niedziela, 31 października 2010

Cássia Eller

Jako że mamy czas wspominek (w sensie kalendarzowym, nie historycznym), dziś u mnie nieżyjąca już od paru dobrych lat pani, która zrobiła sporo dobrego dla południowoamerykańskiej muzyki. Cássia Eller była prawdopodobnie najbardziej znaną brazylijską wokalistką i gitarzystką, która nie ukrywała swojej lesbijskiej tożsamości. Jej styl określano jako połączenie rocka z brazylijską muzyką popularną. Ze względu na jej seksualność oraz muzykę, którą grała, porównywano ją z Ani DiFranco, Melissą Etheridge i Indigo Girls. Rzeczywiście nie można jej odmówić z jednej strony ogromnego głosu (jak Melissie), z drugiej eklektyzmu i odnajdywania się w wielu gatunkach muzycznych (jak Ani). Od siebie dodałabym swoistą melancholię - nie wiem, czy to efekt języka, w którym śpiewała, czy melodyki, czy może czegoś w niej samej. Fakt, że jak się ją raz usłyszy, trudno o niej zapomnieć.

Cassia zmarła młodo, bo w wieku 39 lat, w wyniku serii zawałów serca. Po jej śmierci jej wieloletnia partnerka Maria Eugênia Vieira przez rok walczyła o prawo do opieki nad ich synem. W końcu sąd wydał korzystny dla niej werdykt. Śmierć Cassii, jak to zwykle bywa, przyczyniła się do wzrostu jej popularności. Jej płyty nadal sprzedają się świetnie, a jej utwory goszczą w brazylijskich radiach. Z pewnością niejedną jej piosenkę można w nich było usłyszeć dzisiaj. Tak że i ja zagram.

"Por Enquanto" z najsłynniejszej jej płyty "Acústico", nagranej dla MTV Brazil:


"Segundo Sol" Nando Reisa:


I ciekawostka, czyli cover "Smells Like Teen Spirit" Nirvany (dziś pasuje podwójnie):


piątek, 29 października 2010

Lekcja pierwsza: Warszawski Ruch Homoseksualny

Czytam sobie komentarze pod moim wpisem o wojnie torebkowej i wpisie Ewy o zmianach i oczy przecieram ze zdumienia. Wychodzi mi na to, że nie ma sensu się szarpać, zamęczać, niedosypiać, wydawać pieniędzy, tracić czasu i nerwów, walczyć o związki partnerskie chociażby poprzez takie akcje jak "Miłość nie wyklucza", która już za chwileczką, już za momencik będzie miała premierową premierę itd., itp. Wystarczy cichutko usiąść sobie w kąciku i poczekać, a wszystko to, czego pragniemy, i to, o czym nie wiemy, że tego pragniemy, będzie nam dane. Jeszcze dokładnie nie wiadomo, przez kogo, ale sądząc po wspomnianych komentarzach, najprawdopodobniej przez Unię Europejską, Tomaszów Raczka i Lisa i może coś niecoś dorzuci Jacek Żakowski i niejaki Ryszard Kalisz. A wtedy dołączy się jeszcze Joanna Senyszyn ramię w ramię z Katarzyną Piekarską i już! Mamy ustawę, mamy związki, mamy małżeństwa i szczęśliwość ogarnia Polskę.

"No ludzieee!", chciałoby się krzyknąć, jak zwykła krzyczeć moja przyjaciółka Monika Komoda, która razem ze mną lat temu naście ileś tych wymienionych w drugim zdaniu tego tekstu czynności, jak się okazuje dla części osób bezsensownych, z pełnym zaangażowaniem i wiarą, że trud się opłaci, wykonywała. Zastanawiam się, z czego to poczucie, że to całe działaczostwo to była zabawa w piaskownicy, wynika? Niekoniecznie z braku myślenia, chociaż taką tezę postawiłabym najchętniej, ale byłaby chyba zbytnim uproszczeniem. Drugą opcją jest brak wiedzy na temat nie tak dawnych, choć wydających się już tak odległymi, czasów. I jako wieczna optymistka po pierwsze na to drugie stawiam, a po drugie postanawiam tę lukę uzupełnić. Oczywiście historie, które wam tutaj przedstawię, będą jak najbardziej subiektywne, niekoniecznie obfitujące w dokładne daty, nazwiska i cytaty, gdyż pamięć ludzka bywa zawodna. Ale mam nadzieję, że pozwolą tym, którzy zechcą się w nie zagłębić, zrozumieć, dlaczego twierdzę i twierdzić nie przestanę, iż działacze, działaczki oraz całkiem anonimowi ludzie, którzy im pomagali, przyczynili się do ogromnych zmian w postrzeganiu ludzi spod akronimu LGBT (o Q wtedy chyba jeszcze nikt nie słyszał). Czas więc na lekcję pierwszą.

Mamy rok 1985. Jak większość osób wie z historii najnowszej, schyłek Polski Ludowej. Gdzieś w "mądrej" partyjnej głowie zapala się lampka i pojawia się pomysł akcji, która nosić będzie jakże ładny kryptonim "Hiacynt".

Żeby nie wyważać otwartych drzwi, posłużę się Wikipedią (nie zawsze wiarygodną, ale mimo wszystko mniej zawodną niż moja pamięć):

"Akcja, na rozkaz Ministra Spraw Wewnętrznych gen. Czesława Kiszczaka, rozpoczęła się 15 listopada 1985. Rano w szkołach, uczelniach, zakładach pracy na terenie całej Polski pojawili się funkcjonariusze MO i zatrzymywali lub aresztowali osoby podejrzane o homoseksualność lub kontakty ze środowiskiem osób homoseksualnych. Łapanki urządzano też w miejscach spotkań osób homoseksualnych. Aresztowanym zakładano teczki o nazwie ‘Karta homoseksualisty’, zdejmowano odciski palców, a niektórych nakłaniano do podpisywania oświadczeń:

Niniejszym oświadczam, że ja [imię i nazwisko] jestem homoseksualistą od urodzenia. Miałem w życiu wielu partnerów, wszystkich pełnoletnich. Nie jestem zainteresowany osobami nieletnimi.

Poza założeniem ‘Karty homoseksualisty’ i zebraniem odcisków palców zatrzymani byli zmuszani szantażem do składania donosów na innych homoseksualistów, a także do opisu uprawianych technik stosunków seksualnych.

Akcja prowadzona była do roku 1987, choć kartoteki ‘Hiacynta’ uzupełniano jeszcze co najmniej do 1988; w wyniku akcji zgromadzono ok. 10-12 tysięcy akt osobowych, które dziś tworzą tzw. różowe kartoteki."

Wspominam o akcji "Hiacynt" dlatego, że to właśnie wtedy narodził się bunt, może nie taki jak prawie dwadzieścia lat wcześniej w USA, ale jednak. A w jego efekcie Waldemar Zboralski, Sławek Starosta, Krzysztof Garwatowski i inni, których nazwisk nie pomnę (jeśli ktoś z czytelniczek i czytelniczek zna, to proszę uzupełniać) założyli w 1988 roku nieformalną grupę pod nazwą Warszawski Ruch Homoseksualny. Nieformalną dlatego, że władze PRL uniemożliwiły zarejestrowanie organizacji, powołując się na badania opinii społecznej oraz, co może niektórych zaskoczyć, z obawy przed reakcją Kościoła katolickiego. WRH otrzymał za to poparcie ze strony ówczesnego Ministra Zdrowia, dzięki włączeniu do statutu grupy zapisu mówiącego o przeciwdziałaniu AIDS. Jak niektórzy może wiedzą, AIDS było wtedy uznawane za chorobę dotykającą głównie pedałów (gejów jeszcze nie było), narkomanów oraz prostytutki. Jakże się mylono! Ale wracając do WRH, zdecydowanie na tak był wówczas nieżyjący już ówczesny prezes Towarzystwa Rozwoju Rodziny (sic!) profesor Mikołaj Kozakiewicz, który i w latach późniejszych udzielał wszelkiej możliwej pomocy tęczowym organizacjom.

WRH współpracował z innymi nieformalnymi grupami: Etap z Wrocławia (kojarzy mi się, nie wiem, czy prawidłowo, z Ryszardem Ziobro) oraz wydawcami magazynu "Filo" z Gdańska. Próbę rejestracji pierwszego polskiego legalnego stowarzyszenia homoseksualistów odnotowały wtedy takie periodyki jak "Polityka", "Przegląd Tygodniowy", "Wprost", "Radar", "Express Wieczorny", "Sztandar", "Kurier Polski" czy "Na przełaj".

I tyle jeśli chodzi o lekcję historii. Z mojej ówczesnej nastoletniej perspektywy rzeczy miały się w tych czasach nieco inaczej. Kiedy zorientowałam się, że pociągają mnie dziewczynki, a nie chłopcy, i tak już byłam postacią dość kontrowersyjną. W szkole ciągnęła się za mną, według definicji mojego brata, opinia debila, czyli "zdolna, ale leniwa". Zdolna, bo zamiast wziąć sobie do serca napisy, które w tamtych czasach wisiały wszędzie przy oknach "nie wychylać się", raz na jakiś czas błysnęłam wiedzą. A to jako pierwsza dostałam najwyższą ocenę w klasie za wypracowanie, a to na matmie rozwiązałam zadanie, z którym nie mogły poradzić sobie nawet najtęższe klasowe ścisłe umysły.

Na dokładkę już wtedy najbardziej nie znosiłam głupoty i hipokryzji i spotykając się z nimi, dawałam głośno temu wyraz. Czasy były burzliwe, więc sami i same rozumiecie. Aha, żeby było wszystko jasne, polityka mnie brzydziła, bardziej interesowały mnie sprawy społeczne. Podobno grono nauczycielskie na radzie pedagogicznej, kiedy wyczytane zostało moje nazwisko, natychmiast przerywało robótki na drutach, sprawdzanie klasówek, czytanie gazet itd. i zaczynała się prawdziwa jatka. Miałam zarówno gorących przeciwników, jak i zwolenników. A ocena z zachowania, pomimo mojego wielkiego społecznikostwa, nieodmiennie pozostawała poprawna i to otrzymywana w wyniku wielkiej wojny.

Ubierałam się, odkąd miałam na to wpływ, zdecydowanie odmiennie od innych dziewcząt. Spodnie, koszule, sportowe obuwie. Klasyka gatunku. Do pełnego obrazu mojej osoby trzeba dodać, że ważyłam jakieś 10 kilo więcej niż obecnie.

Nie ukrywam też, że swoje zainteresowanie płcią piękną potraktowałam jako dopust boży. W encyklopedii w tamtych czasach jak wół stało, iż lesbianizm, zwany również safizmem, jest dewiacją. Podczas oglądania z wypiekami na twarzy "Innego spojrzenia" od moich najbliższych usłyszałam komentarz "obrzydliwe lesby".

Internetu, jakkolwiek wydaje się to dziwne, wtedy nie było. W telefonie zaufania usłyszałam, że moja orientacja to zboczenie. Na religię na szczęście nie uczęszczałam. Pierwszą jaskółką nadziei okazały się artykuły w czytanym przeze mnie piśmie młodzieżowym "Na przełaj". Inne, takie jak "Świat Młodych" czy "Razem", nie poświęcały tej tematyce uwagi. Dzięki między innymi Mariuszowi Szczygłowi i jego tekstom w "Na przełaj" zrozumiałam, że nie jestem sama na tym świecie, że są inni ludzie, którzy borykają się z, jak wtedy myślałam, tym problemem. Jednak nie dane było mi ich wtedy spotkać. Nie było bowiem żadnego miejsca, do którego mogłabym się udać. W sumie więc w swoich myślach nadal byłam taka jedyna w swoim otoczeniu. Gwoli kronikarskiego obowiązku muszę napisać, że przez takie myślenie zmarnowałam kilka wspaniałych szans. Bo dla świata "zakochiwałam" się co i rusz w innym koledze.

W wieku dojrzałym lat osiemnastu zebrałam się na odwagę i poszłam porozmawiać z psychologiem, a dokładnie z psychiatrą. Pani z wypiekami na twarzy wysłuchała mojej historii, a następnie wyrysowała mi odwróconą parabolę, na szczycie której pośrodku napisała "biseksualizm", a na dole po jednej stronie "heteroseksualizm", a po drugiej "homoseksualizm", i powiedziała, że w wieku dojrzewania nasza orientacja nie jest jeszcze ukształtowana i znajduje się między homo a hetero. I że skoro czuję, że ciągnie mnie w tę drugą stronę, to powinnam unikać koleżanek o podobnych skłonnościach i alkoholu. Po wyjściu z gabinetu udałam się do najbliższego monopolowego, zakupiłam butelkę wina i umówiłam się z przyjaciółką, o której wiedziałam, że seks lubi niezależnie od płci partnera. Do dziś jestem jej wdzięczna.

Oczywiście moja orientacja szybko wyszła na jaw. Ale w szkole i tak byłam już postrzegana jako dziwadło, więc niewiele się zmieniło. Ot, doszła mi kolejna łatka. Teraz piszę o tym lekko, ale wtedy bolały głupie plotki, okrzyki "lesba", "cipoliz" i jeszcze kilka innych, których ze względu na elegancję garniturka nie będę przytaczać. Ubyło mi również też trochę i tak już nielicznych znajomych. No cóż, miałam więcej czasu na czytanie książek.

Wszystko zmieniło się, kiedy w 1989 roku trafiłam na spotkanie WRH, przygotowującego się wówczas do zarejestrowania Stowarzyszenia Grup Lambda. Ale to już temat na kolejną lekcję.

środa, 27 października 2010

No jak się nie zmienia, skoro się zmienia?

Pod wydawałoby się niewinnym tekście Gosi o wojnie torebkowej rozwinęła się arcyciekawa dyskusja. Tematy są dwa: wizerunek i działacze i działaczki - pomagają czy szkodzą? Komentowanie pierwszego sobie odpuszczę, bo nic nowego się nie pojawiło, drugi, choć również nienowy, zdecydowanie wart jest pogłębienia. Tak że obiecuję, że będzie tu wracał, a póki co refleksja do opinii, że przecież nic się w ciągu ostatnich lat w Polsce dla nas nie zmieniło. Jeżeli chodzi o prawo, to rzeczywiście zmieniło się niewiele, ale kilka rzeczy, jak zmiany w prawie pracy czy kaleka, ale jednak, ustawa antydyskryminacyjna się pojawiły. Jeśli chodzi o zmiany w traktowaniu osób nieheteroseksualnych, to moim zdaniem są - zarówno jeśli chodzi o przestrzeganie obowiązującego prawa, jak i o podejście tzw. przeciętnego człowieka. Nie podejmuję się sięgać do lat 90., bo wtedy nie byłam zbyt uważną obserwatorką tego, co się w naszych sprawach dzieje, doskonale za to pamiętam rok 2003 i akcję "Niech nas zobaczą". Oraz to, co bohaterów i bohaterki tej akcji spotkało po tym, jak odważyli się pokazać na plakatach. Pobicia, wyzwiska, mobbing, ostracyzm społeczny. Pamiętam też rok 2005, kiedy uznany za nielegalny (niezgodnie z prawem) Poznański Marsz Równości został brutalnie spacyfikowany przez policję. Oraz zakazy Parady Równości w Warszawie. Pamiętam też, że jeszcze wcale niedawno każdy tekst o nas w mediach budził entuzjazm i był jakimś wydarzeniem.

A teraz? Teraz łazimy sobie z Gosią po tych mediach, dajemy twarze na plakaty i to, co nas w zamian spotyka, to głównie sympatia ze strony znajomych i nieznajomych. Marsze i parady mają swoich kontrmanifestantów, ale uczestnicy są dobrze chronieni przez policję. I nie ma dnia, żeby mainstreamowe media o nas (osobach nieheteroseksualnych) nie napisały lub nas nie pokazały, i w większości są to artykuły czy programy co najmniej przychylne. Oczywiście jest tu kilka "ale". Po pierwsze piszę to z perspektywy osoby, która pracuje w akceptującym miejscu, mieszka w dużym mieście i obraca w otwartym otoczeniu. I doskonale wiem, że moja sytuacja to raczej wyjątek niż reguła w naszym pięknym kraju nad Wisłą. Ale mimo wszystko wiem też, że jeszcze parę lat temu długo bym się zastanawiała, nim bym się zgodziła gdziekolwiek publicznie z imienia, nazwiska i twarzy pokazać. I że nie byłoby mi po tym tak lekko i przyjemnie.

Drugie "ale" jest takie, że te zmiany, które obserwuję, to nie tylko efekt wysiłków działaczy i działaczek (ba, sama się za działaczkę nie uważam) oraz, może przede wszystkim, tych wszystkich ludzi, którzy gdzieś tam na jakimś etapie życia powiedzieli "tak, jestem" albo "no i co z tego, że jesteś". Zmiany to również efekt choćby wejścia Polski do UE czy w ogóle naszego większego otwarcia na Zachód. Choć ciężko moim zdaniem przecenić zasługi tych, którzy mieli odwagę mówić o sobie otwarcie na długo przed tym, nim dorobiliśmy się choćby przyjaznych mediów. Którzy pokazali, że w ogóle istniejemy. Poszli jako pierwsi do polityków, gazet i radiostacji i zaczęli rozmawiać o naszych sprawach.

Trzecie "ale" to to, że oczywiście z większą widocznością pojawiła się też większa agresja ze strony różnego rodzaju ekstremistów. Ale to jest moim zdaniem cena, którą musimy za nasze prawa zapłacić. Akcja rodzi reakcję, brutalizacja niektórych działań dotyka nie tylko nas, ale również inne grupy wykluczane czy chociażby polityków. Ważne jest to, że idzie za tym edukacja organów ścigania w kwestii naszych praw. Oraz zmiany w prawie. Tak, wiem, póki co mało ekscytujące. Ale lepiej je mieć, niż ich nie mieć.

Na koniec, jako że nasz dzisiejszy występ w TVN nigdzie się w sieci raczej nie pojawi, kilka pamiątkowych fotek. A, było dobrze. Tak mi się przynajmniej wydaje. Czego my się nie odważyłyśmy powiedzieć, to dopowiedział Tomasz Raczek. A co mówiliśmy? Że chcemy związków. Że to bzdura, że społeczeństwo nie jest gotowe. To politycy nam wmawiają, że nie jest. A my im na złość pokazujemy, że jest (oklaski zebranej publiczności). I nadal będziemy pokazywać, aż przejrzą na oczy i zrobią to, co chcemy.
 

wtorek, 26 października 2010

Telewizja to potęga (niestety)

Właśnie się zorientowałam, że dotąd nie pokusiłam się o jakieś sensowne podsumowanie tego, co się wydarzyło w konkursie SAS. To znaczy pozwoliłam sobie na podziękowania, które opublikowałam na Kobiety Kobietom i które wywołały (hurra!) kolejną dyskusję wizerunkową, ale refleksji nad dość zaskakującym wynikiem jednak nie było. No więc moim zdaniem to nie jest tak, że SAS, nagradzając dwie pary z jednej edycji konkursu, postąpił miło czy się nad kimkolwiek zlitował. To znaczy oczywiście to bardzo miłe, że tak zrobili, ale mimo wszystko dla mnie jest to zagranie czysto marketingowe. Z jednej strony nagrodzili Niemców, bo Niemcy są dla nich atrakcyjniejszymi konsumentami, z drugiej Polki, bo dzięki nam mają w Polsce całkiem niezłą kampanię w mainstreamowych mediach. A przy okazji mogą się pokazać jako firma wrażliwa społecznie. Same plusy.

Wniosek dla mnie? Niestety, jak telewizji nie lubię, tak nadal jest to potęga. I nie można się na nią obrazić, choćby bardzo się chciało. Zresztą jak się zastanowić nad rachunkiem zysków i strat z tej naszej medialnej obecności w ostatnich tygodniach, to jednak zyski przeważają. Mogę się oczywiście mylić, ale nie pamiętam, żeby dotychczas któraś stacja tak intensywnie promowała nasze sprawy jak robi to ostatnio TVN (jutro będziemy w "Między kuchnią a salonem", tak na marginesie. Tak, też nie wiem, co to za program). Nie, nie łudzę się, że ktoś za wszelką cenę chce nam zrobić dobrze, przede wszystkim liczy się nośny temat, ale skoro nasz ślub i, pośrednio, kwestia naszych praw ma być tym tematem, to nie będę się gniewać. Na inną reklamę w TV nas nie stać, umówmy się.

Gdzieś tam w dyskusji pod moim tekstem na Kobiety Kobietom pojawił się głos, że może powinnyśmy ugrać w mediach coś więcej. Ha, łatwo napisać. To nie my ustalamy tematy, to my jesteśmy tematem. Co też jest zresztą jednym z powodów (oprócz głównego, że telewizja to ogłupiacz i zjadacz czasu), dla których telewizji nie lubię. Bo otwarte osoby nieheteroseksualne, które mają swój program w jakiejś stacji, można policzyć na palcach jednej ręki. A takich, które mają szansę powiedzieć coś z naszej perspektywy, nie ma prawie w ogóle (kojarzę jedynie "Lepiej późno niż wcale" w TOK FM). Czyli nie ma co liczyć na stałą obecność naszych spraw na wizji czy fonii. A tak naprawdę dopiero wtedy będzie można będzie mówić o normalności, kiedy będziemy widoczni tak często, że to nie nasza tożsamość będzie tematem. Kiedy nie będzie się dyskutować o lesbijkach, gejach, osobach biseksualnych itd., a po prostu o ludziach. Kiedy orientacja psychoseksualna stanie się przezroczysta.

A skoro już o naszej medialnej obecności mowa, to w izraelskiej edycji "Tańca z gwiazdami" pojawi się para kobieca:
fot. news.pinkpaper.com

Pani z prawej to Gili Shem Tov, prezenterka telewizyjna i otwarta lesbijka. Jak Gosię (bo mnie lepiej nie) zaproszą do którejś polskiej edycji, to uznam, że polskie media normalnieją.

niedziela, 24 października 2010

Dwa światy

Za nami bardzo intensywny weekend. Wczoraj byłyśmy po raz kolejny w Uwadze - filmik tu. A mój ulubiony moment reportażu wygląda tak:
Również wczoraj bawiłyśmy się w Nowym Wspaniałym Świecie na Gejsza Love Party zorganizowanym przez agencję turystyczną Gejsza Travel. Generalnie nie przepadam za tłocznymi i głośnymi imprezami klubowymi, ale muszę przyznać, że atmosfera była niczego sobie. Może dlatego, że gospodarze nie bawili się w selekcję i wejść mógł każdy. A może dlatego, że ostatnio nie miałyśmy czasu na zabawę i miło było w końcu oderwać się od różnorakich zobowiązań i zwyczajnie napić piwa w towarzystwie starych i nowych znajomych. Oraz uściskać już realnie, a nie tylko wirtualnie choć kilka z tych osób, które nas wspierały w konkursie, a potem składały gratulacje. Bo organizatorzy przygotowali dla nas niespodziankę i podczas imprezy miałyśmy swoje pięć minut z szampanem na scenie, więc była okazja do najpierw gromadnych, a potem indywidualnych podziękowań.

Później przeniosłyśmy się do znacznie mniejszego i spokojniejszego miejsca, jednego z najstarszych klubów gejowskich w Warszawie ze słynną czarnowłosą Wiolettą Villas oraz polską Priscillą, czyli Prychą, gdzie ludzie bawią się przy hitach Vondráčkovej, Lizy Minelli, Glorii Gaynor i innych wielkich diw. Zwyczajnego, nielansiarskiego miejsca, z normalnymi cenami, Ciechanem miodowym, gorącą czekoladą i ludźmi, których próżno szukać na paradach, plakatach czy w reklamach społecznych. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że oprócz wielkomiejskich gejów klubowych istnieją również geje niekoniecznie wielkomiejscy i niekoniecznie piękni i młodzi, ale pierwszy raz miałam okazję się bawić w ich towarzystwie. I przyznam szczerze, że był to jeden z niewielu razy, kiedy będąc w klubie, nie miałam poczucia, że niekoniecznie jestem u siebie.

Brakuje mi w Warszawie i w ogóle w Polsce podobnych miejsc dla kobiet. Gdzie można się bawić bez opamiętania i bez poczucia, że niebycie dwudziestokilkuletnim klonem Shane czy innej Alice odbiera prawo do dobrej zabawy. Jasne, że w doborowym gronie przyjaciół można bawić się wszędzie, ale z drugiej strony trudno znaleźć miejsce, gdzie wąsaty brzuchacz w niemodnej koszuli nie budzi uśmiechu politowania, a grube, krótko ostrzyżone lesby w polarach nie natykają się na pełnie niesmaku spojrzenia. Gdzie każdy jest chciany i akceptowany i nikt nie dziwi się, że czterdziestolatka czy pięćdziesięciolatek niekoniecznie chcą spędzić sobotnią noc z termoforem w łóżku, ale też nie chcą się lansować, udawać kogoś, kim nie są, i dostosowywać do panujących wymogów mody i urody.

Tak, wiem. Prochu tym wpisem nie odkrywam, kult młodości i urody to nic nowego, występuje dość powszechnie i niezależnie od środowiska, w którym się człowiek obraca. Kłopot w tym, że dla mnie te młodość i uroda są mocno przereklamowane i jeżeli mają być warunkiem dobrego samopoczucia na imprezie, to ja za taką zabawę dziękuję. I w sumie nie dziwię się, że tak wiele kobiet (nie tylko nieheteroseksualnych) w pewnym momencie, świadomie lub mniej świadomie, wybiera zaszycie się w domowych pieleszach i bardziej "kulturalne" rozrywki w rodzaju pójścia do kina czy do kawiarni lub zrobienie domówki. Bo każdy lubi choć w wolnym czasie czuć się po prostu u siebie.

sobota, 23 października 2010

Wojna torebkowa

Jak wiecie, jest sobie akcja "Miłość nie wyklucza". A ja sobie myślę, że miłość może i nie, ale my sami siebie i owszem. I to na wielu płaszczyznach.

Generalizując i zdecydowanie upraszczając oraz przymrużając oko, można stwierdzić, że pedały nie lubią lesb, lesby biseksów, biseksy transeksualistów, transeksualiści transwestytów, tranwestyci pedałów macho, pedały macho też nie lubią lesb, lesby femme nie lubią lesb butch, ale jednoczą się w nielubieniu biseksualistek i tak w koło Macieju. Fakt, że literki z bogatego akronimu LGBTQetcetera wiele różni. Wspólne jest tylko traktowanie osób, które określają, jako obywatelek i obywateli drugiej kategorii w naszym pięknym kraju nad Wisłą. Szkoda, że jest to wspólne, a nie łączy. Wszak walka o podstawowe prawa człowieka powinna ludzi jednoczyć, niezależnie od tego, którą literką akurat jesteśmy lub nie (dodatek dla osób, które absolutnie nie lubią się określać). I oczywiście mogę teraz podzielić się swoimi bardzo poważnymi przemyśleniami na ten temat, ale jako osoba odpowiedzialna za rozrywkową część bloga (tak mam napisane) zostawię to Ewie.

Ze swojej strony napiszę, że za wszelkie fochy (oczywiście geje) i anse (oczywiście lesbijki) i inne (oczywiście inni) odpowiedzialny jest moim zdaniem brak dystansu do siebie oraz brak poczucia humoru. Tajemnicą poliszynela jest nie tylko orientacja Krzysztofa Ś., ale i to, że organizacje, czy też różnego rodzaju grupy mniej lub bardziej nieformalne nie współpracują ze sobą, bo X nie lubi Y, a S cierpi na nadmiar energii, którą pożytkuje głupio i w ogóle jest brzydszą wersją geja, bo jest lesbijką. A ta L to jest przegięta i się obraża o byle co, o E nie wspomnę, bo się mądrzy i wszystko wie lepiej, a M jest w ogóle gupia (literówka celowa), bo nie chce dyskutować, tylko się od razu obraża, jak C wyrazi swoje zdanie. Prawda, że idiotycznie to brzmi? Ale uważam, że jeśli przerysowałam, to tylko troszeczkę.

A teraz wyobraźmy sobie taką sytuację: cały alfabet działaczy, blogerów, redaktorów i redaktorek portali branżowych i innych obrażalskich spotyka się pewnego pięknego słonecznego dnia na przykład na Polu Mokotowskim w stolicy i rozwiązuje nagromadzoną w nich frustrację w wielkiej wojnie torebkowej. Torebki oczywiście z cekinami i po przejściu ścisłej kontroli. Geje, transki i niektóre biseksy będą musiały wyjąć z nich pilniczki do paznokci, lakier do włosów, opakowania wody toaletowej i puder, lesbijki, niektóre biseksy i transy śrubokręty, scyzoryki, klucze francuskie i korkociągi. A jak na co dzień tego nie noszą, to tego dnia obowiązkowo mają to przynieść. Stereotypowe to, a i owszem, ale zabawne.

I po tej rewizji i obowiązkowym pobłogosławieniu przez T cały alfabet zaczyna bitwę na torebki, wokół zaczynają fruwać pióra z boa i cekiny, słychać pisk, gwar zamieszanie i śmiech, bo Y złamał się obcas, a K straciła właśnie guzik od swojej ukochanej koszuli w kratę. Jako że torebunie były dokładnie sprawdzone, żadnych obrażeń ciała nie przewiduje się, ale na wszelki wypadek akcji pilnują lekarka, pięlęgniarz i zaprzyjaźniony weterynarz. Kiedy walka się kończy, zmęczone i odprężone literki zgodnie udają się do pobliskiego pubu, gdzie lesbijki, transy i niektóre biseksy przy obowiązkowym jasnym pełnym, a geje, transki i niektóre biseksy przy drinku z palemką zgodnie i z zachowaniem wszelkich zasad savoir vivre zaczynają prowadzić dysputę na temat kształtu kolejnej Parady Równości.

Są więc chętni działacze grup formalnych i nieformalnych, blogerki i blogerzy, redaktorzy i redaktorki portali oraz inni obrażalscy? Jeśli tak, to obiecuję, że osobiście zorganizuję taką bitwę, albo zimą, kiedy będzie pięknie i biało, albo na wiosnę, kiedy świat się zazieleni.

środa, 20 października 2010

Tak to się robi, pani minister!

Obiecałam relację z naszego niedzielnego występu w ramach Dnia Różnorodności. Niestety wideo nie będzie (zresztą było tak głośno, że i tak jakość byłaby pewnie bardzo słaba), ale spróbuję opisać, w jaki sposób uczciłyśmy patronkę imprezy, czyli naszą ulubioną pełnomocniczkę Elżbietę Radziszewską.

Na występ miałyśmy 20 minut, tak że postawiłyśmy na trzy w miarę krótkie skecze. Jeden o outingu, czyli "Lesbę", z której pochodzi piosenka "Brzoskwinka - mój raj", jeden telewizyjny, czyli "Trzy piękne blondynki", i jeden wierszowany, czyli słynną już przeróbkę "Lokomotywy" Tuwima - "Pociąg". Wszystko w konwencji telewizyjnej (jak nasz ostatni program "Teleswizja"). Czyli z zapowiedziami, dedykowanymi wiadomo komu.

Zaczęłam tak:

Witam Państwa serdecznie! Dziś po raz pierwszy nasza Teleswizja nadaje na żywo z publicznością z największego centrum kultury w Polsce – ze Złotych Tarasów.

Słyniemy z tego, że wychodzimy naprzeciw oczekiwaniom widzów. Dlatego również tym razem postanowiłyśmy  zbadać najbardziej trendy trendy medialne i wprowadzić je do programu. A zatem uwaga, proszę państwa, od dzisiaj Teleswizja oferuje... outowanie, czyli ujawnianie tożsamości psychoseksualnej osób publicznych i nie tylko! Opieramy się na najlepszych wzorcach, zgodnych z polskimi normami, wykorzystując również własne doświadczenie, dzięki czemu outujemy kulturalnie, z klasą i w sposób absolutnie niedyskryminujący! 

Czy ktoś z Państwa chciałby zostać wyoutowany? Tak? To zapraszam!

I w tym momencie wychodzi Furja i prosi o wyoutowanie. Zapewniam ją, że wszystko odbędzie się z szacunkiem i kulturalnie, pytam, czy jest gotowa, dostaję potwierdzenie i mówię, parafrazując słowa Radziszewskiej wypowiedziane do Krzyśka Śmiszka parę tygodni temu w telewizji : "Wiem, kto jest pani partnerką i w jakim środowisku się pani obraca".

Następnie dziękuję, upewniam się, czy nie bolało i zapowiadam program muzyczny. Wchodzą Gosia i Ania i odgrywają "Lesbę".
Fot. Grzegorz Banaszak

Po skeczu - kolejna zapowiedź:

Podobno osoby nieheteroseksualne, czyli geje, lesbijki, osoby biseksualne, transseksualne itd. itp. nie powinny pracować w niektórych miejscach i zawodach, bo nie kultywują wartości, które określa się jako rodzinne czy, szerzej mówiąc, tradycyjne. Nasz następny program pokazuje, że takie obawy są całkowicie nie na miejscu. Opierając się na najlepszych heteroseksualnych wzorcach, które możecie Państwo oglądać w telewizji publicznej w czasie największej oglądalności, stworzyłyśmy nasz autorski serial, który pokazuje, że potrafimy żyć zgodnie z najlepszymi tradycjami. Za chwilę zobaczycie rodzinę, która składa się z zadeklarowanych lesbijek, a jednak kultywuje wartości, zacieśnia więzy i przekracza wszelkie granice bliskości. Członkinie tej rodziny kochają się miłością siostrzaną, macierzyńską, małżeńską i jeszcze wieloma innymi miłościami. Poznajcie "Trzy piękne zadeklarowane blondynki".

I tu wchodzą nasze piękne blondynki (nagranie z Olsztyna):


Potem próbuję zapowiedzieć "Pociąg", ale na scenę wbiega Gosia z okrzykiem "Przepraszam, czy tu outują?". Wyoutowuję ją słowami "Wiem, kto jest pani partnerką", proszę, aby dzieci odeszły od telewizorów i zapraszam na dobranockę. Furja, otoczona wianuszkiem dzieci, które towarzyszyły nam na scenie od początku występu, recytuje "Pociąg" ("Stoi na stacji moja dziewczyna..."), potem przychodzi czas na pożegnanie, ale najpierw pytam, czy ktoś jeszcze chciałby zostać wyoutowany. I tu niespodzianka, zgłasza się dziewczyna z publiczności. Zapraszam ją na scenę, recytuję formułkę ("Wiem, kto jest pani partnerką...") i pytam, czy jest zadowolona. Dziewczyna podnosi kciuk do góry, obecne na scenie Gosia, Ania i Furja robią to samo.
Fot. Grzegorz Banaszak

A ja wskazuję w stronę stoiska Radziszewskiej i mówię "Tak to się robi, pani minister!".

I tyle. Niestety sama pani minister była nieobecna, ale miny osób siedzących przy jej stoisku - bezcenne! Sam występ trudno wprawdzie zaliczyć do specjalnie udanych - Złote Tarasy szumiały, nagłośnieniowiec nie dawał rady (na szczęście mój mikrofon dał), po scenie biegały dzieci, a widownia była, cóż, niewielka (przy okazji - podziękowania dla wszystkich, którzy zjawili się, żeby nas wesprzeć), więc wydźwięk naszej manifestacji też trudno uznać za oszałamiający, ale mimo wszystko opłaciło się. Z kilku powodów. Bo dzięki naszej obecności podczas Dnia Różnorodności choć kilka razy padły takie słowa jak "gej" czy "lesbijka". Bo miałyśmy okazję rozbawić choć kilka niewtajemniczonych osób. No i dlatego, że zagrałyśmy na nosie Radziszewskiej podczas "jej" imprezy. Tak że było warto. Oj, było.

poniedziałek, 18 października 2010

Żenię się!

Całość tu. Refleksje, jak ochłonę.

niedziela, 17 października 2010

Miłość nie wyklucza i zaproszenie

Kilkanaście dni temu obiecywałam napisać coś więcej o akcji "Miłość nie wyklucza". Czemu dotąd mi się nie udało, to raczej jasne (konkurs SAS), a teraz to trochę musztarda po obiedzie, bo pewnie już wszyscy wiedzą, o co chodzi  (i dobrze!). Tak że tylko z kronikarskiego obowiązku wrzucam kilka skanów z "Gazety Wyborczej" i "Dużego Formatu", które wsparły kampanię.
Oczywiście doniesienia medialne i strona internetowa akcji to dopiero początek. Do tego dojdzie jeszcze kampania outdoorowa i towarzyszące jej działania, za czym pójdzie, mam nadzieję, również zainteresowanie większej liczby mediów, osób LGBTQetcetera i friendly, i w końcu polityków. Ale i tak już jest się z czego się cieszyć i czym chwalić. Dla mnie osobiście najcenniejsze jest www kampanii, ze wskazaniem na dział "Dołącz do nas", w którym można znaleźć kilka prostych sposobów na to, co można zrobić, aby związki partnerskie stały się w Polsce rzeczywistością. Niby nie ma tam jakichś niesamowicie odkrywczych rzeczy, ale z drugiej strony właśnie ta nieodkrywczość jest wartością. Bo dowodzi, że każdy może się zaangażować, niezależnie od tego, czy ma za sobą coming out, czy nie, czy ma czas i chęć do działania, czy niekoniecznie, czy mieszka w dużym mieście, czy w małej miejscowości. I że każde działanie, nawet takie, którego nikt poza nami nie zauważy, jest ważne i posuwa sprawę o kroczek do przodu.

Co jest jeszcze fantastyczne w tej akcji? Że nie trzeba było żadnych dużych środków finansowych, szukania grantów, aby ją zrealizować. Wystarczyło pozyskać kilkunastu sponsorów, którzy wyasygnowali niewielkie kwoty. Teraz pojawiają się również wpłaty od osób indywidualnych - znowuż niewielkie, ale, jak ktoś napisał pod tekstem o akcji na Homikach, jak sto osób wpłaci po 50 złotych, to już uzbiera się całkiem spora kwota, która pozwoli, by kampania trwała dłużej i miała większy zasięg. A że mam wrażenie, że ludzie wolą wspierać konkretne akcje, a nie działania organizacji w ogóle (przynajmniej ja wolę), więc jak dla mnie realizacja tego postulatu (wpłacania niewielkich kwot) wydaje mi się całkiem możliwa.

A co mi się nie podoba? To, co zwykle - że pojawiają się głosy krytyczne (na szczęście niezbyt liczne) odnośnie par, które postanowiły pokazać się na plakatach (czyli między innymi Gosi i mnie). Że utrwalamy stereotypy, że można było wybrać kogoś bardziej medialnego, że nie sprzedajemy dobrze naszych postulatów itd., itp. Żeby nie było, spodziewałam się takich reakcji. I już parę miesięcy temu, kiedy wyszło, że nie udało się znaleźć zbyt wielu par, które postanowiły dać swoje twarze kampanii, pisałam, że jak się takie głosy pojawią, to odpowiem, że trzeba się było zgłosić i pokazać, a skoro tego nie zrobiliście, drodzy spece od marketingu, to pocałujcie nas teraz w zadki. Ale i tak najbardziej rozwalił mnie pomysł, którego kompletnie się nie spodziewałam: że trzeba było zatrudnić modeli i modelki, bo ludzie lubią ładne twarze i wtedy przychylniej by na nas patrzyli. Ha, a mnie się zawsze wydawało, że łatwiej jest się utożsamić z prawdziwymi ludźmi, którzy mają realne problemy (co zresztą pokazała pozytywna reakcja tak wielu osób na nasz udział w konkursie SAS). Kampania na rzecz wprowadzenia związków partnerskich to nie reklama proszku do prania, przykro mi.

A skoro już przy wizerunku i kampaniach społecznych jesteśmy, to na koniec chciałabym zaprosić na pierwsze spotkanie z cyklu "Homiki.pl w Tel-Aviv".

Spotkanie poświęcone będzie prezentacji i omówieniu najciekawszych kampanii społecznych podejmujących temat praw osób LGBTQ oraz pierwszej publicznej prezentacji przygotowanej przez grupę Tel-Aviv kampanii "Miłość nie wyklucza". Oprócz pomysłodawców i pomysłodawczyń kampanii w spotkaniu wezmą udział jej bohaterowie i bohaterki.

Organizatorzy zachęcają od przybycia szczególnie tych, którzy aktywnie komentują treść i formę kampanii społecznych, którzy lubią debaty wizerunkowe, którzy chcieliby podzielić się pomysłami na zrobienie takiej kampanii, by społeczeństwo natychmiast pokochało osoby LGBTQ i przyznało im pełnię praw.

Organizatorami spotkania są Homiki.pl oraz Tel-Aviv Cafe+Deli. Spotkanie odbędzie w czwartek, 21 października o godzinie 19:00. Miejsce: Tel-Aviv Cafe+Deli, Poznańska 11, Warszawa.

piątek, 15 października 2010

Dzień Różnorodności

W niedzielę (17 października) w warszawskim centrum handlowym Złote Tarasy będziemy jako Barbie Girls świętować Dzień Różnorodności, obchodzony ramach kampanii Komisji Europejskiej "Za różnorodnością. Przeciw dyskryminacji" w kilku europejskich miastach. Niestety w Polsce nie będzie tak różnorodnie, jak pewnie w innych krajach, bo odkąd okazało się, że patronat nad wydarzeniem objęła nasza ulubiona pełnomocniczka rządu do spraw równego traktowania, z udziału w imprezie wycofały się między innymi Kampania Przeciw Homofobii, Stowarzyszenie Lambda Warszawa, Stowarzyszenie Otwarta Rzeczpospolita i Żydowskie Stowarzyszenie "Czulent". Na stronie internetowej Lambdy można przeczytać między innymi:

Stowarzyszenie Lambda Warszawa zgodziło się na udział w wydarzeniu organizowanym przez Komisję Europejską, z przekonaniem iż będzie ono organizowane w duchu unijnego prawa, które dużo skuteczniej chroni grupy dyskryminowane niż prawo polskie. Swoim udziałem Stowarzyszenie chciało wesprzeć taki sposób myślenia o działaniach antydyskryminacyjnych. Tymczasem objęcie patronatem imprezy i umiejscowienie konferencji prasowej promującej Dzień Różnorodności w siedzibie Pełnomocnika sprawia  wrażenie legitymizacji działań Minister Radziszewskiej przez organizacje biorące udział w wydarzeniu. Natomiast nasze Stowarzyszenie stanowczo sprzeciwia się sposobowi działania polskiego rządu, a raczej zaniechania działań, w zakresie przeciwdziałania dyskryminacji. (całość tu)

Od kilku dni dostaję od różnych osób zapytania, czy również kabaret Barbie Girls (który postanowił się na tę okoliczność zreaktywować) zamierza zbojkotować Dzień Różnorodności. I niezmiennie odpowiadam, że nie. Tak, mam megafocha na Radziszewską. I gdyby zaprosiła mnie do swojego biura, aby rozmawiać o problemach osób LGBTQetcetera, olałabym to zaproszenie. Ale Dzień Różnorodności to dla mnie inna bajka. Bo nie wystąpimy tam, aby legitymizować czyjekolwiek działania, ale aby po raz kolejny zrobić to, co nasz kabaret robił od początku - pogadać z ludźmi. Dotrzeć do nich przez zabawę. Pokazać, że mamy oczywiście swoje problemy, ale też potrafimy się z nich śmiać. Ponabijać się ze stereotypów. Sprawić, że reakcją na słowo "lesba" będzie uśmiech. Taki sympatyczny, nie pogardliwy. A poza tym - cóż, bardzo kręci mnie pomysł, że piosenka "Brzoskwinka - mój raj" rozlegnie się ze wszystkich megafonów i wniknie do umysłów niczego nieprzeczuwających ludzi robiących w tym czasie zakupy, w efekcie czego jeszcze przez kilka dni będą nucić "Ogórki i banany...", zupełnie nie wiedząc, czemu.



Kręci mnie też kilka innych pomysłów, ale na razie o tym sza. Kto chce to zobaczyć na żywo, niech przybędzie w niedzielę na 17.30 do Złotych Tarasów. Scena będzie umiejscowiona na pierwszym piętrze, przy fontannie. A jakby ktoś jeszcze przyszedł z kamerą, to będzie okazja pokazać nasz występ kilku osobom więcej. Zapraszam!

PS SAS ogłosił na swojej stronie, że wyniki konkursu będą znane w poniedziałek.

czwartek, 14 października 2010

Niespodzianka?

Będzie niespodzianka czy SAS podgrzewa atmosferę? Aż boimy się mieć nadzieję...

wtorek, 12 października 2010

Zmiany, zmiany, zmiany...

I jak tu teraz żyć, co? Dopiero docierają do nas wiadomości z ostatnich tygodni. Jedna całkiem ciekawa - zmieni się ponoć tryb organizowania warszawskiej Parady Równości. To znaczy nie wiem, czy się zmieni, czy pojawiła się kolejna grupa, która chce coś zmienić, ale niekoniecznie jest to ustalone z dotychczasowymi organizatorami, czyli Fundacją Równości. W każdym razie, jak donosi portal Gaylife, inicjatywa ma być ponad podziałami, a na spotkaniu Społecznego Komitetu Parada Równości 2011 pojawiło się zarówno przedstawicielstwo KPH w osobie wiceprezeski Ani Urbańczyk, jak i Monika Czaplicka z FR oraz Szymon Niemiec, Jacek Adler z Gaylife i Łukasz Pałucki z SDPl. Co ustalono? Że impreza ma być ponad podziałami, a do współorganizowania będą zaproszeni wszyscy chętni, że kwestiami finansowymi zajmie się firma Gepon (nie wiem, co za jedna, wygoogle'owałam sobie, że firma o tej nazwie zajmuje się "optycznymi sieciami pasywnymi", ale nie jestem pewna, czy to o nią chodzi), że będzie strona internetowa z forum i że kluby nie będą płacić za platformy, ale za to pomogą w organizacji parady. Co jeszcze? Szymon Niemiec poinformował, że złożył wniosek o zastrzeżenie nazwy Parada Równości jako znaku towarowego i że ową nazwę organizatorom udostępni, a sam będzie wspierał paradę duchowo i dobrym słowem, bo na więcej nie ma czasu.

Nie byłabym sobą, gdybym nie miała co do tego pomysłu wątpliwości. Szczególnie pomysł zastrzeżenia nazwy jest dla mnie dość dziwny, bo z jednej strony cała impreza ma być czymś ponad podziałami, a z drugiej takie działanie wygląda na jakąś formę zabezpieczenia. Martwi mnie też brak informacji o tym, co się stało z Fundacją Równości - ale możliwe, że wszyscy to wiedzą, tylko ja coś przegapiłam. Ale mimo wszystko nie będę od razu pisać, że pomysł jest nietrafiony, mimo iż główni autorzy pomysłu już swoje zdążyli narozrabiać, więc jakieś tam obawy mam. A nie będę i spokojnie poczekam, co z tego wyniknie, bo ostatni miesiąc sporo mnie nauczył. Konkurs SAS pokazał, że są rzeczy, co do których potrafimy się zjednoczyć. Oczywiście nie wszyscy (polecam chociażby ulotkową wojnę podjazdową w komentarzach pod poprzednim postem), ale w ogromnej liczbie jednak tak. I to jest jedna z najcenniejszych lekcji, jakie wyniosłam z tej całej zabawy - żeby nie ferować tak łatwo wyroków, bo może się zdarzyć, że będę musiała odszczekiwać. Co najzabawniejsze, w tym przypadku odszczekiwanie było całkiem miłe. Bo miło jest się przekonać, że ktoś, kogo odsądzało się od czci i wiary, potrafi cię wesprzeć, niekoniecznie dlatego, że cię nagle pokochał, ale dlatego, że uznał to, co robisz, za ważne.

W ogóle przekonałam się, że moje nieustanne wkurzenie na świat może być ciut niezasadne. Bo liczba niesamowitych historii, które do mnie docierają i do których ja wciąż docieram (wcześniej nie miałam czasu czytać wszystkiego, co ludzie zamieszczają na naszej tablicy na Facebooku) jest oszałamiająca, szczególnie że na co dzień obcuję raczej z komentarzami forumowiczów Gazeta.pl (a na inne wolę nawet nie wchodzić). Ot, na przykład dziś pojawiło się coś takiego:

Dzisiaj pani, z którą pracuję, która jest w wieku blisko emerytalnym, zaskoczyła mnie stwierdzeniem, że musi sprawdzić "Co u Gosi i Ewy?". Kibicuje wam z całego serca. Głosowała na was codziennie, o czym przypominał jej 5-letni wnuczek, który codziennie pytał "Babciu, czy już klikałaś na te panie co się tak bardzo kochają?

Piękne, prawda? I tak ja, wielka intelektualistka, fanatyczka queer theory, powoli staję się fanką prostego przekazu i mówienia do ludzi ich językiem. Oraz zaczynam troszkę wierzyć, że niekoniecznie wszyscy mają złe zamiary i prowadzą swoje małe wojenki. Ale może jeszcze mi przejdzie.

niedziela, 10 października 2010

Ostateczne odliczanie - relacja na żywo

Dziś dobiega końca głosowanie w konkursie SAS. Na początek ważny komunikat: o godzinie 24 tablica zostanie wyczyszczona. Potem wszystkie głosy zostaną jeszcze raz zweryfikowane. Ostateczne wyniki poznamy w przeciągu ośmiu dni. Kiedy dokładnie, dowiemy się niedługo.

Relację na żywo z ostatnich godzin głosowania możecie prześledzić również tu.

14:49 Póki co jest spokojnie. W ostatnich godzinach wspierają nas między innymi Homiki.pl, Roznicawieku.pl i Tomasz Raczek.
 
18:16 Trochę się denerwujemy, a wy? Na szczęście mamy się do kogo przytulić, bo po raz kolejny wspiera nas bear news pl.
18:26 Tablica SAS pokazuje 70 240. Czy ktoś obstawiał taki wynik? Przy okazji - mamy pierwszy komentarz, że można głosować raz za razem. No można, ale niestety liczy się tylko pierwszy głos z danego IP. Oszczędzamy paluszki, ćwiczymy nóżki. Dziś zabawa. Szczególnie że w końcu przyszły jakieś kobiety:
19:00 Powoli zbieramy się do Amsterdamu, gdzie weźmiemy się za ostateczne odliczanie. Tymczasem uaktywnił się nasz Absik, który załatwił nam to:
19:54 I już w Amsterdamie. Zgadnijcie, jaka piosenka nas przywitała? Tak, ta...


Też uważamy, że to straszne. Klimat z kolonijnych dyskotek.

20:19 Zbierają się pierwsi psychofani. Jest Xys, Junior i Przemo z Dagą. Są kwiaty, portrety, szampan się mrozi. Przemo pyta, czy czujecie tę atmosferę...

20:53 Przyszła Furja, reprezentacja Homików, Abiekt, Joey, Graża... W sumie około 20 osób. Furja: "Atmosfera jest gorąca. Gdybym kiedykolwiek oglądała jakikolwiek mecz piłki nożnej, powiedziałabym, że panuje tu atmosfera jak w finale mistrzostw wszechświata". Najczęściej powtarzające się słowa: "Już wygraliśmy".

21:26 I komentarz naczelnej malkontentki Abiektówny: "Impreza z botem, tak w skrócie póki co się czuję, co nie znaczy, że jest źle - intryguje mnie energia, którą ten konkurs wyzwolił, zarówno ta pozytywna, jak i negatywna. Jako zblazowana i przeintelektualizowana bywalczyni darkroomów jestem przerażony ilością kobiet wokół mnie, na szczęście męski B. nad moim ramieniem stoi. Będzie dobrze - wygraliśmy już dawno, a raczej dziewczyny wygrały... Może kiedyś wszyscy wygramy pewną cholerną ustawą normalność. Jesteśmy kroczek bliżej".

21:55 Co zrobić z tą energią wokół konkursu (pozytywną, nie negatywną z komentarza Abiektówny)? Junior: "Ja bym skanalizował". Joey: "Założyć stowarzyszenie 'Heteroseksualiści wspierają dążenia homoseksualistów'", Graża: "Happening dla 10 tysięcy osób", Xys: "Zbudujmy rakietę i wyślijmy wszystkich w kosmos".

22:13 Niecałe dwie godziny do końca. Facebook pływa. Parę dni temu pisałam o twórczości wszelakiej, jaka się rozwinęła wokół konkursu. Co o niej sądzi Michał z Homików? "Jest to piękne. Powinno to zostać wyróżnione. Zachęta już się bije z CSW o wszystkie dzieła. Chciałbym, żeby trafiły do Nowych Sukiennic. Jest to godne miejsce dla tego typu twórczości". Jedna z dotąd nieprezentowanych prac:
23:33 No macie, padła nam sieć w Amsterdamie. Nadajemy z domu. Zostało pół godziny. 71 192 głosy. Szaleństwo!

23:37 Na osłodę za godzinne milczenie fotki z dzisiejszego wieczoru. 
 
fot. Gryna

23:49 Psychofanki psychofanują u nas w domu. Joey: "Pozwól mi popsychofanić!". Przeżyjmy to jeszcze raz. A w poniedziałek Most Świętokrzyski będzie oświetlony na różowo.

23:55 Nadal przybywają głosy. 71 238. Kończy mi się inwencja. Graża: "Ja już tylko odświeżam i patrzę. Wy odliczajcie". 

23:57 Mamy propozycję przygrywek na szkockich dudach podczas wesela. Na punkowo!

23:59 Joey odkrywczo: "Gdyby było jeszcze trochę czasu, to dałoby się jeszcze trochę głosów zyskać. Ale jest już za późno".

24:00 Ostatnia liczba dostrzeżona na tablicy: 71 245. A teraz jest tak:
Dziękujemy za wsparcie. Grupowo, na indywidualne podziękowania jeszcze przyjdzie czas. I czekamy na oficjalne ogłoszenie wyników. 

PS Joey wyłączyła laptopa. Pierwszy raz od miesiąca.

sobota, 9 października 2010

Przemyślenia okołokonkursowe

Doigrałyśmy się - Facebook zablokował dziś stronę "Gosia & Ewa in the Air". Nie do końca wiemy, dlaczego, najprawdopodobniej została uznana za stronę reklamową SAS-u (a założona była jako strona społecznościowa, więc bez reklamowego przekazu). Dobra wiadomość jest taka, że jej nie skasował, więc jest szansa na przywrócenie. Szkoda by było, gdybyśmy dostały bana na stałe, bo udało się zgromadzić na niej ponad 10 tysięcy osób i dobrze by było nie zmarnować tego potencjału. Bo, mimo iż docierają do mnie krytyczne głosy na temat niektórych aspektów konkursu, to jednak uważam, że plusy tej akcji zdecydowanie przebijają minusy.

Przede wszystkim udało się wykorzystać może nie nowy, ale zdecydowanie słabo dotychczas widoczny, sposób informowania o naszych potrzebach. Taki bardzo zwykły, bardzo ludzki, bardzo zrozumiały - nie tylko dla osób LGBTQetcetera, ale również dla ludzi, którzy na co dzień nie tyle są nam nieprzychylni, co nie interesują się naszymi sprawami. I, co ważniejsze, dzięki mainstreamowym mediom (których nadal nie kocham, ale na które niestety nie mogę się obrazić) udało się do tych ludzi dotrzeć. I ich zaangażować. Tak, wiem, że dla większości z nich wsparcie nas może być pierwszym i ostatnim działaniem w kierunku wsparcia praw osób nieheteroseksualnych, ale z drugiej strony mogę też mieć nadzieję, że przynajmniej część z nich, gdy będzie miała okazję jeszcze coś zrobić w tym kierunku, po prostu to zrobi. Podpisze petycję. Utnie homofobiczne odzywki ze strony znajomych. Nie zagłosuje na homofobicznego polityka. Życzliwie przyjmie kolegę czy koleżankę albo kogoś ze swojej rodziny, gdy się przed nim lub nią wyoutuje. Mało? Jak dla mnie - bardzo dużo. Bo społeczeństwo to nie są "wszyscy Polacy", tylko zbiór pojedynczych osób, z których każda jest inna i do każdej dociera się trochę inaczej. Tym razem udało się dotrzeć do więcej niż jednej, a zaangażować więcej niż 10 tysięcy.

Oczywiście skłamałabym, gdybym napisała, że to zasługa Gosi i moja. Nie, to zasługa dziesiątek, a może i setek osób, które, oprócz tego, że zagłosowały na nas, starały się zainteresować sprawą jak najwięcej osób. Pisały maile, komentarze i teksty. Przygotowywały i rozdawały ulotki. Stały się dla nas grupą wsparcia i komitetem wyborczym w jednym. A najpiękniejsze jest to, że są to nie tylko osoby dotychczas znane z działania na rzecz równych praw (dziennikarze i dziennikarki, blogerzy i blogerki, działacze i działaczki), ale też ludzie, którzy po raz pierwszy zaangażowali się w tak dużą akcję lub w ogóle po raz pierwszy w jakąkolwiek. Myślę, że to rzecz warta analizy, bo przecież nie od dziś się zastanawiamy, jak zaktywizować większą liczbę ludzi, aby walczyli o swoje. Może właśnie tak? Pozytywnie, bez zadęcia, bez komplikacji, bez używania trudnych słów, bez martyrologii, ale z drugiej strony też bez udawania, że nie walczymy o to, o co walczymy. Szczerze. Bez kluczenia, że chodzi tylko o odwiedziny w szpitalu i dziedziczenie, bo przecież chodzi po prostu o równe prawa. Pod każdym względem i bez wyjątku.

Inna rzecz, że być może udało się przyciągnąć tylu ludzi, bo dotychczas niewiele osób kojarzyło Gosię i mnie. Czyli dla osób, które nie siedzą w naszych mediach, nie interesują się działaniami organizacji, jesteśmy kimś spoza środowiska działaczy. A w każdym razie nie jesteśmy Robertem Biedroniem (absolutnie niczego mu nie ujmując), więc nie zdążyłyśmy jeszcze dorobić się żadnej etykiety, które do naszych celebrytów i celebrytek doklejone są na stałe i na pewno nie ułatwiają im robienia tego, co robią. I to też jest chyba jakaś wskazówka - że warto stawiać na nowych ludzi (a nawet nie do końca nowych, po prostu nieopatrzonych w mediach). Pokazywać, że kwestia związków nie jest jedynie wymysłem działaczy, ale realną potrzebą setek tysięcy ludzi. W końcu w konkursie największą reprezentację mają Polacy i Polki. Warto o tym pamiętać i o tym mówić.

Na koniec jeszcze mała uwaga do tych wszystkich głosów krytycznych, które się pojawiają. Mam wrażenie, że wiele osób nie widzi jednej bardzo istotnej rzeczy. Poza tą całą, dla mnie o niebo istotniejszą, otoczką ideologiczną, to jest również konkurs. A każdy konkurs ma swoją dynamikę i w pewnym momencie musi być eskalacja emocji. I jest. Stąd wiele czasami pochopnych wypowiedzi czy zbyt emocjonalnych działań. Bo jasne, że szum wokół związków, który udało się zrobić, to rzecz fantastyczna i wielka wygrana, ale ludzie chcą też jakiegoś potwierdzenia tej wygranej, poczucia, że udało się coś zrobić tu i teraz. Małego, ale namacalnego dowodu, że ich działania mają sens. Znamy? Znamy! Nie od dziś w końcu frustrujemy się, że w kwestii związków może i dzieje się wiele, ale w prawie nie zmienia się nic.

A na deser zapraszam do oglądania reportażu o nas w Uwadze (o tu) i do poczytania i obejrzenia, o czym tam z Uwagowiczami czatowałyśmy (o tu).

środa, 6 października 2010

Chroń mnie panie od przyjaciół...

Ha, do 10 października miało być tylko o konkursie, ale to po prostu muszę skomentować. Dominika Wielowieyska popełniła dla "Gazety Wyborczej" kolejny z założenia prohomoseksualny tekst (z wcześniejszym, o adopcji dzieci przez osoby nieheteroseksualne, rozprawił się portal W stronę kobiet tu). Tym razem jest trochę lepiej, bo pani Dominika rozprawia się z Radziszewską i tłumaczy, że dla niej, jako katoliczki, postawa Radzi jest niezrozumiała, bo przecież homoseksualizm jest stary jak świat, tradycyjne rodziny przez niego nie wyginęły, a poza tym to, że ktoś urodził się taki a nie inny, to nie powód, by skazywać go na życie na marginesie wspólnoty religijnej. Argumentacja jak argumentacja, mogę się z nią nie zgadzać, ale czepiać się nie będę, przynajmniej nie tych fragmentów. Kłopot w tym, że w tym samym tekście znalazło się kilka kwiatków, które są po prostu homofobiczne (choć pewnie w intencji autorki wcale nie miały takie być).

U nas parady są demonstracją walki o prawa socjalne homoseksualistów, a nie promowaniem swoich seksualnych preferencji. Ale rzeczywiście część środowisk gejowskich lubi szokować swoją seksualnością. Atakują też Kościół i etykę chrześcijańską w sposób mało wyrafinowany, bo są fanami wolnej miłości bez zobowiązań. (...)

Tyle tylko, że taka postawa jest promowana także przez heteroseksualistów, a więc ten styl życia nie jest wyróżnikiem jedynie gejów i lesbijek. Heteroseksualiści rozwodzą się, porzucają żony i mężów, dzieci, nie płacą alimentów albo nie dopuszczają dawnych małżonków czy partnerów do opieki nad dziećmi. A mimo to zdaje się, że dla Kościoła bardziej gorszącym zjawiskiem jest to, że dwie kobiety się kochają i razem żyją. Mimo że nie rozbierają się na paradach, nie głoszą, że związki heteroseksualne są z założenia złe, a rodzina to przeżytek. Ba, same tworzą coś w rodzaju rodziny. Ale mimo to są godne potępienia. (całość tu)

Jakoś nie mam wrażenia, że bycie fanami wolnej miłości koniecznie wiąże się z atakowaniem Kościoła. No chyba że sam fakt bycia kimś takim już jest owym atakiem. Szkoda jednak, że autorce nie przyszło do głowy, że wiele (jak nie większość) takich osób ma do Kościoła stosunek kompletnie obojętny i nie żyje tak, jak żyje, aby zrobić komukolwiek na złość.

Gwoli sprawiedliwości muszę dodać, że Wielowieyska pisze również, że nie chce narzucać swojego modelu życia tym, którzy dzieci nie chcą mieć, a stały związek ich nie interesuje. Kłopot jednak w tym, że dla niej dwie kobiety lub mężczyźni, nawet żyjący tak prawie po chrześcijańsku, bo monogamicznie, nadal nie są rodziną, a jedynie czymś w jej rodzaju. I można się nad nimi z chrześcijańską troską pochylić i wesprzeć, ale uznać za równy swojemu już nie. Bo my jesteśmy w najlepszym przypadku niczym rozwodnicy (tytuł tekstu Wielowieyskiej to "Rozwodnik lepszy niż gej?") - grzeszymy, ale to nie powód, by wywalać nas z pracy. A w gorszym przypadku? Cóż, promujemy swoją seksualność i atakujemy Kościół. Ciekawa jestem, czy deklaracja z końcówki tekstu pani Dominiki, że broniłaby nauczyciela, gdyby zwolniono go ze szkoły tylko dlatego, że jest gejem lub rozwodnikiem, dotyczy również fanów wolnej miłości. Nawet jeżeli przy okazji są fanami przedmiotu, którego uczą, i świetnymi fachowcami.

poniedziałek, 4 października 2010

Fan art

Straciłam nadzieję i wy też już jej nie miejcie. Do 10 października o niczym oprócz konkursu pisać nie będę. A potem pójdę spać! W najśmielszych marzeniach nie przypuszczałam, że to wszystko się tak rozkręci. Już nie tylko lodówkę boję się otworzyć - to samo mam z windami, szafkami, pokojami w pracy, a kukurydzę kupuję w słoikach, żeby mieć pewność, że nas tam nie ma. Mam nadzieję, że jak już będzie po wielkim finale, to znajdę czas, by to wszystko podsumować, bo jak dla mnie cała ta akcja nadaje się do zgłoszenia do jakiegoś konkursu na najlepszą kampanię zrealizowaną przy zerowym budżecie. Choć nie wiem do końca, kto miałby ewentualne wyróżnienie odebrać, bo zaangażowana jest taka liczba osób, że gdybym miała im tylko osobiście (twarzą w twarz) podziękować, to zajęłoby mi to czas do końca przyszłego roku. A należy się im znacznie więcej niż zwykłe "dziękuję".

Dziś jedna z twarzy kampanii, czyli fan art. A dokładnie wybór z plakatów i rysunków zachęcających do głosowania, które pojawiły się na naszej stronie na Facebooku.
Chyba pierwszy przejaw fan artu w konkursie. Prosto spod krzyża, więc historyczny. 
Autorka: Zosia z Kobiety Kobietom.
 Dzieło Abramasi - klasyka, ale jaka piękna!
 Autor: Michał z Homików. No z takim wsparciem trudno być złej myśli.
Autorka: Graża. Honda już oddała swój głos.
 Oczywiście Xys. Nawet podobne jesteśmy!
 Znowu Xys. Dla mnie - świetne!

I na koniec coś z innej bajki, czyli przygotowania do akcji ulotkowej na Uniwersytecie Gdańskim. Pomysł i wykonanie: Lingwistka. Ukłony!
Ciąg dalszy na pewno nastąpi, bo to tylko kilka z wielu obrazków. I jedna z wielu twarzy kampanii. A jutro oglądajcie TVP2 o 9.15. I nie otwierajcie lodówki!

niedziela, 3 października 2010

Coming out i inne, czyli dorwałam się do bloga!

Jako że wysłałam Ewę na urlop zdrowotny i grożąc różnorakimi bliżej niesprecyzowanymi konsekwencjami zabroniłam wchodzenia do sieci, niniejszym przejmuję bloga:). Nie martwcie się - to chwilowe.

Korzystając z okazji, chciałam uspokoić wszystkich, którzy czekają na kolejne rozdziały "Znaku smoka". Niebawem się pojawią. Wstrętne choróbsko, które objawiało się między innymi gorączką, nie pozwoliło mi sklecić żadnego przyzwoitego zdania. Tak, wiem, niektórzy twierdzą, że i bez gorączki mi to nie wychodzi, ale nie wierzcie im.

Pod wpływem rozmów na wczorajszym spotkaniu z sympatyczną parą lesbijek, naszła mnie refleksja na temat coming outów. Czy ważniejsze są te spektakularne, medialne, czy te małe wśród najbliższych, sąsiadów i w pracy? Te wewnętrzne pokazują rodzinie, znajomym, sąsiadom, współpracownikom, że nie jesteśmy wielbłądami z zielonymi różkami, a zwyczajnymi ludźmi. Być może, któryś z nich w trakcie dyskusji stwierdzi: Ale ja znam parę lesbijek, gejów i są zupełnie zwyczajni. I mamy już marketing szeptany, który podobno jest bardziej skuteczny niż wielka kampania reklamowa.

Medialny zaś, szczególnie znanych i lubianych osób, ma to do siebie, że skoro podziwialiśmy i darzyliśmy sympatią kogoś wcześniej, zanim wiedzieliśmy o jego psychoorientacji, pomaga zrozumieć, że te "szaraczki" z sąsiedztwa, w rodzinie czy w pracy nie są wcale tacy złe jak ją malują. Przecież są takie jak nasz idol.
Wniosek: każde, nawet najmniejsze wyjście z szafy jest na wagę złota. Tym bardziej że nie wszyscy z nas mogą pozwolić sobie na luksus pełnego coming outu. W naszym pięknym kraju nad Wisłą nadal grozi to, w lepszym przypadku, ostracyzmem społecznym, szczególnie w małych miejscowościach, w gorszych zwolnieniem z pracy, a w najgorszych napastowaniem słownym i fizycznym.

Mam nadzieję, że pozytywny klimat, jaki wytworzył się wokół naszego udziału w konkursie skandynawskich linii lotniczych, oraz akcja Miłość nie wyklucza w większym niż mniejszym stopniu pozwolą nam wszystkim żyć, niezależnie od miejsca, zgodnie z własną naturą. Czego wam i sobie życzę:)