebie włożyć;). Jak nas znam zaczniemy denerwować się naprawdę w dniu ślubu:)
lipshit: rozczaruję Cię: to nie sukienki, ale i tak będzie pięknie.

Oj, to chyba ktoś nie zanotował jej tłumionego zachwytu sukniami, kiedy Rude de Wredne weszła z Ewą do Ślubnej Wytwórni.
Zdaje się, że nikt nie przypuszczał, że tak gładko będą przebiegały przygotowania ślubu i wylotu. Nie ma co, wszędzie koło Was jakieś lobby od razy się tworzy. Na szczęście nie sprawdzą się wizje, że cały czas ktoś deptał będzie Wam w Stanach po piętach, i będziecie miały dużo swobody. A zaproszenie Was przez "gejów z orędzia" - no, po prostu szok!!! :D

Dziewczyny! Śniłyście mi się dzisiaj, to był sen bardzo przygodowy!

Życzę Wam wszystkiego co najlepsze!! Bardzo się cieszę, że jednak polecicie, że będziecie miały wymarzone kreacje od dobrego projektanta, mam nadzieję, że wszystko pójdzie po Waszej myśli!

a intercyza juz podpisana?;)

Prześlij komentarz