piątek, 30 lipca 2010

Dzienniki Anne Lister

Niedawno BBC wyprodukowało dwa filmy poświęcone Anne Lister - fabułę "The Secret Diaries of Miss Anne Lister" oraz dokument "Revealing Anne Lister". Anne Lister nazywana jest pierwszą nowożytną lesbijką. Żyła w brytyjskim Yorkshire w latach 1791-1840 i jest pierwszą kobietą, o której wiemy nie tylko, że była lesbijką, ale też że żyła, nie ukrywając swojej tożsamości. Ba, nawet wzięła coś w rodzaju ślubu kościelnego ze swoją ostatnią partnerką Anne Walker. Jej historia ujrzała światło dzienne pod koniec lat 80. i na początku 90. ubiegłego wieku, kiedy ukazały się drukiem jej dzienniki, które prowadziła przez całe życie, zapisując w nich ponad 4 miliony słów. Część opisów - tych dotyczących związków z kobietami - zaszyfrowała, używając kodu będącego kombinacją liczb i liter z alfabetu greckiego.

W wyreżyserowanej przez Jamesa Kenta fabule historia Anne Lister trochę przypomina losy Nancy Astley z "Muskając aksamit" Sarah Waters. Oto wiktoriańska lesbijka (tym razem z dobrego domu) zostaje porzucona przez swoją wielką miłość Marianne Belcombe, która nie potrafi wyobrazić sobie innego życia niż z bogatym, dobrze postawionym mężczyzną, za którego (majątek) wychodzi za mąż. Na skutek wstrząsu doznanego w efekcie zdrady Marianne Anne postanawia poświęcić się nauce. Wkrótce jednak to jej nie wystarcza, szuka więc pocieszenia, uwodząc poznaną w kościele śliczną i głupiutką pannę Browne i romansując z samą Marianne, która przez kilka zwodzi ją obietnicą wspólnego życia, gdy tylko jej mąż wyzionie ducha, by w końcu skończyć jako partnerka Anne Walker - szarej myszki, ale i bogatej właścicielki ziemskiej z sąsiedztwa.
Filmowa Anne Lister (Maxime Peake) i Anne Walker (Christine Bottomley)

Tu podobieństwa do Waters się kończą i zaczyna się podaj najciekawsza część całej historii - bo Lister była nie tylko lesbijką, ale i biznesmenką, dodatkowo zaangażowaną w bardzo męską w owych czasach dziedzinę, jaką było prowadzenie kopalni węgla. Jak łatwo się domyśleć, jej sukcesy w tej dziedzinie były czymś nie do zniesienia dla ówczesnej patriarchalnej społeczności, a konkurenci próbowali ją zniszczyć, wykorzystując do tego - oczywiście - jej życie prywatne. Cóż, przeliczyli się.

Film Kenta - choć mocno odbiega, o czym za chwilę, od rzeczywistości - jest znakomity. Świetnie zagrany, trzymający w napięciu, a przy okazji, co dla mnie jest zaletą, utrzymany w konwencji innych kostiumowych produkcji BBC. Zachwyca nie tylko sama Anne (w tej roli Maxine Peake), ale i stosunek jej najbliższych do jej wyborów życiowych. Z ciekawostek - nakręcenie całości zajęło zaledwie 18 dni. To się nazywa prawdziwa brytyjska szkoła filmowa!

Towarzyszący filmowi fabularnemu dokument "Revealing Anne Lister", brawurowo prowadzony przez Sue Perkins, przynosi trochę inną historię słynnej lesbijki. Lister jest wprawdzie nadal odważna i bezkompromisowa, ale przy okazji okazuje się być też snobką bezlitośnie odsuwającą się od uwiedzionych przez siebie kobiet, gdy mija pierwsze zauroczenie, a przeszkadzać zaczynają różnice klasowe. Anne Walker okazuje się być bardziej majętną żoną niż wyczekiwaną prawdziwą miłością. A związek z Marianne kwitnie nawet po jej zamążpójściu, przerwany nie tyle przez Anne rozczarowaną tchórzostwem swojej wielkiej miłości, co przez Marianne, która, choć uwielbia Anne jako kochankę, to z drugiej strony wstydzi się pokazać się publicznie z kimś wyglądającym zbyt "męsko" na ulicy. "Revealing Anne Lister" pokazuje też dalsze losy Lister - historię jej podróży (kolejna w tamtych czasach męska domena), zakończonych przedwczesną śmiercią w Rosji - oraz samych dzienników, które były odkodowywane kilkakrotnie w czasach, kiedy ich ujawnienie groziło czy to kompromitacją przodkom Lister (koniec XIX wieku), czy to wywołaniem oburzenia społecznego (lata 60. XX wieku).

Bardzo ciekawe są fragmenty dotyczące podejścia do tak zwanych romantycznych przyjaźni między dziewczętami w czasach Lister. Otóż nie były one uważane za nic karygodnego, wręcz przeciwnie, uznawano je za formę przygotowania do małżeństwa. Zachowanie Anne było nieakceptowane nie dlatego, że spotykała się z dziewczynami, ale dlatego, że przyjmowała wówczas rolę stereotypowo uważaną za męską - była aktywna, uwodzicielska, zdecydowana.
Anne Lister około 1830 roku. Namalował Joshua Horne

Niezależnie od tego, że sama Lister aniołem nie była, jej historia jest czymś pod każdym względem niezwykłym. Otwarta lesbijka, niezależna kobieta, bezkompromisowa biznesmenka - jakże różni się od współczesnych jej kobiet, które znamy chociażby z kart powieści Jane Austen i których jedynym przeznaczeniem życiowym było znalezienie swojego pana Darcy. Oczywiście trudno sobie wyobrazić, by Lister mogła być sobą, gdyby nie jej pieniądze i pozycja społeczna, jednak mimo wszystko pozostaje prawdziwą bohaterką i to nie tylko tamtych czasów.

środa, 28 lipca 2010

Geje nie są straight

Pourlopowy przegląd homofobicznych mediów przyniósł kilka niespodzianek. Jedna - ciekawa - to fotoreportaż "Twarze EuroPride" w "Rzeczpospolitej". Czarno-biały, wysmakowany, po prostu ładny. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Kolegom z Frondy nie spodobał się taki wysmakowany wizerunek paradowiczów, więc wysmażyli swoją własną galerię (linka nie podam, jak chcecie, to poszukajcie). Cel - pokazać uczestników EuroPride "bez retuszu" i dowieść, że osoby nieheteroseksualne są nieatrakcyjne, co oczywiście jest też jedną z przyczyn ich nieheteroseksualności (no wiecie, lesba to tak brzydka baba, której żaden facet nie chciał, a gej to przegięty koleś, który w rzeczywistości chce być kobietą). Głupie to strasznie i dziecinne, po Frondzie spodziewałam się lepszych "argumentów" niż spod znaku "Jesteś głupia, wredna i leniwa - zostań feministką!" (tak na marginesie - pamiętacie "akcję" opartą na przywołanym haśle?).

Ale już w prawdziwe osłupienie wprawił mnie tekst na zrecenzowanym przeze mnie tutaj jakiś czas temu portalu Prohomofobia.pl, również będący pokłosiem wspomnianego reportażu. Nosi toto tytuł "Kim jest mężczyzna STRAIGHT dla dziennika Rzeczpospolita" i poświęcony jest różnicom między gatunkiem "gej" a gatunkiem "mężczyzna straight". Kilka cytatów (zachowałam oryginalną pisownię):

Prawda jest taka, że męscy i atrakcyjni są heteroseksualiści. Podobnie jest z kobietami. Potwierdza to każde kolejne i rzetelnie przeprowadzone badanie na – co dziwniejsze – reprezentantach wszystkich heteroseksualnych orientacji.

Homoseksualiści różnią się od większości społeczeństwa i to na niekorzyść, bo są "przegięci". Ten kolokwialny epitet nie wymyślili heterycy. "Straight" to mężczyzna pożądany przez geja – ktoś taki jak "ale laska" dla heteroseksualisty. (...) Jest dosłownie wyprostowany, ma męską twarz, potrafi być twardy i zdecydowany. Straight mieści w sobie spełnioną fizjologię mężczyzny i osobowościowe cechy przypisywane heteroseksualistom: zdecydowanie, asertywność, odwagę. Wszystko to zamyka ukierunkowanie na kobiety podsycane rywalizacyjnością i zdolnością do męsko-męskiej konfrontacji. W straight zbiega się więc tak orientacja seksualna, jak oryginalna osobowość oraz fizyczna postawa.

Geje nie są straight. W mniejszym lub większym stopniu są "przegięci". To następny kolokwializm, który oddaje opozycję między światem heteryków a subkulturą gejów. Przegięcie to coś więcej niż sama poza, albo gra. Przegięcie jest ikoną pewnej wrażliwości, fizykalną i genderową, czyli odwołującą się do stereotypów o kobiecości. Fizykalną, ponieważ owa wrażliwość gruntuje temperament i psychofizjologię. Rzeczpospolita tę różnicę między jedną a drugą wrażliwością i właściwą dla nich autoprezentacją spróbowała postmodernistycznie zasłonić i rozwodnić.

Całkiem niedawno, w odpowiedzi na przywołany już mój wpis o tymże portalu, jego autorzy pisali między innymi:

Mamy mnóstwo pytań. O miejsce lesbijskiej i gejowskiej tożsamości, o relację hetero- do homoseksualności, o konsekwencje wywyższenia seksualności. Czekają nas kolejne projekty. Planujemy otoczyć rodziców homoseksualnych dzieci wsparciem, wypromować zdrowie osób homoseksualnych, przeprowadzić kampanię reklamową "nigdy nie eksperymentowałem z własną płcią".

Zabrzmiało obiecująco, niestety sposób realizacji, delikatnie mówiąc, rozczarowuje. Bo jeśli odpowiedzią na pytanie o relację homo- do heteroseksualności ma być stwierdzenie, że geje różnią się od mężczyzn heteroseksualnych zarówno fizycznie (czy tylko mnie się nasuwają skojarzenia z mierzeniem wielkości nosów?), jak i psychicznie, to ja raczej nie chcę wiedzieć, jak będzie wyglądała realizacja kolejnych pomysłów.

Niedawno czytałam w "Dużym Formacie" reportaż Tomka Kwaśniewskiego "Pranie.pl". Z grubsza rzecz biorąc, jest to tekst o pewnym mentalnym eksperymencie, który Tomek przeprowadził wspólnie ze swoim dawnym kolegą, z którym obecnie różni go wszystko - Tomek jest liberałem, jego kolega konserwatystą, Tomek wierzy w dobrą wolę Rosjan w sprawie Smoleńska, jego kolega, że to oni przyczynili się do tragedii... I tak pewnego dnia, zamiast rzucać po raz kolejny słuchawką, postanowili się wzajemnie wysłuchać. I spróbować zrozumieć. Powstał z tego świetny tekst, a ja pod jego wpływem po raz kolejny zaczęłam się zastanawiać, czy i na ile jestem w stanie się porozumieć z kimś, kto prezentuje skrajnie odmienne do moich poglądy. Po raz kolejny, bo swojego czasu nie tylko się nad tym zastanawiałam, ale nawet szukałam tego porozumienia, prowadząc długie dyskusje na różnych Frondach. Teraz bliżej mi do stanowiska, że dyskusja z pewnymi osobami nie ma sensu, niemniej jednak w debacie na temat strategii walki o nasze prawa nadal pojawiają się głosy, że przekonywanie przekonanych to żadna sztuka, trzeba się zabrać za nieprzekonanych. Idea jak najbardziej słuszna, kłopot tylko z realizacją. Bo, nie wiem, jak wy, ale ja nie mam jakoś ochoty wysłuchiwać osób, dla których argumentem (nieważne, jak wydumanym) przeciwko przyznaniu komuś równych praw jest jego wygląd. Podobnie zresztą jak nie jestem w stanie ustąpić na krok w dyskusjach wewnętrznych o tym, kto ma niby prawo nas reprezentować - czy to na paradach, czy w mediach, czy gdziekolwiek bądź.

poniedziałek, 26 lipca 2010

Koniec Barbie Girls

Minął nam tydzień bez telewizji, prasy, internetu, śledzenia zdjęć, relacji i podsumowań EuroPride, wypełniony za to wczesnym wstawaniem i kładzeniem się spać, intensywnym i czasami destrukcyjnym dla kostek i kolan chodzeniem, podziwianiem tatrzańskich szczytów i dolin oraz ucieczkami przed kolejnymi burzami. Cudowne, odświeżające doświadczenie. Już tęsknimy.

Pod moim przedurlopowym postem kilka pytań o losy Barbie Girls. Bez zbędnych wstępów zatem potwierdzam - występ w 1500 m2 był występem ostatnim, przynajmniej w stolicy. Nie wykluczamy, że pokażemy się jeszcze gdzieś poza Warszawą, szczególnie jeżeli dostaniemy propozycję z miejscowości, w której dotąd nie byłyśmy, ale tak, kończymy karierę. Powodów jest kilka, główne to zmęczenie materiału - wszak debiutowałyśmy z Gosią ponad 5 lat temu - oraz skrajnie różne koncepcje co do tego, jak właściwie ten nasz kabaret ma wyglądać. "Teleswizja" (ostatni program) rodziła się w prawdziwych bólach i zrobiłyśmy ją właściwie jedynie dlatego, że nie chciałyśmy kończyć działalności, nie dając czegoś tym wszystkim, które i którzy lubili nas oglądać, na pożegnanie. A poza tym żal nam było kilku dobrych pomysłów, które gdzieś tam w trakcie ostatniego roku się urodziły, i to nie tylko w naszych głowach. Podziękowania za "Teleswizję" należą się m.in. Kasi i Grynie, które stworzyły rap, Żabie, która wykonała nową wersję piosenki "Julia i ja", Neospazminowi i black6ox z Fioletowej Windy, z których kombinacji pomysłów powstał skecz o lesbijce polskiej, oraz Monice i Agnieszce, twórczyniom m.in. sztuki "Orlando. Pułapka?", które wsparły nas w chwilach zwątpienia i konsultowały naszą grę sceniczną.

W najbliższych kilku tygodniach wszystkie skecze z ostatnich dwóch programów, które udało nam się zarejestrować, trafią do internetu. Chętnym udostępnimy też ich teksty - dla inspiracji i do dowolnego wykorzystania. A my? Mamy w głowach kilka nowych projektów, jak coś z nich wyniknie, to oczywiście o tym poinformuję.

Obiecałam jakoś podsumować EuroPride, ale mam wrażenie, że teraz, po tygodniu od jego zakończenia, nie ma to większego sensu - wszystko, co można było napisać, zostało już chyba napisane. Frekwencja była, jaka była, ta na organizowanych przez nas wydarzeniach grubo powyżej oczekiwań, ta na samym przemarszu chyba jednak poniżej nawet najbardziej ostrożnych szacunków. Szkoda też, że organizatorzy nie zdecydowali się wykorzystać potencjału niektórych grup, które wzięły w niej udział - chórzystów, przedstawicieli zagranicznych organizacji itp. Pięknie by wyglądały, gdyby każda szła osobno, tak jak to na Zachodzie bywa. Tradycyjnie już zabrakło wyrazistego początku i zakończenia. Marzeniem byłby koncert w miejscu w miejscu docelowym parady. Mimo to jednak była to chyba najlepsza warszawska parada, na jakiej byłam - może dlatego, że czułam, że jestem tam po coś, czyli aby powalczyć z grupą przyjaciół o widoczność naszych politycznych postulatów. Powalczyć udanie, co widać w Abiektowym podsumowaniu widoczności naszego banerka, który w większości relacji awansował na główne hasło parady, a w niektórych szedł nawet na jej czele, co jest oczywiście nieprawdą, ale i tak konia z rzędem temu, kto za rok będzie pamiętał, co na czele było. Ja w każdym razie na pewno zapamiętam dzielną grupę niosącą transparent i równie dzielne Uschi i Gosię go prowadzące (mnie też się zdarzało, ale jako że media o moim udziale milczą, więc i ja zamilczę:)):
źródło: Homiki.pl
I oczywiście swoje hasło uzupełniające:
źródło: Wiadomości24.pl

Wiele osób w podsumowaniach EuroPride zastanawia się, czy udało mu się odmienić Polskę. Nie jestem aż taką optymistką, by stwierdzić, że tak, ale mam wrażenie, że trochę odmieniło nas. A konkretnie - to też żadna nowa myśl - pokazało, że, oprócz "oficjalnych" działaczy, jest ileś tam osób, którym się chce i które potrafią coś zrobić "dla sprawy". Mam nadzieję, że dla większości z nich nie był to jednorazowy wybryk i coś się z tej wokółeuropride'owej mobilizacji jeszcze urodzi.

niedziela, 18 lipca 2010

Przerwa urlopowa

I po paradzie. Relacji wszędzie mnóstwo, ja się przegrzałam, tak że - wybaczcie - u mnie nie będzie. Podsumowanie się pojawi, jak odpoczniemy. A póki co jedziemy na zasłużony urlop.

Do przeczytania 26 lipca!

sobota, 17 lipca 2010

Wspomnień czar

Na czwartkowe spotkanie w Amsterdamie (zapowiadałam je m.in. tu) przyszły tłumy. Co w praktyce oznacza jakieś 30-40 osób, czyli tyle, że część uczestniczyła w nim z korytarza (co zresztą wcale nie było taką złą okolicznością, bo ekran wisiał na oknie, więc równie dobrze było widać filmy z obu stron, a na korytarzu było ciut chłodniej). Asia, Monika i Gosia opowiedziały o początkach organizacji, swoich występach w mediach i pierwszych klubach. Było dygresyjnie i anegdotycznie (wszyscy, którzy byli obecni, już wiedzą, co znaczy duńskie słowo "optaget", za to chyba nikt nadal nie wie, jak w statucie Lambdy Bilitis rozwiązano kwestię członków bez członka), tłoczno, wesoło i o godzinę dłużej, niż przewidywałyśmy. Po spotkaniu pojawiła się propozycja, by takie "seminaria" robić cyklicznie. Pomysł sam w sobie niegłupi, tak że może jak się zrobi ciut chłodniej, będzie jakiś niekoniecznie regularny ciąg dalszy.

A dla tych, których nie było, kilka kadrów z filmów "Polski seks" z 1989 roku i tok szołu "Na każdy temat" (odcinek "Lesbijki") z 1995 roku, które pokazywałyśmy podczas spotkania. Poznajecie, kto na nich jest?
Na koniec wielkie podziękowania dla klubokawiarni Amsterdam za gościnę i za genialny pomysł z podawaniem wszystkim zebranym wody, bez której spotkanie skończyłoby się prawdopodobnie po 15 minutach.

środa, 14 lipca 2010

Na pamiątkę

Może i nie pójdziemy na czele parady, ale nasz główny postulat na jedynkę dzisiejszej "Gazety Stołecznej" trafił:
Ja stoję po prawej, tam, gdzie aparat nie sięgnął. Nie żebym miała jakieś szczególne parcie na szkło, ale dowód i tekst o wczorajszej akcji tu:)

wtorek, 13 lipca 2010

Gotowi na paradę?

Do wielkiej niewiadomej, jaką jest frekwencja na sobotniej paradzie, doszedł jeszcze jeden czynnik - pogoda. W zeszłym roku szliśmy w deszczu, w tym zapowiada się duchota i nieznośny upał. Z dwojga złego dla frekwencji chyba lepszy jest deszcz, ale w każdym razie i kapelusz, i parasol trzymam na podorędziu.

Dziś w 5-10-15 przygotowywaliśmy patykowce. Wyglądało to mniej więcej tak:
Uschi i Marcin z Homików naklejają i kolorują hasła
Hyakinthos dodaje trochę efektów specjalnych
Efekty specjalne w pełnej krasie
Gosia robi to, co lubi najbardziej
Bartek prezentuje swoje dzieło
I pod ścianę - do reszty!

Wszystkich, którzy chcą nam pomóc nieść i krzyczeć hasła albo po prostu pójść w paradzie w zaangażowanym gronie, nastawionym nie tylko na dobrą zabawę, ale też na prezentację konkretnych postulatów, zapraszamy do naszej nieformalnej grupy "redakcja Homiki.pl, osoby zaprzyjaźnione, blogerzy oraz czytelniczki i czytelnicy". Spotykamy się w sobotę o 12.30 (pół godziny przed paradą) koło pomnika Stefana Starzyńskiego na Placu Bankowym, pod Błękitnym Wieżowcem, naprzeciwko wyjścia z metra. Będziemy czarno-biało-różowi. Najlepiej więc załóżcie jeden z tych kolorów – albo i wszystkie trzy – i dołączcie do nas. Gorąco (oj, gorąco) zapraszamy!

poniedziałek, 12 lipca 2010

Równość w pracy - na marginesie konferencji OPZZ

Na początek dobra wiadomość - LGBT-eka, czyli mój ulubiony blog (a właściwie teraz już portal) o literaturze wróciła. Ponoć jeszcze trochę w budowie, ale nie mogę się powstrzymać i muszę napisać o tym już teraz.

Już w czwartek jedno z najważniejszych moim zdaniem wydarzeń EuroPride, czyli konferencja OPZZ „Zmierzając ku równemu traktowaniu pracowników LGBT w Europie Środkowej i Wschodniej”. Główny cel to próba przeniesienia do Europy Centralnej i Wschodniej dobrych praktyk i doświadczeń dotyczących traktowania osób LGBT w zatrudnieniu, wypracowanych przez zachodnioeuropejskie związki zawodowe. W 2008 roku podobne wydarzenie zorganizowało KPH. Nie wiem, czy konferencja OPZZ jest kontynuacją lub wynikiem tego wydarzenia, zresztą nie jest to istotne - ważne, że jest.

Mimo że polskie prawo teoretycznie chroni osoby nieheteroseksualne przed dyskryminacją w pracy, to, przyznajmy szczerze, zazwyczaj jest to ochrona tylko na papierze. Według raportu KPH i Lambdy Warszawa o dyskryminacji i nietolerancji ze względu na orientację seksualną w Polsce za lata 2005 i 2006, 10,3 procent badanych (z tych, którzy w tym czasie pracowali lub poszukiwali pracy) zetknęło się z jakąś formą dyskryminacji w zatrudnieniu. Najczęściej było to wymaganie od nich znacznie więcej niż od innych pracowników/kandydatów – 44 procent przypadków w grupie osób, które doznały dyskryminacji - następnie odmowa zatrudnienia – 27,9 procent - zwolnienie – 23 procent - odmowa awansu – 14,8 procent. 16,4 procent badanych wybrało odpowiedź: inna forma. Warto też dodać, że zaledwie nieco ponad 10 procent mogło mówić w pracy o swoim życiu prywatnym tak samo swobodnie jak osoby heteroseksualne - pozostali byli ujawnieni przed nielicznymi kolegami i koleżankami z pracy bądź zupełnie się ukrywali. Te wszystkie liczby mogą być niestety zaniżone, bo udział w badaniu wzięli udział głównie młodzi ludzie z większych miast. Tak że spokojnie możemy przyjąć, że praca - obok szkoły - to miejsce, gdzie najczęściej udajemy osoby heteroseksualne. To też miejsce, w którym spędzamy niemal połowę swojego świadomego życia (wyłączam czas na sen i oczywiście piszę o osobach w wieku produkcyjnym), tak że siłą rzeczy zawiązujemy tam jakieś relacje towarzyskie. Chyba nie muszę dodawać, jak niepełne, ubogie i frustrujące są te relacje, jeżeli cały czas się pilnujemy, aby przypadkiem nasza nieheteroseksualność wyszła na jaw.

Jest też druga strona medalu, niewątpliwie istotniejsza dla pracodawców, których niekoniecznie mogą interesować kwestie towarzyskie. Jak pisali swojego czasu twórcy nieistniejącego już polskiego Towarzystwa Ekonomicznego na rzecz Gejów i Lesbijek, pracownik, który nie jest pewien, czy jego orientacja psychoseksualna nie będzie przeszkodą w karierze lub jej ujawnienie spowoduje problemy w środowisku pracy, pracuje mniej efektywnie oraz częściej zmienia pracę. Z tego względu większość pracowników LGBTQetcetera ukrywa swoją orientację ze szkodą dla efektywności pracy (o 20-30 procent) i częściej ją zmienia (o 20 procent). Dodatkowo specjaliści ds. HR i zarządzania wskazują, że współpraca osób o różnym pochodzeniu, orientacji psychoseksualnej, płci i wieku pozwala na większą kreatywność oraz głębsze wykorzystanie doświadczenia poszczególnych osób.

W bardziej cywilizowanych krajach powstają rankingi firm przyjaznych LGBTQetcetera. W tym roku na liście najbardziej przyjaznych nam korporacji tworzonej przez Międzynarodową Gejowsko-Lesbijską Izbę Handlu znalazły się: IBM, Google, BT Group, Morgan Stanley i Cisco Systems. W Polsce przez jakiś czas zajmowało się wspomniane już Towarzystwa Ekonomicznego na rzecz Gejów i Lesbijek. Niestety projekt upadł.

Oczywiście nie tylko związki zawodowe mogą mieć wpływ na to, na ile przyjazne nam są nasze miejsca pracy, jednak trudno nie doceniać ich roli. Na Zachodzie każdy szanujący się związek ma sekcję czy osobę, która zajmuje się wyłącznie tą kwestią, a ochrona praw osób nieheteroseksualnych jest na stałe wpisana w jego priorytety. W Polsce jedynym związkiem zawodowym, który zajmuje się problemami związanymi z dyskryminacją ze względu na orientację seksualną, jest - niespodzianka - ZNP. Trudno więc nie uznać konferencji OPZZ za wydarzenie bez precedensu. Żałuję, że nie będę mogła w nim uczestniczyć (chętnie podzieliłabym się doświadczeniami dobrych praktyk, które są wdrożone w mojej firmie - najistotniejsze to uwzględnienie w pakiecie socjalnym również związków jednopłciowych), i niecierpliwie czekam na jego efekty. A jak ktoś może, niech idzie i koniecznie zda relację - więcej szczegółów i formularz rejestracyjny do pobrania tu.

PS Plakat reklamujący konferencję wygląda tak:
Nie ma to specjalnego znaczenia, ale jako że plakaty związane z EuroPride odgrywają ostatnio niespodziewanie ważną rolę, to zamieszczam jako przykład może nie pięknej, ale o jasnym przekazie i niekontrowersyjnej reklamy.

niedziela, 11 lipca 2010

Reklama dźwignią handlu

Klawiatury aż zatrzeszczały od komentarzy na blogu Abiekta i na naszym garniturku, a to za sprawą plakatu Pomady, tego ocenzurowanego i nie. Dla mnie plakat jest po prostu brzydki, ale nie o estetykę mi chodzi. Patrząc się na to "dzieło" podobno "sztuki", w życiu bym się nie domyśliła, że ma ono na celu zareklamowanie fajnej, bogatej w różnorakie ciekawe wydarzenia imprezy. Pierwsze, co przyszło mi do głowy: w trakcie 14 dni Pomady geje, lesbijki, osoby transseksualne i wszyscy inni będą prezentować techniki seksualne. Koniec kropka.

Dużo większe przesłanie niesie w sobie plakat ocenzurowany (tutaj). Zakrywa wstydliwie (?) to, co jest przecież ludzkie i piękne. Pokazuje, że to, co wolno innym, dla nas jest zakazane. Co zresztą potwierdza 37 procent badanych przez CBOS, którzy chcieliby zabronić nam seksu. Prawdopodobnie niezamierzona, ale ciekawa prowokacja.

W nosie mam, jak plakat Pomady wpłynie na nasz wizerunek. Szczerze. Bo choćby wszystkie leski, lesbijki i lesby (i jak się jeszcze zwą) zapuściły włosy, nałożyły stertę tapety na twarz, wcisnęły się w mini, wcześniej oczywiście zapewniwszy sobie figurę top modelek, i założyły 11-centymetrowe szpilki, a geje, ciotki i pedały (i wszystkie inne miana, jakimi się określają) wbili się w jak najbardziej męskie stroje i zaczęli pakować na siłowni, nic to nie zmieni. Co poniektórzy i tak będą nas postrzegać jako odmieńców, zboczeńców, wybryki natury etc. Poza tym zawsze znajdą się outsiderki (na przykład ja:)) czy outsiderzy (np. Jego Różowa Eminencja - z różu nie zrezygnuje), którzy i tak wrednie, wstrętnie i co tam chcecie od tej grupy będą odstawać. Szuje!

Ale nie jest mi obojętne to, że większość ludzi, którzy z chęcią wybraliby się na imprezy organizowane przez Pomadę, nie dotrze na nie. A wszystko to za sprawą durnego, nieprzemyślanego przekazu reklamowego. Wszyscy znają slogan autorstwa nielubianego przeze mnie i Ewę z przyczyn osobistych Wańkowicza: "Cukier krzepi" i hasło Osieckiej "Coca-cola to jest to!". Proste, czytelne i genialne w swojej wymowie. Słowa, które mówią wszystko i jeszcze więcej. Nic dodać, nic ująć. Są to hasła niewymagające wyjaśnień, objaśnień i tłumaczeń czy obrony. Każdy, dosłownie każdy, jest w stanie je zrozumieć.

I jak świetne jest hasło "Ganc pomada" (Furjo, czy to twój pomysł?), bo mówi: "Nieważne, kim jesteś, jaki jesteś i w co się ubierasz, jest dla ciebie miejsce wśród nas", tak plakat zepsuł ten cudowny przekaz. To, o czym piszę, dotyczy również nieszczęsnego plakatu EuroPride (o którym tu) i równie fatalnego hasła "Nie lękajcie się".

I tak się zastanawiam, czy organizatorzy Pomady nie mogli zareklamować swojej inicjatywy, tworząc plakat w konwencji queer, ale tak aby przekaz był jasny, a jego wymowa jednoznaczna i zrozumiała? Mówiącego: "Ganc pomada, kim jesteś, masz prawo takim być i to wyrażać". A może, mój rozumek tego nie obejmuje, teoria queer na to nie pozwala? Może według niej im bardziej zagmatwany przekaz, tym lepiej? I czy myśliciele organizujący EuroPride wraz z wynajętą agencją reklamową nie mogli skorzystać ze źródeł ideowo nam bliższych? Czy zamiast "Nie lękajcie się" nie lepsze byłoby hasło afirmatywne, a nie "na nie", na przykład wymyślone przez Ewę pod wpływem "Obywatela Milka" "Przybywajcie, skądkolwiek/gdziekolwiek jesteście"?

Olszewska Fabulosa i wspomnień czar

Wczoraj w praskim Śnie Pszczoły (fantastyczne miejsce, swoją drogą) w ramach imprezy Vagina Fabulosa miała miejsce premiera części projektu "Orlando. Pułapka?", którego pełną odsłonę zobaczymy prawdopodobnie we wrześniu. Nie podejmuję się recenzować spektaklu, bo sztuka współczesna to zdecydowanie nie moja domena, ale wizualnie i muzycznie było to naprawdę świetne. A choć warstwę symboliczną teoretycznie mogłam odczytać, jak chcę (bo obejrzeliśmy część zatytułowaną "Sen", a, jak mnie pocieszyła po spektaklu reżyserka i scenarzystka Agnieszka Małgowska, nie o to chodzi w snach, by je rozumieć), to jednak, przepraszam, nie będę próbować. Co zrobiło na mnie największe wrażenie? Muzyka (wszak to spektakl muzyczny), hipnotyzująca rytmiczność, kostiumy (inspirowane Vivienne Westwood), gra aktorska (w końcu większość kobiet, które wzięły udział w projekcie, to amatorki, czego praktycznie nie widać na scenie), ze wskazaniem na Magdę Pogorzelską, której histeryczne wejścia skojarzyły mi się z wyczynami Heleny Bonham Carter z jej najbardziej nieprzewidywalnych ról ("Sztuka latania", "Podziemny krąg").

Słowem, choć na sztukę wybierałam się z mieszanymi uczuciami (na zasadzie "Co ja napiszę, jeżeli poziom eksperymentalności będzie ponad moją wytrzymałość?"), to jednak bardzo miło się rozczarowałam. Wprawdzie nie sprawi to, że odtąd pokocham teatr bez fabuły, ale przynajmniej wiem, że też może być dobry.


fot. qbs
Potem było coś zdecydowanie bardziej z mojej bajki, czyli koncert Agnieszki Olszewskiej (tzn. wiem, że potem była Transola i Rajstopy Heleny, ale dla mnie wieczór się skończył wraz z zejściem Agnieszki ze sceny). Aż wstyd się przyznać, ale na żywo widziałam ją po raz pierwszy. Wstyd, bo występuje od dobrych kilkunastu lat, ma na koncie leadowanie kilku rockowym zespołom jak Inez czy Humbert Humbert oraz projektowi Back To The Ocean, finał konkursu "Co jest grane?", supportowanie Bohemy, Perfektu, Renaty Przemyk i O.N.A. oraz znalezienie się na składance Quickstar Production "Rise Up, vol. 3" prezentującej najlepsze debiuty 2009 roku. Agnieszka ma wszystko, czego trzeba artystce dużego formatu - fantastyczny, głęboki, niski głos, osobowość sceniczną, ciekawe teksty. Szkoda, że jest tak mało znana i tak niewiele jej utworów można znaleźć w sieci. Mam nadzieję, że to się zmieni wraz z wydaniem płyty, która ujrzy światło dzienne najprawdopodobniej jeszcze w tym roku. Ja w każdym razie kupię na pewno.

"Yes, You Are The Sun":

"Ridiculous Thoughts" z wczorajszego koncertu (nagrane komórką, tak że przepraszam za jakość dźwięku):



Więcej utworów na stronie artystki na MySpace.

Na dziś z EuroPride daję sobie spokój (choć w 1500 m2 do wynajęcia jest premiera filmu Magdy Wystub "Yes, we are" o polskich lesbijkach, ale mam nadzieję zobaczyć powtórkę 17 lipca). Nieustająco za to zapraszam na 13 lipca, od 18 na malowanie patykowców i transparentów na paradę w "5-10-15" przy Mokotowskiej 73 oraz na 15 lipca do Amsterdamu na "Wspomnień czar":

Wyobraź sobie świat bez komórek, Internetu, maili, ba, nawet świat bez takiego przeżytku jak telefon stacjonarny! Świat wielkich i małych przemian, skrytek pocztowych, pism i ulotek odbijanych na powielaczu…

Jeżeli chcesz się dowiedzieć, jak w latach 1989-1997 żyły lesbijki, co robiły, gdzie się spotykały i jak organizowały, przyjdź w czwartek 15 lipca na 20.30 do klubokawiarni Amsterdam ul. Jana Pawła II (dawniej Marchlewskiego) 43 lok. 30b (w podziemiach). 

Na wspomnień czar zapraszają Małgorzata Rawińska, Monika Komoda i Joanna Garnier. Pokażemy też fragmenty filmu z 1989 roku „Polski seks” nakręconego przez BBC4 oraz polsatowskiego tok szołu „Na każdy temat” z 1995 roku, w którym polskie lesbijki po raz pierwszy pokazały swoje twarze.


A na zachętę - "Wspomnień czar" z najnowszego programu Barbie Girls. Tekst i muzyka - nieocenione Gryna i Kasia, wykonanie - Gosia:

piątek, 9 lipca 2010

Wokół plakatu Pomady

W "Wyborczej" ciekawy tekst o inicjatywie Pomada. Puentuje go wypowiedź Katarzyny Szustow: "Chcemy pokazać wartość, która tkwi w lokalności. Że w Warszawie, Polsce, Europie Wschodniej od dawna działa i świetnie się rozwija niezależna kultura tworzona przez osoby nieheteroseksualne. Nie narzekamy, nie mówimy: Jesteśmy tacy sami jak wy, zaakceptujcie nas. Nie jesteśmy tacy sami, ale też jesteśmy fajni. I mamy swoje miejsce w kulturze".

To zupełnie inny język niż oficjalny. Tak jak inny jest plakat Pomady autorstwa Karola Radziszewskiego, który już zdążył wywołać kontrowersje (choć z zupełnie innego powodu niż plakat EuroPride - szczegóły u Abiekta):
A co o nim mówią na Facebooku jego obrońcy? Na zarzut, że plakat psuje wizerunek osób homoseksualnych i wspiera stereotyp, że dla nas najważniejszy jest seks, odpowiadają:

Pomada nie jest firmą PR-owską, której celem jest dbanie o "wizerunek homoseksualistów" (wyrażenie samo w sobie absurdalne, jak scharakteryzujesz wizerunek polskich heteroseksualistów?). Pomady nie interesuje, jaki będzie wpływ plakatu na (...) wizerunek, tylko pokazanie kawałka sztuki w ramach swojego programu po jego uprzednim promowaniu.


Sztuka jest po to, by wywoływać dyskusję, emocje, wyciągać na wierzch ukryte konflikty, hipokryzję, lęki. Brawo dla Karola i Pomady! Artysta powinien iść pod prąd, nadgryzać stereotypy, stawiać pytania, choćby o jedyny słuszny w Polsce "wizerunek homoseksualisty". Swoją drogą - argument "ochrony wizerunku" muzeum, galerii, dyrektora czy miasta to obecnie najczęściej wykorzystywana broń przeciwko wolności w sztuce. Nie ma już cenzora, który zrywa prace ze ścian galerii. Cenzura jest pełzająca, ukryta, choćby pod niewidzialną postacią "dobrego imienia". Wolność sztuki, którą Karolowi Radziszewskiemu gwarantuje art. 73 Konstytucji RP, jest ważniejsza (...) niż (...) troska o budowanie "wizerunku homoseksualisty".


Dyskusje wokół form promocji dwóch imprez - tej oficjalnej, mainstreamowej i tej niszowej, zrobionej w duchu DYI i londyńskiego Gay Shame - pięknie pokazują różnicę między ruchem emancypacyjnym (edit: zwrócono mi uwagę w komentarzach, że raczej powinnam pisać o ruchu asymilacyjnym, bo "emancypacja" znaczy już co innego niż przed wojną:)) a ruchem queer. Ten pierwszy będzie tłumaczył, że my jesteśmy tacy sami jak "reszta społeczeństwa", mówimy tym samym językiem i mamy te same ideały. I zarzuci temu drugiemu, że psuje wizerunek osób nieheteroseksualnych. Ten drugi powie, że nie ma żadnego wizerunku, a już na pewno nie ma żadnego jedynego słusznego wizerunku. Oraz że chodzi nie o jednakowość, a właśnie o inność. Ciekawa w tym kontekście jest również nadal tocząca się wśród LGBTQetcetera dyskusja o sensie parad jako takich. W ustach przeciwnika publicznych demonstracji słowa, że jest to okazja do pokazania swojej odmienności, są argumentem przeciw. Zwolennik argumentacji emancypacyjnej (edit: teraz: asymilacyjnej) odpowie, że nieprawda, większość ludzi na paradach wygląda tak samo jak "zwyczajni ludzie". A zwolennik queer? Że w pokazywaniu odmienności nie ma nic niewłaściwego. Oczywiście są też opcje pośrednie, zdroworozsądkowe, spod znaku, że jedne odmienności są bardziej akceptowalne od innych (ze względów strategicznych na przykład). Będziemy więc bronić drag queenek, ale plakatu Pomady już niekoniecznie. A w każdym razie nie wtedy, gdy zawiśnie na ulicy.

Z ciekawych alternatywnych inicjatyw - na facebookowej stronie popkulturowego bloga QueerPop od kilku dni trwa akcja zawłaszczania zawłaszczonego, by nie dać się zawłaszczyć do reszty, czyli queerowania kontrowersyjnego hasła "Nie lękajcie się". Galeria tutaj, aktualizowana codziennie, tak że polecam częste zaglądanie.

wtorek, 6 lipca 2010

Koniec Lesbijka.org i nowy CBOS

Na początek wieści z sieci: parę dni temu wortal Lesbijka.org zamknął się połączył się z magazynem Kreatura.net. W efekcie mamy Kreaturę z archiwalnymi tekstami autorskimi Lesbijka.org i koniec newsów przeklejanych z innych portali. Jak dla mnie to zmiana na lepsze, choć graficznie krok do tyłu. Ale ponoć to dopiero pierwszy etap zmian, w drugim Kreatura stanie się portalem Femka.net. Hmm... Tak czy siak, wydarzenie warte odnotowania, bo jednak Lesbijka.org była kontynuacją drugiej polskiej lesbijskiej strony Inny Kraków (pierwsza była Joey's corner z 1998 roku - dziękuję za sprostowanie; trochę o historii naszych portali pisałam tu). Ale decyzję o likwidacji, przepraszam, połączeniu z innym projektem rozumiem, jak formuła tego, co jest, się wyczerpuje, to czasami, zamiast reanimować (a ta reanimacja jak na mój gust trwała już kilka dobrych lat), lepiej zacząć nowy projekt.

W efekcie dyskusji (no dobrze, dyskusyjki) pod postem o klubie Amsterdam, zaczęłam się zastanawiać nad specyfiką kobiet nieheteroseksualnych jako klientek takich przybytków. Bo to nie jest tak, że tylko w Polsce klubów dla mężczyzn jest znacznie więcej niż dla kobiet. Na pewno podobnie jest w Amsterdamie, Brukseli czy Berlinie (piszę tylko o miastach, w których takich miejsc szukałam, ale w innych pewnie też tak jest). Pytanie, dlaczego. Czy ma to coś wspólnego z kulturą, wychowaniem, oczekiwaniami społecznymi, ze statusem materialnym kobiet, z ich specyficznymi wymaganiami, a może po prostu nie lubimy się bawić we własnym gronie? Jasne, że kobieta kobiecie nierówna i każda z nas odpowiedziałaby pewnie trochę inaczej na pytanie dlaczego chodzi / nie chodzi do "naszych" miejsc i jakie to "jej" miejsce musiałoby być, ale jednak jakiś ogólny trend jest.

Z poważniejszych rzeczy, mamy komunikat z najnowszego badania CBOS-u na temat postaw wobec gejów i lesbijek. Ciekawsze dane:
- prawie co czwarty Polak deklaruje, że zna osobę homoseksualną (wzrost o 9 procent w porównaniu do roku 2008),
- tylko 30 procent uważa, że powinniśmy mieć prawo do publicznych wystąpień (wzrost o 3 procent),
- aż 64 procent uważa, że nie powinniśmy mieć prawa do publicznego pokazywania, kim jesteśmy (spadek o 4 procent),
- prawie połowa uważa, że są zawody, których geje nie powinni wykonywać, a 36 procent mówi to samo o lesbijkach (jak zwykle na cenzurowanym są zawody nauczyciela, lekarza i pielęgniarki),
- 37 procent jest za zakazem stosunków seksualnych osób tej samej płci,
- 45 procent jest za związkami partnerskimi, które umożliwiałyby np. wspólne opodatkowanie czy dziedziczenie po zmarłym partnerze (spadek o 3 procent), 78 procent opowiada się przeciw małżeństwom (wzrost o 2 procent), 89 procent przeciw adopcji (spadek o 1 procent),
- 8 procent uważa homoseksualność za coś normalnego, 63 - że jest odstępstwem od normy, które należy tolerować (wzrost o 11 procent).

Więcej danych tu. Niestety nie jest jeszcze dostępny raport szczegółowy, tak że nie można porównać, jak wygląda to w przypadku grupy, która deklaruje, że zna osobę homoseksualną osobiście. Zazwyczaj było tak, że wśród takich osób poziom akceptacji wobec LGBTQ był wyższy, stąd też przekonanie o edukacyjnej roli coming outów. Generalnie wyniki badań nie nastrajają optymistycznie, choć widać niewielki wzrost postaw, które można określić jako tolerancyjne. Z drugiej szokuje niezmienny od 2008 roku odsetek osób, które uważają, że nie mamy prawa być tym, kim jesteśmy, nawet w czterech ścianach naszego mieszkania. Smutne to. No ale cóż - najwyraźniej lubimy takie uczucia jak nienawiść i lęk. Co było nie raz widać w szczęśliwie nam już minionej kampanii wyborczej.

PS W drugiej turze wyborów oddano prawie 200 tysięcy głosów nieważnych. Szkoda, że nie dowiemy się, kto spośród alternatywnych kandydatów wygrał. Ale stawiam na Gagę.

poniedziałek, 5 lipca 2010

A jednak Komora

Po podaniu wyników z 20 procent komisji i objęciu prowadzenia przez Kaczyńskiego zrobiło się dziś w nocy nerwowo. Homiki i Abiekt wznowili zakończone przed północą relacje, a niżej podpisana miała chwilę satysfakcji, gdy różnica między kandydatami w pewnym momencie była mniejsza niż liczba nieważnych głosów (i próbowała ją - dość nieskładnie - w obu relacjach na żywo wyrazić). A potem wszystko wróciło do "normy". Ja już tego nie doczekałam, poszłam spać, ale Gosia czuwała, tak że rano powitała mnie taka wiadomość:
Czyli po fatalnej kampanii wyborczej mamy prezydenta który wygrał tylko z jednego powodu - bo nie jest Jarosławem Kaczyńskim. Naprawdę jestem ciekawa, jakie byłyby wyniki, gdyby nikt nie robił kalkulacji w rodzaju "mniejsze zło", tylko poparł swojego kandydata (a w razie braku takowego - wybrał grilla lub Lady Gagę) w obu turach. Moglibyśmy się zdziwić. I to jest najgorsza rzecz w tych wyborach - że nie odzwierciedlają rzeczywistego poparcia, jakim cieszą się kandydaci i ich ugrupowania, a jedynie pewną kulturę głosowania, w której na zwycięstwo składa się suma głosów pozytywnych i negatywnych. A i tak zwycięzca uzna, że cieszy się poparciem większości Polaków i Polek. No bo przecież wygrał, prawda? I nic innego się nie liczy.

Cóż, PO ma swoje 500 dni spokoju, o które prosiło. Nie będę złośliwa i nie napiszę, że czekam na obiecany cud gospodarczy. Nie czekam. PO ma swój czas i życzę im, aby go jak najlepiej wykorzystali. I mogę jedynie zachęcić tych, którzy poparli Komorowskiego, aby trzymali "swojego" (lub swojego) kandydata za słowo i przypominali mu o jego obietnicach i swoich oczekiwaniach. I mieć nadzieję, że nasze organizacje, które swojego czasu obraziły się na Radziszewską i odmówiły przychodzenia na organizowane przez nią spotkania, jeszcze zmienią zdanie. Nie, nie uważam, że PO coś dla związków partnerskich zrobi. Ale skoro chcą rozmawiać o naszych problemach, to rozmawiajmy, od tego korona nikomu z głowy nie spadnie. I może za parę lat ugramy przynajmniej tyle, że żaden z kandydatów nie będzie mógł powiedzieć, jak Komorowski w tej kampanii, że on o żadnych problemach par jednopłciowych, których nie da się załatwić na bazie istniejącego prawa, nie słyszał.

Zazwyczaj nie promuję tu kiepskiej muzyki, ale to podsumowanie wyborów chodzi mi od wczoraj po głowie, tak że na koniec sobie pozwolę:

niedziela, 4 lipca 2010

EuroPride i druga tura wyborów

Parę godzin temu zakończyło się spotkanie Homików, osób zaprzyjaźnionych, blogerów i blogerek oraz czytelników i czytelniczek w Tel-Avivie. Przyszło bodaj 12 osób, energia do działania i kreatywność dopisały, tak że może coś dużego i trwałego z tego wyniknie. Póki co przygotowujemy się do Parady Równości, kto chce pomóc w przygotowaniach, niech zajrzy tu. A o następnych działaniach będę informować na bieżąco.

Jutro startuje inicjatywa Pomada, od 1 lipca trwa EuroFilm Festival, tak że chyba można bez ryzyka stwierdzić, że mamy już EuroPride. Punkt kulminacyjny, czyli sama parada, 17 lipca - zaczynamy o 13 na Placu Bankowym, kończymy na Placu Konstytucji:
źródło: Europride2010.eu

To chyba najdłuższa trasa w historii warszawskich parad. Mam nadzieję, że i sam pochód będzie najdłuższy z dotychczasowych. Organizatorzy liczą na 70 tysięcy, ale tak naprawdę chyba dla wszystkich frekwencja na paradzie jest zagadką. Dla mnie każda liczba od 10 tysięcy w górę będzie sukcesem.

Trochę szkoda, że przedstawiciele Fundacji Równości wolą mówić o problemach finansowych imprezy, a nie o tym, co udało się osiągnąć. A jest czym się chwalić. Pierwsza rzecz to aktywność tak wielu środowisk - organizacji, grup nieformalnych, klubów, portali, pojedynczych osób, które, mimo iż nie zawsze im ze sobą po drodze, postanowiły się na ten czas zmobilizować i dołożyć swoją cegiełkę do EuroPride. Druga to naprawdę bogaty program, który z tej mobilizacji się urodził. Kalendarium wydarzeń oficjalnych (Pride House KPH, EuroFilm Festival, imprezy klubowe, imprezy przygotowane przez Fundację Równości) tutaj, Lambda Cafe tu, plan działań inicjatywy Pomada tu.

Edit: Właśnie się doczytałam, że imprezy okołopride'owe organizują też Muzeum Narodowe i Filmoteka Narodowa, będziemy też mieć Międzynarodowe Business Lider Forum oraz konferencję OPZZ (o tym ostatnim wydarzeniu będzie jeszcze osobny wpis). Szczegóły na jak zwykle nieocenionych Homikach.

Gdzieś przeczytałam komentarz, że tych inicjatyw jest tak wiele, że wystarczyłoby na 100 tysięcy osób, a przecież tyle nie będzie na całym EuroPride. Ja myślę, że nie będzie tak źle. To znaczy w to 100 tysięcy nie wierzę, ale co do obłożenia imprez jakoś nie mam obaw - szczególnie że na wielu ważna jest nie frekwencja, a zaangażowanie merytoryczne.

A na co ja się wybiorę? Na pewno na mniej, niż bym chciała. Kusi mnie teatr - "Orlando. Pułapka? Sen" 10 lipca, "Coming out" 11 lipca, "Enter" 15 lipca, "Bańka mydlana" 16 lipca. Do tego konferencja "Edukacja a LGBT" 14 lipca, IV turniej piłkarski Kobiety Kobietom od 16 lipca, QueerWarsaw na piechotę też 16 lipca oraz gra miejska QueerWarsaw 18 lipca. Chciałabym też zobaczyć Betty 17 lipca, ale już wiem, że nie wyjdzie, bo w tym samym czasie występujemy, za to pewnie wybiorę się na Agnieszkę Olszewską 10 lipca. Co jeszcze? Na pewno wszystkie inicjatywy związane z odzyskiwaniem historii - w tych celuje Pomada. Plus przynajmniej jedna rzecz klubowa, czyli GANC POMADA! w 1500 m2 do wynajęcia.

O Gosi i moim udziale w tym wszystkim jeszcze będę pisać więcej i przypominać, a póki co daty i miejsca:
15 lipca, godz. 20.30, klubokawiarnia Amsterdam - "Wspomnień czar", czyli polskie lesbijki przed 1997 rokiem
17 lipca, godzina jeszcze nieznana, bo to część szerszej inicjatywy, ale w każdym razie wieczór, 1500 m2 do wynajęcia - "Teleswizja", czyli nowy program Barbie Girls

O EuroPride na pewno będzie tu jeszcze kilka razy w ciągu najbliższych dni, tak że na koniec rzecz na dziś najważniejsza: póki co mieszkamy w Polsce PO i Komorowskiego. Wprawdzie różnica między panami na K. niewielka, tak że sondaże mogą jeszcze sprawić niespodziankę (jak pięć lat temu), no ale zobaczymy. Dla mnie w każdym razie to żadna różnica, bo, podobnie jak w pierwszej turze, zdecydowałam się wybrać inaczej:
Zresztą nie tylko ja:
Edit: I jeszcze karta yeshivagrl - zaiste Jenny knows better!
Więcej obrazków wyborczych by yeshivagrl tu. A tu w końcu głos na w pełni naszą kandydatkę:
Nadesłała Asia - dziękuję!

Tak że mogę spokojnie ogłosić, że drugą turę garniturowych wyborów wygrał Lord Voldemort. A jak ktoś ma ochotę na trochę inny wieczór wyborczy niż oficjalny, to polecam relacje na żywo u Abiekta i na Homikach. To pierwsze tego typu wydarzenie w naszych mediach, więc, niezależnie od tego, kto wygra, tworzymy historię!

sobota, 3 lipca 2010

Amsterdam w Warszawie

Mamy w Warszawie nowe miejsce nastawione na kobiecą klientelę. To klubokawiarnia Amsterdam, usytuowana przy Jana Pawła 43/30B (w podziemiach). Oficjalna parapetówka 9 lipca, ale już dziś można było wejść do środka i zamówić pierwszą kawę. Klimat skojarzył mi się trochę z kawiarnią Madam Puddifoot's (kto czytał "Harry Pottera", ten wie, o co chodzi) - jest więc dość przytulnie, dość różowo (krzesełka i myszka Amsterdamka do przytulania), stoliczki są małe i głównie okrągłe, do tego świeczki, kwiatki, trochę gier i dobrej lektury.

Amsterdam chce być nie tylko kawiarnią, ale też miejscem spotkań - w najbliższych dniach odbędzie się tam pierwszy polski minifestiwal komiksu lesbijskiego i queerowego Comix Queerz oraz panel o początkach polskiego ruchu lesbijskiego połączony m.in. z projekcją fragmentów "Polskiego seksu", dokumentu o polskich lesbijkach i gejach z 1989 roku wyprodukowanego przez Channel 4, oraz programu "Na każdy temat" z 1995 roku, w którym polskie lesbijki po raz pierwszy ujawniły się w telewizji (o tym drugim wydarzeniu będę jeszcze pisać, bo, nie ukrywam, to inicjatywa Gosi). Pełne kalendarium najbliższych wydarzeń w Amsterdamie tu.
Amsterdam - pierwsze wrażenie
Właścicielki za barem

Przyznam, że nie śledzę dokładnie klubowej oferty Warszawy, tak że nie wiem, czy Amsterdam jest pierwszą tego typu (czyli nastawioną na kobiety nieheteroseksualne) inicjatywą w Warszawie od czasu upadku praskiego Wolnego Czasu. Kojarzę wprawdzie Freedum (ale to jednak co innego, bo dyskoteka), który też w pewnym momencie stwierdził, że z samych kobiet wyżyć się nie da, i wprawdzie się nie zamknął, ale zmienił nazwę i charakter na LGBTQ friendly. W każdym razie mam nadzieję, że Amsterdamowi uda się przełamać złą passę ciążącą nad kawiarniami dla LBTQ. Na pewno inauguracja w czasie EuroPride i zaangażowanie się w organizowane w tym czasie wydarzenia to dobry pomysł. A co dalej? Po wyprowadzce UFY z Solidarności 82 ma szansę na przyciągnąć część jej stałych bywalczyń. Reszta zależy po części od inwencji właścicielek, a po części i od samych gościń, które mogą ją nagrodzić, zostawiając w klubie swoje pieniądze, albo postąpić stereotypowo, wnosząc swoje napoje i wynosząc kawiarniane książki. Przesadzam? Pewnie trochę tak, ale z drugiej strony w stereotypowych opiniach, że kobiety nieheteroseksualne są kiepskimi klientkami, bo najedzą i napiją się przed wyjściem do klubu, na miejscu zamówią jednego drinka, którego będą uzupełniać "zapasami" ukrytymi w torbie, a tak w ogóle to wolą posiedzieć przy piwku w domu, coś niestety jest. Pozostaje mi mieć nadzieję, że w ciągu ostatnich kilku lat coś się w tym względzie zmieniło i właśnie Amsterdamowi uda się to udowodnić. Czego z całego serca dziewczynom życzę, bo, mimo że w Warszawie jest całkiem sporo klubów, to jednak miejsc, gdzie można po prostu posiedzieć "we własnym towarzystwie" i pogadać przy fajnej, acz niekoniecznie ogłuszającej, muzyce, wciąż mamy jak na lekarstwo.

piątek, 2 lipca 2010

Pokoncertowe wrażenia plus zaproszenie

Plan był taki - w czwartek koło 17 dojeżdżamy do Berlina, idziemy pod Astra Kulturhaus, o 20 wchodzimy do środka, o 21 zaczyna się koncert Melissy, po koncercie idziemy na miasto, w piątek o 6.29 wsiadamy w pociąg do Warszawy, koło 13 jesteśmy już w domu. Plan się powiódł, skutek uboczny był taki, że niżej podpisana po powrocie do domu padła i przespała 17 godzin prawie jednym ciągiem, stąd relacja dopiero dziś.

Astra Kulturhaus z zewnątrz wygląda jeszcze bardziej obskurnie niż nasz CDQ:
Astra Kulturhaus (budynek po lewej), oczekiwanie na otwarcie bramy 
(więcej widoków na fotoblogu Gryny)

Różnica jest taka, że w środku jest znacznie większy i ma więcej toalet. A przed wejściem można spokojnie usiąść (na kamieniu lub murku) i wypić piwko, bo w Berlinie zakaz picia alkoholu na ulicach nie obowiązuje. Tak że oczekiwanie na otwarcie bramy upłynęło nam na alkoholizowaniu się, próbach przekonania ochrony, by pozwoliła nam się spotkać z Melissą (niestety nieudanych) i preparowaniu polskiej flagi z napisem "Kiss me, I'm Polish".
fot. Gryna
fot. Gryna

Parę minut po 20 znalazłyśmy się w środku, zdałyśmy nasze aparaty fotograficzne do depozytu (zostały uznane za profesjonalne) i ruszyłyśmy pod scenę. Udało nam się wylądować gdzieś w czwartym rzędzie, czyli na tyle blisko, by wszystko widzieć i móc czasami popowiewać naszą flagą w kierunku jej adresatki.
Melissa Etheridge na scenie - bliżej nie udało mi się już podejść

Koncert zaczął się parę minut po 21 i trwał bite dwie i pół godziny. Oprócz największych hitów, jak (tradycyjnie) kończące koncert "Like The Way I Do", "Bring Me Some Water" czy "I Want To Come Over", było też sporo kawałków z nowej płyty "Fearless Love". Nie zabrakło stałych numerów z repertuaru Melissy, jak czarowanie i błogosławienie publiki, improwizacje z zespołem czy podawanie rąk szczęśliwcom z pierwszego rzędu przy ostatnim kawałku. Na mnie największe wrażenie zrobiły fragmenty improwizowanie, szczególnie granie na jednej gitarze z Peterem Thornem. Filmik poniżej, słabej jakości, tak że najpierw małe wyjaśnienie - Melissa w pewnym momencie staje za Peterem i gra na trzech dolnych strunach jego gitary, podczas gdy on obsługuje trzy górne. Widok niesamowity:



Tak że generalnie wrażenia bardzo pozytywne i choć z jednej strony żałuję, że nie miałam okazji usłyszeć kilku moich ulubionych utworów, to z drugiej strony cieszę się, że było tyle z nowej płyty, bo pewna pieśniarka, która stała tuż za mną, przynajmniej nie śpiewała mi ich pełnym głosem do ucha.

Po koncercie ustawiłyśmy się przy bramie wyjazdowej z nadzieją, że może jednak uda nam się zdobyć autograf, niestety bez sukcesu. I to jest właściwie jedyna rzecz, która mi się nie podobała, że artystka jest niestety dość zamknięta na bezpośredni kontakt z fanami. Z drugiej strony jednak danie tak długiego (i z pewnością bardzo męczącego) koncertu pokazuje, że ma do nich szacunek, tak że, choć małe rozczarowanie zostało, to jednak jestem dla niej pełna podziwu. I na pewno nie żałuję tej wycieczki i chętnie, gdy nadarzy się następna okazja, ją powtórzę.

Po koncercie poszłyśmy na miasto. Ostatni raz w Berlinie byłam 15 lat temu i widziałam go od strony dziennej i bardziej oficjalnej, tak że tym bardziej niezwykły wydał mi się nocą. Najpierw zaliczyłyśmy część imprezową z obowiązkowym Kreuzbergiem pełnym otwartych chyba przez całą noc i dosłownie wychodzących na ulicę barów, klubów, restauracji i sklepów nocnych (m.in. klubem Roses - kwintesencja kiczu, kto nie był, niech nadrobi), potem turystyczną z Alexanderplatz, Bramą Branderburską i pomnikiem pamięci homoseksualistów prześladowanych przez nazizm w parku Tiergarten, gdzie, oprócz pomnika, widziałyśmy dosłownie stada królików (tych z "Królika po berlińsku", jak sądzę).
 Pomnik pamięci homoseksualistów prześladowanych przez nazizm, godz. 4 nad ranem

Około 6 rano dotarłyśmy na Hauptbanhof, ostatni i jakże imponujący punkt naszej wycieczki. Ogólne wrażenia mamy takie, że Berlin jest bardzo przyjazny i bardzo bezpieczny, Berlińczycy do bólu uprzejmi i pomocni i zdecydowanie musimy tam pojechać na dłużej.

Więcej klimatów z wyjazdu znajdziecie na fotoblogu Gryny - gorąco polecam!

Na koniec obiecane (w tytule i w tym poście) zaproszenie. W najbliższą niedzielę (4 lipca) o godz. 12.30 w kawiarni Tel-Aviv na ul. Poznańskiej 11 (Warszawa) będzie miało miejsce spotkanie redakcji portalu Homiki.pl, osób zaprzyjaźnionych, blogerów i czytelników. Cel - pogadanie o możliwych działaniach w związku z projektami ustaw o związkach partnerskich oraz z okazji zbliżającej się parady (jak wymyślenie haseł, zrobienie transparentów i zadbanie o widoczność naszych postulatów). Szczegóły tu. Do zobaczenia!