wtorek, 31 sierpnia 2010

Rzygać czy nie rzygać na homofobów?

Tytułowy dylemat niestety nie mój, a Beth Ditto, a że ostatnio popełniłam tekst o niej do pisma boginiczno-feministycznego "Sabatnik. Trzy kolory" (ciekawa rzecz, swoją drogą), to dziś trochę rozważań na marginesie owego kontrowersyjengo (?) problemu (oraz uzupełnienie dyskusji pod tym postem u Abiekta). Jeżeli ktoś nie zna, to cała historia z rzyganiem z grubsza wyglądała tak: pewnego razu Beth wybrała się na wycieczkę turystyczną łodzią. Obok siedziało kilku chłopaków, którzy zaczęli w jej kierunku rzucać mocno homofobiczne teksty. Jako że właśnie coś zjadła, to włożyła dwa palce do gardła i zwymiotowała na nich. "Może nie było to zbyt higieniczne czy zdrowe, ale za to jakie skuteczne! Patrzę na to nie jak na zemstę, tylko taktykę polityczną. Owszem, kwestia rzygać czy nie rzygać na homofobów jest dyskusyjna, ale jednak to przyniosło mi to ulgę i nie żałuję" - opowiadała później.

Takie działanie to przykład słusznego gniewu, którego, muszę przyznać, trochę mi ostatnio w naszych i nienaszych mediach i akcjach brakuje. Najdoskonalsze moim zdaniem jego polskie przykłady to trzy teksty zawarte w antologii "Homofobia po polsku" - "Sami chowajcie swoje dzieci" Izabeli Filipiak, "Dwie lesbijki, gej plus dziecko" Bożeny Umińskiej i już tu kiedyś przywołany "O tym, którego nie ma" Bartosza Żurawieckiego. Kilka moich ulubionych cytatów:

Bo tu, w Polsce, kiedy jesteś gejem, lesbijką, kobietą czasami, Żydem, czarnym czy kim tam jeszcze, to cicho wychodzisz, gdy tobą poniewierają. I cieszysz się, że możesz wyjść. Kiedy się zachowujesz zwyczajnie, trzymasz publicznie ukochaną czy ukochanego za rękę, czy dajesz im buzi, to mówią, że się afiszujesz (bo zachowanie, które w wykonaniu hetero jest normalne, w wykonaniu homo jest afiszowaniem się lub prowokowaniem), a kiedy się bronisz, to mówią, że jesteś napastliwy. (Bywa zresztą, że jesteś, bo w homofobicznej aurze trudno nie być neurotykiem. Zresztą wszyscy dookoła są). (...)

Więc wychodzą, gdyż nie czują, że mają prawo - a może i powinność - odpowiedzieć człowiekowi, który ich obraża, który poniewiera ich ludzką godnością, ostro i stanowczo: - Starczy. Niech sobie pan/pani nie pozwala jak krokodyl bez kagańca! 

Powiedzieć jakiemuś kolejnemu chamowi: Chamie! Żyję z drugą kobietą czy z drugim mężczyzną, ale nie stanowimy takiej pary jak pies z sieczkarnią, tylko taką jak człowiek z człowiekiem, i nie tobie nas sądzić! 

I otóż dopóki tego nie powiedzą, dopóki nie rzucą się w swojej obronie równie zajadle, jak inni rzucają się w ataku na nich, będą obrażani. ("Dwie lesbijki, gej plus dziecko")

Chodzi o zazdrość i tyle. Zazdrość o nieograniczony dostęp do seksu. My tu wychowujemy ludzkość, a oni tam chcą latać z kwiatka na kwiatek i zbierać miód przyjemności, kłapała większość. Aż mniejszość poczuła się dotknięta, a że ma więcej pieniędzy i poczucia własnej wartości, więc, proszę bardzo, my też możemy wychowywać. I co, głupio? Jak się najpierw wytykało brak ochoty do spełniania prokreacyjnego obowiązku, to należałoby pojawienie się tej potrzeby rodzicielskiej docenić. Bądźmy konsekwentni. (...)

Jedno głupie pytanie, które powtarza się w telewizji: "A jak będzie się czuło takie dziecko, gdy inne dzieci będą je prześladowały?". Jak?! Załóżcie swoim dzieciom kaganiec! ("Sami chowajcie swoje dzieci")

Dość. Walę pięścią w stół. Nie życzę sobie, by specjalistami od moich uczuć, od mojej tożsamości i mojego seksu byli faceci w czerni, kretyńscy politycy i jegomość o wyglądzie niespełnionego onanisty. Nie zniosę wmawiania mi cierpienia i dopisywania nieszczęścia do życiorysu. Nie cierpię i niczego mi nie brak na pastwiskach Pana. Dlatego - jako gej, Polak, obywatel, podatnik etc, jako jednostka - proszę Was o jedno, moi mili kaznodzieje, terapeuci i weterani Okopów Świętej Trójcy. Odpierdolcie się! ("O tym, którego nie ma")

Może się mylę, ale mam wrażenie, że teraz takich tekstów już nie ma. Godnych. Prawdziwych. Nieusprawiedliwiających. Niestawiających nas na pozycji ofiary. Czyżby znikła ich potrzeba? Nie ma już homofobii? Nie ma oskarżeń, pseudoanaliz, stawiania nas na pozycji podobywateli, nad którymi należy się (z troską, rzecz jasna) pochylić? Nie sądzę. Pierwszy z brzegu i ostatnio dość gorący przykład - co jakiś czas w sieci (rzadziej w pozasieciowej rzeczywistości) pojawia się kolejna homofobiczna inicjatywa. W imię obrony rodziny, społeczeństwa, dzieci, basenu publicznego, ogródka przydomowego czy świata, w proteście przeciw kolejnej paradzie, marszowi, festiwalowi czy wystawie, pod płaszczykiem Kościoła, prawicowego magazynu, w charakterze inicjatywy obywatelskiej itd. itp. Tak na marginesie, to nie mam pojęcia, co ludzi pcha do włażenia z buciorami w cudze życie, analizowania, co jemy na śniadanie i dlaczego tak mało, jakimi samochodami jeździmy i o czym myślimy podczas przerwy w pracy (no dobra, wiem, że głównym przedmiotem analizy jest nasz seks, co zresztą wcale dobrze o analizujących nie świadczy), najbliższa jestem kunderowskiego stwierdzenia, że takie niezdrowe zainteresowanie cudzym życiem bierze się z... (no wiecie, z braku tego, co my ponoć mamy w nadmiarze), ewentualnie z nudy, ale fakt faktem, że istnieje pewna grupa osób, którą osoby nieheteroseksualne z jakichś powodów strasznie kręcą i po prostu muszą o tym opowiedzieć całemu światu. Wprawdzie większość świata ich obsesjami nie jest zainteresowana (a właściwie nawet ich nie zauważa), ale zawsze znajdzie się kilka osób, które jednak zareagują. Najczęściej grzecznie (bo my się przecież nie będziemy zniżać do ich poziomu), choć znajdą się i tacy, co odpłacą pięknym za nadobne i będą rzygać na tych, co na nas rzygają (werbalnie, rzecz jasna). Ewentualnie, zamiast marnować czas na stukanie bezproduktywnych komentarzy, zgłoszą jawnie nienawistne treści organom ścigania (lub administratorom strony, jeżeli rzecz się dzieje na forum czy serwisie społecznościowym).

Patrząc podczas parad na uroczych chłopców i dziewczęta z przesympatycznymi transparencikami z przekreślonymi dwoma panami (wiadomo, w jakiej pozycji) czy głoszącymi, czym według nich jest normalność i kto ma prawo tworzyć rodzinę, czytając teksty w niezbyt zawoalowany sposób wpychające nas w kategorię podludzi, czasami zastanawiam się, co się z nami stało przez te kilka lat, które upłynęły od publikacji wspomnianych tekstów Filipiak, Umińskiej i Żurawieckiego. Dlaczego my w tym wszystkim nadal jesteśmy w większości mili, ładni i układni. Dlaczego, zamiast "kochamy was", nie krzykniemy po prostu "odpier... się", a słuszny gniew okazujemy jedynie czasami w komentarzach pod szczególnie ohydnym tekstem. Zawsze tacy byliśmy? Uznaliśmy, że to lepsza taktyka? Boimy się, co ludzie pomyślą? Niektórzy i tak myślą (o ile myślą) najgorzej, jak się da, a nasza reakcja jedynie ich przekonuje, że mają rację (bo przecież nie przyjdzie im do głowy, że gdy kogoś obrażają, to nic dziwnego, że się broni, że niedokładnie zacytuję Umińską).

Dawno, dawno temu kilkanaście anarchofeministek pogoniło grupę Wszechpolaków, którzy zaczaili się na jedną z pierwszych warszawskich Manif. Chłopcy myśleli, że dadzą radę zatrzymać przemarsz, niestety mocno się przeliczyli. Zmykali aż miło. Oczywiście mogło być inaczej. Manifa mogła stanąć i czekać, aż policja oczyści jej drogę. Ale nie czekała. I nie stanęła. I nadal, zauważcie, idzie. A my stoimy.

Na deser (jeśli jeszcze macie ochotę) dość nieoczekiwany u mnie gość - Lady Gaga. Piosenkarka pojawiła się we wrześniowej edycji japońskiego "Vogue Hommes" jako mężczyzna, a konkretnie sycylijski mechanik Jo Calderone, nowa twarz modelingu. Nie ukrywam - w tej wersji mi się podoba.
Źródło: nicolaformichetti.blogspot.com

PS Właśnie się dowiedziałam, że dziś mamy Blog Day. Z tej okazji wielkie podziękowania dla całej mojej blogowej rodziny (tej z prawej szpalty i tej z działu linki) za to, że mogę Was czytać (choć niektórych i niektóre zbyt rzadko!). A szczególnie dla seryjnego blogera Sylwka, który made my day tym wpisem. Wzruszyłam się. I jestem dumna jak cholera.  

niedziela, 29 sierpnia 2010

Powrót Edyty Bartosiewicz


Najważniejsze polskie wydarzenie muzyczne 2010 roku? Nie występ Madonny czy planowany Lady Gagi (wiem, że się znowu narażam), ale powrót Edyty Bartosiewicz. Wczorajszy, pierwszy od 10 lat, koncert solowy i, już w październiku, pierwsza od 12 lat płyta. Najważniejsze nie dlatego, że występ na Orange Warsaw Festival był wielki - bo nie był - czy że zagrane podczas niego dwa nowe utwory - "Madame Bijou" i "Upaść, by wstać" - jakoś strasznie powalają (choć nie mogę się doczekać wersji studyjnej pierwszego) - ale dlatego, że Edyta pokazała, że nadal jest jedną z najinteligentniejszych tekstowo i najlepszych muzycznie polskich wokalistek i autorek piosenek. Co w czasach muzycznej posuchy na polskim rynku znaczy naprawdę bardzo wiele. Oczywiście moje przekonanie, że to takie ważne wydarzenie, nie jest szczególnie obiektywne - nie da się ukryć, że Edyta swoimi tekstami trafia do wszelkiego rodzaju odmieńców (że przypomnę tylko takie szlagiery jak "Jenny" i "Niewinność"), choć nie wiem, czy zawsze są one właśnie do nich kierowane (choć, jeśli wierzyć plotkom, jednak są, co w sumie i tak nie ma większego znaczenia).

Mimo iż nie był wielki, to nie mogę napisać, że wczorajszy koncert na Służewcu był zły - wręcz przeciwnie, nawet zaczęłam się zastanawiać, czy mam rację, uparcie twierdząc, że prawdziwą artystkę poznaje się po tym, jak sobie radzi na żywo. Bo mimo sporej liczby wpadek wokalnych Edyty słuchało się naprawdę świetnie i nie sądzę, by była to jedynie kwestia nastawienia na wielki comeback. Na czym polega jej magia? Jak dla mnie, na autentyczności. Na niewystudiowanych emocjach, na braku obaw przed pokazaniem, że, choć bardzo tego chciała, to jednak powrót na scenę był dla niej trudny. Oglądanie, jak z piosenki na piosenkę staje się coraz szczęśliwsza i pewna siebie, było naprawdę niesamowitym przeżyciem. Bo było widać, że nie do końca wierzyła, że ten powrót jej się uda, a gdy się okazało, że tak, nie potrafiła zejść ze sceny - bisowała cztery razy, a czwarty bis był powtórką zagranego już raz "Szału" - po prostu nie przygotowała więcej piosenek.

"Upaść, by wstać", prawdopodobnie pierwszy singiel z nowej płyty, brzmi tak:



Nie udało mi się niestety znaleźć sensownej wizualnie wersji "Madame Bijou", ale tu macie przynajmniej niezły dźwięk:



Przed Edytą występowała między innymi Courtney Love z Hole. Choć kiedyś ją lubiłam i byłam bardzo ciekawa tego występu, nie dotrwałam do końca. Courtney ma ten sam problem co Bob Dylan - nigdy nie miała wielkiego głosu, teraz nie ma już żadnego. Choć jej fani chyba rozczarowani nie byli, bo druga część jej występu była koncertem życzeń, a na bis zaśpiewała pięć utworów, przekraczając wyznaczony jej czas. To był zresztą nie pierwszy raz, gdy zagrała na nosie organizatorom festiwalu - w wywiadzie przed nim dopytywała się, kim jest artystka grająca po niej (wcześniej Courtney była przedstawiana jako fanka Edyty Bartosiewicz) i ile osób przyszło na jej koncert, czym zmusiła organizatorów do kłamstwa, że 15 tysięcy. I za to nie mogę jej nie lubić - nie ma to jak alternatywa bierze kasę od mainstreamu, by potem i tak zagrać według własnych reguł.

czwartek, 26 sierpnia 2010

Postawy wobec lesbijek i gejów

W końcu doczekaliśmy się publikacji pełnego raportu z ostatniego badania CBOS na temat postaw wobec gejów i lesbijek, o którym pisałam tu. Ja najbardziej czekałam na odpowiedź na pytanie, czy nadal jest tak, że osoby znające osobiście geja lub lesbijkę (innych literek raport nie uwzględnia) są bardziej otwarte niż te, które uważają, że żadnej osoby heteroseksualnej nie znają. Bo od poprzedniego badania w 2008 roku odsetek takich osób wśród badanych wzrósł z 15 do 24 procent, tak że ciekawiło mnie, na ile ich postawy wpłynęły na jednak ciut bardziej optymistyczne wyniki niż te sprzed dwóch lat. Odpowiedź brzmi: tak, nadal tak jest, choć do pełnej akceptacji nawet ze strony tych osób nadal sporo nam brakuje (przykładowo 49 procent z nich pozwoliłoby nam na publiczne manifestacje, 47 procent uważa, że są zawody, których nie powinni wykonywać geje, a 37 procent sądzi tak samo o lesbijkach, 63 procent dałoby nam prawo do zawierania związków, 26 - małżeństw, 6 - adopcji dzieci i, uwaga, 20 procent z nich nadal uważa, że nie powinniśmy mieć prawa uprawiać stosunków seksualnych, a tylko 12, że homoseksualność jest rzeczą normalną). Co jest raczej oczywiste, wśród tych osób przeważają młodzi mieszkańcy dużych miast.

Takie wyniki to żadne zaskoczenie, ale pokazują dwie również dość oczywiste rzeczy - że coming outy są ważne i że sam coming out to za mało, potrzeba jeszcze ciężkiej pracy nad przekonaniem do naszych postulatów również osób z naszego najbliższego otoczenia. Oraz że postawy niektórych z nich mogą po części wynikać z postaw osób nieheteroseksualnych, które znają. W końcu, nie łudźmy się, nie wszyscy z nas uważają swoją tożsamość za równoprawną z większościową, wielu też sądzi, że równe prawa się nam nie należą. Do tego dochodzi też lęk przed otwartym artykułowaniem swoich poglądów, aby "nie zepsuć" swojego wizerunku fajnego geja kolegi z pracy czy sympatycznej lesbijki najlepszej przyjaciółki mężczyzny, z którą można poobgadywać ładne kobiety mijane na ulicy. Wnioski? Jak zwykle: edukacja, edukacja, edukacja. Osób nieheteroseksualnych, osób friendly, osób "przekonanych, ale", samych siebie. Nuda, wiem. Ale, poza wysadzeniem paru budynków, nie mam innego pomysłu.

A cały raport wygląda tak:



Możecie go też pobrać stąd.

środa, 25 sierpnia 2010

Nieludzkie traktowanie kobiet przez kobiety

Miałyście rację - dyskusja wizerunkowa na KK wcale się nie zakończyła. Za to weszła w bardziej cywilizowaną fazę. Doczekała się też pięknego komentarza na blogu Lipshit. Polecam lekturę. Tak za karę dla autorki, która śmiała wyznać, że czyta naszego bloga "z takim chorym zainteresowaniem, z jakim rozwiązuje się quiz w Cosmopolitan". Żartuję oczywiście. Wpis jest świetny. Za tekst o bobrze należą się złote usta. Obowiązkowo uszminkowane.

Ciekawa rzecz pojawiła się za to w komentarzach pod moim poprzednim postem - oto amerykańska profesorka Phyllis Chesler popełniła książkę "Nieludzkie traktowanie kobiet przez kobiety" o tym, jakie to kobiety są straszne i agresywne w stosunku do siebie. Temat podchwycił Onet, zajawiając go sensacyjnym tytułem "Polki najbardziej agresywnymi kobietami na świecie?" i pisząc między innymi, że owo niechlubne pierwsze miejsce Polek wśród agresywnych kobiet świata wyszło z wieloletnich badań prowadzonych przez autorkę. Zaintrygowana sięgnęłam do oryginału - można go znaleźć na Google Books tutaj - i przeczytawszy wszystkie fragmenty dotyczące naszego pięknego kraju, jako żywo nie znalazłam informacji o jakichś naszych szczególnych osiągnięciach na tym polu. Nie znalazłam też śladu wspomnianych badań (rozumianych liczbowo, procentowo itd. itp.), a jedynie opowieści o przykrych doświadczeniach wielu kobiet z wielu krajów, jak również pokaźną historię aktów agresji dokonywanych przez kobiety. Czyli nihil novi pod słońcem, Ameryki pani Chesler nie odkryła, opowieści o jakiejś szczególnej wrażliwości, miękkości, słabości czy delikatności kobiet już dawno między bajki włożyły nawet te straszne feministki, w opozycji do których zdaje się ustawiać autorka owego wielkopomnego dzieła (we wstępie pisze między innymi, że znajome feministki od lat próbowały ją odwieść od badań nad kobiecą agresją). Swoją drogą zabawne, że nad niesolidarnością kobiet utyskuje pani, która jako żywo się do tej solidarności nie poczuwa. I nie mam na myśli tego, że nie posłuchała owych niewymienionych z nazwisk feministek, ale tego, że oczywiście MUSI podkreślić fakt, że te anonimowe panie przeciw publikacji jej książki protestowały. Czyli złe feministki ukrywają pewne (jak dla mnie powszechnie znane lub przynajmniej guglowalne) fakty, aby nie przedstawiać kobiet w złym świetle, a ona, dzielna, politycznie niepoprawna je na światło dzienne wydobywa. Cóż, jakoś się trzeba zareklamować. Aby jednak oddać pani Chesler sprawiedliwość, nie mogę nie dodać, że faktów udało się jej zgromadzić naprawdę sporo, tak że jak ktoś jest znudzony martyrologicznymi Matkami Polkami i bohaterskimi Aldonami, może sobie poczytać o bardzo złych kobietach. Zawsze to jakaś odmiana.

A ja dla odmiany zaczęłam szukać humorystycznych przykładów relacji między lesbijkami "męskimi" a "niemęskimi" i znalazłam taneczno-wokalny duet Team Gina. Dziewczyny określają się jako "fierce femmes", lubią koniki pony, są zdaje się całkiem popularne w Stanach Zjednoczonych, specjalizują się w dość kiczowatym elektro-pop-hip-hopie, ale za to robią sympatyczne i nawet zabawne klipy. Tak że jak chcecie się dowiedzieć, jak wygląda i zachowuje się prawdziwa butch, podpowiedź jest tutaj:



Czyli że muszę sobie kupić bandamkę, bo siekierę już mam.

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

In or Out - suplement

Mały suplement do toczącej się pod poprzednim postem dyskusji o męskości, kobiecości i innych ościach. Jako że ów wpis był z założenia głównie kulturowy (choć nie do końca taki wyszedł), dziś kilka już chyba kultowych scen filmowych o przykrawaniu do stereotypowego wzorca.

Numer jeden to scena z "Przodem do tyłu" (1997), w której Kevin Kline uczy się, jak być "prawdziwym mężczyzną":



Numer dwa - poważniejszy - to moment "ukobiecania" Chloë Sevigny w "Gdyby ściany mogły mówić 2" (2000):



Numer trzy to właściwie cały film, czyli różowo-niebieskie "But I'm a Cheerleader" (1999) o ośrodku True Directions, w którym młodzi ludzie "leczą się" z homoseksualności, podejmując zachowania stereotypowo uznawane za kobiece (dziewczęta) lub męskie (chłopcy). Chyba najlepiej pokazuje to ten fragment:



Warto też przypomnieć scenę, w której stereotypowa lesba (ta wygolona) orientuje się, że w rzeczywistości jest heteroseksualna - po prostu z powodu jej wyglądu oraz zamiłowania do piłki nożnej wszyscy uważali ją za lesbijkę, więc uznała, że naprawdę nią jest. Oraz zdziwienie głównej bohaterki, że jest lesbijką - to przecież niemożliwe, ona jest cheerleaderką - i jej chęć dowiedzenia się, jak ową lesbijką być.

Przywołane scenki świetnie egzemplifikują opresywność etykietek "męski" i "kobiecy". Bo przecież jedyną "winą" wszystkich bohaterów i bohaterek jest to, że chcą być sobą, a nie projekcjami swojego otoczenia (nieważne, czy heteroseksualnego, czy nieheteroseksualnego).

niedziela, 22 sierpnia 2010

Ćwiczenia z kobiecości

Dyskusja wizerunkowa na KK zakończona ("cieszyłam" się z niej tu). Syta trollica poszła spać, pozostałe dyskutantki jakoś się tam porozumiały. Najgorsze w tego typu "debatach" jest to, że zanim wszystkie zainteresowane dojdą do tego, o co właściwie im chodzi, większości odechciewa się rozmawiać. Czyli stereotypy i autohomofobia to jedno, a nieumiejętność uważnego czytania i dobierania argumentów tak, aby były zrozumiałe dla drugiej strony, to drugie. Dodatkowy kłopot to określenie, o czym właściwie rozmawiamy - indywidualnych gustach, prawie do swobodnej ekspresji tego, kim się jest, społecznym odbiorze, języku, kulturze? Odpowiedź zapewne brzmi: o wszystkim po trochu. A nawet jeżeli uznamy, że chodzi tylko o tak banalną rzecz jak wygląd, to nadal trudno o jednoznaczność, bo przecież "męska" może być tak Sigurney Weaver w "Obcym", Linda Hamilton w "Terminatorze" czy Jodie Foster w "Odważnej", jak Jeanette Goldstein w "Obcych" (słynna szeregowa Vasquez) czy Demi Moore w "G.I. Jane". Choć z drugiej strony każda z nich, jako teoretycznie heteroseksualna, prędzej zostanie określona jako "silna". "Męska" może być tylko lesba. Lub feministka, bo całkiem sporo stereotypów dzielimy właśnie z nimi.

Najbardziej chyba oczywisty przymiot "męskości", oprócz bycia nieheteroseksualną/feministką, to krótkie włosy. Co jest w sumie dość zabawne, jeśli weźmiemy pod uwagę , że obecnie trendy fryzurowe dopuszczają w zasadzie wszystko. Z tym że najwyraźniej dopuszczają pod warunkiem, że owo "wszystko" nie sugeruje czy nie podkreśla czegoś więcej niż zamiłowania do krótkich fryzur właśnie. Czyli filmowa lesbijka w mainstreamowej produkcji może i założy spodnie, ale włosów już nie zetnie (inaczej niż heteroseksualne G.I. Jane czy Ripley w "Obcym 3"), a makijaż ma nienaganny. Jest więc tak samo niewidzialna jak w prawdziwym życiu. Bo przecież - zarówno w filmie, jak i w rzeczywistości - niemal nikomu (czytaj: stereotypowemu heteroseksualnemu mężczyźnie i kierującej się jego gustem kobiecie orientacji dowolnej) nie przeszkadzają dwie kobiety rodem z heteroseksualnej pornografii. Gorzej, gdy te dwie kobiety pokazują, że wcale nie są z tej samej bajki co patrzący. Co ciekawe, mam wrażenie, że jest to względnie nowy pomysł - bo jeszcze kilkanaście lat temu filmowe lesbijki były bardziej różnorodne (jak w "Foxfire" z 1996 czy "The Incredibly True Adventure of Two Girls in Love" z 1995). Pewnie ma to coś wspólnego z miałkością współczesnej kultury (przynajmniej zachodniej) w ogóle. Ale chyba z oswojeniem "obcego" też - pornolaski są swoje, więc i lesbijki pornolaski są swoje. I takie będziemy pokazywać, a pozostałe wrzucimy do kategorii "babochłopy" i zostawimy twórcom niezależnym. Geja też oswoiliśmy - to taki rozrywkowy "zniewieściały" koleś, najlepszy przyjaciel kobiety. A pozostali niech robią to w domu po kryjomu.

I to jest chyba właśnie to, co mnie najbardziej irytuje we wszystkich wizerunkowych dyskusjach - stary dobry dualizm spod znaku "męska-kobieca" ("męski-zniewieściały", "kobieca-reszta świata") i zupełne zamknięcie na mnogość opcji na prawo, na lewo i pośrodku. Na może i skończoną, ale mimo wszystko całkiem pokaźną liczbę możliwości ekspresji samych siebie, wcale nie tak łatwo szufladkowalnych, a już na pewno niepasujących do jednego worka. A może jednak pasujących? Poniżej kilka bardzo różnych kobiet, które, stereotypowo rzecz jasna, nie zostałby określone jako "kobiece". Pytanie brzmi - jak byście je określiły/określili? Wybór możliwości dowolny - stone butch, soft butch, typ androgyniczny, harcerka, studentka polonistyki, punkówa, femme czy cokolwiek jeszcze chcecie. Uzasadnienia mile widziane.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Indie razy dwa plus D.E.B.S.

Nadrabiania zaległości filmowych ciąg dalszy. Dziś trzy filmy z trzech różnych światów, omówione w kolejności od tego, któremu przyznałabym najwięcej gwiazdek, do, cóż, najsłabszego, ale niepozbawionego pewnych zalet.

Zrealizowany w 1996 roku indyjsko-kanadyjski film "Fire" narobił swojego czasu niezłego zamieszania. W Stanach wywołał dyskusje na temat tego, czy jest wystarczająco feministyczny, rewolucyjny itd., itp., a jego kolejne części ("Earth" i "Water") załapały się na nominacje do Oscara. W Indiach, o których opowiada i w których był kręcony, w wielu kinach nie był wyświetlany w ogóle, a te, które zdecydowały się go pokazać, były demolowane, a nawet podpalane przez hinduskich ekstremistów. Wszystko to dlatego, że reżyserka Deepa Mehta postanowiła opowiedzieć o tym, że to, że hinduskie żony są praktycznie niewolnicami swoich mężów, wcale nie jest fajne, a przy okazji połączyła wątek lesbijski z wątkiem religijnym. Czyli, mówiąc językiem owych ekstremistów, oczerniła indyjską kulturę, dopuściła się profanacji oraz obrazy moralności.

Przyznam szczerze, że o kulturze hinduskiej wiem niewiele, tak że początkowo nie zauważyłam wywrotowości "Fire", a jedynie poddaństwo kobiet, raczej niespieszną akcję i ascetyczny, ponury klimat. Po jakimś czasie jednak nawet dla takiej laiczki jak ja stało się jasne, że Mehta, mówiąc kolokwialnie, jedzie po bandzie, wywracając do góry nogami wszystko, co dla Hindusów święte. Pomogła mi też nagła transformacja jednej z głównych bohaterek Sity, która z posłusznej, zacukanej żony, nieszczęśliwej w zaaranżowanym małżeństwie, przeobraża się w recenzentkę patriarchalnej rzeczywistości i zarzewie buntu przeciw niej. Wykorzystanie religijnej symboliki do opisu rodzącego się między Sitą a jej szwagierką Radhą uczucia - genialne, szczególnie nieoczekiwany (?) finał postu obu kobiet, którym miały udowodnić oddanie swoim mężom. Nie dziwię się, że ekstremiści się wkurzyli. Słowem, jak ktoś nie widział, niech zobaczy, a ja ostrzę sobie zęby na dwie kolejne części. Jak nadrobię, to opiszę.



"I Can't Think Straight" to dla odmiany film brytyjski z 2007 roku, którego głównymi bohaterkami są Hinduska i Palestynka. Czyli mamy Wschód na Zachodzie, więc jest "na bogato", trochę bollywoodzko (to akurat spora zaleta filmu), ale też mocno tradycyjnie i patriarchalnie. I właściwie na tym "tradycyjnie i patriarchalnie" podobieństwa do "Fire" się kończą, bo "I Can't Think Straight" jest miłą, zabawną bajką o księżniczce, która, odrzuciwszy zaloty czterech książąt (a dokładnie zrywając z nimi tuż przed ślubem czy nawet w trakcie), znalazła miłość w ramionach, no, może nie służącej, ale ambitnej dziewczyny z trochę niższych sfer. Oburzenia specjalnego to nie budzi, szczególnie kochający i otwarci okazują się ojcowie zakochanych (jakiż kontrast w porównaniu do "Fire", gdzie mężczyźni to potwory), oczywiście pewne kłopoty po drodze być muszą, ale jako że to komedia romantyczna, to i tak widzowie wiedzą, że wszystko będzie dobrze. Nie zrozumcie mnie źle - to naprawdę wdzięczny film. I warto go obejrzeć, chociażby dla postaci służącej.



Trzeci film, który udało mi się ostatnio obejrzeć, to "D.E.B.S.". Amerykańska głupotka z 2004 roku o organizacji wywiadowczej skupiającej ponętne licealistki, pastisz "Aniołków Charliego" i paru innych szlagierów tego typu. Wątek lesbijski jest, a jakże, bo oto jeden w jednym z aniołków zakochuje się (z wzajemnością) szefowa przestępczego półświatka Lucy Diamond. Film, cóż, średni, na dodatek chyba jednak seksistowski, ale to, co jest w nim piękne, to to, że aniołek nie ma tu dylematów spod znaku "zakochałam się w kobiecie" (choć jest to dla niej pewna niespodzianka), a jedynie ten, że "sypia z wrogiem". Super. Dla mnie tego typu produkcje to znak, że gdzieś tam jest normalnie - bo można zrobić mainstreamową głupotę o lesbijkach, nie robiąc przy okazji żadnego "halo" wokół tego, że są w niej właśnie lesbijki.



Na koniec nie mogę ciut złośliwie nie dodać, że oczywiście niemal wszystkie bohaterki opisanych filmów to femki. Niemal wszystkie, bo Sita ma swój dragkingowy epizod, zresztą w ogóle zakładanie zakazanych spodni wydaje się jej bardzo podobać. To taki mały przyczynek do dyskusji o wizerunku, która niedługo, prawdopodobnie już w następnym wpisie, tutaj wróci.

wtorek, 17 sierpnia 2010

Stada lesb w wynajętych kawalerkach

Najpowszechniejsze stereotypy na temat kobiet nieheteroseksualnych? Chcą być mężczyznami, są tak brzydkie, że żaden facet ich nie chciał, więc wiążą się ze sobą, są agresywne, wulgarne, "niekobiece", zaniedbane, w związkach jedna gra rolę "męską", a druga "kobiecą" itd. itp. To repertuar "argumentów" znany z przeróżnych forów internetowych. Również tych dla LBT, choć tam kobietę nieheteroseksualną zamienia się na "męską" lesbijkę. I dorzuca się takie cechy jak kompleksy oraz wstydzenie się własnej "kobiecości", przyprawia powielaniem stereotypów i przepis na wizerunek środowiskowego potwora gotowy. Nic nowego, patriarchat, mizoginia i pogarda w stosunku do innych wśród innych mają się dobrze, również wśród reprezentantek pogardzanej mniejszości, pisałam o tym co najmniej kilkakrotnie. Ostatnio do tej listy doszło jednak coś, czego wcześniej nie widziałam (zachowana oryginalna pisownia):

czasem trzeba uwiezyc w to co sie widzi w lustrze i zaczac to zmieniac.rozumiem ze odchudzenie sie, zadbanie o paznokcie, brwi, wlosy, skore wymaga wysilku a leniom sie po prostu nie chce - zarowno hetero jak i homo i dotyczy to i kobiety i mezczyzn w Polsce.Tak samo beznadzieja funkcjonowania wiekszosci lesbijek w gromadach zyjacych katem gdzies w wynajetym lokum , z uzaleznieniami, depresjami, gniezdzace sie ze stadem bylych i obecnych, albo w dziwnych zwiazkach ni to dla seksu ni to dla przyjazni?, te beznadziejne roboty wykonywane przez les bez ambicji na cokolwiek i zazdrosc. Dlaczego kobiety lesbijki musza byc dnem spolecznym? 

Skąd to? Oczywiście z dyskusji pod jednym z tekstów na portalu Kobiety Kobietom. Jako żyję, nie widziałam owych gromad lesbijek (obowiązkowo "męskich", jak wynika z wcześniejszych komentarzy tej samej autorki) gnieżdżących się przez całe życie w wynajętych mieszkaniach (a w każdym razie nie więcej niż gromad młodych ludzi orientacji i płci wszelakiej, których na pewnym etapie życia najzwyczajniej w świecie nie stać na wynajęcie czy zakup lokum tylko dla siebie), ale może ja mało widziałam. W każdym razie sposób argumentacji przedni, ubawiłam się. Na osłodę kontra Izy Filipiak, z tej samej dyskusji:

To, co mnie niepokoi, to przejawy nienawiści do męskich lesbijek przejawiajace się od czasu do czasu, ale regularnie, na tym portalu. Chociaż nie kwestionujemy gustów, można dyskutować o trendach kulturowych i kulturowej specyficzności. Czytając klasyczne pozycje z historii lesbianizmu w USA, czyli "Boots of Leather", "Slippers of Gold", "Kennedy & Davis" i "Odd Girls and Twilight Lovers" Lillian Faderman zuważam, że nie ma tam nigdzie odnotowanych przejawów takiej pogardy dotyczącej "babochłopów", "męskich lesbijek", rzekomo "niezadbanych", jakie widzę nie tylko w tych postach na k-k, ale i wielu innych na przestrzeni lat. Wszak od okrzyku "babochłopy" ta dyskusja się zaczęła i okrzyk był wyrazem niechęci, dystansu i pogardy. Owszem, ludzkość dyskutuje o gustach od co najmniej 2 tysięcy lat, z takich dyskusji wywodzi się nasze rozumienie kultury i naszego miejsca w niej. Dlaczego jest tak, że w robotniczych dzielnicach miast amerykańskich w latach 30. i 50. XX wieku niewykształcone kobiece lesbijki (femme) rozumiały, że męskie lesbijki (butch) mają w społeczeństwie najgorzej i dlatego trzeba je wspierać, a wykształcona i żyjąca w dobrobycie Polka pięćdziesiąt lat później nie potrafi tego zrozumieć? Skąd ten egoizm i skąd bierze się jej pewność, że na tę publiczną prezentację egoizmu można sobie pozwolić? Bo gdzieś w tle pojawia się na to przyzwolenie? Otóż nie, nie będzie przyzwolenia. A skąd ten pomysł, że to, co widzimy w lustrze jest ważniejsze od pustki w środku? I skąd poczucie, że to, co widzimy w lustrze musi być ideałem, który zarazem określa kobietę jako heteroseksualną / odbiciem wymagań, a właściwie presji, której poddawane są ostatnio Polki, dotyczącej wyglądu, która, jak czytam w innej dyskusji, prowadzonej na k-k równolegle (Być lesbijką w Polsce) najbardziej utrudnia wielu lesbijkom życie.

Mam nadzieję, że Iza rozwinie tę myśl w kolejnym tekście, na przykład jednym z tych, które od czasu do czasu jeszcze publikuje na Kobiety Kobietom. Dotąd nie przyszło mi do głowy, że ta wewnątrzśrodowiskowa pogarda wobec odmieńców może mieć więcej wspólnego z polską specyfiką niż z jakimś ogólnym, nieograniczonym geograficznie trendem. Choć biorąc pod uwagę historię wykluczania "męskich" lesbijek z ruchu na rzecz praw osób nieheteroseksualnych w Stanach Zjednoczonych czy bardziej współczesne pomijanie lesbijek typu butch w komercyjnych produkcjach w rodzaju "The L Word" czy "I Can't Think Straight" (o którym niedługo), o jakichś "światowych" prawidłowościach jednak mówić można. Fakt, że czym innym są kwestie wizerunkowe ("jak nas widzą"), a czym innym relacje wewnętrzne ("jak się do siebie odnosimy"). I może agresja wobec odmieńców właśnie w relacjach wewnętrznych jest specyficzna dla Polski. Albo przynajmniej dla dzieci Neostrady.

niedziela, 15 sierpnia 2010

Organizacje plus (oczywiście!) outing

Weekend minął mi pod znakiem burzy mózgów w jednej z organizacji, której staram się, w miarę sił i możliwości, pomagać. Było to dla mnie o tyle nowe doświadczenie, że nie jest to organizacja LGBTQetcetera, a dotychczas tylko z takimi miałam do czynienia. Poza tym, co mnie trochę pocieszyło (choć może nie powinno), problemy, które omawialiśmy, były bardzo podobne do tych, z którymi borykają się nasze NGO-sy. Czyli generalnie skupiające się wokół zagadnienia, jak mierzyć zamiar podług sił. Budujące było to, że mimo trudności, z którymi boryka się owa organizacja, i bardzo różnorodnych pomysłów i doświadczeń zebranych, udało się nam wypracować wspólną wizję tego, co chcemy zrobić, i zaplanować (bardzo konkretnie) działania na najbliższe miesiące. Co, uwierzcie mi, naprawdę nie było łatwe. Klucz do tego małego sukcesu? Chęć porozumienia, wzajemne zaufanie, rozpoznanie (wstępne) mocnych stron wszystkich chętnych do działania, poszukanie strategii pozwalającej optymalnie wykorzystać nasze możliwości. Nie oznacza to rzecz jasna, że dalej będzie już tylko lepiej, ale pokazało, jak ważne w organizacjach są umiejętności miękkie, czyli, w tym przypadku, umiejętność słuchania siebie nawzajem. Już kilka razy pisałam o tym, czego moim zdaniem brakuje naszym organizacjom (w skrócie: dobrego zarządzania zasobami, opieki nad wolontariuszami, uczenia się od siebie nawzajem), tu miałam okazję (pierwszą od lat) poobserwować w praktyce, jak się te idee wdraża. I, szczerze mówiąc, nie wyglądało to na szczególnie trudne. Choć to oczywiście dopiero początek, ale przynajmniej dobry. I wierzę, że dalej też może być dobrze, jeśli tylko nie zapomnimy o słuchaniu siebie nawzajem i artykułowaniu swoich problemów.

I jeszcze refleksja ogólna (acz oparta na moich doświadczeniach) w temacie zarządzania ludźmi. Choć uważam, że pewne rzeczy (te podane w nawiasie w poprzednim akapicie) są niezbędne, to równie ważne jest wypracowanie sposobu działania opartego na doświadczeniach i mocnych stronach tych konkretnych ludzi, którzy daną organizację czy zespół tworzą. Niby to banalne, ale mam wrażenie, że bardzo często fiksujemy się na metodach wypracowanych przez konkretną fundację czy korporację (albo przez mądre głowy piszące książki o zarządzaniu) i nawet nie próbujemy postąpić trochę inaczej, przez co marnujemy ludzi, którzy mogliby wnieść do grupy coś bardzo wartościowego (choć niekoniecznie standardowego), gdyby tylko im na to pozwolić.

U Abiekta arcyciekawa dyskusja na temat outingu. A wszystko za sprawą pewnego księdza, który miał pecha trafić w klubie gejowskim na kochanka, który hipokryzji księży - aktywnych gejów nie akceptuje i ujawnił jego dane ba swoim profilu na Facebooku. Pytanie oczywiście brzmi, czy zrobił dobrze. Dla mnie odpowiedź na to pytanie nie jest prosta, co zresztą zaznaczyłam w komentarzu, który się właśnie w kolejnym tekście Wojtka na temat outingu ukazał. Nie mam wątpliwości w przypadku twardych homofobów działających na naszą szkodę - tych outowałabym bez skrupułów, gdybym miała w ręku dobry dowód na ich nieheteroseksualność. Każdy inny przypadek jest dla mnie dyskusyjny. Co najzabawniejsze, w ogromnym gronie niewyoutowanych osób publicznych najbardziej mnie wkurzają nie homofobowie w wersji "light", ale osoby jak najbardziej homofilne, które wiele mówią i piszą na temat znaczenia coming outów, walki o nasze prawa, a same pozostają w ukryciu. I właściwie nie wiadomo, czemu, bo przecież "i tak wszyscy wiedzą", karier im to nie złamie, przyjaciele się od nich nie odwrócą... Bez sensu. Nie można namawiać innych do odważnego (tak!) aktu, jakim jest coming out, samemu/ej pozostając niewuoutowanym/ną. Oczywiście nie oznacza to, że te osoby są u mnie pierwsze w kolejce do wyoutowania. Po prostu tak jak coming outy osób znanych są czymś, co na niektórych działa bardzo budująco, a na innych edukacyjnie, tak postawa przeciwna robi z ujawnienia swojej tożsamości rzecz jeszcze trudniejszą, niż jest w rzeczywistości. No bo skoro taka ważna, żyjąca w przyjaznym środowisku i zajmująca się działaniem na rzecz naszych praw osoba nie ma odwagi tego zrobić, to co dopiero ja, zwykła lesbijka, osoba biseksualna czy gej bez tego całego zaplecza, wsparcia i możliwości. Wiem, że za każdym przypadkiem braku coming outu stoi jakiś ważny, często bardzo osobisty powód. I przypuszczalnie gdybym te powody poznała (kilka zresztą znam), byłabym w stanie zrozumieć te osoby. Z drugiej jednak strony znam naprawdę mało ludzi, dla których coming out nie wiązał się z mniejszym lub większym dramatem. Może więc jednak - jeżeli nie ma zbyt wielu przeciwwskazań - warto?

czwartek, 12 sierpnia 2010

Lektura na weekend

Być może się zastanawialiście, dlaczego, skoro blogiem opiekują się dwie osoby, ostatnio (no dobrze, szczególnie ostatnio) pisze tylko jedna. Otóż Gosia pracuje nad powieścią. A konkretnie nad lesbijskim (i biseksualnym też) fantasy. Z przygodami, wojowniczkami, czarodziejkami, nieznośnymi końmi, zagadkowymi artefaktami oraz z momentami (tak, TYMI momentami), czyli ze wszystkim, co porządna powieść tego gatunku powinna zawierać.

Pierwsza wersja pierwszego rozdziału przyszłego hitu sprzedażowego, który zapewni nam godne emerytury i kasę na podatek od spadku, pod roboczym tytułem "Znak smoka" jest gotowa, a możecie przeczytać ją tutaj. Zapraszam do lektury, komentowania, oceniania, zachęcania do dalszej pracy i zgadywania, skąd się wzięła postać Białego Wilka.

środa, 11 sierpnia 2010

Niewidzialność w internecie

Dziękuję za wszystkie miłe słowa i życzenia pod poprzednim postem. Trochę zaszokowały mnie słowa Lajt, że nasz blog jest obiektywny, to oczywiście bardzo budująca opinia, ale nie wiem, czy zasłużona. Dziękuję też nieocenionym Homikom i Abiektowi za poświęcenie urodzinom bloga osobnych wpisów - dzięki wam poczułam się niemal jak news dnia. A przy okazji w i pod waszymi tekstami pada trochę ciekawych słów, do których chciałabym się odnieść. Na Homikach pytania o kabaret - czy to prawda, że już go nie ma (wszak na Pudelku o tym nie pisali) i dlaczego właściwie go nie ma. O tym, dlaczego, pisałam już tu, a co do Pudelka... Cóż, to jest jedna z bolączek, o której dotąd chyba nie zdarzyło nam się mówić publicznie, no ale skoro Barbie Girls przeszło do historii, to chyba już można. Otóż przez większą część naszej działalności było tak, że nasze portale, dla których teoretycznie powinien to być jakiś news, nie zauważały naszego istnienia. Chlubny wyjątek to oczywiście Homiki (choć przed nimi była Ela Turlej, która próbowała sprzedać wywiad z nami między innymi do "Przekroju"), które pierwszy raz napisały o nas w 2008 roku i z mety objęły nasze występy matropartoqueeronatem (czy jakoś tak). Pozostali obudzili się po wywiadzie o WP.tv (Kobiety Kobietom) albo po okładce "Wysokich Obcasów", czyli dopiero po tym, jak zauważył nas mainstream. I, paradoksalnie, podobnie jest z rozwiązaniem kabaretu - oprócz Homików nie zauważył go nikt.

Nie chcę bynajmniej sugerować, że za końcem Barbie Girls stoi też brak zainteresowania ze strony naszych mediów. Niektórzy z was pewnie pamiętają, że nie najlepiej zniosłam to całe zamieszanie wokół nas w ostatnich miesiącach ubiegłego roku, czemu kilkakrotnie dawałam wyraz na tym blogu. Nie da się jednak ukryć, że nasze portale, a już szczególnie te skierowane do kobiet nieheteroseksualnych, nie robią wiele w kierunku promocji naszej kultury, co chyba zresztą przyczynia się do tego, że wiele ciekawych zjawisk przechodzi niezauważonych i w efekcie, choć kobiety nieheteroseksualne mają całkiem pokaźny dorobek kulturalny, wychodzi, jakby tej kultury w ogóle nie było. Przykłady z ostatnich miesięcy - czy którykolwiek portal kobiecy choćby zająknął się o premierze spektaklu "Orlando. Pułapka?", nie mówiąc już takich inicjatywach jak Teraz Poliż? Czy gdzieś mieliśmy (a szczególnie miałyśmy) okazję przeczytać o nowych talentach na dragkingowej scenie - nawet tej warszawskiej? I czy to jest normalne, że na portalu Kobiety Kobietom pojawia się informacja o zwycięstwie dk Morfi w konkursie drag queens napisana przez... dk Morfi? Nie będę oczywiście udawać, że nie wiem, z czego to wynika. To nie żaden spisek czy brak zainteresowania, po prostu nie ma komu takich rzeczy śledzić i opisywać. A jedyna możliwość, aby wypromować swoją inicjatywę, to przygotować tekst na ten temat i przesłać zainteresowanym.

Właściwie jedynymi portalami dla kobiet nieheteroseksualnych, które nie bazują na przeklejkach z Gazeta.pl czy innego Onetu (i nie łamią przy okazji praw autorskich), są Lesploty i W stronę kobiet. A jako że są to nadal inicjatywy nowe, a przy okazji ciekawie i profesjonalnie prowadzone, nie tracę nadziei, że z czasem będzie tam więcej informacji i publicystyki z naszej, polskiej, działki, bo jakoś mam wrażenie, że to byłby dobry sposób na zyskanie większej liczby użytkowniczek i lepszego odzewu na teksty. Jak również na zapełnienie potężnej luki w polskim internecie, którą znacznie lepiej - i tu płynnie przechodzę do wspomnianego tekstu Abiekta - wypełniają blogi. Przyznam szczerze, że, w przeciwieństwie do Wojtka, nie mam poczucia, że nasza blogosfera jest niedoceniana. Być może wynika to z tego, że nadal jestem nowicjuszką w tym temacie i dyskusje, które toczą się na zaprzyjaźnionych blogach i tutaj, są dla mnie wyrazem czegoś zupełnie przeciwnego - że i owszem, jest chciana i doceniana. Oczywiście trudno się nam mierzyć z portalami pod względem liczby użytkowniczek i użytkowników, ale z drugiej strony nie mamy całej tej społecznościowej otoczki (ogłoszenia, forum, galerie zdjęć, profile), która robi masę na większości portali. Trudno też szukać naszej platformy blogowej równej takim inicjatywom jak Salon24 (czy, jak chce mój blogowy guru Wojtek Orliński, Psychiatryk24) - rzecz jasna niektóre portale spod znaku LGBTQetcetera umożliwiają użytkowniczkom i użytkownikom prowadzenie blogów, ale nikt (łącznie z samymi blogerkami i blogerami) nie traktuje ich specjalnie poważnie (czytaj: traktuje je raczej jako osobiste pamiętniki - w czym nie ma oczywiście niczego złego - a nie okazję do wyrażania opinii - i to już jest złe).

Wiem, że się trochę powtarzam, ale jako że internet to jeden z moich koników (niespodzianka), nie mogę czasami o nim nie napisać. Bo to już jest naprawdę ponury paradoks, że z jednej strony powstaje kolejny portal społecznościowy (opisany niedawno LGBTQF.com), a z drugiej wciąż nie mamy (my, kobiety nieheteroseksualne) dużego opiniotwórczego portalu z własną publicystyką, kulturą, newsami itd. itp.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Otwieramy szampana

Trudno mi w to uwierzyć, ale dziś mija rok od mojego pierwszego wpisu tutaj. A że to świetna okazja do podsumowań, będzie to, co lubię najbardziej, czyli statystyki.

Na początek to, co chyba dla każdej blogerki i każdego blogera jest najważniejsze, czyli czytelniczki i czytelnicy. Miesięcznie trafia tutaj ponad 2 tysiące osób (z miesiąca na miesiąc więcej). Rekordowy pod tym względem był lipiec - ponad 2,5 tys. niepowtarzalnych użytkowników, którzy wygenerowali prawie 10 tys. odsłon. Co mnie najbardziej cieszy, ponad 2/3 z was zagląda tu regularnie, a ponad 1/3 częściej niż raz dziennie! I to widać - napisaliście 1549 komentarzy, co daje średnią ponad 8 komentarzy na wpis. Blisko 39 procent z was wchodzi tu z innych blogów i portali, ponad 28 procent - bezpośrednio, 26 procent - z wyszukiwarek, a nieco ponad 6 procent z Twittera, Blipa itp. Większość z was zagląda tu z Polski, ale spory odsetek odwiedzających mieszka też w Wielkiej Brytanii, Australii, Danii, Holandii, Austrii, Niemczech, Stanach Zjednoczonych, Irlandii, Francji, Hiszpanii i Kanadzie (proszę się zameldować, lubimy podróżować!). Szczęśliwie tylko 20 procent z was używa Internet Explorera. Szczęśliwie, bo pod każdą inną przeglądarką ten blog chodzi dużo szybciej.

Pierwszym promotorem i źródłem ruchu na garniturku był Abiekt, potem dołączyły do niego Homiki. Obecnie pierwsze piątki odsyłających do nas blogów i portali (bez Facebooka) wyglądają następująco:

Blogi
Abiekt - obcy penetruje nie tylko internet (absolutny lider w kategorii "witryny odsyłające", bije na głowę również portale)
Chyłkiem i duszkiem
Neospazmin
No wukkas
Biseksblog

Portale
Kobiety Kobietom
Lesploty
Homiki
Lesbijka.org (teraz Femka.net)
UFA

Przez ten rok udało nam się napisać z Gosią 191 postów. Największą popularnością cieszyła się Tajemnica Kary Auchemann, do pierwszej piątki trafił też drugi post poświęcony niedoszłej nieboszczce A jednak żyje. To akurat żadna niespodzianka, po prostu pierwszy wymieniony tekst popełniłam na krótko przed "zmartwychwstaniem" Kary i w momencie, gdy Kara wróciła do żywych, mnóstwo ludzi zaczęło poszukiwać informacji o niej w sieci i tak trafili do mnie (więcej pisałam o tym tu). Na drugie miejsce pod względem oglądalności załapał się post Każdy chce spocząć na Wawelu o tekście Anki Zet na temat osób homoseksualnych wśród ofiar katastrofy w Smoleńsku. Stało się tak za sprawą wypowiedzi Anki na ten temat w "Gazecie Wyborczej" (do przeczytania tu), po której sporo osób chciało przeczytać ów nieszczęsny artykuł. Trzecie miejsce pod względem oglądalności zajął tekst "Furia" wymiata (o reaktywacji słynnego magazynu), a piąte - k.d. lang na otwarciu igrzysk w Vancouver (o niezapomnianym wykonaniu "Halleluyach" Cohena). To też efekt Google'a, choć już nie tak spektakularny jak w przypadku dwóch pierwszych tekstów.

Najwięcej emocji (wyrażonych w rekordowej liczbie komentarzy) wzbudziły kwestie wizerunkowe, a konkretnie fotoreportaż Hanny Jarząbek o życiu codziennym polskich lesbijek (dyskusje pod postami Podążam za modą, I znów strach otworzyć lodówkę i Lesbijek z wyglądem kłopoty). Spore zamieszanie wywołało też zmartwychwstanie Kary Auchemann (A jednak żyje), wywiad udzielony przez Jacka Adlera "Rzeczpospolitej" (Przyszedł czas na otwartego geja homofoba) oraz kwestia oddawania w wyborach nieważnych głosów (Dylematy przedwyborcze, Głosowanie w obrazkach). Ostatni hit komentarzowy to oczywiście plakat Pomady (Wokół plakatu Pomady), który zresztą też można podciągnąć pod dyskusję o wizerunku osób nieheteroseksualnych.

Z innych doniosłych wydarzeń - 2 sierpnia ktoś do mnie trafił, wpisując w Google frazę "lesbijskie piosenkarki folkowe". Wciąż czekam na wejścia na słowa "Ani DiFranco" - może po następnych 191 postach...

Kiedy zabierałam się za pisanie bloga, martwiłam się, że dość szybko skończą mi się pomysły na teksty (bo ile można pisać o homfobii zinternalizowanej, etykietach, zaletach różnorodności i Ani DiFranco?). Póki co wymęczonych postów jest jednak niewiele i na następny rok życzę sobie przede wszystkim, aby nadal tak było. No i może ciut większej cytowalności. A plany? No są, ale zazwyczaj nie wybiegają poza kolejny wpis.

Dziękuję za ten rok. Mam nadzieję, że za kolejne 365 dni nadal tutaj będę, a wy wciąż będziecie chcieli mnie czytać.

niedziela, 8 sierpnia 2010

Jak nie zostałam "osobą jedną z Nas"

Parę dni temu dostałam takiego maila (oryginalna pisownia zachowana, niektóre dane ukryte):

Witaj!
Użytkownik Adam xxxxx, jeden z ambasadorów z serwisiu LGBTQF.com, zaprasza Cię do uczestnictwa w Naszej społeczności.
Jeżeli dostałeś to zaproszenie – jesteś osobą jedną z Nas. Jesteśmy pierwszym zamkniętym portalem społecznościowym dla mniejszości seksualnych i osób friendly.
Uwolnijmy swoją seksualność i umysł, stwórzmy tolerancyjny świat! 
17 lipca 2010 odbyła się premiera e-usługi która zmieni świat, 
zobacz: 
http://www.youtube.com/watch?v=XdozCqYxZKA
Kliknij poniższy link, aby się zarejestrować:
http://lgbtqf.com/embassy/user/register/xxxxxxxxx
Pozdrawiamy,
Zespół LGBTQF.com

Jakiś czas temu pisałam o pomyśle zamkniętego serwisu społecznościowego dla LGBTQetcetera, no i proszę, oto on. Nie przepadam za grupami zamkniętymi, nie przemawia też do mnie hasło "uwolnij swoją seksualność" (o co w ogóle w nim chodzi?), ale mimo wszystko postanowiłam się zarejestrować, żeby zobaczyć, jak LGBTQF.com wygląda od środka. Niestety, póki co zrezygnowałam z tego pomysłu, z kilku powodów. Pierwszy to brak możliwości precyzyjnego określenia się w formularzu rejestracyjnym:
To w sumie drobiazg, ale jako że nie mam zwyczaju się szufladkować, nie widzę też powodu, by robić od tego wyjątki w sytuacjach prywatnych (bo do celów politycznych oczywiście mogę być lesbijką).

Drugi powód, dla którego nie dołączyłam do społeczności LGBTQF.com, jest znacznie poważniejszy - to regulamin serwisu. Paragraf 5. wygląda następująco (kliknij w obrazek, aby powiększyć):
Szczególnie zaniepokoił mnie ten fragment: "Umieszczając w serwisie dane a w szczególności zdjęcia, materiały, wypowiedzi, Użytkownik oświadcza, że: (...) udziela Administratorowi nieodpłatnej niewyłącznej licencji na wykorzystywanie, utrwalania, zmienianie, usuwanie, uzupełnianie, wykonywanie publiczne, wyświetlanie publiczne, zwielokrotnianie i rozpowszechnianie (w szczególności w Internecie) tych Danych oraz zrzeka się wszelkich roszczeń w stosunku do Administratora w przypadku ich wykorzystania, w tym kopiowania w celach związanych z działalnością Serwisu oraz usunięcia z Serwisu". O ile dobrze rozumiem, oznacza to ni mniej, ni więcej, że właściciel serwisu może dowolnie dysponować np. moimi zdjęciami, które zamieszczę w swoim profilu, np. wykorzystać je do reklamowania serwisu, a nawet do celów zupełnie z tym niezwiązanych. Nie, żebym od razu podejrzewała go o złe zamiary, ale mimo wszystko ten punkt jest bardzo niepokojący.

Również system zaproszeń, który teoretycznie ma chronić użytkowników, wydaje się nie do końca działać, jak trzeba. Szukając informacji w sieci o inicjatywie, znalazłam wpis na forum Gazeta.pl (do przeczytania tu), w którym jeden z forumowiczów wkleił identyczne z moim zaproszenie i stwierdził, że nie ma pojęcia, czemu je otrzymał (najwyraźniej nie uważa się ani za LGBTQ, ani za friendly). Hm...

Żeby nie było, że brakuje mi dobrej woli, przesłałam maila do administratora strony, w którym wyłuszczyłam swoje postulaty i wątpliwości. Póki co nie doczekałam się odpowiedzi, ale może to tylko kwestia czasu i za jakiś czas dowiem się, jak to jest być "osobą jedną z Nas". A póki co pozostaje mi uwalniać swoją seksualność w bardziej indywidualnych okolicznościach.

piątek, 6 sierpnia 2010

Mądrze o krzyżu

Pod krzyż pod Pałacem Prezydenckim zawędrowała znana wrocławska wideoblogerka Baśka. Pierwsza część nagrania przewidywalna, druga porażająca. Dla mnie to najmądrzejszy z dotychczasowych komentarz do "wojny o krzyż".



czwartek, 5 sierpnia 2010

Liberałowie z PiS, konserwatyści z PO

"Ciekawe, że PO - teoretycznie partia w miarę liberalna - do zadań publicznych ciągle znajduje (choćby Gowin) zajadłych konserwatystów" - podsumował słynny już wywiad Ewy Siedleckiej z nową RPO Ireną Lipowicz forumowicz Gazeta.pl. Jeszcze ciekawsze, że PiS postępował dokładnie odwrotnie - wystarczy porównać Kluzik-Rostkowską z Radziszewską czy Kochanowskiego z Lipowicz. Żeby nie być gołosłowną, kilka (wyrwanych z kontekstu, ale do całości linkuję) cytatów:

Joanna Kluzik-Rostkowska podczas debaty "Gazety Wyborczej" "Lesbijki i geje w Polsce. Wolność? Równość?": "Jestem przekonana, że pewne rzeczy powinny być uregulowane. Na przykład kwestia dostępu do szpitala i opieki lekarskiej wtedy, kiedy jeden z partnerów jest chory. Kwestie związane z dziedziczeniem - i to dotyczy zarówno związków homoseksualnych, jak i konkubinatów - bo przecież to w Polsce jest również nieuregulowane i powoduje kłopoty, a czasem bardzo poważne dramaty".

Elżbieta Radziszewska w radiu RMF FM: "Dyskryminacja homoseksualistów nie jest najsilniejsza jeżeli chodzi o zawieranie przez nich związków partnerskich. Umowę cywilno-prawną może zawrzeć każdy, upoważnienie kogoś do odwiedzin w szpitalu też nie stanowi problemu. Prawdziwa dyskryminacja homoseksualistów ma miejsce na rynku pracy".

Janusz Kochanowski w "Dzienniku": "Dopuszczam możliwość powstania takich związków. Można się zastanowić nad wprowadzeniem rozwiązań prawnych, które pozwoliłyby ludziom bez względu na płeć i orientację seksualną żyć we wspólnocie opiekuńczej. Są ludzie, którzy nie chcą lub nie mogą założyć tradycyjnej rodziny i także oni powinni mieć prawo do pomocy w opiece nad sobą, w dziedziczeniu".

Wspomniany wywiad z nową RPO Ireną Lipowicz: "Nie widzę potrzeby ustawy o związkach osób tej samej płci. Współtworzyłam konstytucję, w której jest zapisane, że małżeństwo jest związkiem kobiety i mężczyzny. (...) Zajęłam się już kwestią prawa do informacji o stanie zdrowia. Okazuje się, że nie ma tu dyskryminacji par homoseksualnych, bo dokładnie te same trudności mają osoby heteroseksualne. To kwestia złego traktowania ludzi w ogóle, a także tego, że często pacjenci nie zaznaczają przy przyjęciu do szpitala, kogo informować o ich stanie zdrowia. (...) Natomiast jest problem z osobami zmarłymi: z wydaniem dokumentacji lekarskiej, a także wydaniem ciała komuś, kto nie jest małżonkiem czy krewnym. Tu może potrzebne będą zmiany, lecz powtarzam - ta sama sytuacja dotyczy osób heteroseksualnych, więc nie ma dyskryminacji ze względu na orientację seksualną".

I - dla porównania - niedoszła RPO z ramienia PiS-u w TOK FM: "Ja jestem za związkami partnerskimi, one bywają w bardzo różnych sytuacjach niezwykle potrzebne. (...) W ogóle bym się nie interesowała, czy są to związki homoseksualne czy heteroseksualne".

Daleka jestem od stwierdzenia, że Kochanowski, Romaszewska czy nawet Kluzik-Rostkowska to wymarzeni rzecznicy naszych praw. Pamiętam wybitnie niefajne i homofobiczne wypowiedzi pierwszej dwójki (w przypadku Rostkowskiej nie, ale może ktoś mnie oświeci), ale jedno im przyznać muszę - w przeciwieństwie do "liberałów" z PO cała trójka (no, Romaszewska najmniej) przynajmniej widzi (widziała), że osoby nieheteroseksualne są nierówno traktowane w polskim prawie, i nie udaje (udawała), że to tylko kwestia liczby papierków, które musimy podpisać, żeby chronić swoje partnerki i partnerów. Mimo wszystko jednak, choć emocjonalnie taki gest jest mi bardzo bliski, mam nadzieję, że nasze organizacje nie obrażą się na Lipowicz, tak jak obraziły się na Radziszewską, i przynajmniej podejmą próbę uświadomienia jej, że dyskryminacja osób nieheteroseksualnych jednak istnieje. Nie mam pojęcia, czy działania pojedynczych osób mogą coś zmienić, ale na wszelki wypadek linkuję do bloga Jacka, który już od jakiegoś czasu prowadzi akcję wysyłania listów do osób publicznych, w których polemizuje z ich homofobicznymi wypowiedziami. W końcu Lipowicz powiedziała również: "RPO może badać, czy jest nierówne traktowanie w określonych obszarach i informować o swoich ustaleniach. Na razie dyskryminacji nie stwierdziłam". Pomóżmy jej w takim razie ją stwierdzić.

wtorek, 3 sierpnia 2010

Nowa stara Jeanette Winterson

Jedną z rzeczy, które lubię w Jeanette Winterson (zastanawiam się, czy jest w niej coś, czego nie lubię), jest to, że przynajmniej raz na dwa lata wydaje kolejną książkę. Zasada ta została złamana jedynie w dwóch przypadkach - między "Wolność na jedną noc" i "The King of Capri" (dla dzieci) oraz "Kamiennymi Bogami" i ostatnią jej książką "The Battle of the Sun" (tym razem dla młodzieży) minęły aż trzy lata. Być może dlatego w oczekiwaniu na tę ostatnią zostaliśmy w końcu obdarzeni polskim tłumaczeniem "Dyskretnych symetrii", oryginalnie wydanych w 1997 roku. A może po prostu Rebis postanowił uzupełnić nieliczne już na szczęście braki w polskiej bibliografii spod znaku Winterson - ta druga opcja byłaby oczywiście lepsza.

Jeżeli wierzyć opisowi z tylnej strony okładki i zapowiedziom wydawniczym (a w przypadku Winterson lepiej im specjalnie nie wierzyć), "Dyskretne symetrie" opowiadają o miłosnym trójkącie. Krytycy dla odmiany ukuli na użytek tej książki inne określenie - "pierwsza powieść kwantowa". I rzeczywiście, fizyki, a raczej filozofii fizyki, jest tu sporo, a to, na ile teorie Winterson są rzeczywiście zgodne z tą piękną nauką, nie ma specjalnego znaczenia. Bo jak zwykle największą rolę odgrywa język, metafora, porównanie, a czy ich kanwę będzie stanowić teoria kosmosu, religia czy biologia, to i tak finalnie chodzi o emocje, czyli coś, co z jednej strony nie poddaje się opisowi, a z drugiej można je wyrazić na nieskończoną ilość sposobów. Podobnie jak książki Winterson można czytać na wielu poziomach, a polegną mam wrażenie jedynie ci, którzy koniecznie muszą wszystko zrozumieć i zinterpretować.

Jeżeli jednak to nie o trójkącie, to o czym? O tym, co zwykle - o miłości, niespełnieniu i opowiadaniu historii. Książka jest cieniutka - zaledwie nieco ponad dwieście stron - i w tej objętości, odejmując niebanalną część na filozoficzne dygresje, zmieściły się historie rodzin trójki głównych bohaterów do kilku pokoleń wstecz. Oraz portret Nowego Jorku namalowany oczyma imigrantów - Żydów, Włochów, Niemców. Jest i Polak z szóstką psów husky, które niewiadomym sposobem przemycił do Stanów, a na którego saniach, podczas zimy stulecia, urodzi się Stella, jedna z głównych bohaterek.

Niespełnienie przypada w udziale głównie mężczyznom - ojcu Alice (kochanki Stelli i jej męża), który przez całe życie zastanawia się, co by było, gdyby, jak jego koledzy z dzieciństwa, zamiast robić karierę, został po prostu sternikiem barki. Ojcu Stelli, który poświęcił lata na zgłębianie natury świata poprzez eksperymenty na własnym ciele. I w końcu Jove'emu, włoskiemu mężowi Stelli i kochankowi Alice, który pragnął być bohaterem, zaczął jako rozwodnik bez grosza ocalony od swojej rodziny przez drugą żonę, a skończył jako... Nie, tego nie napiszę, nie zepsuję wam przyjemności czytania ostatnich dwudziestu stron. W każdym razie, gdybym miała zwyczaj obgryzania paznokci, na tym etapie dotarłabym do łokci.

Najfantastyczniejsze momenty? Opis dewastacji mieszkania, którego dokonuje Stella, gdy dowiaduje się o zdradzie Jove'a - początkowo myślimy, że to się dzieje w jej wyobraźni, potem się okazuje, że literalnie przecięła na pół łóżko, koce, kołdrę, walizkę męża, sprawdziła działanie prawa grawitacji na wyposażeniu jego gabinetu itd. Postać babci Alice udającej 60-latkę, by móc pracować jako sprzątaczka w knajpce ze zdrową żywnością (ma wtedy 90 lat). Historia diamentu w biodrze Stelli, a szczególnie jej zakończenie. Dialogi Alice, Stelli i Jove'a, podczas których Alice ogranicza się do ponawiania propozycji zaparzenia kawy. Narodziny Alice i Stelli. Zakończenie.

Nie jestem w stanie wskazać mojej ulubionej książki tej pisarki, tak więc i "Dyskretne symetrie" nią nie zostaną. Mam za to wrażenie, że gdybym dostała kilka stron czegoś jej autorstwa, czego jeszcze nie czytałam, bez wahania stwierdziłabym, że to właśnie jej. I to jest chyba najpiękniejsza rzecz w pisarstwie Winterson - niezależnie od tego, czy przenosi nas w przyszłość, czy w przeszłość, czy opowiada historię dziecka, czy dorosłego, czy jest pesymistyczną futurystką, pisze "pierwszą powieść kwantową", czy "pierwszą powieść internetową" ("Wolność na jedną noc"), zawsze pozostaje tą samą Jeanette, która ponad 25 lat temu w wynajmowanym wspólnie z przyjaciółką obskurnym mieszkaniu napisała "Nie tylko pomarańcze", by uciec od bylejakości istnienia.

niedziela, 1 sierpnia 2010

Jak złapać homoseksualizm

Dziś parę starszych newsów, które umknęły mi podczas urlopu. Pierwszy - trochę przedwcześnie mamy nowe władze KPH. Prezeskę Martę Abramowicz zastąpił Tomek Szypuła, wiceprezeską została Anna Urbańczyk z Gdańska. Dla mnie to smutna wiadomość. Mimo że nie zawsze z KPH było mi po drodze, lubię i cenię Martę - za przygotowanie merytoryczne, twarde stąpanie po ziemi, konkretność. W wywiadzie udzielonym "Replice" w marcu 2009 roku, tuż po tym, jak została prezeską, Marta mówiła między innymi, że ma nadzieję, że jej przykład zachęci inne kobiety nieheteroseksualne do działania. Teraz ja dla odmiany mam nadzieję, że jej rezygnacja z prezesury (bo zakładam, że taki jest powód wcześniejszych wyborów) nie oznacza odejścia od działalności w ogóle. Szkoda by było.

Odejście Marty zbiegło się z wywiadem udzielonym TVN24, w którym opowiedziała między innymi o działalności Grupy Młodzieżowej KPH. I w oparciu o który powstał materiał o obozach młodzieżowych organizowanych przez KPH (do obejrzenia tu), które wzbudziły, jakżeby inaczej, nieliche kontrowersje. Pokrótce rzecz wygląda tak, że co wakacje młodzi działacze spędzają ze sobą trochę czasu, ucząc się przeciwdziałać dyskryminacji, ale też oczywiście miło integrując się we własnym gronie. Co w tym takiego strasznego? Ano to, że według zapytanych przez TVN seksuologa Lwa Starowicza i psycholożki Agnieszki Iwaszkiewicz wiek nastoletni to czas, w którym kształtuje się tożsamość psychoseksualna, i przebywanie w tym czasie w grupie osób nieheteroseksualnych może sprawić, że ukształtuje się ona w jednym (wiadomo, jakim) kierunku. Szkoda, że państwo specjaliści nie wzięli pod uwagę, że ci sami młodzi ludzie większość czasu spędzają w środowisku heteronormatywnym, które, jeżeli teza o wpływie otoczenia miałaby być prawdziwa, ma na nich znacznie większy wpływ. W materiale brakuje też wypowiedzi chociażby psychologów, pod których opieką są podczas obozów młodzi działacze.

Same wyjazdy to moim zdaniem świetna sprawa. Pamiętam moje pierwsze zetknięcie z podobną inicjatywą (wyjazdy integracyjne organizowały swojego czasu dziewczyny z listy Polles) i to, jak bardzo mi pomogła we wcale niełatwym procesie samoakceptacji. Myślę, że obozy KPH są dla tych młodych ludzi świetną okazją do naładowania akumulatorów w przyjaznym środowisku i przeniesienia swoich doświadczeń na już znacznie mniej akceptujący grunt szkolny czy akademicki. Bo niestety w większości tego typu placówek młode osoby nieheteroseksualne są zdane wyłącznie na siebie i to od nich zależy, na ile uda im się uczynić swoje otoczenie bardziej znośnym dla siebie i swoich mniej odważnych, a może po prostu mających mniej szczęścia (np. niemogących liczyć na wsparcie bliskich) nieheteroseksualnych kolegów i koleżanek. Niestety większość szkół nie może się pochwalić obecnością w swojej kadrze tak fajnych nauczycieli jak Marzanna Pogorzelska z Kędzierzyna-Koźla, autorka słynnego już donosu na samą siebie, który wysłała do Romana Giertycha w czasach, kiedy ten był ministrem edukacji, a w którym napisała między innymi: "Ucząc w liceum, przekazuję moim uczniom informacje i poglądy o równości osób homoseksualnych pod każdym względem. Staram się prostować stereotypy i krzywdzące poglądy dotyczące tych osób".

Ostatnio wrócił też pomysł wprowadzenia w Polsce ustawy zakazującej "propagowania homoseksualizmu". "Każda publicznie przekazywana informacja, reklamująca związki homoseksualne, ma negatywny wpływ na zdrowie psychiczne, rozwój fizyczny, intelektualny i moralny nieletnich" - twierdzą jej orędownicy, związani ze stowarzyszeniem Contra in vitro (sic!). Ilekroć czytam o takich pomysłach czy słucham wywodów jak przywołane przed chwilą słowa Lwa Starowicza, tylekroć się zastanawiam, w czym niby ma tkwić owa urojona przewaga nieheteroseksualności nad heteroseksualnością, że zdaniem niektórych młody człowiek może zdecydować się na wybór tej pierwszej. Czy chodzi o potencjalny ostracyzm najbliższego środowiska? A może o zaliczenie się do drugiej kategorii obywateli, którzy - przynajmniej w najbliższych latach - nie mogą liczyć na prawne uznanie ich związków? Rzeczywiście, wspaniała perspektywa, aż dziwne, że wszyscy nie chcą być nieheteroseksualni. Żeby nie było, uważam, że młodzi ludzie (tak jak wszyscy) mają wybór, ale dotyczy on jedynie podejścia do tego, kim są (niezależnie od tego, czy określą się jako zwolennicy twardego etykietowania swojej tożsamości, czy też bardziej płynnego podejścia spod znaku queer) - czy się zaakceptują, czy zdecydują się żyć jawnie itd. itp. Nie zmienia to jednak faktu, że potencjalnie łatwiejsze życie zapewnia orientacja heteroseksualna. Co widzi chyba każdy, oczywiście oprócz państwa głoszących poglądy o tym, że można ją zmienić pod wpływem filmu obejrzanego w TV. Może powinni wybrać się na obóz KPH, skoro bycie nieheteroseksualnym wydaje się im takie atrakcyjne? Na akceptację swojej tożsamości w końcu nigdy nie jest za późno!