wtorek, 30 marca 2010

Ricky gejem i kolejna szkolna afera

Co za dzień! Rano informacja o coming oucie Ricky'ego Martina (pierwszy był chyba niezawodny Pudelek, dopiero po nim newsa podchwyciły inne media). Niby nie jest to żadne wielkie halo, ale miło, że coraz więcej znanych i lubianych decyduje się na ten krok. Fajna jest też motywacja Ricky'ego: 

To jest to czego potrzebuję teraz, szczególnie jako ojciec dwóch wspaniałych chłopców. Oni są pełni blasku i codziennie uczą mnie czegoś nowego. Gdybym żył jak dotychczas, byłoby to dla nich tłamszące i niszczyłoby blask z którym się urodziły. To musi się zmienić. To nie powinno się wydarzyć 5, czy 10 lat temu, teraz jest najlepszy czas - napisał na swojej stronie internetowej.

A tu Ricky z synkami:
Kilka godzin później na main topic wortali Gazeta.pl i Wyborcza.pl trafiła historia dwóch łódzkich licealistek, które zamieściły na fotoblogu jednej z nich artystyczne zdjęcia, na których, według dyrekcji szkoły, propagują anoreksję i manifestują swoją orientację seksualną. No i dyrekcja kazała zdjęcia z bloga usunąć. A jak nie, to usunie dziewczyny ze szkoły. Cała historia i fotki tu. Jak zauważa wiele osób w komentarzach, cała ta afera jest śmieszna w kontekście tego, co uczniowie zamieszczają na portalach społecznościowych jak Nasza-klasa czy Facebook. Ale też pokazuje, że choć nie ma już Giertycha i spółki, to homofobia w szkołach ma się na tyle dobrze, że niektórzy czują się uprawnieni do ingerencji w życie prywatne uczniów. Oraz że jej ofiarami mogą być niekoniecznie osoby nieheteroseksualne - bo chociaż pojawił się wątek orientacji dziewczyn, to przecież tak naprawdę wcale nie muszą być one lesbijkami. Jedyne, co cieszy w tej sprawie, to postawa rodziców i polonistki uczennic (co akurat nie powinno dziwić, w końcu owa polonistka to jednocześnie wicenaczelna "Furii"). Petycję do dyrektora szkoły o respektowanie praw uczniów i nieingerowanie w ich prywatność można podpisywać tu.

Dotarła do mnie najnowsza "Replika". O cztery strony grubsza niż dotychczas, co, mam nadzieję, stanie się regułą, a nie miłym wyjątkiem. Na okładce Kayah, co mi się akurat podoba średnio - cały czas odnoszę wrażenie, że dużo lepsze byłyby mniej gwiazdorskie, a bardziej ludzkie okładki (na poprzedniej była Lady Gaga).
Ale może klubowicze rzeczywiście potrzebują trochę innej motywacji, by zajrzeć do środka. A w środku m.in. kontrowersyjna (jak pokazała dyskusja na Homikach) queerowa opowieść na Wielkanoc (z Jezusem-kobietą i jej nieheteroseksualnymi rodzicami), kilka bardzo ciekawych wywiadów (m.in. z Jackiem Kochanowskim, Agnieszką Łuczak - bohaterką słynnej tomaszowskiej afery, o której pisałam tu - oraz z drag queen Kim Lee), część pierwsza gejowskich opowieści z Azji oraz drugi już felieton Ani Laszuk, tym razem o "Mojej les" Zofii Staniszewskiej. Mój faworyt z tego numeru to wywiad z Jackiem, w którym opowiada o swojej nowej książce, o tym, dlaczego czuje się niezręcznie, gdy przychodzi mu zakreślić w jakimś formularzu słowo "mężczyzna", o swoich fantazmatach i oczywiście o teorii queer.

Nie czuję się "tożsamy" ze sobą sprzed dziesięciu, dwudziestu lat. Może dlatego bliska jest mi perspektywa queer, która wskazuje, że owa "tożsamość" jest iluzją. Symulacją spójności, ciągłości, jednoznaczności. Queer upomina się o prawo do bycia niespójnym, popękanym, niejednoznacznym. Do zmieniania swoich pragnień, marzeń, fantazmatów. Upomina się o prawo do bycia kuriozalnym - mówi między innymi Jacek. Cóż mogę dodać? Ja też tak mam. I pewnie nie tylko ja.

A na Homikach hula od dziś mój głos w sprawie związków partnerskich. Pierwsi komentatorzy uznali, że rozsądny i wyważony. No chyba niestety tak - zupełnie jak ja!

poniedziałek, 29 marca 2010

Odchudzam garniturek

Jak być może zauważyliście, z bloga zniknęło kilka bajerów - między innymi możliwość oceniania postów i podgląd ostatnich komentarzy. Wszystko to w ramach poprawy wydajności (podziękowania dla Z. za diagnozę!), choć nie wykluczam, że niektóre wrócą, jak się tylko przekonam, co muliło najbardziej. Niestety problem czasu ładowania strony pod IE nadal pozostaje nierozwiązany, ale przynajmniej nie powinna się już zawieszać. Ale jak ktoś zna się na rzeczy i ma ochotę obejrzeć sobie HTML-a, aby sprawdzić, czy wszystko jest podomykane jak trzeba, to oczywiście zapraszam (również na kawę i ciastko po).

Żeby nie było tak sucho, wrzucam coś zabawnego. Wspominałam kiedyś, że jednym z moich ulubionych duetów komediowych są Dawn French i Jennifer Saunders, które specjalizują się w parodiach - głównie filmów i teledysków. Polecam niemal wszystko (szczególnie ich wersje "Harry'ego Pottera", "Obcego" oraz Madonnę i Britney Spears), ale na zachętę wrzucam coś tematycznego, czyli ich wersję "Muskając aksamit":



Piękne, prawda? Aż się człowiek zastanawia, co by było, gdyby French i Saunders były lesbijkami. Co? A to:

niedziela, 28 marca 2010

Mali bohaterowie i antybohaterowie

Ostatnio media obiegła historia Constance McMillen,18-latki z Missisipi, która chciała przyjść na bal maturalny ze swoją dziewczyną. Szkoła wolała odwołać imprezę, niż do tego dopuścić, koledzy i koleżanki winą za to obarczyli oczywiście Constance, ta jednak nie poddała się i poszła za sprawą do sądu, który orzekł, że szkoła złamała prawo. Więcej szczegółów tu i tu, a mnie się przypomniała historia sprzed paru lat, tym razem z polskiego podwórka, której bohaterem był 15-letni gej, szykanowany przez swoich rówieśników. Najpierw zwrócił się o pomoc do swoich nauczycieli, a potem, gdy ci zbagatelizowali sprawę, napisał o wszystkim do "Repliki". Efekt? Udało mu się zyskać wsparcie pedagogów i zorganizować w szkole pogadankę o homofobii. I dokonał tego zupełnie sam, potrzebował jedynie słów otuchy.

To są trochę inne sukcesy niż Ryszarda Giersza czy Piotra Kozaka, ale mają z nimi coś wspólnego - za każdym razem rzecznikami naszych praw stawali się nie działacze czy politycy, ale zwykli ludzie, którzy, zamiast płożyć uszy po sobie i stwierdzić, że jest jak jest i nic się nie da zrobić, postanowili walczyć o swoje. Lubię takie historie, bo dają nadzieję. I pokazują, że nie trzeba mieć za sobą mediów czy nie wiadomo jakich pieniędzy, aby wygrać z systemem. Trzeba za to się wkurzyć. Tak jak dwie lesbijki, które walczą o prawo do pobierania zasiłku opiekuńczego, wspólnego rozliczania się z PIT oraz o naliczenie podatku od darowizny na rzecz partnerki, w której domagają się zaliczenia do I grupy podatkowej przewidzianej dla małżonków i najbliższej rodziny.

Z innych wieści ze świata tym razem ciekawie jest na Węgrzech, gdzie András Király, rzecznik prasowy skrajnej prawicy, który dotychczas lansował się na obrońcę bardzo tradycyjnych wartości, zrezygnował ze stanowiska po tym, jak na jednym z blogów ukazały się jego zdjęcia z kanadyjskiej parady równości, na których pozuje z drag queenkami i skórzakami (do obejrzenia tu). Király oczywiście zaprzeczył, jakoby był gejem, twierdząc, że jego wyjazd miał charakter badawczy, przyznał się za to do palenia marihuany, na czym również przyłapał go fotograf. To już kolejne w ostatnich miesiącach tego rodzaju doniesienie z zagranicy, a ja z niecierpliwością czekam na podobną aferę w Polsce, a że wybory coraz bliżej, to może w końcu coś wypłynie. Choć pewnie skończyłoby się tak jak każdy epizod z sir Normanem w "Little Britain" - wyjaśnieniami, że ktoś się potknął i przypadkowo na coś nadział, szukał toalety i znalazł się przypadkiem w klubie gejowskim albo nie znał miasta i umówił się z dawnym kolegą nie tam, gdzie trzeba.

sobota, 27 marca 2010

Muzycznie i znów konkursowo

Na fali fascynacji Guitar Hero znalazłam niedawno takie coś:



No skoro Ellen i Portia grają, to chyba nam będzie wybaczone. Nie ukrywam, że gdyby nie to, że nadwerężyłam sobie prawą rękę na kawałku Coldplay z wyjątkowo szybkim biciem, kontynuowałabym teraz nasz gitarowy maraton, który trwa już od kilku dobrych dni. Jedyny minus tej zabawy to to, że mimo iż większość kawałków, które można zagrać, jest zdecydowanie rockowa, to jednak nadal jest to muzyczny mainstream. No ale przynajmniej przypomniałam sobie, że kiedyś bardzo lubiłam Smashing Pumpkins. I znalazłam całkiem fajny funkowy kawałek Anouk, tak że jak ktoś lubi takie klimaty, to polecam:



A skoro już przy muzyce jesteśmy, to w końcu dobra wiadomość o EuroPride 2010 - kolejnym zespołem, który się tam pojawi, jest BETTY. To alternatywny band z Waszyngtonu (pop, rock, funk), Polkom znany głównie dzięki serialom "The L Word" i "Ugly Betty", mający też na koncie lata działalności na rzecz praw człowieka, a szczególnie na rzecz ruchu feministycznego.

DID U TELL HER

BETTY | MySpace Music Videos


Więcej do posłuchania tu.

Pod względem muzycznym EuroPride ma u mnie też swojego konkurenta w postaci festiwalu w Jarocinie (16-18 lipca), gdzie po raz kolejny w Polsce zagra Gossip. No zobaczymy, może pojawi się jeszcze jedno wydarzenie zaplanowane na ten czas, które nas pogodzi.

Ostatnio znalazłam na You Tube fantastyczny koncert Ani z 1994 roku. Na początku ciekawy wywiad o jej muzyce, młodzieńczej niecierpliwości i zmienianiu świata, a potem kawał dobrej muzyki - między innymi "In or Out", którą polecam wszystkim miłośniczkom i miłośnikom szufladkowania i "My IQ" o wychowaniu w stereotypach ("When I was four years old / They tried to test my I.Q. / They showed me a picture of 3 oranges and a pear / They said, which one is different? / It does not belong / They taught me different is wrong..."). Oczywiście wrzucam, żeby nie zgubić.



Z ciekawych rzeczy do zobaczenia w najbliższym czasie - UFA i Boyówki Feministyczne zapraszają na pierwsze Dni Cipki. Cel to odczarowanie słowa cipka i w ogóle zajęcie się kwestią kobiecej cielesności, w naszym własnym i społecznym postrzeganiu. W programie między innymi wernisaże, warsztaty, panele dyskusyjne, monologi waginy, pokazy filmowe i oczywiście imprezy, a czas wydarzenia to 9-11 kwietnia (szczegóły tutaj). Zapowiedź akcji w stołecznej edycji "Gazety Wyborczej" wywołała nielichą dyskusję na forum, w której jednym z łagodniejszych określeń było "feministyczne fanaberie", co jak dla mnie tylko pokazuje, jak, być może wbrew pozorom, ważny i poważny jest to temat. Jeżeli się wybiorę (a pewnie wybiorę, w końcu jedną z zaproszonych ekspertek jest Alicja Długołęcka), to się podzielę wrażeniami, bo jakoś tak mi wychodzi, że nawet w "wyzwolonym" gronie o takich sprawach wcale się łatwo nie rozmawia.

A na koniec, jako że ostatnio moja aktywność na blogu spadła, proszę o odrobinę mobilizacji i dowód, że jeszcze mnie czytacie. Zadanie znowu na kreatywność - tym razem zbieram propozycje reklam do nowego programu Barbie Girls, który ma jakże starą i sprawdzoną formułę programu telewizyjnego. Żeby nie było za łatwo, podaję też dwie możliwe kategorie - kosmetyki i usługi. Nagroda to możliwość zobaczenia swojego pomysłu na scenie i/lub wpis tutaj na wybrany przez zwycięzcę lub zwyciężczynię temat. Zapraszam do zabawy:)

środa, 24 marca 2010

Różowe pieniądze nie śmierdzą

Organizowane przez Grupę Inicjatywną ds. związków partnerskich debaty powoli dobiegają końca. Choć póki co nie wiadomo jeszcze, kiedy zobaczymy przygotowywaną przez nią ustawę, a już tym bardziej, kiedy zobaczą ją posłowie i posłanki, pojawiła się pierwsza (?) firma, która chętnie na tym rozwiązaniu zarobi - Dom Weselny z Sopotu, który, jak przeczytałam na kilku "naszych" forach (bo na jego oficjalnej stronie jest jedynie zdjęcie pary różnopłciowej, o innych możliwościach nie ma ani słowa) chętnie podejmie się organizacji wesel par tej samej płci. Z jednej strony to, że ktoś uważa, że warto skierować do nas ofertę, to dobry znak. Z drugiej strony nie podoba mi się, że nie robi tego w sposób otwarty - w końcu miejsce reklamy jest na banerach czy w płatnych linkach, a nie w komentarzach pod tekstami czy na forach.

Na podobną sytuację natrafiłam, gdy pisałam tekst do "Repliki" o przyjaznych osobom LGBTQetcetera hotelach i pensjonatach. Na oficjalnej stronie jednego z hoteli, które znalazłam, widnieje takie oto zdjęcie:
źródło: http://dom_pod_reglami.webpark.pl

A na mniej oficjalnej, założonej na potrzeby reklamy na portalach LGBTQetcetera, takie:
źródło: http://dompodreglami.webpark.pl

Niezłe, prawda? Ciekawe, jak sobie radzą właściciele pensjonatu w sezonie turystycznym. Wpuszczają nieheteroseksualnych gości osobnym wejściem?

poniedziałek, 22 marca 2010

Newsowo i trochę bezmyślnie

Debiut nowego programu w Obiekcie Znalezionym chyba udany, w każdym razie powystępowe uwagi od przyjaciół ciepłe. Ale mimo wszystko cieszę się, że trochę odpoczniemy od prób, bo ostatnie tygodnie były naprawdę wyczerpujące. A tak mamy w końcu trochę czasu na czytanie, filmy i oczywiście zabawę Guitar Hero. Gosia zaliczyła już wszystkie trasy koncertowe na drugim poziomie! I jeszcze na muzykę, a skoro już o tym wspominam, to muszę się pochwalić, że po występie jak zwykle dopisało nam szczęście do gratisów - otóż na widowni była między innymi basistka Masskotek Katiusza, która obiecała podrzucić nam ich nową płytę.

A tak w ogóle to cała ta impreza w Obiekcie Znalezionym - bo oprócz nas byli jeszcze crossmodele i crossmodelki Grzegorza Skwary oraz występy drag kingów (na filmie wielki debiut - drag king Freddie):

 

odbyła się z okazji nowej wystawy w Zachęcie - "Płeć? Sprawdzam! Kobiecość i męskość w sztuce Europy Wschodniej", czyli pierwszego reprezentatywnego przeglądu sztuki wschodnioeuropejskiej poświęconej problematyce ról płciowych od lat 60. ubiegłego wieku. Wystawy jeszcze nie widziałam, jak nadrobię, to napiszę, jak mi się podobało, a póki co entuzjastycznie pisze o niej Abiekt tu.

Z kronikarskiego obowiązku odnotowuję, że historia życia Kary Auchemann, o której pisałam w tych postach, weszła w nowy/stary etap, czyli wortal Lesbijka.org wznowił swoją działalność, skrzętnie usunąwszy wszelkie dowody bytności Kary na nim (który to już raz?). A naczelną jest znowu Marzena Chińcz. Dziwna to historia, naprawdę. I dziwne osoby (osoba?).

Organizatorzy EuroPride 2010 ujawnili pierwszego wykonawcę, który zagra na poparadowym koncercie 17 lipca. To zespół Chameleonic Cadence. Szczerze mówiąc, nigdy wcześniej o nich nie słyszałam, ale chyba nie powinno mnie to martwić, bo z tego, co wyczytałam, to młoda austriacka grupa, która występuje głównie w swojej ojczyźnie w klubach i na dość niszowych imprezach, jak World Bodypainting Festival 2009. Grają w sumie sympatycznie, ale nie sądzę, by przyciągnęli tłumy. No ale do lipca jeszcze daleko, może w programie pojawią się do tego czasu znani chociażby z eventów LGBTQetcetera artyści i artystki.



Gdzieś tam w czasie między próbami, pracą, Guitar Hero a życiem towarzyskim udało mi się popełnić tekst o serialach sieciowych do nowego numeru "Furii", który ujrzy światło dzienne bodaj w maju. Skupiłam się głównie na "Seeking Simone" (cóż za sympatyczna i otwarta ekipa robi ten serial, swoją drogą), a przy okazji dowiedziałam się, że pierwsze próby wyprodukowania webserialu miały miejsce już w 1997 roku! A sama "Furia" podróżuje po Polsce - sympatyczna relacja z jednego ze spotkań ukazała się w białostockiej edycji "Gazety Wyborczej" (do poczytania tu).

A ja tymczasem usiłuję jakoś mądrze ugryźć temat związków partnerskich na zamówienie Homików, choć po tylu osobach, które już się wypowiedziały, naprawdę trudno napisać coś nowego. Zastanawiam się więc, czego w tej debacie brakuje, i wyszło mi, że chyba tak naprawdę jedynie konkretnej propozycji wyjścia z naszymi postulatami na zewnątrz - nie do polityków czy mediów, ale do przeciętnego Kowalskiego. A przyszło mi to do głowy na skutek rozmowy z kolegą z pracy, który zapytał, jak w ogóle wygląda w Polsce kwestia formalizacji związków jednopłciowych, i był bardzo zdziwiony, że nijak. Kolega mieszka w Warszawie, pracuje w dużym koncernie medialnym, tak że teoretycznie miał nieraz możliwość zetknięcia się z naszymi postulatami. A jednak się nie zetknął, co każe mi domniemywać, że takich osób jak on - otwartych, ale też kompletnie nieświadomych naszych postulatów - jest dużo, dużo więcej. I trzeba kampanii społecznej przynajmniej na miarę "Niech nas zobaczą" (która niedawno obchodziła swoje siedmiolecie), aby to się chociaż trochę zmieniło. Bo widać, że choć w mediach gościmy nader często, średnio tę obecność wykorzystujemy. Swoją drogą, przydałyby się jakieś badania opinii społecznej nie tyle na temat tego, czy są "za" czy "przeciw", ale co w ogóle wiedzą o naszych prawach. Coś mi mówi, że moglibyśmy się zdziwić.

Na dziś tyle, bo z kreatywnością u mnie coś słabo. Ale obiecuję poprawę.

środa, 17 marca 2010

No i się doigrali

Strasznie miłe rzeczy o moim blogu przeczytałam dziś w komentarzach u Abiekta i aż mi się głupio zrobiło, że ostatnio Was zaniedbuję. Mam jednak dobre wytłumaczenie i bynajmniej nie jest to Guitar Hero - w sobotę mamy premierę nowego programu, tak że możecie się domyślić, jak spędzamy z Gosią niemal każdą wolną chwilę. Oczywiście gorąco zapraszam, szczególnie że tego wieczoru będzie naprawdę wiele atrakcji:

UFA i Obiekt Znaleziony zapraszają!
20.30 "Teleswizja" - premiera nowego programu Barbie Girls, jedynego i prawdopodobnie najlepszego
w Polsce kabaretu queerowego. 
Barbie Girls podbijają telewizję: zobacz, co w programie! 

22.00 GENDER BENDER retro crossdressing - przegnij się w bok i wstecz! Dziewczyno, przyjdź jako Rudolf Valentino! Mężczyzno, bądź raz Messaliną! Przebierz się za płeć przeciwną i przenieś w przeszłość. Dla wystylizowanych retro (od lat 80. wstecz) specjalne bonusy. 
*** 
DJ Fairyboy, Warszawa/Reykjavik - queer/sodoma&gomora rave/transsexual electro
DJ+VJ Ladyboy, Warszawa/Berlin - elektro glam 
Djane Matrioszka, Warszawa - dance punk/sowiecka estrada/filipinki 
*** 
"Odyseja pożądania" - projekty Grzegorza Skwary prezentują crossmodelki i crossmodele. Grzegorz Skwara - magik koloru i kompozycji ubioru, przedstawiciel nurtu "odwróć normy i konwencje": przełam siebie, wyjdź z ram i stań obok, wtedy dostrzeżesz sylwetkę ubraną w odyseję pożądania
***
epokowe epizody dragkingowe: DK Oleole, DK Tivv, DK Magnus, DK Orlando 
*
retrowizualia 
*
atrakcje 
***
wjazd przez cały wieczór 10 pln
dochód z bramki przeznaczamy na działalność UFY
organizacja: UFA i Obiekt Znaleziony
miejsce: Obiekt Znaleziony
ul. Małachowskiego 3 (podziemia Galerii Zachęta)
queeronat: www.independent.pl, www.homiki.pl, www.kobiety-kobietom.com, www.transfuzja.org

Od siebie mogę tylko dodać, że jest jeszcze jeden ważny powód, oprócz wymienionych powyżej, dla którego warto zobaczyć nasz występ. Ale to już wyjaśni się podczas występu i ewentualnie po - w już zupełnie prywatnych warunkach.

Z newsów innych, dzieje się w sprawie Gay.pl kontra poseł Pięta. Nie pisałam o tym wcześniej (za to zrobił to między innymi Abiekt tutaj), bo miałam mieszane uczucia w stosunku do całej "akcji". Niby głupia, ale jakoś nie mogłam do końca jej potępić. Pokrótce rzecz wyglądała tak, że po tym, jak poseł Pięta interweniował w liście do ministra kultury przeciwko planowanej wystawie sztuki homoerotycznej w Muzeum Narodowym, kreśląc między innymi takie słowa:

Dlaczego dyrektor Muzeum Narodowego ogranicza się tylko do "dzieł" odnoszących się do homoseksualizmu, dlaczego chce dyskryminować twórczość nekrofilów, pedofilów i zoofilów? Homoseksualizm jest dewiacją podobną do każdej z powyższych.

Gay.pl podało na swojej stronie numer telefonu pana posła z takim oto komentarzem:

Jeśli czujesz się obrażony, to zadzwoń do posła lub nagraj mu się na pocztę. Może coś mu się rozjaśni.

No i czytelnicy Gay.pl zareagowali, czasami używając słów zgoła nieparlamentarnych lub wręcz gróźb. Efekt? Sprawa trafiła do prokuratury, która, jak się dziś dowiedziałam, zajęła się nią i zwróciła do operatorów sieci komórkowych z prośbą, aby udostępnili dane osobowe osób, które postanowiły zadzwonić czy wysłać SMS-a do Pięty. No brawo. Żeby nie było - samo wysyłanie SMS-ów do posła nie wydaje mi się, jak już wspomniałam, szczególnie naganne, każdego może ponieść, a my też święci nie jesteśmy. I dobrze. Za to zachęcanie do tego uważam za kompletną głupotę. Bo, umówmy się, nie każdy w takiej sytuacji myśli racjonalnie i nie każdy bierze udział w takiej "akcji", przemyślawszy jej ewentualne konsekwencje. Ot, owczy pęd - inni wysyłają, to ja też. Jasne, że trzeba brać odpowiedzialność za swoje czyny, i nie sądzę, by stwierdzenie "nie pomyślałem o tym" komuś teraz specjalnie pomogło. Tak jak i nie sądzę, by osoba odpowiedzialna za wrzucenie apelu na Gay.pl pomogła czytelnikom, którzy nań zareagowali. Bo, szczerze mówiąc, nawet gdyby chciała, nie bardzo ma jak. I tu jest pies pogrzebany - bo prowadzenie portalu, czy chociażby bloga, to nie tylko zabawa, sposób na samorealizację czy zarabianie pieniędzy. To też odpowiedzialność za czytelników i czytelniczki. Świadomość, że to, co piszę, nie trafia w próżnię i powoduje określone reakcje. Dlatego zresztą - choć daleka jestem od przeceniania siły oddziaływania mojego bloga - zdarza mi się autocenzurować. Oraz mocno zastanawiać, gdy przychodzi mi napisać coś przykrego. A przecież to tylko blog, coś bardzo małego w porównaniu do chociażby takiego Gay.pl. No ale mleko się rozlało. Tak że pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że skończy się na strachu. I na wyciągnięciu wniosków. O odpowiedzialności chociażby.

poniedziałek, 15 marca 2010

Kuriozalna nagroda i skąpi antyfeminiści

Pięć lat minęło... Kiedyś wam napiszę, dlaczego akurat od 13 marca 2005 roku, tak mniej więcej od trzeciej nad ranem liczy się nasze bycie razem. Albo Gosia, bo to w końcu bardziej jej historia niż moja, ja tylko stałam półprzytomna na scenie i co jakiś czas powtarzałam słowo "seksistowskie". Nie mam pojęcia, skąd akurat to słowo mi przchodziło do głowy, w końcu tylko prowadziłam nieseksistowskie karaoke na pomanifowej imprezie w CDQ-u, ale jakiś powód na pewno miałam. No dobrze, pięć lat minęło, uczciłyśmy je godnie, a nasi cudowni goście sprezentowali nam nową zabawkę - nie, nie taką, o jakiej myślicie. Otóż dorobiłyśmy się kolejnej gry na Playstation, w którą, obok Singstara (takie lepsze karaoke), gram bardziej niż chętnie. To Guitar Hero. I to na dodatek w wersji, która pozwala bawić się całym zespołom, tak że możemy dawać sąsiadom prawdziwe koncerty. Póki nie wezwą policji, rzecz jasna. W każdym razie zabawa jest przednia i pozostaje mi mieć nadzieję, że nie zaniedbam przez nią bloga.

W dzisiejszej prasówce dla odmiany groteskowe wieści, jak uznanie przez organizatorów Festiwalu Satyry i Humoru "Humorfest" rysunku, na którym Andrzej Krauze porównuje związki jednopłciowe z relacjami zoofilskimi, Rysunkiem Roku. Uzasadnienie tego wyboru jest równie kuriozalne jak sama nagroda - otóż Krauzego nagrodzono za budzenie emocji, a przez to pobudzanie do myślenia. Na tej zasadzie można by nagrodzić praktycznie wszystkie obraźliwe dla osób homoseksualnych czy innych grup dyskryminowanych akcje - w końcu wszystkie budzą emocje. Ot, chociażby całkiem niedawno Hanna Wujkowska, którą być może pamiętacie z czasów, kiedy robiła za doradczynię ds. kobiet i rodziny w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza, podczas panelu dyskusyjnego "Czy Maryja była feministką" na Uniwersytecie Warszawskim stwierdziła, że kobiety nie mogą piastować ważnych funkcji w Kościele, bo "tuż przed miesiączką dochodzi do swoistego obrzęku mózgu. Kobiety są tak przepełnione płynami fizjologicznymi, że ciężko im zachować zdrowy rozsądek. A co dopiero zarządzać czymś tak ogromnym, jak Kościół katolicki". Nie wiem, jak w was, ale we mnie ta wypowiedź wzbudziła emocje. Choć nie pobudziła do myślenia, co pewnie oznacza, że zaczyna się u mnie comiesięczny obrzęk mózgu.

Skoro już przy kobietach jesteśmy, to gdzieś tam w tle związkowej dyskusji na Homikach toczy się dyskusja o feminizmie i jego postulatach. Ostatnio zauroczył mnie taki oto głos:

Wszystkich czytelników Homików pragnę ostrzec przed tym SROMem, o którym wspomina jeden z przedmówców - jak sama nazwa wskazuje, sprawa jest po prostu śmierdząca.
One chcą m.in.:
1. aborcji na żądanie
2. połowy władzy
3. wynagradzania za pracę domową !!!
Postulaty 1. i 2. znajdują niestety szerokie poparcie na Homikach. Mam nadzieję, że trzeci z wymienionych przeze mnie postulatów nawet niedowiarków przekona, że SROM to zwykły ekstremizm, populizm = zwykli zadymiarze. Tzn. zadymiarki.


SROM to Separatystyczne Rewolucyjne Oddziały Maciczne, o których wspominałam tu (swoją drogą nie mam pojęcia, dlaczego autor zacytowanej wypowiedzi twierdzi, że sama nazwa wskazuje, że sprawa jest śmierdząca), a które w ostatnich tygodniach zdołały wzbudzić ogólnopolską już chyba dyskusję (a nawet załapać się na doniesienie do prokuratury) dzięki temu plakatowi:
O ile jestem w stanie zrozumieć, że może on wzbudzać różne reakcje, tak jak i kwestia praw reprodukcyjnych w ogóle, o tyle kompletnie nie łapię, co jest takiego kontrowersyjnego w postulacie wynagradzania pracy domowej. Bo argument spod znaku "nie ma na to pieniędzy" jakoś do mnie nie przemawia. Skoro godzimy się na model państwa opiekuńczego (tzn. ja akurat średnio się godzę, ale zacytowany dyskutant, sądząc z innych jego wypowiedzi, jednak tak), to zagwarantowanie prawa do emerytury czy indywidualnego ubezpieczenia zdrowotnego blisko 6 milionom kobiet, które przy obecnym stanie prawnym mają status "niepracujących", powinno być czymś zupełnie oczywistym. Teraz być może napiszę coś bardzo niesprawiedliwego, ale czasami mam wrażenie, że u źródła wielu antyfeministycznych czy homofobicznych wypowiedzi leży po prostu skąpstwo ich autorów. No bo co to jest, żeby z MOICH podatków finansować jakieś tam głupie baby, co to nic nie robią, tylko siedzą w domu i oglądają kolejne telenowele, czy ochronę marszów tych cholernych zboczeńców. No bo przecież te baby nic nie robią, tylko siedzą w domu, a życiowym celem wszelkich zboczeńców jest wywoływanie kolejnych zadym. Oczywiście gdzieś tam w tle takiego myślenia może być też niewiedza, czy też brak szacunku dla osób, które są inne niż ja, ale mimo wszystko myślę, że to aspekt finansowy, nieważne, jak bardzo mityczny, bo przecież trudno mówić o tym, że te pieniądze są nadal nasze, skoro mamy nikły wpływ na to, jak są wydawane, jest dla wielu osób najboleśniejszy. Co zresztą wyjaśnia, dlaczego przy okazji różnych badań opinii publicznej nie zadaje się pytań w rodzaju "Czy chcesz, żeby twoje pieniądze poszły na...", a jedynie "Czy jesteś za...".

Dawno już nie polecałam filmów (co przez chwilę było tutaj regułą), głównie dlatego, że Gosia wsiąkła w "Grey's Anatomy", tak że tematyczne produkcje poszły chwilowo w odstawkę. Dziś zatem coś kompletnie nietematycznego. Niedawno obejrzałyśmy (tzn. ja sobie przypomniałam pierwszą część, a w końcu zobaczyłam drugą, a dla Gosi obie były nowością) dyptyk Richarda Linklatera "Przed wschodem słońca" (1995) i "Przed zachodem słońca" (2004). Miałam jakiś straszny sentyment do części pierwszej, może dlatego, że kiedy po raz pierwszy ją oglądałam, byłam mniej więcej w wieku bohaterów, granych przez Julie Delpy i Ethana Hawke (którzy zresztą - oboje - byli wówczas bardzo w moim typie), i ich wątpliwości, dywagacje, plany, marzenia były w pewnym stopniu moimi, teraz zastąpił go sentyment do części drugiej, bo znowuż bohaterowie są mniej więcej w moim wieku i może przez to potrafię z nimi współodczuwać. Jeżeli ktoś jakimś cudem tego nie widział, a lubi kino chodzono-mówione, to gorąco polecam. Pierwsza część jest z grubsza o tym, co się może wydarzyć, gdy nieznajomi z pociągu postanowią wysiąść razem w Wiedniu i zaczętą w pociągu rozmowę kontynuować przez jedną noc, która im pozostała do chwili, kiedy on wsiądzie do samolotu do Ameryki, a ona do pociągu do Paryża. Druga - o ich spotkaniu po dziewięciu latach i o tym, jak ta jedna noc w Wiedniu zmieniła ich życie. Jeżeli zmieniła, bo to wszystko, co wydarza się między nimi te dziewięć lat później, może być równie dobrze ucieczką od rzeczywistości czy starą dobrą zabawą w "co by było, gdyby".

Zamiast trailerka, tym razem fragment filmu. Julie śpiewa, cóż, bez rewelacji (choć po tym filmie wydała płytę), ale za to bardzo fajnie łapie chwyty barowe. A poza tym jest słodka.

czwartek, 11 marca 2010

Jakiego chcę modelu związków?

Kolejna ciekawa debata na Homikach (która to już w ciągu ostatnich kilku miesięcy?) - tym razem o tym, o jakiego modelu formalizacji związków chcemy. Muszę przyznać, że, podobnie jak wiele wypowiadających się w komentarzach osób, nigdy tak dogłębnie nie zastanawiałam się nad tą kwestią. Bo niby to wszystko jest bardzo proste - uważam, że jedynie pełne zrównanie praw osób nieheteroseksualnych z prawami osób heteroseksualnych jest satysfakcjonującą opcją, bo lobbowanie za jakimkolwiek innym rozwiązaniem jest jednoczesnym przyznaniem, że jesteśmy gorszym gatunkiem ludzi i jako takim pełne prawa nam się po prostu nie należą. Z drugiej strony rozumiem, że przy obecnym układzie politycznym, a właściwie przy jakimkolwiek z tych, które miałam już okazję obserwować w tym pięknym kraju nad Wisłą, szanse takiego rozwiązania są raczej marne. Pytanie, czy byłabym w stanie zaakceptować jakiekolwiek inne. I jednak mimo wszystko tak, choć nie jestem przekonana, czy szanse na wprowadzenie jakiegokolwiek modelu legalizacji związków nie są przypadkiem równie nikłe jak w przypadku małżeństw.

Miewam od czasu ponure myśli spod znaku "co by było, gdyby". Co by było, gdyby coś mi się stało, a Gosia zostałaby sama z niespłaconym kredytem mieszkaniowym i koniecznością zapłacenia dwudziestoprocentowego podatku spadkowego za tę połowę mieszkania, które jest na mnie. Co by było, gdyby zabrakło mojego ubezpieczenia zdrowotnego, które szczęśliwie, dzięki otwartej polityce mojej firmy, obejmuje nas dwie. Ot, takie drobiażdżki - nagle to wszystko, co jest nasze, wspólne, na co pracowałyśmy przez te wszystkie lata związku, nie stałoby się automatycznie jej. Gorzej, musiałaby jeszcze raz płacić za coś, co, gdy jesteśmy razem, jest naszą własnością. Nawet gdybyśmy spisały testament albo moja rodzina stwierdziłaby, że to jej się po prostu należy. Inna historia, pewnie z niejednego życia. Rozstajemy się, jedna jest sytuowana lepiej - ma mieszkanie, dobrą pracę itd. itp. Druga - cóż, nie ma. Co się wydarza? Ano czasami (zazwyczaj?) to, że jedna osoba zostaje nagle bez środków do życia. Ewentualnie musi egzystować na granicy ubóstwa, bo zarabia tyle, że stać ją co najwyżej na podnajmowanie pokoju i zapiekankę z makaronu na kolację. Gdyby to był rozwód, nie "zwykłe" rozstanie, miałaby prawo do alimentów. A tak? Cóż, jest zdana na łaskę drugiej osoby. A na jakim koniu jeździ łaska, każdy wie. Mogłabym też opowiedzieć historię o wspólnym dziecku czy o tym, co się dzieje, jak druga osoba leży nieprzytomna w szpitalu, ale wiadomo, jak się takie opowieści rozgrywają i kończą.

Słowem, myśląc o tym, jaką ustawę byłabym w stanie zaakceptować, wzięłam pod uwagę to, co jest dla mnie najważniejsze. A najważniejsze jest dla mnie zabezpieczenie bliskiej mi osoby (lub osób, gdy w grę wchodzi również dziecko) na wypadek, gdyby coś mi się stało. Rytuały mnie nie kręcą (wolę wymyślić właściwy tylko dla nas), symbole takie jak zmiana nazwiska też nieszczególnie, choć gdyby Gosi na tym zależało, nie miałabym z tym problemu. Nie interesuje mnie też, jak ten nasz związek miałby się nazywać. Chciałabym tylko, gdy znowu najdzie mnie nastrój na "gdybanie", myśleć w wyłącznie kategoriach emocjonalnych, nie finansowych.

Oczywiście rozszerzenie praw na wszelkie związki wieloosobowe, konfiguracje przyjacielskie (jak przywołany niedawno model dwóch tatusiów plus dwie mamusie plus dziecko) jest czymś strasznie fajnym i w mojej wymarzonej rzeczywistości prawa małżeńskie czy inne (bo szczerze mówiąc, nie lubię nawet słowa "małżeństwo") nie wykluczają żadnych możliwych do wyobrażenia konfiguracji. Prawda jest jednak taka, że w tej chwili najważniejsza jest dla mnie najbliższa mi osoba i jeżeli mogłabym zapewnić jej bezpieczeństwo, zawierając wykluczający wspomniane konfiguracje związek, zrobiłabym to. I tyle, jeżeli chodzi o moje queerowanie w praktyce.

Kończąc temat, jedna uwag ogólna. W dyskusji o związkach brakuje mi jednego słowa (choć czasem się pojawia) - "obowiązki". Jak obowiązek alimentacyjny czy niemożność ubiegania się o zasiłek, gdy jedna osoba ma niskie dochody, a druga zarabia sporo. Uważam, że powinniśmy częściej podkreślać, że chodzi nam nie tylko o prawa, ale też o wzięcie na siebie wszystkich obowiązków, które niesie ze sobą zawarcie związku. Ot, tak PR-owa zagrywka, bo wiadomo, że o tym wiemy, ale podkreślanie tego przy każdej okazji mogłoby trochę pomóc. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Żeby nie było tak monotematycznie, to, jako że zbliżają się moje urodziny (jeszcze parę tygodni, więc zdążycie z życzeniami:)) na koniec klip z kategorii "must have". "Must have", bo pochodzi z wydanego w 2002 DVD "Render - Spanning Time with Ani DiFranco", którego fragmenty znam jedynie z You Tube, a po prostu muszę je mieć w całości. A poza tym minimalnie pasuje do tematu posta, bo na początku Ani opowiada o swojej rodzinie - tej z wyboru, nie z urodzenia. A ja też jestem dziś chyba bardzo rodzinna, nieprawdaż?

niedziela, 7 marca 2010

Po XI warszawskiej Manifie

Czy już Wam kiedyś pisałam, że kocham Manify? Jeżeli nie, to robię to teraz. Kocham je za świetną atmosferę, dobrą organizację, konkretne przesłanie, za entuzjazm i równowagę między ideowością a zabawą. I choć dotarcie na czas zawsze nam sprawia problemy (bo godzina 12 w niedzielę to jednak bardzo wczesna pora), nie wybaczyłabym sobie, gdybym którąkolwiek Manifę opuściła.

Tegoroczna Manifa przeszła pod hasłem "Solidarne w kryzysie. Solidarne w walce", a dotyczyła nierówności ekonomicznych w traktowaniu kobiet i mężczyzn. Jej główne postulaty to ochrona przed przemocą ekonomiczną, walka z dyskryminacją kobiet w zatrudnieniu, zrównanie płac kobiet i mężczyzn, ochrona praw kobiet pracujących w domu i polityka prorodzinna.

Profesjonalne relacje, zdjęcia i materiały wideo można znaleźć pewnie w kilkudziesięciu miejscach, dlatego też zamiast sprawozdania, wrzucam kilka filmików. Koszmarnych jakościowo i zupełnie nieprofesjonalnych, ale za to nie znajdziecie ich nigdzie indziej!

Początek - opowiadamy z Gosią, Kamilą i Ines, kto właściwie w tej Manifie idzie, i zastanawiamy się, gdzie jest słonko, kiedy śpi:



Tradycyjny spacer wzdłuż pochodu. Po drodze między innymi bębniarze, Furja na platformie, Michał i Marcin z Homików oraz Abiekt.



Doszłam do końca i wracam na czoło Manify. Rozmawiam z Siwą z Masskotek (niestety nie pamiętam, o czym, a i nie bardzo to słychać), mijam genialny zespół bębniarski z niesamowitym dyrygentem i czytam transparenty:



Na koniec element zdecydowanie humorystyczny - Jolanta Kwaśniewska ogłasza, że dołącza do Barbie Girls. To nie żart - zobaczcie!

piątek, 5 marca 2010

O prawicowości w końcu

Po wyroku Trybunału w Strasburgu (przy okazji - Yga w komentarzu pod poprzednim postem podkreśla, że nie chodzi o prawo do dziedziczenia, a o prawo do wstąpienia w umowę najmu; niniejszym przepraszam za uproszczenie) posypały się komentarze różnych "autorytetów" i autorytetów. Głos zabrał oczywiście publicysta Terlikowski, jego jakże przewidywalny tekst o wyższości małżeństwa nad wszelkimi innymi związkami analizuje Sylwek tu. Odezwała się też "Rzeczpospolita", w iście ekwilibrystyczny sposób "dowodząc", że to nie wątek orientacji seksualnej przesądził o odmówieniu Kozakowi prawa do wstąpienia w umowę najmu (zabawnie pisze o tym Adam Leszczyński tu). Dla mnie jednak najciekawszy jest komentarz Pawła Wrońskiego z "Wyborczej" pod jakże obiecującym tytułem "Czy gej może być konserwatystą?". Najpierw o jego dziwnej części - otóż Paweł dokonuje rozróżnienia między osobami nieheteroseksualnymi chodzącymi na parady - mam nadzieję, że jest to rozróżnienie ironiczne, ale pewności nie mam - a żyjącymi w stałych związkach, marzących o stabilizacji itd. Oczywiście patrząc na ostatnie warszawskie Parady Równości, trudno dojść do wniosku, że te marsze ogniskują się wokół idei walki o prawne uznanie związków jednopłciowych (mimo wspaniałego homikowego transparentu na czele ostatniej), tak że nawet jeżeli to rozróżnienie nie jest ironiczne, to jest jakoś tam uprawnione.

Znacznie ciekawsze są jednak pozostałe części komentarza Pawła:

W ostatnim czasie kwestia homoseksualizmu stała się stałym punktem politycznego odniesienia i podziału na lewicę, prawicę, konserwatyzm i liberalizm. Dlaczego? W zasadzie nie wiadomo. (...) Być może [Kozak] reprezentuje stosunkowo sporą grupę osób orientacji homoseksualnej, którzy w gruncie rzeczy hołdują wartościom konserwatywnym. Żyją w stałym związku, marzą o stabilizacji i jakimkolwiek uregulowaniu prawnym tego statusu i próbują realizować swoje epikurejskie prawo do szczęścia. Cóż w obecnym świecie bardziej konserwatywnego niźli stały związek nawet nienazwany małżeństwem? Wszak przeciwieństwem "liberalnego rozpasania" jest chęć tworzenia stałego związku razem z jednym partnerem i próba jakiegoś usankcjonowania prawnego tej sytuacji.

Trudno się nie zgodzić, prawda? Tylko co tak naprawdę z tego wynika? Że być może w gruncie rzeczy w przytłaczającej większości jesteśmy obyczajowo konserwatywni, a zatem prawicowi (choć nie w polskoprawicowym rozumieniu tego słowa). I w sumie tak naprawdę podobna do tej konstatacja powstrzymywała mnie dotąd przed napisaniem o prawicowych lesbijkach, gejach, osobach biseksualnych et cetera (do czego zabierałam się tu). Bo gdzie w takim razie leży różnica między naszym liberalizmem a konserwatyzmem, skoro o tych, którzy są za równouprawnieniem osób nieheteroseksualnych, mówi się, że są "liberalni obyczajowo", podczas gdy idea związków partnerskich czy małżeństw homoseksualnych jest w gruncie rzeczy konserwatywna? Oczywiście problem leży w pomieszaniu pojęć i aby go rozwiązać, należałoby te pojęcia wyprostować, kłopot w tym, że żyjemy w takiej rzeczywistości a nie innej i to właśnie ona powinna być dla nas punktem odniesienia. Tak że, zamiast prostować, spróbuję wyjaśnić, czym według mnie charakteryzuje się prawicowa osoba nieheteroseksualna.

Przede wszystkim w tej "prawicowości" mieści się cała rozpiętość postaw - od (podszytego zinterioryzowaną homofobią) przeświadczenia, że związek jednopłciowy jest rzeczywiście czymś gorszym niż heteroseksualny, poprzez niechęć do "manifestowania swojej odmienności" czy do osób, które są w oczywisty sposób "inne niż inni" ("przegiętych ciot", "męskich lesb" itp.), i przekonanie, że powinniśmy się prezentować jako jednorodna, sympatyczna i grzeczna grupa, po uznanie różnorodności, przy jednoczesnej konstatacji, że są mniej i bardziej wartościowe systemy czy relacje. Oczywiście osoby z ostatnich grup w ogóle mogą się nie uważać za prawicowe czy konserwatywne (wszak są "liberalne obyczajowo"), jednak przecież uznanie, że istnieją pewne stałe, niezmienne wartości, że niektóre rzeczy są (z natury, kultury, religii) lepsze, a niektóre gorsze, jest konserwatywne. O czym to świadczy? Moim zdaniem głównie (i znów) o nieprzydatności etykiet (skoro można je "dopasować" do osób mających czasami skrajnie różne systemy wartości). I o tym, że problemem znowuż nie jest "prawicowość" czy "lewicowość", a zinternalizowana homofobia. Bo w przekonaniu, że drag queens nie powinny się pokazywać na paradach, osoby niewyglądające wystarczająco "heteroseksualnie" nie powinny reprezentować nas w mediach czy w cenzurowaniu treści na branżowym portalu jako "ustępstwie" wobec polityków nie ma nic z konserwatyzmu, a wiele z homofobii, czy, w ostatnim przypadku, obłudy.

Wydaje mi się, że zarówno konserwatywne, jak i liberalne (ale też niehomofobiczne) osoby LGBTQetcetera mają tak naprawdę jeden cel - równouprawnienie. Różnie postrzegają walkę o nie (ewolucja vs rewolucja), hołdują innym wartościom, inaczej też wyobrażają sobie "świat idealny", ale do kwestii naszych praw mają takie samo podejście. Tu nie ma podziałów - one są raczej na linii osobistych uraz czy interesów. Ale może upraszczam czy idealizuję i istnieje jakaś fundamentalna różnica między prawicowymi i lewicowymi osobami nieheteroseksualnymi również w tym względzie. Tak że poprawcie mnie, jeśli się mylę.

wtorek, 2 marca 2010

Siedlce małą stolicą kultury

Dziś temat dnia może być tylko jeden - kolejna wygrana w Strasburgu. Trybunał orzekł dziś, że brak możliwości dziedziczenia przez partnerów w związkach jednopłciowych narusza Konwencję Praw Człowieka i Podstawowych Wolności. Chodziło o sprawę Piotra Kozaka, któremu odmówiono możliwości odziedziczenia mieszkania komunalnego po zmarłym partnerze, gdyż takie prawo według polskich urzędników i sądów mają jedynie związki heteroseksualne. Więcej szczegółów tu, a ja z chęcią otworzyłabym szampana, gdyby nie to, że mam dziś jeszcze trochę pracy. Tak że otworzę go prawdopodobnie dopiero w niedzielę, gdy już się uporam ze wszystkimi nadprogramowymi obowiązkami, które ostatnio na mnie spadły i które są też odpowiedzialne za ciszę na blogu.

Jak może pamiętacie, w niedzielę miałyśmy występ w Siedlcach. I było to na kilka sposobów nowe przeżycie, a na kilka może nienowe, ale za to bardzo miłe. Raz, że pierwszy raz zdarzyło nam się występować przed w większości heteroseksualną publicznością, na dodatek przyzwyczajoną do bardziej mainstreamowych kabaretów. Dwa, że mimo iż występ miał miejsce w klubie, podczas przedstawienia było po prostu cicho (poza momentami, kiedy publika się śmiała i dogadywała), chociaż bar był otwarty, a scena tuż przy nim. Ha, więc jednak można, trzeba tylko chcieć! Trzy, że na występ zapraszały chyba wszystkie lokalne media (trafiłyśmy nawet na okładkę "Kultury Siedleckiej"!) - papierowe i internetowe - i te zapowiedzi oczywiście wywołały trochę głupich komentarzy (na przykład takich jak tu), ale też nic poza nimi. Nie, żebyśmy się spodziewały jakiejś manifestacji, ale lekki niepokój przed występem był. Podczas występu zresztą też, kiedy w pewnym momencie do klubu weszło kilku młodych mężczyzn odpowiadających wyglądem stereotypowemu wyobrażeniu o antyparadowych kontrmanifestantach. I co? I jeden z nich podszedł do mnie po występie i stwierdził: "Fajnie było. Szkoda, że tu się nigdy nic nie dzieje". Wracając do wyliczanki, cztery to superprofesjonalna organizacja i przetroskliwe organizatorki z grupy "Oczami kobiet". Pięć to prezent, który dostałyśmy od sponsora plakatów z zapowiedziami występu - siedleckie rękodzieło, które będzie z nami występować w nowym programie. A sześć to recenzja występu - poniżej pamiątkowy printscreen, a całość do przeczytania tu.
Co więcej? Ha, mam nadzieję, że jeszcze nas kiedyś zaproszą. Bo mimo iż nie do końca wstrzeliłyśmy się z programem, to jednak ogólne wrażenia mam bardzo pozytywne. Tak że, drogie czytające artystki i czytający artyści, jak was zaproszą do Siedlec, nie ważcie się nie jechać. Może i nie jest to już mała stolica kultury porównywalna z Zieloną Górą (która posiada słynną "Gębę"), ale nie znaczy to, że zmienili się ich mieszkańcy. I że taką stolicą Siedlce jeszcze kiedyś nie będą.

Tyle na dziś, wracam do pracy niestety. Do przeczytania w bardziej sprzyjającym momencie, czyli mam nadzieję niedługo. A, jak macie możliwość, to wpadnijcie w czwartek do Ust Mariana na Drag King Comedy Show. Zaczynamy o 20.