Przejdź do głównej zawartości

Dwa zniknięcia, dwie pełnomocniczki i zagadka

Jako że koniec roku zbliża się nieubłaganie, niektórzy już się wzięli za podsumowywanie roku, a nawet dekady. U mnie też będzie, ale póki co kilka zaległych newsów.

Z ramówki TVP od marca przyszłego roku zniknie "Warto rozmawiać" Jana Pospieszalskiego.Nie powiem, żeby jakoś szczególnie zmartwiła mnie ta wiadomość - ów program niezmiennie podnosił mi ciśnienie w czasach, gdy jeszcze miałam telewizję i zdarzało mi się go oglądać. Z drugiej strony tłumaczenie zakończenia emisji programu wymogami ustawowymi, zgodnie z którymi "obowiązkiem telewizji publicznej jest przygotowywać audycje cechujące się m.in. pluralizmem, bezstronnością, wyważeniem. Powinny także rzetelnie ukazywać całą różnorodność wydarzeń zjawisk" jakoś do mnie nie trafia. Nie dlatego, że uważam, by audycja Pospieszalskiego była rzetelna czy wyważona, ale dlatego, że trudno to powiedzieć o jakimkolwiek programie publicystycznym. Media nie są bezstronne i widać to nie tylko w publicystyce, ale też chociażby w serialach, które, chcąc nie chcąc, promują określone poglądy czy styl życia. Czyli, jak dla mnie, decyzja podyktowana wyłącznie względami oglądalnościowymi, szczególnie że stacja deklaruje chęć dalszej współpracy z Pospieszalskim, tyle że w innej formule.

Skoro już przy zniknięciach jesteśmy, to jakoś pod koniec listopada z sieci zniknął serwis ProHomofobia.pl, któremu kilka miesięcy temu nie wróżyłam długiego istnienia. Początkowo myślałam, że to może problemy techniczne i serwis wróci, ale wychodzi jednak, że nie. Mimo iż ten portalik należał do, eufemistycznie mówiąc, niezbyt przeze mnie lubianych, ciekawa jestem, co się właściwie z nim stało. Niestety wujek Google milczy na ten temat, tak że pozostaje mi tylko domniemywać, że zabrakło kasy na serwer, chęci do pisania albo zemściło się podkradanie treści i zdjęć z innych serwisów i blogów. Osobiście mam nadzieję, że zadecydowało to ostatnie, bo o ile nie mam problemu z istnieniem ludzi, którzy mają po prostu inne poglądy niż ja, o tyle niefrasobliwość, z jaką tak wiele mediów internetowych traktuje prawa autorskie, nieodmiennie mnie złości. W końcu nawet jak ktoś nie ma możliwości publikowania wyłącznie własnych treści, to istnieje coś takiego jak Creative Commons, nie mówiąc już o tym, że niemal zawsze można się skontaktować z autorem/autorką danego tekstu czy zdjęcia i poprosić o zgodę na publikację. Najwyżej się jej nie otrzyma.

Z ciekawostek, nominowana do "Nogi Stołka"  (za to, że wbrew zapowiedziom nie pojawiła się na EuroPride) Karolina Malczyk-Rokicińska, warszawska pełnomocniczka do spraw równego traktowania, koordynuje program antydyskryminacyjny "Warszawa różnorodna". Cel: zbadanie i wychodzenie naprzeciw potrzebom osób dyskryminowanych ze względu na płeć, rasę, pochodzenie etniczne, religię, wyznanie i światopogląd, wiek, orientację seksualną i niepełnosprawność. W grupie roboczej znalazły się osoby, które może dzielić niemal wszystko, a wszystkie łączy jedynie poczucie, że z jakiegoś powodu są dyskryminowane (LGBTQetcetera, feministki, niepełnosprawni, chrześcijanie). Jeżeli wierzyć "Gazecie Stołecznej", nie przeszkadza im to we wspólnej pracy. Super, oby doniesienia okazały się przynajmniej w połowie zgodne z prawdą.

Tymczasem pani Radziszewska wzięła się za... selekcję w klubach. A konkretnie za szczeciński klub Kafe Jerzy, do którego mogą wejść panie, które ukończyły 20 rok życia i panowie, którzy mają skończone 25 lat. Co jest ponoć złe, bo dyskryminuje panów ze względu na wiek. Nie lubię selekcji i do klubów, które ją stosują, nie chodzę, ale z drugiej strony uważam, że właściciele lokali mogą wpuszczać do nich gości na zasadach, jakie sami sobie wymyślą, i można ich krytykować, ale nie można do niczego zmuszać. Poza tym naprawdę są poważniejsze zadania dla pani minister od dyskryminacji.

Na koniec coś z innej bajki. Na Innej Stronie pod informacją o naszym ślubie rozpętała się przed świętami nielicha dyskusja. Zastanowiła mnie w niej jedna rzecz, bynajmniej niezwiązana z oceną walorów Gosi i moich czy z samą ideą konkursu. Otóż znalazło się w niej kilka głosów (autorstwa, co ciekawe, wyłącznie osób dwudziestokilkuletnich) negujących sens walki o nasze prawa oraz określających czas ich potencjalnego uzyskania jako "nie za naszego życia". Ciekawa jestem, skąd ten pesymizm i niewiara w możliwość jakichkolwiek zmian oraz przeświadczenie o nieskuteczności dotychczasowych działań. Czy wynika z nieznajomości historii i braku wiedzy na temat zmian, które miały miejsce w ostatnim dwudziestoleciu? Czy też bardziej z tego, że piszący skupiają się na swojej osobistej perspektywie i uważają, że skoro w ich życiu nic się nie zmienia, to w ogóle nic się nie zmienia? Nie mam pojęcia, w każdym razie trochę to przygnębiające.

Komentarze

  1. oj przygnebiajace. a jeszcze bardziej mnie przygnebia jak czesc moich znajomych gejow mowi publicznie ze sa przeciwko gejowskim inicjatywom bo rzekomo przynosza im szkody!!! to dopiero czad!

    OdpowiedzUsuń
  2. Odniosę się do ostatniego fragmentu tego wpisu, jako że jest związany z wydarzeniem przy wigilijnym stole. Moja żona wreszcie, po 5 latach od wydarzenia, postanowiła ujawnić rodzicom fakt, że stanu wolnego nie już jest i nie jest to bynajmniej stan hetero-małżeński. Było oczywiście - "ale dlaczego nam nie powiedziałyście" i nasze zapewnienie, że chcemy odnowić nasze śluby, gdy to będzie możliwe oraz bardzo krzepiące słowa, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że rodzice zbliżają się do 80. A słowa te brzmiały - to tylko kwestia czasu i to niedługiego. Widać - są ludzie, którzy są bardziej optymistycznie nastawieni do rzeczywistości (którą bacznie i aktywnie obserwują) niż ta wspomniana młodzież. A ja powiem tylko - ulżyło mi. Nie tylko dlatego, że już nie trzeba się "pilnować", ale także dlatego, że teściowie przyjęli fakt, że jesteśmy w formalnym związku jako coś oczywistego :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Brawa wielkie dla Ani! :)


    KaFor

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…