piątek, 26 lutego 2010

Świat seriali

Szczerze mówiąc, a raczej pisząc, mam na imię Gosia i lubię seriale. Wyrzuciłam to z siebie:) Jak wpadnę w ciąg, to potrafię nie jeść, nie spać, a oglądać. Prym wiedzie niejaki Doktor Dom. Zaczęłam go oglądać po tym, jak któraś/yś z naszych znajomych powiedział/a: "Powinnyście oglądać House’a, ma takie samo poczucie humoru jak wy". Refleksja: Grunt to uznanie przyjaciół.

Generalnie mam słabość do seriali medycznych. A wszystko to przez "ER". W domu na półeczce stoi 10 sezonów. Kolejne sezony właśnie katuję noc i dzień. Refleksja numer 2: Ech, to już jednak nie to samo.

"Chirurgów" obejrzałam pierwsze dwa trzy odcinki. Nie zaskoczyło. Ale może zaskoczy, wszak tam wątek branżowy. Niedługo pewnie drugie podejście.

"Na dobre i na złe". Niezły serial komediowy. Mamy z Ewą dziką radochę, oglądając go co tydzień przy niedzielnym obiedzie u moich rodziców. Ostatni nasz hit: udawanie kiełbasy z włośniem (!!!), która to miała zaatakować dyrektorkę szpitala. Ratowanie jej (dyrektorki, kiełbasa obroniła się sama, wszak miała włośnia czy włosień) to była akcja. Wow, naprawdę scenarzysta się wysilił.

Serial nieco zbliżony do medycyny, a nawet ściśle z nią związany: "Sześć stóp pod ziemią". Rewelacja! Ulubiona postać: Brenda:)

Seriale sf. "4400" ze względu na Karinę Lombard. Chociaż pierwsze dwa sezony naprawdę niezłe. Na resztę spuszczam zasłonę milczenia.



W stylu "4400" - "Heroes". Ciekawy pomysł, nierówne odcinki. Od zapierających dech w piersiach po rozwlekłe, ckliwe, głupie, beznadziejne (nic nie skreślać).

Tematyczne. "The L Word". Znowu dwa sezony dało się obejrzeć. Dalej oglądałam z obowiązku i ciekawości, co jeszcze głupiego da się wymyślić, oraz z nadzieją, że gorzej już być nie może. Może.

"Seeking Simone" (więcej tu). Absolutny hit. Serial internetowy, kręcony za darmo. Mój absolutny faworyt.

"Queer As Folk" (US). Kurczę pieczone w pysk, niby amerykański jak "The L Word", a jednak dużo ciekawszy. Nie ma burżugejów, nie wszyscy jeżdżą odjechanymi samochodami (nawet jeśli są tylko fryzjerkami) i niektórzy mają nawet jakieś takie nudne prace. Jestem na początku pierwszego sezonu, ale podejrzewam, że na tym nie skończę.

Seriale polskie. Faworyt: "Czterej pancerni i pies". Główny faworyt: Szarik.



Na dzisiaj tyle, bo właśnie mam kolejne odcinki sezonu 12 "ER".


PS od Ewy. W Gosiowej wyliczance zabrakło rzeczy z czasów, kiedy miałyśmy jeszcze telewizję i BBC Prime na zmianę z AXN potrafiło lecieć 24/7. "Absolutely Fabulous", "Mała Brytania", "French and Sounders", "Sliders", "My Hero", serial o szóstce przyjaciół, którego tytułu nie pomnę, a w którym każdy kochał się w kimś innym niż obecny/a partner/ka (skończyło się na scenie z piosenką ze "Spidermana" zamiast "Madame Butterfly")... A potem wyłączyli BBC Prime, AXN można oglądać w sieci i nie było już powodu, by prenumerować kablówkę.

PS 2 od Ewy. W stronę kobiet zamieściło kolejny felieton Gosi, czym ona się oczywiście nie pochwali!

środa, 24 lutego 2010

Queerowanie jako usprawiedliwienie zdrady?

Tytuł trochę od czapy, ale nie do końca - taki pomysł pojawił się w jednym z komentarzy pod poprzednim postem. Nie, kochanie, to nie jest zdrada, to queerowanie!:) Piękne, dołączam do niewielkiej póki co kolekcji, obok queerowania jako ucieczki przed coming outem. Znacie jeszcze jakieś niecodzienne, absurdalne, dziwne odczytania teorii queer? Podzielcie się!

Jako że intensywnie pracujemy nad nowym programem, przygotowujemy się do niedzielnego występu w Siedlcach (pub Krowa na golasa, godzina 18, jakby ktoś był w okolicy i chciał się razem z nami pożegnać ze starym programem) oraz czwartkowego drag king na wesoło szoł w Ustach Mariana, a dodatkowo niżej podpisana kończy tekst o sieciowych serialach lesbijskich do najbliższej "Furii", czasu na pisanie (i odpisywanie na maile) znowu mamy jakby mniej. No dobrze, w ogóle nie mamy, ale to się ma ponoć kiedyś zmienić. Tak że dziś znów post z serii bezsensownych.

Francuzi wymyślili taką oto kampanię antynikotynową:
Fot. dnf.asso.fr

Pod zdjęciami jest podpis: "Palenie robi z ciebie niewolnika nikotyny". Kampania ma być skierowana do młodych - stąd niestandardowa forma wyrazu - i oczywiście już budzi protesty.

W "Gazecie Wyborczej" świetny reportaż Marcina Kąckiego o tym, jak książka "Pierwszy seks" znika z bibliotek publicznych. Dla mnie w tekście najlepsza jest nie tyle historia tejże książki, ale obserwacja jednej z bibliotekarek, że najczęściej książki erotyczne czy w ogóle śmielsze obyczajowo z bibliotek kradną mężczyźni, bo wstydzą się je po prostu wypożyczać. Kobiety nie mają z tym problemów.

Z bardziej homotematycznych kwestii Magazyn "GO" opublikował pierwszą część corocznego dodatku "America's Most Captivating Couples"
  
źródło: www.gomag.com
 
O idei pisałam tu, w tegorocznej edycji póki co pokazały się "zwyczajne" pary, celebrytki będą w części drugiej. Mimo iż heteronormatywne, to jednak ładne to. Chyba pokuszę się o polską edycję w przyszłym roku. Jakieś typy?

niedziela, 21 lutego 2010

Rewolucja w heteromatriksie

U Abiekta dziś coś bardzo zabawnego - kto ma ochotę poprawić sobie humor, niech koniecznie wejdzie tu. Na Biseksblogu za to casting na homodziałaczki. Mam nadzieję, że nikt go nie potraktuje poważnie, ale jest to ładne podsumowanie dyskusji o medialnym wizerunku lesbijek. Skoro nie podobają nam się osoby, które pojawiają się w mediach, stwórzmy sobie modelową parę, taką lesbijską Simone razy dwa (piję do tego filmu). Sensu w tym za grosz nie ma, nie mówiąc już o autentyzmie, ale za to każda z nas będzie miała szansę bycia współwinną uczestnictwa tego tworu w życiu medialnym.

Ankietka związkowa zakończona, co oznacza, że czas na obiecany tekst o związkach. Najpierw wyniki. Pytałam o stosunek czytelniczek do związków otwartych. Odpowiedzi wyglądają następująco:

Nie byłam i to nie dla mnie. - 40 głosów (51%)
Byłam, ale to nie dla mnie. - 8 głosów (10%)
Byłam/jestem i jest w porządku. - 10 głosów (12%)
Jeszcze nie byłam, ale czemu nie. - 10 głosów (12%)
Nie mam pojęcia, co odpowiedzieć. - 9 głosów (11%)

Ponieważ "badanie" przeprowadziłam na absolutnie niereprezentatywnej grupie (77 osób), na dodatek nie mogę być pewna, że głosowały jedynie kobiety i każda tylko raz, przytoczę jeszcze jedno, podobne tematycznie, z jednego z moich ulubionych blogów Lesbian Life:

Warte uwagi są też komentarze pod ankietką na Lesbian Life - że może i w otwartych związkach nie ma nic złego (to kwestia umowy między partnerkami), ale pokazywanie ich nie jest dobre dla naszego medialnego wizerunku (rzecz się dzieje w Stanach Zjednoczonych). Brzmi znajomo? Powinno, bo niektóre głosy pod homikowym tekstem, który zainspirował mnie do podniesienia kwestii monogamii, były bardzo podobne. Był tam też jeden dziś akurat dla mnie znacznie ciekawszy. Autor odnosi się do oczywistego w sumie stwierdzenia, że nie ma co oceniać i wartościować czyichś wyborów życiowych, bo ludzie są po prostu różni:

Autorka komentarza zachęca, by nikt nikomu nie wmawiał, że coś jest dobre albo złe. Sama się jednak do tego nie stosuje, stwierdzając, że różne style życia są ok. Wychodzi na to, że rezygnacja z ocen = ocena pozytywna.

Wydaje mi się, że w tym jednym zdaniu zawiera się tak naprawdę główna różnica w podejściu do różnych stylów życia, modeli związków itp. Nie w tym, jak żyjemy, ale w tym, czy uważamy, że różne konfiguracje są równoprawne i nie podlegają wartościowaniu, czy też że są modele lepsze i gorsze. Nie muszę chyba dodawać, które podejście jest mi bliższe. Oraz że między tymi podejściami zawiera się cała gama innych, mniej lub bardziej radykalnych.

Pentaxian, której bloga strasznie lubię czytać, napisała jakiś czas temu tak:

Cóż możemy powiedzieć w Polsce, my które marzymy o obrączkach, legalnych związkach. Gdzieś tam dzwoni nam temat płciowego performance, ale tak naprawdę chcemy ślubu i dzieci. Tematyka queer jest odległa już nie o epokę, ale o jakiś rok świetlny.

Ciekawie ten wpis koresponduje z bardzo zabawnym zresztą stwierdzeniem Kazimiery Szczuki sprzed paru lat, która podczas spotkania promocyjnego wokół książki Anny Laszuk "Dziewczyny, wyjdźcie z szafy" powiedziała, że po jej przeczytaniu była rozczarowana o tyle, że wszystkie bohaterki (niezależnie od wieku) są takie strasznie zwyczajne - wspólny dom, zwierzaki, czasem dzieci. A ona myślała, że lesbijki to taka forpoczta rewolucji. I jeszcze jeden cytat, tym razem z jednego z komentarzy Pauli na moim blogu:

Monogamia osób homoseksualnych często jest postrzegana jako parcie ku naśladowaniu ogólnospołecznych wzorców, czy też jako dowodzenie, że tylko (?) pary jednopłciowe chcą dążyć do tego ideału (wierności, wyłączności, etc.), albo wręcz go osiągają. Cóż, wychodzi jak w tych dowcipach, wedle których już niedługo pobierać się będą tylko homoseksualiści.

Coś w tych wszystkich stwierdzeniach jest. Oczywiście można to tłumaczyć bardzo prosto - homofobią. Temu, że na nasze indywidualne odczucia czy pragnienia nakładamy często przekonanie, że czegoś nam tam nie wypada. Że mamy nieprzepartą chęć udowadniania, że jesteśmy "normalniejsze" od "normalnych". Można też tłumaczyć kulturowo - w końcu nie dorastamy w próżni i zazwyczaj interioryzujemy wartości, które nas otaczają. Ciekawa jestem swoją drogą, o czym marzą (lub marzyłyby, gdyby były na naszym etapie akceptacji/tolerancji dla związków jednopłciowych) lesbijki w poliandrycznych społecznościach eskimoskich czy w Tybecie.

Monogamia mi nie przeszkadza. Ba, niedługo stuknie nam z Gosią pięć lat monogamicznego związku (szykujcie kwiaty i prezenty). Jednak mimo wszystko mam wrażenie, że skupiając się na heteronormatywnym modelu, tak naprawdę coś - jako społeczność i jako jednostki - tracimy. Znowu kilka przykładów, jak zwykle z życia. Przyjaciółka, mająca za sobą związki zarówno z kobietami, jak i z mężczyznami, opowiadała mi jakiś czas temu o relacji łączącej ją przez kilkanaście lat z pewnym mężczyzną, która generalnie polegała na tym, że raz na parę miesięcy spotykali się, aby pogadać, ale też po to, aby pójść ze sobą do łóżka. W pewnym momencie zorientowała się, że był to najdłuższy i najlepszy (w sensie emocjonalnym) związek w jej życiu - właśnie taki, jaki był, bez dążenia do "bycia ze sobą na poważnie" czy wymiany obrączek. W odbiorze ogólnospołecznym nie był to związek w ogóle, podczas gdy pozostałe (zakończone niepowodzeniem) jej związki tak. Inny przykład - parę lat temu podczas polsko-niemiecko-rosyjskiego wyjazdu w ramach akcji Girlz Get United poznałam parę Niemek, które, choć były ze sobą od kilku lat, nie mieszkały razem. Obie wybrały dzielenie mieszkań z grupami przyjaciół. Dziewczyny mówiły, że w ich gronie to normalne - związki z przyjaciółmi są równie ważne, jak nie ważniejsze, jak dzielenie kuchni, łazienki czy łóżka z partnerką.

Co więc poprzez tkwienie w jednym modelu związku tracimy? Tak naprawdę możliwość dokonania iluś tam wyborów. I to nie jest nawet kwestia wyboru między monogamią a poligamią, byciem singielką a byciem w związku, a obracania się w całym spektrum relacji, w których być może miałybyśmy szansę realizować się równie dobrze, jak nie lepiej jak w obecnych. Tyle że to całe spektrum jest - stereotypowo - albo gorsze - jak poligamia - albo niedojrzałe - jak mieszkanie z przyjaciółmi - albo nieprawdziwe i skazane na niepowodzenie - jak związki na odległość czy związek bez nastawienia na prowadzenie wspólnego życia. Plus oczywiście państwo polskie premiuje tylko jeden model życia. Sęk w tym, że nas ta premia nie dotyczy, więc, przynajmniej z prawnego punktu widzenia, nie powinnyśmy się nią tak przejmować, bo i tak jej nie dostaniemy. Ale się przejmujemy, czasami aż tak bardzo, że dotąd będziemy wmawiać osobom, które wybrały relację mniej normatywną niż nasza, że są nieszczęśliwe (złe, zepsute), aż rzeczywiście się tak poczują. To też przykład z życia, kiedy to przyjaciółka, która - za zgodą partnerki - wybrała relację z nią i z mężczyzną jednocześnie - stwierdziła, że "lesby są straszne". Straszne, bo nagle przestała być dla nich tą osobą, którą była. Mimo że ona się w stosunku do nich nie zmieniła.

Nie da się żyć, nie oceniając. I pewnie wielu osobom satysfakcję sprawia myślenie, że wprawdzie one są gorsze niż tak zwany ogół, ale są osoby od nich jeszcze gorsiejsze. Tyle że takie myślenie to miecz obusieczny. Jak byłam młodsza, co jakiś czas zdarzało mi się w związku nie być. I za każdym razem czułam się okropnie - no bo skoro "wszyscy" wokół są z kimś, to znaczy że ze mną musi być coś nie tak (kompleksy, kompleksy...). Efekt to z jednej strony wikłanie się w bezsensowne relacje tylko po to, by z kimś być (i nie być gorszą), marnowanie sił i czasu na poszukiwanie drugiej połowy, z drugiej - niemożność cieszenia się czasem, który mogłam wykorzystać na sto milionów mądrzejszych sposobów. Ot, kolejny stereotyp, że z nieszczęśliwej miłości może wyleczyć tylko inna miłość. Oczywiście nie mam pojęcia, jak teraz, kiedy jestem duża i mądra, wykorzystałabym ten czas, i co bym o sobie myślała, jednak gdy myślę o sobie sprzed tych paru dobrych lat, mam podobne poczucie jak jeszcze dawniej temu, kiedy to postanowiłam dokonać apostazji. Że to są wszystko tylko formułki, które powtarzamy, myśląc, że mają nie wiadomo jaki wpływ na nasze życie, a tak naprawdę jedynie dają nam złudzenie, że znamy odpowiedź na pytanie, jak żyć. Na które nie ma odpowiedzi. Lub - wersja optymistyczna - nie ma jednej odpowiedzi.

Najzabawniejsze jest to, że samo bycie lesbijkami może "wymusić" na nas uczestnictwo w zupełnie nienormatywnej relacji. Ot, decydujemy się na dziecko i wybieramy zapłodnienie spermą zaprzyjaźnionego geja. Chcemy, by dziecko miało kontakt z biologicznym ojcem, więc siłą rzeczy zacieśniamy więzi z owym gejem oraz z jego partnerem. Czyli dziecko ma dwóch ojców i dwie mamy. Potem - cóż, życie - rozstajemy się z partnerką, z którą zdecydowałyśmy się na dziecko, rozstanie jednak przebiega w zgodzie, tak że nasze dziecko ma kontakt i ze swoimi obiema mamami, i z ich nowymi partnerkami. Można tę relację poszerzyć - nasza ekspartnerka decyduje się na kolejne dziecko, biologiczny ojciec jest tym razem inny, ale mama ta sama (albo na odwrót), więc nasze dziecko ma przyrodnią siostrę lub braciszka i tak dalej, i tak dalej. Trudno wyobrazić sobie prawne usankcjonowanie takiej relacji - przynajmniej w naszym pięknym kraju nad Wisłą - jednak nie jest ona ani absurdalna, ani niemożliwa, ani też chyba nieakceptowalna, nawet dla zwolenniczek białych sukien i obrączek. Za to dla heteronormy jest chyba bardziej zabójcza niż straszna poligamia. Może więc jednak jesteśmy forpocztą rewolucji?

piątek, 19 lutego 2010

Penis biskupa i legalne filmy

Kto nie widział wczoraj Martina w Ustach Mariana, niech żałuje. Kupił zebranych już pierwszą piosenką o marszczeniu Freda, rozciąganiu jamnika, waleniu gruchy... No wiecie, o co chodzi. A potem było jeszcze lepiej, bo pojawił się i premierowy "Penis biskupa", i "Oda do dupy", i prawykonanie "Gdybym był bi", i "Pchła z syfilisem" czy pozornie w tym kontekście niewinna "Ballada o panu i pani". Brzmi wulgarnie? Bynajmniej - było przezabawnie. I nikt chyba obrażony nie wyszedł, gorzej, ludzie w ogóle nie chcieli wyjść. Największe wrażenie zrobiła na mnie jednak reakcja na piosenkę skina - o tym, co zrobiłby z pedałami (zaśpiewaną na melodię "Tę pszczółkę..." z cudownym refrenem, w którym zamiast "Maju, Maju..." jest "Kopnie w jaja, jaja..."). Martin nigdy nie wykonywał publicznie tej piosenki, nie umieścił jej też w internecie z obawy, że zostanie potraktowana nie jako żartobliwa, ale jako obraźliwa. I co? I publiczność w Ustach Mariana zażyczyła sobie posłuchać jej jeszcze raz. To tyle na temat braku poczucia humoru na swój temat. Oczywiście powtórka występu być musi, bo Martin to skarb.

Niestety nie wszystkich kawałków z koncertu można posłuchać online, części - bo są nowe, a części - bo zbyt kontrowersyjne (obawiam się też, że "Penis biskupa" podzieli losy piosenki skina), ale i tak najlepiej zobaczyć Martina na żywo. A kto nie może, niech słucha na You Tube, choć to jednak nie to samo.



A po Martinie była drag queen Pussy Cat, a niżej podpisana wpadła w szał przytulania nielicznych zebranych, w tym między innymi czytającej tego bloga Lajt, która po okołoparytetowej akcji w Sejmie zjawiła się w Ustach. I która, o ile dobrze zrozumiałam, zawodowo bądź hobbystycznie zajmuje się demoralizacją nieletnich albo słabopełnoletnich dziewcząt - fajnie, jak też tak chcę! Z czytelniczek (bardziej Gosi niż moich) zjawiła się też Ania - rzecz jasna pozdrawiam serdecznie.

Ostatnio, jak pewnie zauważyliście, nadrabiamy z Gosią zaległości filmowe. Tym razem padło na rzeczy dostępne w sieci bezpłatnie - "Lato miłości" (dostępne tu) oraz na "Śniadanie na Plutonie" (do pobrania legalnie tu, z tej samej strony można też sobie ściągnąć "Cheerleaderkę"). "Lato..." podeszło nam średnio, niekoniecznie ze względu na fabułę, która jest jaka jest (bogata panienka z dobrego domu zabawia się w wakacyjny "romans" z panienką z gorszego domu), ale z powodu specyficznej, nie wiedzieć czemu artystycznej stylistyki. "Śniadanie na Plutonie" dla odmiany jest świetne. W tle (jak to u Neila Jordana bywa) konflikt irlandzko-brytyjski, a na pierwszym planie Patrick-Patricia "Kitten" Braden (genialny Cillian Murphy), który uparcie odmawia bycia poważnym czy takim jak wszyscy. Cudo, kto nie widział, niech nadrobi.



W ogóle bardzo się cieszę, że powstaje coraz więcej stron internetowych z legalnymi filmami. Bo, umówmy się, piractwo nie zniknie, nawet jeżeli pozamyka się wszystkie The Pirate Bay'e czy inne Megauploudy. I jedyny sposób na poradzenie sobie z nim (przynajmniej częściowe) to właśnie udostępnianie filmów w sieci za darmo (i zarabianie na bazach danych użytkowników czy reklamach) lub za niewielką opłatą. Skoro i tak są w sieci, to czemu nie mają być tam na zasadach twórców czy dystrybutorów. Z zagranicznych serwisów udostępniających filmy legalnie i bezpłatnie znalazłam ostatnio Watch Movies Online. Jest tam między innymi jedna z najnowszych lesbijskich produkcji "The Baby Formula". To kanadyjska komedia o parze lesbijek, które biorą udział w eksperymentalnym zapłodnieniu drogą partenogenezy materiałem genetycznym partnerki.
"The Baby Formula", fot. materiały prasowe
 
Na koniec kolejne doniesienie od czytelniczki. "Sprawa Pinkwatch" (stronki, której się czepiałam tu i tu) skończyła się happy endem - jest nowy, ładny layout. Dodawanie cytatów wprawdzie nadal nie jest łatwe, ale przynajmniej Pinkwatch już nie straszy. I super, tak trzymać.

środa, 17 lutego 2010

K.d. lang na otwarciu igrzysk w Vancouver

Nieoglądanie olimpiady ma to do siebie, że czasami przegapi się coś naprawdę fantastycznego. W moim przypadku - k.d. lang śpiewającą "Hallelujah" Leonarda Cohena na ceremonii otwarcia igrzysk. Niniejszym nadrabiam i wrzucam klip - z dedykacją dla Rose z krainy Oz:


No sami powiedzcie - czyż może być coś piękniejszego niż lesbijka w garniturze śpiewająca dla milionów telewidzów na całym świecie podczas największej imprezy sportowej tego roku? Chyba tylko lesbijka w garniturze prowadząca ceremonię rozdania Oscarów.

Z okołoolimpijskich wieści - dziś na Sport.pl namierzyłam ciekawy tekst o zmarłym niedawno hokeiście Brendanie Burke'u, który był jednym z pierwszych wyoutowanych graczy w NHL. Brendan najpierw zrezygnował z gry, bo wstydził się, że jest gejem, w końcu jednak zebrał się na odwagę i opowiedział o sobie całemu światu. Najpiękniejsza była reakcja jego ojca, menadżera hokejowej reprezentacji USA:

- Cieszę się, że zdecydował się na ten krok. Bardziej dumny nie mogę z niego być - podkreślał ojciec Brendana. Dwa lata później podobnie zareagowała uniwersytecka drużyna z Miami, w której Brendan był statystykiem. - Nie osądzali mnie ze względu na orientację seksualną. Trener nawet powiedział, że potrzebuje ludzi odważnych i z charakterem - przyznał młody Burke.

Całość do przeczytania tu, podnosi na duchu, tak że polecam. I wracam do nieoglądania igrzysk.

wtorek, 16 lutego 2010

Panegiryki, wieści z sieci i gendery na UG

Na start wieści z sieci. Swoje sześciolecie istnienia obchodzą Homiki. Pamiętam początki tego portalu, które zbiegły się z moim częstym bywaniem na forum Frondy, na którym to, wspólnie z jednym z  twórców Homików Mannym (oraz z zaglądającym tutaj często Sak maj sosydż) robiliśmy za piątą kolumnę. Skutkiem ubocznym tej działalności było to, że byłam prawdopodobnie w grupie pierwszych czytelników i czytelniczek Homików. Początki były, cóż, trudne, ale to, co się w ciągu kilku lat rozwinęło, nie przestaje mnie zachwycać. Za co, oprócz tego, że jest to miejsce do czytania, lubię Homiki? Za to, że udaje im się zachować umiar i spokój w swoich tekstach. Że nie traktują portalu jako pola osobistych rozgrywek. Że, wbrew pozorom, są miejscem bardzo różnorodnych poglądów. Zabawne, swoją drogą, że cenię Homiki za umiar, gdy sama jestem od nich daleko bardziej radykalna. No nic. Wspominki redakcji możecie sobie poczytać tu. A w 2004 Homiki wyglądały tak:


Portal W stronę kobiet zyskał sobie nową autorkę w osobie Cioci Rudej, znanej Wam tu jako Gosia tudzież Rude de Wredne. Jej pierwszy tekst tutaj, a specjalizować się będzie w poradach - niniejszym zapraszam więc nie tylko do czytania, ale również do zadawania pytań.

Czytelniczka podesłała mi namiar na ciekawą stronkę, która jest kopalnią kobiecych skeczy o kobietach, robionych przez kobiety i dla kobiet. Nazywa się Funny not Slutty i już trafiła do mojej porannej prasówki. Tak że dziękuję i oczywiście dodaję do linkoteki.

Wrócił temat NGO-izacji (o wcześniejszych odsłonach pisałam tu, tu i tu) - tym razem z Agnieszką Graff polemizuje na Feminotece Bożena Keff. I pisze nie o organizacjach pozarządowych, a o społeczeństwie obywatelskim. A konkretnie o tym, dlaczego jej zdaniem trudno jest mówić o Rodzinie Radia Maryja w tych kategoriach.

Społeczeństwo obywatelskie jest przede wszystkim społeczeństwem nawykłym do demokracji i tworzącym ją. Najczęściej potrzeba na nie lat tradycji kontynuowania obywatelskiej aktywności, choć czasem pewnie pojawia się spontanicznie i szybko. I czasem szybko mija np. razem z jakąś mniej lub bardziej rewolucyjną sytuacją. Może do Polski bardziej by się nie stosowało określenie Poppera „społeczeństwo otwarte” - i to być może już od końca lat 80., bo cechą społeczeństwa otwartego jest możliwość wymiany elit politycznych bez przemocy. Z drugiej strony, w społeczeństwie otwartym Poppera nie obowiązuje żadna doktryna oficjalna, a czy to jest akurat polska sytuacja? W zasadzie niemal oficjalną doktryną Polski jest dziś doktryna katolicka. I nie o to się toczą (rzadkie) spory czy się ona stosuje , tylko na ile się stosuje? Czy tą doktrynę stosuje się w prawie aż do bezwzględnego zakazu przerywania ciąży czy do warunkowego (na papierze, jak wiemy), czy do kompletnego zakazu in vitro czy do mniej niż kompletnego, czy z wliczaniem stopni z religii do średniej czy bez, to są tematy, a nie, czy w ogóle zważamy na doktrynę katolicką. Kościół katolicki nie jest jednym z wielu kościołów Polsce, ale jedynym liczącym się i instytucją, która zlewa się państwem, więc z natury polityczną. Tymczasem istnieją pewne cechy dystynktywne dla społeczeństwa obywatelskiego, bo w to pojecie wpisane są bardzo określone wartości: tolerancja, zrozumie nie dla innych kultur, otwartość światopoglądowa, racjonalizm, wysoki stopień aktywności społecznej. Zero zgodności z zasadami, które rekomenduje Radio Maryja czy kościół - pisze między innymi. Całość tu.

Wrócił również temat medialnego wizerunku kobiet nieheterseksualnych. Po części za sprawą wystąpienia Anki Zet w Pytaniu na śniadanie (o tym), a po części dzięki ankietce na Homikach, w której się o ideał lesbijki medialnej pyta. Póki co prowadzi femka zwyczajna przed "nie liczy się wygląd, liczą się wypowiedzi z sensem". Oczywiście całym sercem podpisuję się pod stwierdzeniem numer dwa, choć i numer jeden nie jest mi do końca obojętny, bo jako przykład takiej osoby autorzy ankietki podali Uschi. Co moim zdaniem tłumaczy powodzenie tej opcji, bo w końcu mieści też w sobie "wypowiedzi z sensem".

Dzieje się też na mojej macierzystej uczelni, czyli na Uniwersytecie Gdańskim. Senat uczelni miał wyrazić opinię na temat utworzenia na UG Ośrodka Gender Studies. I wyraził, a jakże. Skrytykował nadreprezentację kobiet w planowanej kadrze Ośrodka, stwierdził, że powinien mieć on już teraz zapewnione finansowanie (podczas gdy szyld jest potrzebny właśnie do starania się o fundusze). Najbardziej jednak wykazał się dziekan prawa prof. Jarosław Warylewski, który stwierdził: "Jeśli powstaną gender studies, to ja otworzę Centrum Badań nad Pedofilią". "Powiedziałem o nieistniejącym, teoretycznym ośrodku badań nad pedofilią, gdyż na Wydziale Prawa i Administracji zajmuje się problemem pedofilii kilka katedr. Niepotrzebne jest tutaj powoływanie odrębnego ośrodka badań, podobnie jak niepotrzebne jest wyodrębnianie gender studies" - tłumaczył później swojej słowa. Nie zapomniał też dodać, że jego zdaniem nauka powinna być neutralna światopoglądowo. Dobra wiadomość jest taka, że sprawa przedostała się do mediów, więc może nie wszystko stracone i również w Gdańsku będzie można indoktrynować niewinne studenckie umysły chorą feministyczną ideologią. Czego oczywiście Gdańskowi, jako była członkini ichniejszego Koła Naukowego Gender Studies, z całego serca życzę.

niedziela, 14 lutego 2010

Postsingielnajtowe impresje

Zazwyczaj wyżywam się tutaj na różnych robionych na gotowych szablonach stronach internetowych, dziś dla odmiany będę chwalić. Parę dni temu swojej nowej www dorobiła się "Replika" - i jest naprawdę dobrze. Jasno, przejrzyście, intuicyjnie niemal, a na dodatek po prostu ładnie. Parę poprawek jeszcze by się przydało - np. dział "Informacje" jest właściwie pusty, wszystkie teksty mają ten sam URL - ale generalnie to najładniejsza z dotychczasowych stron pisma (a było ich chyba z pięć). Dodatkowy atut to informacja o miejscach, gdzie można "Replikę" znaleźć (dział "Mapa") - mała rzecz, a cieszy.

Tymczasem Gosia zadebiutowała wczoraj na UFO-wym Singiel Najt w roli drag kinga - i była słodka. Jak zdobędę jakąś fotkę, to rzecz jasna wrzucę, a ponownie w tej roli będzie ją można zobaczyć w Ustach Mariana 4 marca. Szczegółów póki co nie zdradzę, bo program się robi, ale już mogę obiecać, że nie będzie jedyną z Barbie Girls, która pokaże się w zupełnie innym niż zwykle wcieleniu. A właściwie to wszystkie się pokażemy (dodaję to specjalnie dla Neospazmina, który potencjalnym rozłamem w kabarecie się martwi).

Samo Singiel Najt było ciekawe. Ogromny plus dla mnie to - oprócz Gosi jako słodkiego geja - atrakcyjna ekipa za barem (a co!). Choć pewnie jeżeli ktoś się nastawił, że na imprezie nie będzie par, to się trochę zdenerwował. My z Gosią miałyśmy oczywiście alibi - w końcu przyszłam ją wspierać i dopingować - ale obserwowanie reakcji mniej lub bardziej zaprzyjaźnionych par na nasze radosne spostrzeżenia w rodzaju "o, przyszły kolejne singielki" było dość zabawne. Podobnie jak śledzenie przedimprzowych komentarzy na Facebooku, w których pary zastanawiały się, czy powinny się pokłócić i rozstać przed wejściem, a zejść ponownie na imprezie. Oczywiście mam nadzieję, że osoby, które rzeczywiście przyszły z zamiarem rozejrzenia się za drugą - mniej lub bardziej trwałą - połówką, choć w części zrealizowały swój zamiar. Albo po występach drag kingów i Masskotek przerzuciły się na Kotylion Party w Obiekcie Znalezionym - w końcu daleko nie miały.

O właśnie, Masskotki. W wersji studyjnej brzmią mniej więcej tak:



Nie przepadam za współczesnym elektropunkiem, ale ta grupa coś w sobie ma (szczególnie od momentu, kiedy do klawiszy i basu dołączyła gitara) i chętnie obejrzę je w lepszych nagłośnieniowo warunkach. Choć koncerty w UFIE mają w sobie coś z atmosfery "Nieba nad Berlinem", tak że mimo wszystko warto było ich posłuchać i tam.

A o tych parach i singlach piszę nie dlatego, by sobie pokpić, czy też bo uwierzyłam, że idea Singiel Najt jest bardzo poważna i misyjna, ale dlatego, że szykuję się do posta na temat związków, w którym przy okazji podsumuję moją poligamiczną ankietkę. Bo mam wrażenie, że wiele osób dość jednoznacznie wartościuje związki - że lepsze, ważniejsze są te z dłuższym stażem, z jedną osobą, połączone ze wspólnym zamieszkiwaniem, że osoba samotna z założenia jest nieszczęśliwa i tak dalej, i tak dalej. Ale o tym za parę dni, choć nie sądzę, żeby przez ten czas układ sił w głosowaniu jakoś szczególnie się zmienił.

piątek, 12 lutego 2010

Dziki, dylemat kabareciarki i oficjalne zaproszenie

Tęczowe Dziki rozdane. Za homofobiczną dzikość poglądów nagrodziłyśmy TVP i "Rzeczpospolitą" (kategoria media), Tomasza "pedałów tylko rucham" Jacykowa i Arkadiusza "fucking Polak" Onyszkę (kategoria celebryta) oraz Wojciecha Cejrowskiego i Tomasza Terlikowskiego (kategoria publicysta). Nagrody (zbyt urocze dla "nagrodzonych", jak na mój gust, zresztą sami za chwilę zobaczycie) powędrują do nich pocztą, ponieważ zgodnie nie stawili się na gali. A dla tych, którzy nie się stawili, choć chcieli, wrzucam filmik zrobiony przez redakcję Gaylife:



Ta piękność w sukni to Agatka "Furja" Młynarska, przystojniaka obok niej przedstawiać chyba nie muszę, podobnie jak zaproszonych artystek i artysty. A o Furji piszę właściwie nie dlatego, że jest nierozpoznawalna (kto ją zna, poznał z łatwością), ale dlatego, że tego wieczoru wyjątkowo ciężko było jej wcielić się w postać słodkiej idiotki, bo tego samego dnia pochowała swoją sunię Tajgę. To już kolejna taka chwila w naszym krótkim kabaretowym żywocie, kiedy "show must go on", i zastanawiam się, czy rzeczywiście odejście kogoś bliskiego nie jest jednak wystarczającym powodem, by odwołać występ (choć nigdy w takiej sytuacji tego nie zrobiłyśmy) - nawet gdy dzieje się to na kilka godzin przed i nie ma już właściwie szans na poinformowanie zainteresowanych, że tym razem nic z tego. Ot, taki dylemat z życia artystki amatorki - ile tak naprawdę można poświęcić dla sztuki. Ile z takich chwil, które tak naprawdę by się chciało przeżyć bardzo intymnie i tylko w gronie najbliższych. Ha, mam nadzieję, że nie będę musiała sobie zbyt często na to pytanie odpowiadać.

Wracając do weselszych tematów, chyba czas oficjalnie napisać, co się wydarzy w najbliższy czwartek w Ustach Mariana. Otóż po raz pierwszy (i mam nadzieję nie ostatni) razem na scenie zobaczycie niezwykłe trio - barda Martina Lechowicza oraz autorki tego bloga. Martina przedstawiałam tutaj, posłuchać go można też na jego stronie internetowej.

A oficjalne zaproszenie na nasz wspólny eksperyment wygląda tak:
Martin i Lesby czyli grajek Martin Lechowicz i ½ kabaretu Barbie Girls w osobach Aboslutely Fabulous i Rudej de Wrednej.
Użyją palców i ust w niejednym numerku.
Wyśmieją, nabiją się i zrobią sobie jaja.
Może nawet się pogryzą.
On śpiewa, one wrednie dogadują.

Masz dość polskiej pseudopoprawności politycznej?
Przyjdź w czwartek 18 lutego, na 20:00 do Ust Mariana.

Tam cenzury nie będzie!
Kto nie ma poczucia humoru, wyjdzie obrażony - gwarantujemy!

Wstęp 10 zł. Artyści też mają rodziny:)

Od siebie mogę tylko dodać, że repertuar będzie bardzo queerowy - oczywiście jeżeli się nie pozabijamy po dwóch pierwszych piosenkach. A tak serio to sama jestem ciekawa, co wyniknie z naszej wersji dialogu z osobami o bynajmniej nie takich samych jak nasze poglądach. Zapraszam!

A na koniec kolejny akapit z kategorii "polecam". Obejrzałyśmy sobie z Gosią następną "branżową staroć" - tym razem padło na "Blow Dry" z 2000 roku. W obsadzie m.in. niedawno zmarła Natasha Richardson (którą uwielbiałam od czasu "Wdów"), Rachel Griffiths (czyli Brenda z "Sześciu stóp pod ziemią", nasza z Gosią wielka miłość) i Alan Rickman (mój numer jeden na liście potencjalnych dawców materiału genetycznego). Cudowny, ciepły film o uczuciach, niestereotypowej rodzinie i... krajowym konkursie fryzjerskim w małym miasteczku. Zamiast trailerka, który zupełnie pomija pierwszoplanowy wątek lesbijski, wrzucam klip, który go nie pomija.

poniedziałek, 8 lutego 2010

Wracamy do scenicznego szaleństwa

Obiecanego tekstu o prawicowym obliczu LGBTQetcetera póki co nie będzie. W ramach zgłębiania tematu zrobiłam sobie ankietkę, aby sprawdzić swoją orientację polityczną, i wyszło mi, że najbliżej mi do prawicy skrajnej, czyli libertarian. Nie, żebym myślała wcześniej, że jestem socjalistką, ale mimo wszystko jest to pewna niespodzianka. Jak się otrząsnę z szoku i trochę to ze sobą przepracuję, to wrócę do tematu. Jest też oczywiście drugi, bardziej prawdziwy powód odłożenia tekstu na później - otóż jedyny słuszny kabaret intensywnie pracuje nad nowym programem, jego i Wasza uniżona 1/2 w osobach Gosi i mnie dodatkowo dała się wrobić w zagospodarowanie jednego czwartku miesięcznie w Ustach Mariana (pierwsza odsłona w przyszłym tygodniu, szczegóły bardzo wkrótce), a już w najbliższy czwartek całe Barbie Girls porobi za celebrytki i poprowadzi w Rasko rozdanie Antynagród Tęczowe Dziki, którymi uhonorowane zostaną osobliwości (bo raczej nie osobistości) ze świata mediów, które w minionym roku wyjątkowo się zasłużyły na polu opowiadania homofobicznych głupot. To ostatnie wydarzenie będzie miało miejsce w ramach IV już edycji Festiwalu Równe Prawa do Miłości, którego pełny program znajdziecie tu.
Czyli, jak się pewnie domyślacie, znów żyje się nam wesoło, choć też ciut zbyt intensywnie. Gosi nawet pod względem artystycznym trochę bardziej niż mnie, bo zamarzyło jej się porobić za drag kinga podczas antywalentynkowej imprezy Singiel Najt w UFIE. Jedną z performerek będzie Zimny Łokieć, tak że oczywiście doskonale wiem, że moje kochanie chce wyjść na scenę tylko po to, by znaleźć się z nim w jednej garderobie, ale cóż mogę powiedzieć. W końcu sama bym chciała, ale kultura poskąpiła mi talentów tanecznych. Pozostaje mi jedynie udawać singielkę i piszczeć spod sceny.

Dziś miałyśmy pierwszą z kilkunastu zaplanowanych na najbliższe miesiące prób kabaretowych - oczywiście w UFIE. Piszę o tym, bo w tym samym czasie była tam też jeszcze jedna ekipa - przygotowująca dla odmiany nową wersję "Orlanda" (więcej o projekcie tu). Bierze w nim udział m.in. Megi, lepiej znana jako Morfi z Da Boyz, oraz Furja (Barbie Girls oczywiście), autorkami "Orlanda" są Monika Rak i Agnieszka Małgowska, które reżyserują również nasze skecze i dołączyły do nas podczas naszych świątecznych występów jako Para Artystów Niekonwencjonalnych. Jedną z Barbie Girls jest dla odmiany Nula, która bywa również Tivvem w Da Boyz. Do czego zmierzam? Ha, do dwóch rzeczy. Pierwsza to dzisiejsza konstatacja, bynajmniej nie moja (choć do zarozumialstwa się nieodmiennie przyznaję), bo zdaje się, że Agnieszki, że dziś wieczorem w jednym miejscu i w tym samym czasie zebrały się niemal wszystkie przedstawicielki kultury lesbijskiej. W każdym razie warszawskiej. I w każdym razie scenicznej. Drugie spostrzeżenie, dość ewidentne zresztą, jest takie, że tę kulturę robi tak naprawdę garstka osób. Co jest może i fajne dla tych osób, bo mogą popróbować swoich sił w bardzo różnorodnych dziedzinach sztuki scenicznej, ale z drugiej strony świadczy o tym, jak bardzo jest ta kultura uboga (tak, wiem, to żadna nowość). I jak wiele jest jeszcze miejsca na przeróżnych scenach, których dla odmiany wcale nie jest tak mało, jakby się na pierwszy rzut oka mogło wydawać. Zamieszałam? I dobrze!

Na koniec wcale nie news, a coś z rubryki "polecamy". Wczoraj zaliczyłyśmy z Gosią dość wiekowy już, bo wypuszczony na ekrany w 2006 roku, film "Puccini dla początkujących". Jak ktoś jest równie zacofany jak my i jeszcze tego nie widział, to gorąco polecam. Rzecz zabawna, słodka i absolutnie niestereotypowa, bo o lesbijce, która po rozstaniu z dziewczyną próbuje ciągnąć dwa związki jednocześnie - z Philipem (w tej roli śliczny Justin Kirk, czyli Prior z "Aniołów w Ameryce", i nie, nie pomyliłam się, główna bohaterka JEST lesbijką i wiąże się z mężczyzną) oraz z Grace (która dla odmiany uważa się za heteroseksualną). Jak dla mnie motto filmu to słowa Philipa, który w pewnym momencie wypowiada do Allegry (główna bohaterka): "Orientacja nie jest twoim największym problemem". Na zachętę wrzucam trailerek, a jak komuś się nie chce filmu wypożyczyć lub kupić, to na You Tube może sobie obejrzeć w kawałkach.

piątek, 5 lutego 2010

Problemów z queerem ciąg dalszy

Na dobry początek posta wrzucam obrazek, który w zeszłym tygodniu zrobił karierę na Wykopie:

 
Słodki, nieprawdaż? A ileż osób, spojrzawszy na niego, pomyślało, że może jednak statystyki nie kłamią?

Dawka rozrywki na dziś prawie zrealizowana, wracam do przynudzania. Wczoraj dotarła do mnie najnowsza "Replika". Na okładce Lady Gaga, a w numerze między innymi felieton Anny Laszuk (pierwszy z cyklu i świetny), wywiad z autorami Naszej Sprawy 2 Uschi Pawlik i Michałem Minałto, komiks Beaty Sosnowskiej i dwa moje teksty (o fotoreportażu Hani Jarząbek i o Ellen DeGeneres). W sumie ciekawy numer wyszedł. A, o mężczyznach też coś jest, i to nie tylko w osobie Gagi. 

Jest też wstępniak Mariusza Kurca, zainspirowany tekstem Anny Laszuk z "Furii", o którym pisałam tu. Tekst Mariusza pokazuje niestety, że zastrzeżenia teoretyczek queer do artykułu Laszuk mogą być słuszne. Na początku Mariusz podkreśla, że zgadza się z nią, że queer po polsku m.in. "wyzwoliło" swoich zwolenników od polityki. Potem przytacza między innymi słowa dr Antu Sorainen, fińskiej teoretyczki queer, na temat rozdźwięku pomiędzy akademickimi teorety(cz)kami a działacz(k)ami LGBTQetcetera:

Nasze sposoby myślenia są kompletnie różne. Oni uważają, że teoria queer to pusta gadanina, która nie ma zastosowania w codziennym życiu. Próbują wszelkimi sposobami zasymilować się ze światem heteronormatywnym.

A następnie fragment tekstu dr hab. (gratulacje, przy okazji) Joanny Mizielińskiej z ostatnich "InterAliów":

Dlaczego większość aktywistów uważa, że "coming out" i polityka tożsamości oparte na naturalistycznej koncepcji orientacji seksualnej (jako biologicznie uwarunkowanej/danej) jest bardziej skuteczną strategią? [niż polityka queer - dopisek mój]

By w końcu stwierdzić, że "Replika" stoi na stanowisku, że coming outy i polityka tożsamościowa są najbardziej skuteczną strategią walki z homofobią, ale nie ma to nic wspólnego z "biologicznym" podejściem do orientacji seksualnej. A praktyka queer to otwarte mówienie "jestem hejem/lesbijką/bi/trans i nie wstydzę się tego" i ona to właśnie promuje.

Dlaczego piszę o tym tekście? Bo jest to dla mnie przykład właśnie takiego odczytania tekstu Laszuk, jakiego obawiały się wspomniane w moim poście o "Furii" prekursorki polskiego ruchu queer. Być może zresztą Mariusz robi to samo co Ania, czyli upraszcza problemy z queerem, wychodząc z założenia, że czytelnicy i czytelniczki doskonale rozumieją, że nie chodzi mu o teorię queer w ogóle, ale o niektórych jej wyznawców i wyznawczynie. Pomijam już kwestię, że nie sądzę, by Mizielińskiej chodziło o dosłownie rozumiany naturalizm, a raczej o odejście od polityki tożsamościowej wyrażającej się w tym, że musimy się jakoś określać (ale to już ona sama wie najlepiej). Kłopot w tym, że takie teksty deprecjonują (choćby niechcący) zarówno osiągnięcia naukowe naszych akademików i akademiczek, jak i ich rolę w ruchu LGBTQetcetera. I niepotrzebnie pogłębiają rozdźwięk między działacz(k)ami a teorety(cz)kami. Rozdźwięk zresztą przynajmniej po części pozorny, bo przecież również akademicy również działają, jak nie w organizacjach, to uczestnicząc w marszach i innych inicjatywach mających na celu zwiększenie naszej widoczności. A działacze i działaczki dla odmiany korzystają z efektów ich pracy, ba, nawet je promują - chociażby KPH, prowadząc swoje queer studies.

W porządku, dosyć, wracamy do zabawy. Zabawny jest zatem komentarz od niedawna najsłynniejszego tomaszowskiego radnego Adamusa, który, w kontekście niemal powszechnej krytyki, z jaką spotkał się jego homofobiczny i seksistowski tekst (o którym wspomniałam w poprzednim poście), stwierdził, że "Homoseksualne lobby w Tomaszowie jest bardzo silne". Ciekawe, co by powiedział o homoseksualnym lobby w Wolinie, rodzinnym mieście Ryszarda Giersza, który właśnie wygrał przed sądem apelacyjnym kolejną edycję procesu z nękającą go sąsiadką. Zabawnie jest też na blogu Abiekta, ale o tym już następnym razem, bo prawicowi czy konserwatywni geje (i lesbijki, i osoby biseksualne, i...) to niemalże temat rzeka. Ale za to jakże fascynujący.

środa, 3 lutego 2010

Poligamiczna ankietka i pseudoliberalne PO

Na Homikach dwa arcyciekawe artykuły. Jeden o poligamii, drugi o historycznych aspektach relacji butch-femme. Omawianie drugiego sobie odpuszczę (bo temat ten gości tu nader często i jeszcze nie raz zagości), choć jak zwykle, oprócz tekstu, polecam również lekturę komentarzy. Pierwszy za to, co ciekawe, zbiegł się tematycznie (wyłączając pointę) z badaniami, których wyniki niedawno zamieścił "The Advocate". Wyszło z nich między innymi, że w relacjach gejów monogamia nie jest czynnikiem wpływającym na jakość związku - aż 50 procent badanych przyznało, że sypia nie tylko ze swoim partnerem. Większość z nich stwierdziła też, że romanse są zdrowe dla ich związków.

Wracając do Polski, chyba nawet ciekawsze od tekstu na Homikach są komentarze pod nim - od przytaczania starej dobrej teorii, że mężczyźni są z natury poligamiczni (a kobiety monogamiczne), po oburzenie, że ktoś się przyznaje do trzystu czy więcej kochanków, okraszone rzecz jasna stwierdzeniem, że o takich rzeczach nie powinno się mówić publicznie, bo szkodzą naszemu wizerunkowi. Ja tam uważam, że jedyne, co nam szkodzi, to udawanie, że jesteśmy kimś innym, niż jesteśmy, ale temat zaciekawił mnie z innego powodu. Otóż zazwyczaj mówi czy pisze się o poligamii w związkach męsko-męskich, ewentualnie damsko-męskich. A jak jest w relacjach damsko-damskich? Bo w mit o tym, że kobiety są z natury czułe, wrażliwe i monogamiczne, chyba już nikt nie wierzy (chociaż?). Niniejszym wrzucam ankietkę (początek prawej szpalty) i proszę o liczny udział w badaniu.

Ostatnie dni pewnie nie były najlepsze dla radnego Adamusa z Tomaszowa Mazowieckiego, który, w odpowiedzi na krytyczny wobec działań rady miasta artykuł dziennikarki lokalnego pisma, popisał się seksistowskim i homofobicznym tekstem zamieszczonym na portalu Nasz Tomaszów. W efekcie pan radny został objechany przez swoją macierzystą Platformę Obywatelską (skrytykowała go m.in. Elżbieta Radziszewska, chyba po raz pierwszy w życiu zabierając głos w obronie osoby homoseksualnej), wystąpił z partii, a w międzyczasie udał się na zwolnienie lekarskie. Oczywiście nie przypuszczam, by ktokolwiek z was jeszcze o tej historii nie słyszał, nie sądzę też, by ktokolwiek z jej powodu pokochał PO, jednak odnotowuję, bo to kolejny przypadek (po wypowiedzi Migalskiego z PiS, o której pisałam tu), kiedy to homofobiczna partia podlizuje się osobom nieheteroseksualnym. Bo, przykro mi, ale jakoś nie wierzę, by teksty w stylu "Nikt, kto dyskryminuje, nie powinien pełnić funkcji publicznej" (Radziszewska) czy "Przesadził. Wolałbym nie czytywać takich artykułów. Można z niego odczytać, że pan Adamus jest homofobem" (Łaski, przewodniczący tomaszowskiej rady miasta) odzwierciedlały rzeczywiste poglądy pseudoliberałów z PO, szczególnie że nie raz udowodnili, że postulaty LGBTQetcetera mają w głębokim poważaniu. Ot, zbliżają się wybory, więc jak zwykle będziemy śliczni, tolerancyjni i oświeceni. I w sumie dobrze, że ten Adamus się wygłupił, bo przynajmniej niewielkim kosztem możemy tego dowieść.

Z rzeczy zabawnych, w corocznym walentynkowym konkursie (a właściwie akcji promocyjnej) Milki, polegającym na tym, że mamy możliwość zamieszczenia na wybranym citylighcie swojego wyznania miłosnego (o ile zagłosuje na nie wystarczająco wielu internautów), bliski zwycięstwa był Patryk z Wrocławia, który chciał publicznie ogłosić, co czuje do Damiana (trzecie miejsce we Wrocławiu, karteczka tu). Mnie się jednak bardziej spodobała, szczególnie w kontekście mojej ankietki, poligamiczna walentynka Urban Chick - o ta (osiemnaste miejsce w Gdańsku). Niestety głosowanie już zakończone, ale jak czujecie potrzebę klikania, zawsze możecie wyrazić się w mojej ankietce. A ja ją za jakiś czas ładnie podsumuję.

wtorek, 2 lutego 2010

Polały się łzy me...

W ramach sajgonu, który panuje w naszym mieszkaniu (realizujemy noworoczne postanowienie i właśnie montują nam nowe szafy), mam utrudniony dostęp do półki ze swoją ulubioną lekturą. Jako osoba, która czytać musi, bo się udusi, sięgnęłam na do innego "działu". Zawiesiłam wzrok na lekturze, powiedzmy, tematycznej. No cóż, nie samą fantasy człowiek żyje:)

Po raz kolejny z niezwykłą przyjemnością przeczytałam "Kolor purpury". Co ciekawe, jest to jedna z niewielu książek, którą przeczytałam dopiero po obejrzeniu jej ekranizacji, w tym przypadku wspaniałego filmu z Whoopi Goldberg (czemuż, ach czemuż nie dostała Oscara? Swoją drogą, Spielbergowi też się należał, do dzisiaj uważam, że to jego najlepszy film:)). Jak zwykle czytanie pierwszych stron mnie drażniło, ale jak już się rozczytałam, to błędy językowe, ortograficzne i inne takie przestały drażnić i lektura okazała się smakowita.

Następnie ofiarą moich oczu padła Jeanette Winterson, a konkretnie "Nie tylko pomarańcze" i "Zapisane na ciele". Co do tej ostatniej pozycji, nadal dyskutujemy z Ewą na temat zakończenia. Ja uważam, że bohaterka spotkała swoją ukochaną, Ewa, że nie. I za to właśnie lubię Winterson - nic u niej nie jest takie, jakie się wydaje, i wszystko jest takie, jakie się wydaje.

Kiedy odkładałam na półkę panią Winterson, mój wzrok przyciągnęła niepozorna książeczka Jamesa Herriota "Wszystkie stworzenia duże i małe". Może ktoś z czytających pamięta jeszcze puszczany dawno temu serial BBC pod tym samym tytułem? Oczywiście zaczęłam czytać i na nowo odkrywać "uroki" i uroki życia wiejskiego weterynarza. I wszystko było by fajnie, tylko zapomniałam o jednym. Czytając książki z tej serii, zawsze potrzebuję sterty chusteczek. I żeby chociaż Herriot pisał w stylu hollywoodzkim, tak aby wycisnąć łzy, ale nie. On po prostu opisuje lekkim stylu historie, które mu się przydarzyły. A ja płaczę jak bóbr. I to niezależnie od tego, czy weterynarz odniósł sukces w leczeniu, czy też nie.

I tu małe dygresje. Umówiłam się kiedyś, dawno dawno temu, z atrakcyjną dziewczyną na kolejną randkę. Można powiedzieć, że już wtedy chodziłyśmy ze sobą. Poszłyśmy do kina na "Tańczącego z wilkami". Ja, jak widać na obrazku, typ gentlewoman, mocna, silna, zdecydowana, pewna siebie (więcej kłamstw przez palce mi chyba nie przejdzie), na filmie płakałam jak dziecko. Rękawy mojej białej koszuli ocalały tylko dlatego, że moja randka miała przy sobie, jak zawsze, paczkę chusteczek higienicznych. Po filmie już jej nie miała. Po wyjściu z kina i obowiązkowym spacerze, czy też kawiarni, bo już nie pamiętam, dziewczyna, która przez cały czas po filmie raz po raz na mnie zerkała, w końcu stwierdziła: "Nie wiedziałam, że jesteś taka wrażliwa. Tylko że płakałaś zupełnie w innych momentach niż większość ludzi w kinie".

Faktycznie film, jak to hollywoodzkie produkcje, obfitował w wiele łzawych momentów. Ludzie ginęli jak muchy. Ja skutecznie zniszczyłam paczkę chusteczek mojej lubej w dwóch chwilach. Jak zabili Cisco, konia bohatera, i Dwie Skarpety, zaprzyjaźnionego z głównym bohaterem wilka. Reszta wzruszała mnie, no ale żeby od razu płakać, to nie.

Z dzieciństwa kojarzę film z Himilshbachem, który znalazł psa, wilczura, i się nim zaopiekował. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale pies był wykorzystywany w obozach koncentracyjnych, do czego, wiadomo. Nie pamiętam dokładnie całego filmu, ale wiem, że na koniec pies został zabity. Dostałam niemalże histerii i długo nie mogłam się opanować, złoszcząc się na ludzi. Na ich bezduszność, bezmyślność i głupotę.

Piszę o tym, bo czasami w przypływie refleksji nad sobą i światem zastanawiam się, dlaczego tak mam? Przecież los ludzi również mnie wzrusza, martwi. I czasem nawet zakręci mi się łezka w oku. Ale jak krzywda dzieje się zwierzęciu, ryczę jak bóbr i nieważne, jak bardzo chciałabym zgrywać twardzielkę, to mi się i tak nie udaje.