sobota, 27 listopada 2010

Queer UW jak parada

Artykuł w "Gazecie Stołecznej", spory materiał w TVN Warszawa, w sieci kilka mocnych tytułów w rodzaju "Protesty przeciw pierwszej organizacji studentów-gejów" czy "Demonstracja przeciwko promowaniu dewiacji na Uniwersytecie Warszawskim", a wszystko to za sprawą kilku smutnych panów, którzy postali sobie z tabliczkami z niezbyt mądrymi hasłami przed bramą Uniwersytetu Warszawskiego:


Panowie na co dzień związani są z grupą Krucjata - Młodzi w Życiu Publicznym, ale na okoliczność tego spotkania określili się mianem Studenckiego Komitetu Przeciwko Homoseksualnej Propagandzie na UW. O co im poszło? Ano o nową organizację studencką, a w zasadzie koło naukowe Queer UW, które wczoraj miało swoje spotkanie organizacyjne i które nie wiedzieć czemu zostało uznane za jakąś szczególnie wywrotową czy przełomową inicjatywę. Rzeczywiście próżno u nas szukać formalnie zarejestrowanych stowarzyszeń studenckich skupiających osoby nieheteroseksualne, choć na Politechnice Warszawskiej działa choćby nieformalne PWGay, ale kół naukowych trochę już mamy - ot, na Uniwersytecie Gdańskim od lat działa Koło Naukowe Gender Studies UG. Tak, wiem, że queer to nie gender, ale nie sądzę, by wiedzieli to smutni panowie z Krucjaty, dla nich to wszystko pseudonauka zajmująca się wmawianiem chłopcom, że mogą zostać dziewczynkami, i na odwrót.

Wracając do samego Queer UW, to zdaje się że mogą być wdzięczni panom protestantom za reklamę, bo smutna prawda jest taka, że koła naukowe, jakkolwiek nierzadko fajne i cenne, zazwyczaj mają nikłą moc oddziaływania na otoczenie. Tu może być inaczej, bo już na starcie inicjatywa zyskała niezły rozgłos. I mam nadzieję, że choć jej pomysłodawcy mówią głównie o działalności naukowej, przyciągnie też studentów i studentki, którzy po prostu ze względu na swoją nieheteroseksualność będą zainteresowani włączeniem się w jego działalność. W końcu to chyba właśnie w czasie studiów osoby LGBTQetcetera najczęściej dokonują najpoważniejszych coming outów i spotkanie na uczelni innych osób w podobnej sytuacji na pewno niejednej i niejednemu ułatwiłoby adaptację w nowym środowisku. A jako że założyciele koła nie odżegnują się od działań w środowisku swoich kolegów i koleżanek i podkreślają, że zakres działań zależy od samych zainteresowanych, tak więc może ich organizacja kiedyś przerodzi się w stowarzyszenie studenckie z prawdziwego zdarzenia. Czego oczywiście serdecznie im życzę.

Co mnie w tej sprawie zastanawia, to zainteresowanie mediów całą tą sytuacją. I szczerze mówiąc, nie wiem, jak je interpretować, na plus czy na minus. Rozumiem, że wszelkie protesty to wdzięczny temat (co widać w relacjach z parad czy marszów, gdzie nawet gdy protestujących jest wielokrotnie mniej niż maszerujących, media muszą podkreślić ich obecność), z drugiej strony ileż jeszcze materiałów można budować na opozycjach. Pod tym względem reportaż w TVN Warszawa jest naprawdę żałosny, bo jako tło wypowiedzi studentów i studentek z Queer UW i ich oponentów cały czas oglądamy co bardziej soczyste obrazki z tegorocznego EuroPride w Warszawie. Aż chce się zapytać, dlaczego w momencie gdy wypowiadają się oponenci, nie możemy popatrzeć na ich protesty choćby przeciwko tegorocznemu marszowi w Poznaniu. No, niestety wiadomo, dlaczego - bo to nie jest pierwsze skojarzenie, które przyszło montującemu materiał do głowy. A właściwie dobrze, że nie jest, szkoda tylko, że podobnie obiektywny nie potrafił być w stosunku do Queer UW.

Wniosek? Parady to zło. Dobra, żartuję. Ten materiał moim zdaniem pokazuje, jak bardzo takie inicjatywy jak Queer UW (i wszelkie podobne) są potrzebne. Bo widać, jaką trudność sprawiło jego twórcy zrobienie reportażu o organizacji naukowej, która wprawdzie od parad się nie odżegnuje, ale też przede wszystkim jest zainteresowana robieniem badań czy konferencji i to o tym chce mówić. Że w świadomości tego dziennikarza (i wielu innych osób) nadal jesteśmy dość jednolitą masą o podobnych zainteresowaniach, poglądach i potrzebach. I przez jakiś czas jeszcze tak będzie, ale myślę, że im więcej różnorodnych, widocznych akcji będziemy robić, tym rzadziej będziemy oglądać obrazki z parad w kontekstach wszelkich. W końcu przy okazji moich z Gosią różnorakich wystąpień medialnych w ramach konkursu "Love is in the Air" jakoś nikomu nie przyszło do głowy ilustrować ich zdjęciami z EuroPride (gdzieś za to były dwie stewardesy). Tak że da się. I, paradoksalnie, myślę, że mimo wszystko dobrze, że powstał ten niezbyt mądry materiał o Queer UW. Bo może następnym razem TVN Warszawa wybierze się na konferencję zorganizowaną przez to koło i zobaczy, że nie musi szukać dodatkowych materiałów ilustracyjnych. Że może być różnie. I nadal jest ciekawie.

Coś pozytywnego

W komentarzach pod poprzednim postem dano mi delikatnie do zrozumienia, że ostatnio smęcę, tak że dziś coś wesołego, ale też w temacie. Otóż, jako że na tym blogu programowo promuje się i dowartościowuje wyłącznie jeden typ kobiecości, nie mogę w końcu nie wrzucić ideału, do którego dążą wszystkie prawdziwe lesbijki, czyli kogoś w typie kanadyjskiego drwala. Przed wami lesbijska piosenkarka folkowa Susan Walker i jej wielki hit "Shut Up and Fuck Me!":



Na wypadek, gdyby ktoś nie wiedział, za Susan stoi Liam Kyle Sullivan, amerykański komik, aktor i reżyser, który zyskał sławę dzięki You Tube (jego kanał tu, klip, od którego wszystko się zaczęło, tu). Teraz ma na koncie występy między innymi z takimi gwiazdami komedii jak Margaret Cho (którą pokazywałam tu), Amanda Palmer, Dave Navarro czy Lisa Nov, kilka płyt CD i DVD oraz People's Choice Award.

Skąd się wzięła Susan Walker? Tu opowiada swoją historię. Polecam zwłaszcza piosenkę śpiewaną przez wokalistę, która zainspirowała Susan, czyli Pinky Stardust (femka, żeby nie było, że dyskryminuję):



Tyle optymizmu na dziś. A ja idę dopisać do listy rzeczy do spakowania kowbojski kapelusz i koszulę. Kto wie, może uda nam się wyskoczyć w Stanach do klubu dla prawdziwych kowbojek.

środa, 24 listopada 2010

Karty zostały rozdane

Może to pogoda, może stres przed podróżą, ale jakoś nieszczególnie mnie ekscytuje informacja, że mamy pierwszego otwartego geja na stanowisku publicznym. A już hasła w rodzaju "polski Milk" wręcz mnie irytują. Nie dlatego, że uważam wybór Krystiana Legierskiego za nietrafiony (choć nie raz, nie dwa zdarzało mi się z Krystianem nie zgadać). Po prostu te wybory samorządowe po raz enty pokazały, że to nie my rozdajemy karty, tylko politycy, a konkretnie duże partie. Bo tak naprawdę swojego pierwszego radnego czy pierwszą radną (a nawet posła czy posłankę) mogliśmy mieć już dobre parę lat temu. Nie po raz pierwszy osoby nieheteroseksualne kandydowały w wyborach, choć w tym roku wybór był rzeczywiście pod tym względem większy niż wcześniej. Po raz pierwszy za to "nasz" kandydat dostał jedynkę na liście, i to w dobrym okręgu. Oczywiście zdarza się, że i jedynki nie wchodzą, rzadko natomiast, i to właściwie jedynie w przypadku naprawdę znanych nazwisk, zdarza się, że wejdzie ktoś z dalszego miejsca na liście. Nie twierdzę, że cała tajemnica sukcesu Krystiana tkwi w owej jedynce, kto wie, może poradziłby sobie i w mniej korzystnej sytuacji (jakby nie patrzeć pod względem popularności przebił w ostatnich latach pozostałych kandydatów i kandydatki spod znaku LGBTQetcetera), ale fakt faktem, że on jeden był tak wysoko i on jeden wszedł. Oczywiście to miłe, że SLD dało mu (i kilku innym Zielonym) tę okazję, pytanie jednak brzmi, dlaczego dopiero teraz. I moim zdaniem odpowiedź jest taka, że u nas, nawet w dużych miastach, nasi tak zwani reprezentanci (politycy) są znacznie bardziej zachowawczy niż ci, których reprezentują. Bo nie wierzę, by Krystian zebrał głosy jedynie osób nieheteroseksualnych. Przeciwnie, uważam, że całkiem sporo z nich na niego nie zagłosowało, choć miały taką możliwość. Czyli te 5279 głosów (to drugi wynik kandydata z list SLD w Warszawie) zrobiło owo społeczeństwo, któremu politycy tak strasznie boją się narazić i które jest tak strasznie zamknięte i nietolerancyjne. Tak, wiem, że mieszkańcy dużych miast są statystycznie bardziej akceptujący niż Polacy w ogóle. Nie zmienia to faktu, że nieczęsto mają okazję to pokazać.

A czemu mnie irytują porównania do Milka? Po części już to napisałam - bo to nie te czasy i nie tej miary sukces po prostu. Zresztą Krystian mówi o tym w dzisiejszym wywiadzie dla "Gazety Wyborczej":

Polska dziś i USA w latach 70. to nie są przekładalne sytuacje. Owszem, Polska wlecze się w ogonie krajów, które kilkadziesiąt lat temu dokonały postępu. Jednak Milk był wybrany w czasach, kiedy homoseksualizm był uznawany za chorobę, w wielu krajach był karalny. My w Polsce siłujemy się z wyważaniem otwartych gdzie indziej drzwi - małżeństwa homoseksualistów, kwestie związane z akceptacją. Zachód już dawno to przerobił. Staramy się powielać te wzorce, natomiast Harvey Milk te wzorce ustanawiał. Fala uprzedzeń, z którą on się musiał zmagać, jest nieporównywalna z tym, z czym my mamy do czynienia.

No właśnie. Milk zrobił wiele niesamowitych rzeczy, a między innymi to, co nam się nadal, choć żyjemy w znacznie bardziej sprzyjających odmieńcom czasach, nie udaje. Wyciągnął ludzi z klubów na ulice. Pokazał, jak ważne jest zaangażowanie w walkę o swoje prawa. Polski Milk to ów mityczny i nadal nieujawniony charyzmatyczny lider, ikona, ktoś, kto nie tylko pchnie sprawę do przodu, ale też przede wszystkim będzie w stanie przekonać do niej innych, tych, którzy się angażować po prostu nie chcą. Oczywiście nie jest powiedziane, że ktoś taki musi się w Polsce pojawić (kto tam zresztą wie, może i się pojawił, ale już go zjedliśmy). Bo nadal może być też tak, jak jest, z wojnami torebkowymi, wzajemnym podgryzaniem, wybieraniem (lub nie) stron i nieskoordynowanymi ze sobą akcjami. I w końcu i tak się uda coś zmienić, napisać ostateczną wersję tej nieszczęsnej ustawy (pokłóciwszy się o nią tysiąckrotnie, nie, nie ze "społeczeństwem", ze sobą nawzajem), poddać pod głosowanie raz i drugi, i w końcu może nawet ją mieć. Pytanie brzmi, kto tak naprawdę o tym zadecyduje. My czy ci, którzy rozdają karty. I decydują, kto zostanie jednym z nich. Drugie pytanie - co zrobić, aby jednak mieć większy wpływ na decydentów.

Ale może ja tylko marudzę, bo stres i zimno. Więc na koniec coś cieplejszego. Cieszy mnie, że SLD postawiło nie tylko na Krystiana, ale i na Alicję Tysiąc, którą podziwiam za niezłomność w walce o swoje prawa, na przekór temu wszystkiemu, co się wokół niej działo. I kiedy myślę sobie o niej i o Krystianie zasiadających w Radzie Miasta, to mimo wszystko jestem w stanie stwierdzić, że mamy jakiś przełom.

poniedziałek, 22 listopada 2010

Między autohomofobią a krytyką poglądów

Na początek dwa cytaty:

"Zinternalizowana homofobia" to wytrych służący do... zamykania ust osobom, które mają inne zdanie. (forumowicz Homiki.pl)

Termin "uwewnętrzniona homofobia" uważam za niepoważny i pusty. Jak dla mnie służy on tylko i włącznie do zamykania ust tym, co nie płyną z prądem. (Magda pod moim postem Prasówka)

Zanim przejdę do rzeczy, coś oczywistego (przynajmniej dla mnie): homofobia zinterioryzowana istnieje. A konkretnie istnieje zaburzenie określane również mianem homoseksualizmu egodystonicznego, objawiające się stanami depresyjnymi i niskim poziomem zadowolenia ze swojej orientacji psychoseksualnej, niechęcią do siebie i innych osób nieheteroseksualnych, ukrywaniem i tłumieniem swojej homoseksualności. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie o to zaburzenie autorowi i autorce powyższych cytatów chodzi, a o zespół zachowań i poglądów bynajmniej niewynikających z nienawiści do samych siebie. Tak że tyle psychologii, czas na dywagacje wokół innych, mniej oczywistych znaczeń spornego sformułowania.

Pamiętam, jak kilka lat temu wspólnie z wrocławską redakcją Homików przygotowałam żartobliwy quiz "Czy jesteś homofobem?" (uwewnętrznionym rzecz jasna). Był mocno nieprecyzyjny, wzbudził trochę kontrowersji (na Homikach i na forum Kobiety Kobietom), ale też, paradoksalnie, zmusił kilka osób do zastanowienia się nad tym, na ile uwewnętrzniają stereotypy na temat osób nieheteroseksualnych. I na ile niechęć do niektórych zachowań wynika u nich z tego, że przypisuje się je LGBTQetcetera, a na ile z tego, że w ogóle im nie odpowiadają, niezależnie od płci czy tożsamości obiektu niechęci. W tym ostatnim zdaniu zawiera się według mnie podstawowa różnica między homofobią uwewnętrznioną a wynikającym ze światopoglądu brakiem akceptacji dla pewnych postaw czy zachowań. Do tego trzeba jeszcze dodać skłonność do stereotypizowania, przypisywania określonych postaw grupom, nie jednostkom (np. słynne "jestem spoza środowiska, bo środowisko to...") i przepis na autohomofoba/autohomofobkę mniej więcej gotowy.

Mniej więcej, bo szukając przykładów na to, gdzie przebiega granica między krytyką pewnych postaw a autohomofobią, natrafiłam na kilka wypowiedzi spod znaku "nam wolno mniej, bo nie jesteśmy hetero" ("sprawa blokady i Biedronia zaszkodzi całemu środowisku", "aby dostać akceptację, muszę przekonać innych, że nie krzywdzę"). I z takimi stwierdzeniami, muszę przyznać, mam kłopot. Bo z jednej strony to jest stereotypizowanie (postrzeganie osób niehetero jako grupy, a nie jako odrębnych jednostek) oraz dążenie do samoograniczania li i jedynie ze względu na swoją orientację psychoseksualną. Z drugiej, jestem w stanie zrozumieć, że ktoś wyznaje zasadę pracy u podstaw na tyle mocno, że wszelkie mocniejsze wystąpienia (dość skrajny przykład to plakat Pomady) budzą w nim obawy jako potencjalnie szkodzące sprawie. I szczerze mówiąc, trudno jest mi podejrzewać takie osoby o zinternalizowaną homofobię - to może też być kwestia wiary w taką a nie inną strategię działania. Ale... No właśnie, "ale" być musi. Bo samoograniczanie to jedno, gorzej z ograniczaniem innych. Nawet w słusznej sprawie. Ograniczaniem, a nie krytykowaniem, bo to dwie różne rzeczy. Czyli że może mi się nie podobać, że Jacek Poniedziałek opowiada o swoich seksprzygodach z księdzem, ale z drugiej strony nie mogę zażądać, by przestał o nich opowiadać i zaczął udawać słodkiego chłopczyka, którym nie jest. Do tego dochodzi jeszcze jeden aspekt - emocjonalny odbiór tego typu opowieści, bo potrafię sobie wyobrazić, że dla niewyoutowanego geja, który właśnie szykuje się do powiedzenie o sobie swoim rodzicom, wyznania Poniedziałka mogą być ciosem. No bo co będzie, jeżeli jego rodzice pomyślą, że on też taki jest (nawet jeśli rzeczywiście jest)?

Pytanie brzmi, czy ci, którzy robią coś publicznie, mają obowiązek myślenia o tych wszystkich reakcjach niepublicznych osób LGBTQetcetera, które może owo robienie czegoś wywołać. Dla mnie akurat odpowiedź jest jasna - nie. Bo publicznie nie znaczy "w imieniu wszystkich". Bo każdy jest przede wszystkim jednostką i jako jednostka ma prawo do wyrażania siebie w taki sposób, jaki mu/jej najbardziej odpowiada. Bo to nie jego/jej orientacja psychoseksualna jest problemem, a homofobia społeczeństwa, które robi z niej problem. I które w jednostkach widzi reprezentantów i reprezentantki ogółu. Oczywiście są osoby publiczne, które kogoś tam poza sobą reprezentują (na przykład swoje organizacje), ale nie o nich w tej chwili mowa.

Jest jeszcze jedna postawa, która często jest uznawana za przejaw autohomofobii. To egocentryzm: ja nie odczuwam dyskryminacji i nie mam potrzeby posiadania równych praw (bo i tak sobie radzę), więc nie zamierzam się przejmować problemami innych i wspierać ich dążeń. Ostatnio wdałam się w dość długą dyskusję z przyjaciółką, która ową postawę prezentuje. Na pytanie, co by było, gdyby jej dziewczyna trafiła nieprzytomna do szpitala, odpowiedziała, że jakoś by się do niej dostała. Podatek spadkowy? No trudno, stać ją na to. A ci, których nie stać? No, niech walczą. I w sumie w porządku. Nie w porządku byłoby dopiero wtedy, gdyby nie widziała problemu i nie rozumiała, o co toczy się gra (znam i takie przypadki).

No dobrze, więc co z tą homofobią zinterioryzowaną? Czy stała się słowem-kluczem do zamykania ust oponentom i oponentkom? Czy, podobnie jak słowo queer, nabrała tylu znaczeń, że szary użytkownik tego słowa nie bardzo już wie, czego dotyczy? Niekoniecznie. Wydaje mi się, że opór wobec tego pojęcia (obok niezrozumienia jego istoty) wynika też z tego, że może być ono użyte (i jest używane) w sposób wykluczający. Bo w końcu są osoby, dla których na przykład promiskuityzm jest czymś z automatu złym, tak że z miejsca oceniają ludzi żyjących w wolnych związkach negatywnie. Jeżeli mają przy tym świadomość, że takie związki nie dotyczą wyłącznie osób nieheteroseksualnych i nie formułują sądów w rodzaju "geje są z natury rozwiąźli" tudzież "rozwiąźli geje szkodzą środowisku", to trudno mówić o autohomofobii. Ot, po prostu ktoś ma takie poglądy, a nie inne i ma do tego pełne prawo. Inny przykład - parady. Ktoś może ich nie lubić, bo uważa, że nie spełniają swojego zadania, nie pomagają walczyć z homofobią. Można się z tym poglądem spierać, ale nic autohomofobicznego w nim nie ma. Kiedy to coś się pojawi? Na przykład wtedy, gdy ktoś nie lubi, bo "jest przeciwny obnoszeniu się ze swoją seksualnością". Czyli uważa, że nam wolno mniej. Że za rękę to chłopak z dziewczyną mogą iść, ale dwie dziewczyny to już nie, bo się obnoszą.

Gdzie więc leży granica? Wydaje mi się, że tam, gdzie owi rozwiąźli, z piórkami w tyłkach, owe bardziej odstające od "normy" mają ukrywać swoje istnienie, bo "szkodzą" (mi osobiście i całemu środowisku w ogóle). Kiedy mamy czegoś nie robić nie dlatego, że to bez sensu, ale dlatego, że "nam wolno mniej".

sobota, 20 listopada 2010

Za dwa tygodnie lecimy!

Do wylotu z Polski zostały dwa tygodnie, czas więc na kolejny okołoślubny wpis. Dobra wiadomość jest taka, że jesteśmy bardziej gotowe niż niegotowe. Kilka spraw jest w trakcie, kilka (mniej istotnych) czeka na rozstrzygnięcie, ale najważniejsze rzeczy już są. Najważniejsze - czyli promesy. Przyszły przedwczoraj kurierem, a załatwienie pozwolenia na ich wydanie zajęło nam dwa dni. Z czym wiąże się, mimo że samą procedurę uważam za dość upokarzającą, całkiem sympatyczna historia. Otóż dzień po wypełnieniu wniosków w internecie Gosia zadzwoniła do ambasady, aby umówić nas na rozmowę z konsulem. Pani po drugiej stronie słuchawki zadała kilka standardowych pytań, a gdy Gosia powiedziała o celu podróży ("biorę ślub na pokładzie samolotu"), po drugiej stronie zapadła chwila ciszy, po której pani zapytała, kiedy chce się pojawić na rozmowie i czy sama, czy też z kimś. Na to Gosia, że ze mną i w ten sposób umówiła nam wizytę na dzień następny (przeciętnie czeka się ponoć dwa tygodnie). W konsulacie jak w konsulacie, najpierw kazali nam opróżnić kieszenie z metalowych przedmiotów i sprawdzili wykrywaczem metalu, czy coś nam tam jeszcze nie zostało, potem przyszedł moment na wstępną rejestrację - sprawdzenie, czy mamy wszystkie potrzebne dokumenty i pokazanie drogi do pierwszego okienka. I tu niespodzianka - pan, który nas rejestrował, przyjrzał się nam uważnie, uśmiechnął szeroko i... pogratulował wygranej w konkursie. W pierwszym okienku pani sprawdziła nasze internetowe wnioski (i naniosła kilka poprawek), pobrała odciski palców, wydała numerek i skierowała do sali przesłuchań. Rozmowa z konsulem była przesympatyczna, głównie pytał o zasady konkursu, ucieszył się, gdy się dowiedział, że była też edycja amerykańska i że dwóch chłopaków stamtąd przylatuje dla odmiany do Szwecji. "To coś jak wymiana zagraniczna" - stwierdził. I tyle, po strachu.

Druga ważna rzecz - nie śmiejcie się - to ślubne stroje. I tu, podobnie jak wielokrotnie w ciągu ostatnich miesięcy, dopisało nam szczęście, bo dziewczyny ze Ślubnej Wytwórni (może pamiętacie je z programu TVN Uwaga) namówiły projektanta mody Michała Starosta, aby zrobił coś specjalnie dla nas na tę okazję (za darmo!). A konkretnie namówiły go, żeby się z nami spotkał, bo Michał ponoć tak łatwo się nie zgadza i musi najpierw kogoś poznać, nim zdecyduje się go ubrać. Jak nas zobaczył, to wyglądał mniej więcej tak:
A potem, jak już mu opowiedziałyśmy o swoich marzeniach, zaprojektował dla nas coś naprawdę pięknego. Póki co widziałyśmy rysunki i dałyśmy się obmierzyć, a w poniedziałek zobaczymy (niby wybierzemy, ale myślę, że Michał już wybrał, więc my tylko pokiwamy z podziwem głowami) tkaniny.

Trzecia rzecz to sam ślub. Tu jest nieźle - obrączki wybrane, ślubna piosenka też (stanęło na "Piece of My Heart"), przysięgi się piszą. Druhny wybrane, ale żeby nie było tak do końca zwyczajnie, to będą to szwedzka feministka i francuska dziennikarka magazynu "Grazie". Na resztę wpływu za bardzo nie mamy, za gości porobią w większości dziennikarze (zdaje się, że będzie ich więcej niż zwykłych pasażerów i członków i członkiń załogi samolotu razem wziętych). A później? Dwie ślubne imprezy, jedna w Nowym Jorku, jedna w Los Angeles i mnóstwo atrakcji w międzyczasie. Najbardziej chyba cieszy mnie perspektywa wybrania się na Broadway i połażenia po Nowym Jorku. Oraz to, że wbrew pozorom będziemy miały sporo czasu dla siebie i całkiem duży wpływ na to, co i jak chcemy zwiedzać. No i to, że po oficjalnym "miesiącu" miodowym (6 dni) wcale nie musimy wracać do Polski - możemy zostać w Stanach, jak długo chcemy, a SAS i tak załatwi nam bilety powrotne. No i zostaniemy jeszcze przez kilka dni, a to dzięki Brendanowi Fayowi i Tomowi Moultonowi (słynni "geje z orędzia"), którzy zgodzili się przyjąć nas pod swój dach w Nowym Jorku.

Co więcej? W zeszłym tygodniu spędziłyśmy trochę czasu z Andersem i Christiną z SAS, którzy przylecieli do Polski, aby nas poznać. Christina to właśnie owa tajemnicza szwedzka feministka z akapitu powyżej (tak na marginesie - nie wierzcie w opowieści o szwedzkich feministkach!). Oboje są przesympatyczni, ciepli, otwarci i bardzo przejęci całą sytuacją. Oprowadziłyśmy ich po Warszawie (najczęściej padające pytanie: "To też zostało zburzone podczas wojny?!"), by skończyć w restauracji Pod Samsonem, gdzie po kilku lampkach wina pękły już wszelkie bariery. I tak ja gadałam z Christiną o feminizmie, a Gosia z Andersem o życiu, wszechświecie i alkoholach praktycznie do zamknięcia restauracji. A, gdzieś tam w międzyczasie wynegocjowałyśmy jeszcze nocleg w hotelu SAS w Kopenhadze, tak że wylatujemy już 4 grudnia (5 musimy być w Sztokholmie). Potem był jeszcze nocny spacer po Starówce i podziwianie między innymi tego:
oraz tłumu pod Pałacem Prezydenckim (goście z SAS pojawili się w Warszawie 10 listopada). Ogólne wrażenie - przemili i bardzo troskliwi ludzie. Aż się odechciewa kpić ze szwecjalizmu.

Co dalej? No, jutro (a właściwie już dziś) wieczór panieński. A później pokażemy się jeszcze w mediach, choć tak naprawdę intensywnie będzie dopiero po ślubie (ale być może jeszcze przed naszym powrotem ze Stanów). Mam też nadzieję, że będzie czas i możliwości, by w miarę na żywo relacjonować naszą podróż na blogu. Zobaczymy.

A tymczasem trzeba iść spać, bo o 13 spotykamy się pod bramą Uniwersytetu Warszawskiego, aby pomanifestować za ustawą o związkach partnerskich. Oraz by uczcić Dzień Pamięci Osób Transpłciowych. Kto może, niech przybywa! Szczegóły tu.

środa, 17 listopada 2010

To straszne słowo na "a"

Pod moim wywiadem z Anią Grodzką trwa dyskusja. Oprócz wynikających z niewiedzy tekstów o tym, że transseksualizm jest wymysłem, fanaberią, że wystarczy wziąć magiczną pigułkę i wszystko będzie w porządku, pojawiły się też głosy osób oburzonych tym, że Ania wprost mówi, że tolerancja to za mało. Że wszystkim ludziom, którzy tym, kim są, nie krzywdzą innych, należy się szacunek i akceptacja. Co jest takiego strasznego w słowie "akceptacja", że tak wiele osób odmawia jej innym? Przecież "akceptować" znaczy jedynie "przyjmować do wiadomości, że ktoś jest inny niż ja i nie odmawiać mu prawa do samorealizacji, do walki o swoje". Nie oznacza przyjęcia czyichś poglądów, stylu życia, tożsamości (czy to w ogóle możliwe?). Ot, zwykłe "żyj i pozwól żyć innym". Kłopot chyba w tym, że niektórzy mają problem z odróżnieniem swojego od cudzego. I że wydaje im się, że wszystko, co im się nie podoba, bezpośrednio ich dotyka. Oczywiście wybiórczo, bo przecież jako wegetarianie nie będą protestować przeciw obecności schabowego w jadłospisie (choć być może będą zabiegać o większą liczbę dań wegetariańskich), a jako miłośnicy opery nie zażądają wycofania ze sklepów muzycznych płyt z heavy metalem (choć mogą zgłosić zapotrzebowanie na większą liczbę płyt z muzyką klasyczną). No ale już taka Anna, która chce, aby inni dali jej po prostu żyć i walczyć o to, by żyło się jej i innym osobom transgenderowym lepiej, przeszkadza, choć jej walka ma tyle z nimi wspólnego, co ów schabowy i owe płyty z heavy metalem.

Tak, wiem, owi oni, co się tak tej strasznej akceptacji boją, powiedzą, że to nieprawda. Że ona robi coś więcej, burzy ich świat, ich uporządkowaną rzeczywistość, w której wszystko jest albo czarne, albo białe, a jeżeli ośmiela się być szare, to niech lepiej schowa się tak głęboko, żeby oni nigdy się o tym nie dowiedzieli. A jak już się pojawi, to niech się zmieni i będzie takie jak oni. Uzasadnienie ich podejścia? No, tradycja, moralność, święte księgi, bo tak jest "od zawsze", bo to jest normalne, naturalne, tak zostało stworzone, bo ja taki/taka nie jestem. Kompletnie za to nie widzą wokół siebie dowodów na to, że wcale tak nie jest (może oprócz tego "taki/taka nie jestem", chociaż...). Że wszystko wzięło się z czegoś, że zawsze gdzieś jest jakiś początek, że ktoś te księgi napisał, normę upowszechnił (aby stała się normą), świnię ubił i zrobił z niej pierwszego schabowego. Że "od zawsze" nie istnieje. Że w świat wpisana jest zmiana i różnorodność, że to, co dziś uznawane jest za normalne, kiedyś zadziwiało, szokowało, a nawet odrzucało.

Zabawne jest, że w dobie globalnej wioski można nie widzieć, że świat to nie tylko ja i to, co moje, ale również miliardy innych "ja", zupełnie ode mnie różnych, które w ogromnej większości żyją poza mną i nic do mnie nie mają, ba, w przeważającej większości nie mają pojęcia o moim istnieniu. Jeszcze zabawniejsze, że gdy nagle taki inny się do świadomości niektórych przebije, ci z automatu widzą w nim zagrożenie. Bo nagle, choć jeszcze wczoraj o nim nie słyszeli, wiedzą o nim wszystko - jaki jest, jaki nie jest i jaki powinien być.

No dobrze, nic nowego tu nie piszę. Wszak traktowanie inności jako zagrożenia jest cechą społeczności komunitarnych, a do takich zaliczają się między innymi Polacy. Kultywujemy to, co wspólne, tępimy, a już w ostateczności tolerujemy (czyli znosimy z trudem) to, co indywidualne, co do owej mitycznej wspólnoty nie przystaje (tak, generalizuję, w następnych zdaniach też). A żeby nie czuć się z tym tak źle, wytyczamy sobie granice owej tolerancji (bo akceptacja to już w ogóle zło), często definiując je jako tolerowanie tego, co nie daje znać o swoim istnieniu. W czym jest zresztą spora dawka hipokryzji, bo przecież i tak wiemy, że ci inni istnieją, po prostu nie chcemy wiedzieć, że istnieją dokładnie w tym samym świecie co my.

Na koniec nie mogę nie dodać, że granice tolerancji/akceptacji są, a streszczają się w prostym i już przywołanym "nie robi nikomu krzywdy tym, że jest i realizuje się jako taka, a nie inna osoba". Nie w sensie że nie robi nic złego, ale że jego/jej istnienie i nieodłącznie z nim związane działania nie są złe. Ktoś powie, że zło jest pojęciem względnym. No pewnie jest, ale są formy samorealizacji, które da się dość jednoznacznie zaklasyfikować. Przykład - niedawny marsz narodowców, a konkretnie głoszone przez nich antysemickie, rasistowskie i homofobiczne hasła. I z drugiej strony - przykłady mowy nienawiści ze strony kontrdemonstrantów, za które przeprosiło wczoraj Porozumienie 11 listopada. Mówiąc wprost, nie ma tolerancji dla wrogów tolerancji. I tylko pozornie jest w tym stwierdzeniu sprzeczność.

poniedziałek, 15 listopada 2010

Wybory i Antifa

Jutro mamy Dzień Tolerancji. Choć nie lubię tego święta, nie tylko ze względu na moją niechęć do słowa "tolerancja", ale też dlatego, że jedynie przypomina, czego w naszym kraju brakuje, zamiast być okazją do świętowania tego, co powinno być normą, to popełniłam z tej okazji tekst do serwisu Supermózg.Gazeta.pl. A konkretnie jest to wywiad z Anią Grodzką, na początku którego Ania bardzo słusznie mówi, że takie dni przynajmniej dają pretekst do przypomnienia o grupach dyskryminowanych. Dalej jest między innymi o tym, dlaczego film "Trans-akcja" (moje wątpliwości co do niego wyraziłam tu) jest taki, a nie inny. Argumentację przyjmuję, wywiad, choć jest dość szkolny, polecam.

Już w niedzielę wybory samorządowe. Mniej więcej wiem, kogo skreślę na trzech karteluszkach (rada dzielnicy, miasta i prezydent) i w jednej książeczce (sejmik wojewódzki), właściwie mam kłopot jedynie z moją dzielnicą, która od niedawna jest moja, więc nie wiem do końca, co ją najbardziej boli i kto jest na te bolączki najlepszym lekarstwem. Lubię wybory samorządowe, bo nie muszę przy ich okazji patrzeć na przynależność partyjną kandydatek i kandydatów - ważniejsze jest to, co chcą zrobić (czasami - i już zrobili) dla miasta, w którym żyję. Oraz na ile są skłonni do współpracy z przedstawicielami i przedstawicielkami innych ugrupowań. Lubię je też dlatego, że w kampanii jest mało ideologii, a sporo konkretów, i to dla mnie zrozumiałych, bo dotyczących spraw mi bliskich. Czyli odpada problem "mniejszego zła", szczytnych haseł, konkursu piękności i ogólnego niedoinformowania.

No dobrze, czas więc się przyznać do moich tegorocznych sympatii. Na prezydentkę - Hanna Gronkiewicz-Waltz. Mimo że nie wszystkie jej działania mi się podobają, to bardzo chcę, aby kontynuowała te, które mi się podobają. Chcę dalszych remontów warszawskich ulic, drugiej nitki metra, mostu Północnego, zdecydowania, jakim wykazała się w sprawie KDT. Niechowania do szuflady projektów poprzedników (jak choćby Centrum Nauki Kopernik). Nietraktowania sprawowanej funkcji jako trampoliny do prezydentury Polski. Oczywiście jest mi przykro, że nie pojawiła się na EuroPride, ale szat z tego powodu rozdzierać nie będę. Zatwierdziła za to urząd pełnomocnika ds. dyskryminacji. I wspiera Kongres Kobiet. Nie, nie pokochałam nagle PO, ale jej prezydentura to tchnienie świeżego powietrza w porównaniu z rządami poprzedników. Zasługuje na kolejną szansę. Zresztą nie wiem, co by się musiało wydarzyć, żeby jej nie dostała. Z pozostałych kandydatów i kandydatek zaciekawiła mnie Katarzyna Munio, która chce odebrać Warszawę partiom i walczyć o prawa mniejszości. Kłopot w tym, że chce też, aby mieszkańcy Warszawy za pomocą żetonów kładzionych na biurkach urzędników decydowali, którzy z nich powinni być w danym roku zwolnieni. To nie żart, zerknijcie tu.

Co dalej? Do sejmiku wojewódzkiego Grzegorz Pietruczuk (SLD), do rady miasta Hanna Gill-Piątek (Zieloni) - oboje od edukacji i kultury. Szczęśliwie nie mam dylematu, czy popierać w tych wyborach osoby nieheteroseksualne, bo żadna (jawna) z mojego okręgu nie startuje. Dylematu dlatego, że z jednej strony chciałoby się zobaczyć kogoś nieukrywającego swojej tożsamości we władzach (choćby) miasta, z drugiej to w końcu nie orientacja, ale program wyborczy i kompetencje powinny być kluczowe we wszelkich wyborach. Nie, żebym uważała, że "nasi" kandydaci i kandydatka (Yga Kostrzewa, Witktor Dynarski, Krystian Legierski, Tomasz Szypuła, Bartłomiej Kozek) nie są kompetentni, ale czy są najlepsi z możliwych? Nie wiem. Ale może się przekonamy, jak się sprawdzą w działaniu. Czego oczywiście im życzę, niezależnie od osobistych sympatii czy antypatii. Gwoli kronikarskiego obowiązku dodaję, że w Lublinie homiczym kandydatem jest Tomasz Kitliński, w Jeleniej Górze Paweł Drewniak, w Łodzi Adam Jarecki, we Włocławku Marcin Matuszewski, w Szczecinie Daniel Michalski (więcej o homiczych kandydatach tu).

Tymczasem wokół czwartkowego protestu przeciw Marszowi Niepodległości narastają coraz gorsze emocje. Seweryn Blumsztajn, który zarówno rok temu, jak i w tym roku dopingował anarchistów i widział w nich dzielnych bojowników walki z faszyzmem, dziś na łamach "Gazety Stołecznej" ostrzega przed kolejnymi blokadami i radzi szukać innej drogi. Wojtek wyznaje, że wstydzi się swojego poparcia dla Antify, Eile pisze, że przecież wiadomo było, jak to się skończy. Z drugiej strony dowiadujemy się, że policja już nie tylko biła kontrdemonstrantów, ale wręcz ich torturowała. Mnożą się porównania policji do gestapo, do oskarżeń ochoczo dołączają się partie polityczne (wybory blisko?). Rozumiem emocje. Rozumiem wstrząs, jakim musiało być dla niektórych odczucie na własnej skórze, jak może się skończyć udział w nielegalnym zgromadzeniu. Martwi mnie świadomość, że część oskarżeń wysuwanych wobec policji jest prawdopodobnie słuszna. Ale z drugiej strony złości mnie to samobiczowanie na spółkę z oskarżaniem wszystkich wokół o to, co się wydarzyło. A już najbardziej mnie złości, że gdzieś w tym wszystkim ginie sama idea protestu. Że ci, którzy go popierali i się zjawili, zamiast krzyczeć "to nie my, to wy, to policja, to oni", nie mówią, dlaczego go popierali. Jasne, że trudno mówić o zwycięstwie i że nie było tak, jak to sobie wymarzyli(śmy). Jasne, że można było zrobić to lepiej i dobrze by było wiedzieć, w którym momencie trzeba było powiedzieć stop, co nie wypaliło. Jasne, że z tego, co się wydarzyło, trzeba wyciągnąć wnioski, aby w przyszłym roku sytuacja się nie powtórzyła. Ale nie znaczy to, że ci wszyscy ludzie, którzy zebrali się na Placu Zamkowym, przyszli tam bez sensu. Po co - pisałam w poprzednim poście. I nadal uważam, że tak, należało tam być. I nie żałuję, że byłam. Mimo wszystkich obiekcji i wątpliwości, i tych wcześniejszych, i tych obecnych. Bo są rzeczy, którym po prostu trzeba powiedzieć "nie", niezależnie od tego, jak niepopularne mogłoby to w danej chwili być.

piątek, 12 listopada 2010

Miało być pięknie...

... a wyszło jak zwykle. Podobnie jak parę tysięcy osób zjawiłam się wczoraj na Placu Zamkowym. I mimo że po przeczytaniu w "Gazecie Wyborczej" i "Metrze" kilku tekstów, w których co rusz pojawiało się słowo "faszyzm", miałam wątpliwości co do całej akcji, to z drugiej strony nie wyobrażałam sobie, że może mnie tam nie być. Nie lubię szafowania takimi słowami jak "faszyzm". To znaczy nie mam wątpliwości co do tego, że w Marszu Niepodległości wzięły udział również osoby, które mają poglądy faszystowskie, w czym utwierdziła mnie lektura forów, na których wypowiadali się jego uczestnicy, jak również słowa Korwina-Mikke, który z nimi szedł: "Wiem, że między narodowcami jest sporo narodowych socjalistów – ale oni są podzieleni i skłóceni: mam nadzieję, że idę z właściwymi...". Ale z drugiej strony uważam, że określanie mianem faszystów wszystkich uczestników marszu i organizowanie całego protestu wokół tego słowa (hasło akcji to "Faszyzm nie przejdzie") przyczyniło się do tego, że na proteście pojawiło się ileś tam osób, które wcale nie były pokojowo nastawione. W efekcie nie bardzo mamy się z czego cieszyć - bo choć widziana od środka manifestacja na Placu Zamkowym była pozytywnym wydarzeniem, to wszystkie wczorajsze incydenty wokół niej, delikatnie mówiąc, to wrażenie zepsuły.

Dlaczego, mimo wątpliwości, poszłam na plac? Bo nie podoba mi się zawłaszczanie słowa "patriotyzm" przez jedną opcję. Bo narodowcy nie szli jedynie pod hasłami dumy i radości z bycia Polakami, ale też przeciw tym wszystkim, których za prawdziwych Polaków nie uważają, a do których, jak łatwo się domyślić, zaliczają również osoby nieheteroseksualne (piszę to po obejrzeniu między innymi tego spotu, promującego ich demonstrację). Bo w ubiegłym roku podczas ich marszu padały hasła rasistowskie, antysemickie i homofobiczne. Protest przeciwko tego typu zachowaniom jest dla mnie czymś naturalnym. Pod warunkiem, że jest to protest pokojowy.

Nie mam szczególnego żalu do ludzi, w których marsz narodowców wzbudził agresję i którzy, zamiast gwizdać, woleli się bić. Niestety jest tak, że wszelkiego rodzaju inicjatywy wolnościowe (również Parady Równości) przyciągają też jednostki, które mają na pieńku z narodowcami i wcale nie chcą rzucać w nich kwiatkami. Oczywiście nie uważam, że tylko oni są winni wczorajszych burd, ale też nie są słodcy i grzeczni. Nie, są źli i agresywni, i nawet jeżeli zgadzam się z ich poglądami, to nie zgadzam się z ich metodami. Mam za to ogromny żal do organizatorów protestu, że nie zrobili nic, aby temu zapobiec. Że nie postawili na platformie przy mikrofonie bardziej odpowiedzialnego człowieka, niż ten, który w pewnym momencie zagrzewał protestantów do organizowania kolejnych, już nielegalnych blokad, na zmienionej trasie Marszu Niepodległości. Mam też żal do moich kolegów i koleżanek z "Gazety Wyborczej", którzy, wsparłszy to wydarzenie na swoich łamach, nie postarali się o to, aby mieć większą kontrolę nad jego przebiegiem. Bo niestety nie wystarczy rozdać gwizdki i powiedzieć ludziom, że protest jest pokojowy, aby taki był. Trzeba się postarać bardziej. Trzeba reagować, gdy się widzi, że jest źle. Użyć swojego autorytetu nie tylko na papierze, ale i w realnej sytuacji. Tak, wiem, łatwo mi mówić. Ale z drugiej strony nie tylko policja ma obowiązek czuwać nad bezpieczeństwem legalnych, pokojowych zgromadzeń, ale również ich organizatorzy. A tu mi tego zabrakło.

Do tego wszystkiego doszło jeszcze trudne dla mnie do zrozumienia zachowanie policji, która już po ogłoszeniu zakończenia legalnej demonstracji na Placu Zamkowym przez jakiś czas nie wypuszczała z niego ludzi, oraz zatrzymanie Roberta Biedronia. Nie sądzę, aby stawiane mu zarzuty były prawdziwe (czynna napaść na funkcjonariusza policji), z drugiej strony to, co go spotkało, mogło spotkać każdą osobę, która brała udział w późniejszych, nielegalnych już blokadach. Bynajmniej nie usprawiedliwiam zachowania policji, która ponoć pobiła go w radiowozie, ale nie uważam też tego, że się w nim znalazł, za szczególnie dziwne. Bo, powtarzam, każdy, kto blokował nielegalnie, mógł tam trafić. W tłumie trudno jest dostrzec, co się dzieje, kto rozrabia, a kto po prostu znalazł się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Być może jest to zresztą powód, dla którego od czasu, jak parę lat temu spędziłam kilka godzin otoczona kordonem policji, bo mi się zachciało przyłączyć do grupy nielegalnie protestującej przeciw narodowcom, raczej nie stawiam się na nielegalnych zgromadzeniach. Nie dlatego, że widzę w nich coś niewłaściwego, ale dlatego, że boję się konsekwencji. Wynikających również z tego, że tego typu demonstracje nie muszą być pokojowe. Mogą być jakiekolwiek, tu już prawo nie działa. A jak nie działa, to widać, co się dzieje. Nie tylko Robert ucierpiał. Ucierpiało wiele osób, z obu stron. Mimo wszystko jednak jestem w stanie wyobrazić sobie co najmniej kilka sytuacji, w których bym się przełamała i poszła również na nielegalne zgromadzenie.

No więc jak, sukces czy porażka? Frekwencyjnie sukces, organizacyjnie porażka. Mam nadzieję, że organizatorzy wezmą sobie do serca głosy krytyczne, a nie jedynie entuzjastyczne hasła spod znaku "nie przeszli". Bo nie chodziło o to, by zablokować za wszelką cenę, a o to, jak ta blokada będzie wyglądać. Tu mogła wyglądać dobrze, bo jednak ogromna większość ludzi przyszła po to, by protestować pokojowo, zabrakło jednak dobrej organizacji. Jak będzie za rok? Nie wiem, tak czy siak pewnie będę.

PS Bardzo polecam wpis dazzlite "Wszyscy jesteśmy faszystami?".

wtorek, 9 listopada 2010

Prasówka

Powrotu do życia ciąg dalszy - już nie tylko czytam teksty na moich ulubionych blogach i portalach, ale też powoli zaczynam je komentować. Może to tylko złudzenie wynikające z tego, ze każdego budzę się z trochę spokojniejszą głową niż poprzedniego (i jutro też tak będzie, bo dziś dostałyśmy wizy), ale mam wrażenie, że ostatnie dni obrodziły w wyjątkowo ciekawe notki. Tak że dziś mały przegląd dla tych, którzy niekoniecznie są na bieżąco z innymi sieciopisarzami (ponoć tacy istnieją, nie krzyczcie).

Na początek coś naprawdę mocnego, czyli dwa teksty na blogu Hodowla idei - "Dopalacze i odmieńcy" cz. 1 i cz. 2. Tak mocno upraszczając, to pierwsza część jest o tym, że, jak pokazuje sprawa z dopalaczami, nasze prawo jest jak sito, co stało się szczególnie widoczne przy okazji akcji rządu przeciw producentom i sprzedawcom dopalaczy, którzy co rusz wykorzystywali luki prawne, aby uciec przed kolejnymi zakazami. Abstrahując od etycznej oceny ich działań, autor zastanawia się, na ile te niedoskonałości prawne możemy wykorzystać (i wykorzystujemy) w walce o nasze sprawy i wysnuwa zalążek strategii działania polegającej nie na dostosowywania prawa do nas, ale w wyprzedzaniu obowiązującego prawa o krok, tworzeniu precedensów, wymykaniu się regulacjom. Ciekawe. Za to absolutnie fenomenalna jest dla mnie część druga tekstu, która pokazuje, dlaczego PO jest dużo groźniejsze od PiS. Pretekst to sposób, w jaki rząd, którego głównym hasłem kampanii było przywrócenie normalności (rozumianej jako przestrzeganie prawa, unikanie kryzysów, szeroki dialog społeczny), rozprawił się z kwestią dopalaczy. Bo, znowuż wyłączając naszą ocenę dopalaczowego biznesu, zrobił to "na granicy prawa", wcale się zresztą z tym nie kryjąc i uzasadniając swoje działania "stanem wyższej konieczności". Kłopot w tym, że ów "stan wyższej konieczności" obowiązuje jedynie wtedy, gdy jest to wygodne - PO nie przeraża jakoś istnienie podziemia aborcyjnego czy aktywność ruchów neofaszystowskich. Czyli samo sobie przyznaje prawo do definiowania, co może być zagrożeniem i uzasadnia działania "na granicy prawa", a co nie. A patrząc na to, jak traktuje kwestie praw kobiet czy osób nieheteroseksualnych, nie ma co liczyć, że kiedykolwiek uzna, że to akurat nasza sytuacja wymaga specjalnych działań. Autor tekstu idzie o krok dalej, bo wyobraża sobie sytuację, w której to LGBTQetcetera zostaną potraktowani jako zagrożenie i na prawie "stanu wyjątkowego" odebrane nam zostaną te mizerne wolności, którymi się cieszymy. Tu akurat nie podzielam jego pesymizmu, ale z tezą, że nie mamy normalności, tylko "normalność", absolutnie się zgadzam.

Na Homikach fajny tekst Niebieskiego Johnny'ego "Miś w ZOO". Johnny pisze między innymi o tym, jak to na fali wdzięczności wobec znajomych bliższych i dalszych za to, że zaakceptowali jego homoseksualność, wyświadczał im drobne przysługi - przynosił co rano świeże bułeczki, nigdy nie odmawiał pożyczenia cukru i w ogóle nieustannie się do nich szeroko uśmiechał. Aż w końcu spadła na niego świadomość, że on nie chce być cały czas takim milasim misiem, że też ma prawo do focha, gorszego dnia, że nie chce być tak głupio wdzięczny za to, że inni pozwalają mu być, kim chce. Bo choć to oczywiście dobre i miłe, ale z drugiej strony jak się kogoś akceptuje, to nie dlatego, że z niego fajny gość, ale również z tymi wszystkimi rzeczami, które nie są w nim takie fajne. To taki kolejny przyczynek do dyskusji wizerunkowych i pomysłów na strategie emancypacyjne. W to mi graj.

Jako suplement do tekstu Johnny'ego polecam wpis na Blogu (wielo)branżowym o coming oucie autora. I to tym często najtrudniejszym, bo przed rodzicami. Wzruszyłam się.

I na koniec mój ulubiony seryjny bloger Sylwek. Już sam tytuł wpisu jest smakowity: "Wasalizacja Polski w wizjach zdrajców z PiS" (udany pastisz tytułów z Salonu24). A dalej jest o pewnej pani z PiS, która między innymi opowiada, jak to się przyjaźni z pewnym gejem, który to ma męża (panowie mieszkają w Niemczech). Przyjaźń ta, ciut nietypowa, polega na tym, że ona mu mówi, że jest chory i powinien się leczyć, on się śmieje, że to ona jest chora, ale się szanują i nie narzucają sobie swoich poglądów. A on sobie żyje po cichutku i się ze swoim gejostwem nie obnosi, a nawet, jak jej syn był mały, to się z mężem trzymał od nich na dystans. Pod tekstem dyskusja o tym, że z tym przyjacielem to jakaś ściema, że nikt by się nie przyjaźnił z kimś, kto go traktuje w ten sposób. A ja pesymistycznie uważam, że i owszem. Że takich osób niehetero, które przyznają innym prawo do traktowania ich w sposób podły, jest całkiem sporo. Bo przecież nie można nikomu narzucać swoich poglądów. Bo po co się obnosić, epatować swoją seksualnością. Bo powinniśmy być tolerancyjni wobec innych. Bo to taki fajny kolega, no co z tego, że homofob. A tak w ogóle to jak będziemy grzecznie potakiwać i się uśmiechać, to przecież w końcu nas wszyscy polubią. A my chcemy być lubiani. No i orientacja to sprawa drugorzędna i nie ma co podporządkowywać jej całego naszego życia. Wymyślam? Bynajmniej, tylko przypominam niektóre teksty różnorakich anonimów z naszych forów. Takie usprawiedliwienia przyzwolenia na gorsze traktowanie, na niepełnię praw to rzekłabym standard. Niestety.

Ale żeby tak pesymistycznie nie kończyć, to wrzucam coś wesołego. Niedawno w moim blogrollu pojawiły się niejakie Scenki - blog o absurdach życia codziennego. Polecam na lepsze i gorsze dni (szczególnie te gorsze). A jak to słaba zachęta, to dodaję, że niedawno zadebiutowała na nim Gosia z opowieścią o pewnym wydarzeniu w Pizza Hut.

niedziela, 7 listopada 2010

The Kids Are All Right i klipy

Nie chcę zapeszać, ale chyba powoli wracam do życia. Wprawdzie wokół naszego ślubu nadal dzieje się sporo, ale mniej medialnie - dostałyśmy między innymi zaproszenie do projektu Muzeum Etnograficznego im. Seweryna Udzieli w Krakowie "Wesela 21". Efekty będzie można obejrzeć w roku 2012. Zazwyczaj nie lubię czekać, ale jako że ostatnio czas stał się w moim życiu towarem wybitnie deficytowym, długi okres realizacji projektu strasznie mnie cieszy. Toczy się też akcja "Miłość nie wyklucza" (tu można sobie pooglądać, jak wisimy na ulicach, a tu, jak gadamy do kamery) i zbiera naprawdę dobre recenzje, które, mam nadzieję, przełożą się na coś więcej (wiadomo, co). Nie sięgam jeszcze do przedkonkursowych zobowiązań (ale naprawdę o nich pamiętam, a te i tych z was, którym coś obiecałam, proszę jeszcze o trochę cierpliwości), bo póki co nie czuję, że potrafię wziąć na siebie coś jeszcze. Ale to minie, wiem na pewno.

W ramach odpoczynku jak zwykle to, przy czym odpoczywam najlepiej, czyli filmy i muzyka. Zobaczyłam w końcu "The Kids Are All Right" Lisy Cholodenko. I mam mieszane uczucia, po trosze pewnie dlatego, że za samą Cholodenko jakoś nie przepadam. Może wynika to z tego, że jej "High Art" (polski tytuł "Sztuka wysublimowanej fotografii" to jedna z moich ulubionych tłumaczowskich pomyłek) był jednym z pierwszych filmów "lesbijskich", jakie w ogóle widziałam, a niedobrze jest zaczynać od takich smutnych historii, kiedy człowiek jeszcze sam do końca nie wie, jak to z tymi kobietami niehetroseksualnymi jest. Znacznie lepiej nadają się do tego chyba miłe historyjki w rodzaju "The Incredibly True Adventure of Two Girls in Love" (czy wy też kochacie ten tytuł?), a nie ponuractwa jak "Gia" czy "High Art" (oba, ciekawostka, powstały w 1998). Wiem, że być może się narażam, ale dla mnie "Gia" jest jednak pomyłką. Miło popatrzeć na Angelinę Jolie rozpłaszczoną na siatce i inne superseksi scenki, ale poza tym film nudzi. Może połączenie heroiny i związków damsko-damskich to po prostu był w tych czasach zbyt trudny temat dla filmowców (zawszeć to lepiej zacząć od milszych używek, jak marihuana choćby). A może ja się po prostu czepiam, bo nie lubię dramatów o narkotykach. To znaczy jako nastolatka może i lubiłam (ach, te zakazane "My, dzieci z dworca ZOO"), ale mi przeszło.

Wracając do "The Kids Are All Right", to przede wszystkim, niezależnie od tego, co by nam zapowiedzi reklamowe mówiły, to nie jest komedia. Jest to za to dość przewrotny manifest spod znaku "odczepcie się od naszych, chowanych w rodzinach niehetero, dzieci". Mamy dwie panie, które są ze sobą od kilkunastu albo i więcej lat i wychowują dwójkę biologicznych (a jakże!) dzieci. Pewnego dnia ich piętnastoletni syn zapragnie poznać dawcę spermy, z której skorzystały jego mamy (obie, jedna urodziła córkę, druga syna). Spotkanie z nim wyciągnie na wierzch wszystkie rodzinne demony, które dotychczas może i dawały o sobie znać, ale nie tak boleśnie. Bo że panie nie dogadują się ze sobą najlepiej, że jedna z nich (Jules, grana przez Julianne Moore) czuje się notorycznie niedoceniana i kontrolowana przez swoją lepiej poukładaną i bardziej zasadniczą partnerkę (Nic - Anette Bening), to widać od początku. Ale dopiero pojawienie się w ich życiu Paula (dawcy spermy) sprawi, że zrobi się naprawdę niepokojąco. Jules zacznie z nim sypiać, dzieci się zaprzyjaźnią i przez chwilę film zacznie wyglądać na mocno antylesbijski - ot, dzieci tak naprawdę potrzebują ojca, ale lesbijki mężczyzny. A potem Cholodenko bardzo ładnie się odwinie i wszystko wróci na swoje miejsce.

Dlaczego mam co do tego filmu wątpliwości? Bo, wbrew pozorom, wcale stereotypów nie przełamuje, po prostu na miejsce pary heteroseksualnej, która ma kłopoty w związku, wkłada parę homo. Co oczywiście samo w sobie złe nie jest, po prostu nieszczególnie oryginalne. Po drugie, potwornie mnie w tym filmie irytuje Julianne Moore, która powiela siebie samą z "Chloe" (zjechałam tu). Ja ją naprawdę bardzo lubię, ale chciałabym zobaczyć ją już w jakiejś innej roli. Ale tak czy siak jak na Cholodenko jest naprawdę dobrze. Nie ma patosu, dramatu, jest w sumie prosta, choć niezbyt ciepła, historia, zły gość na końcu dostaje za swoje, a niegrzeczny nastolatek okazuje się być całkiem fajnym chłopcem. No i zagrane jest nieźle, ogląda się dobrze, w sumie czego więcej chcieć?



W ramach nadrabiania zaległości na tapetę wrócił też You Tube. Dziś dwie rzeczy. Pierwsza na odtrutkę po pierwszym występie kobiecej pary w izraelskim "Tańcu z gwiazdami" (do obejrzenia tu), który, cóż, nie porywa. Zamiast tego polecam historię tańca według duetu komediowego Dawn French i Jennifer Sounders:



A druga to dawno tu niewidziany, ale nadal mój ulubiony, choć już niewystępujący razem, duet muzyczny, czyli Ani DiFranco i Julie Wolf. "Angry Anymore" już raz u mnie było, ale ta wersja jest po prostu magiczna.

sobota, 6 listopada 2010

Mała książka o homofobii

Od jakiegoś czasu Czarna Owca wydaje książeczki z cyklu "Bez tabu". Była demokracja, feminizm, śmierć, przemoc, przyszedł czas na homofobię. "Mała książka o homofobii" Anny Laszuk, z ilustracjami Beaty Sosnowskiej, teoretycznie przeznaczona jest dla dzieci i młodzieży (9-15 lat). Poszerzyłabym trochę tę grupę, tak do 99-latków albo i dalej. Bo choć książka jest napisana prostym językiem i jest w niej tyleż obrazków, co tekstu, to już poruszane w niej tematy, a szczególnie sposób ich prezentacji, może być moim zdaniem ożywczy dla bardzo wielu osób, niezależnie od wieku. A prosty sposób ich podania w tym przypadku bynajmniej nie jest wadą. Bo trudno jest rozmawiać o uprzedzeniach, nie sięgając wpierw do ich źródeł.

"Mała książka o homofobii" sięga. Zaczyna się od wieloznaczności słowa płeć - z obowiązkową płcią kulturową, ale też genetyczną, genitalną, psychiczną, seksualną itd. Pojawia się nawet nawiązanie do performatywności płci (mój ulubiony fragment, Butler dla młodzieży!):

Gender oznacza płeć spłeczno-kulturową, a więc te cechy i zachowania, które nazywamy "typowymi" dla kobiet lub mężczyzn. Nabywamy ich, kiedy dorastamy i jesteśmy tak wychowywani, aby różnić się pod względem swoich ról życiowych, sposobu ubierania się i tego, co nam wypada lub nie, w zależności od tego, czy urodziliśmy się z cipką, czy z siusiakiem. To właśnie jest gender, a pierwszy okrzyk "To dziewczynka!" lub "To chłopiec!" oznacza, że świat ma już pewien życiowy plan dla tłumu niemowląt z porodówki. Osobny dla dziewczyn, osobny dla chłopaków.

Potem pojawia się norma, zdefiniowana po prostu jako to, co się najczęściej dzieje, czego się spodziewamy (choć roszcząca sobie prawa do bycia "naturalnym porządkiem świata", nieakceptującym jakiegokolwiek buntu wobec przydzielonych od urodzenia etykietek), po normie - seksualność i orientacje psychoseksualne. I dopiero wtedy pojawia się główna bohaterka książki, czyli homofobia. Jako lęk przed homoseksualnością, jako przekonanie, że wszyscy powinni być heteroseksualni, jako wroga postawa wobec osób, które nie mieszczą się w heteronormie, czyli również tych, które być może są heteroseksualne, ale nie wyglądają, jakby były/byli typowymi dziewczynami i chłopakami.

Następne rozdziały "Małej książki o homofobii" poświęcone są postaciom historycznym, które nie były heteroseksualne (Safona, Sokrates, Oscar Wilde, Gertruda Stein, Colette, Harvey Milk). Historia każdej z nich to okazja do opowiedzenia nie tylko o jej losach, ale też postawach społecznych wobec odmieńców, innym traktowaniu kobiet i mężczyzn w ich czasach czy o charakterystycznych dla tych czasów zjawiskach jak butch i femme, Stonewall, walka o prawodawstwo dostrzegające problemy osób nieheteroseksualnych.

Książeczkę kończą odpowiedzi na listy młodych ludzi oraz rady, jak pytać o sprawy, które są dla nas trudne, oraz listy filmów, lektur i przydatnych stron internetowych. Te ostatnie to jak dla mnie jedyny słaby punkt "Małej książki o homofobii" - w sieci jest wiele ciekawszych i lepszych poznawczo miejsc niż tam wymienione. A poza tym - świetna rzecz. Teraz trzeba tylko jeszcze zmusić parę osób, aby to przeczytały. Ze zrozumieniem, rzecz jasna. Niniejszym zachęcam, nie tylko nastolatków i nastolatki.

środa, 3 listopada 2010

Trans-akcja

fot. Katka Reszke
Wybrałyśmy się dziś do kina Praha na pokaz przedpremierowy wyprodukowanego dla HBO dokumentu Sławomira Grünberga i Katki Reszke "Trans-akcja". Rzecz jest o Ani Grodzkiej, prezesce fundacji Trans-Fuzja. W zapowiedzi filmu można przeczytać między innymi, że "'Trans-akcja' to opowieść o tym, jaką cenę trzeba zapłacić za bycie sobą". Mogę o tym filmie napisać sporo dobrego, ale akurat mam wrażenie, że tej jednej rzeczy - ceny, którą trzeba zapłacić - tak do końca nie pokazuje. Ania - bohaterka filmu - nie jest tą samą Anią, którą znamy z "Pociągu osobowego" Piotra Pacewicza. Bo jest to Ania szczęśliwa, otoczona gronem przyjaciół, wspierana przez syna, akceptowana przez otoczenie - panie w sklepach z perukami i odzieżowym, stylistkę czy sprzedawców i sprzedawczynie na targu. Są oczywiście zgrzyty, ale niewielkie. Spotkanie z kolegą ze studiów, który bardzo się stara odnaleźć w nowej dla niego sytuacji, ale też widać, że jest nią mocno speszony (od siebie mogę dodać, że się odnalazł, bo był na pokazie i wspierał Anię). Moment, w którym Ania jedzie na grilla urządzonego przez młodszego syna dla jego przyjaciół i występuje tam jako mężczyzna - wprawdzie z tipsami, ale też w spodniach - bo nie wszyscy zaproszeni goście o niej wiedzą i nie chce ich stawiać w niewygodnej sytuacji. Oraz scena w sądzie, dla mnie najbardziej poruszająca, kiedy to zapada decyzja o tym, że Ania może zmienić dokumenty i według prawa być kobietą. Najbardziej poruszająca, bo, choć widzimy, że przed sądem stoi kobieta, to jednak sędzina cały czas mówi do niej w rodzaju męskim. I dlatego, że, choć wszystko dobrze się kończy, pokazuje bezduszność machiny urzędniczej - że nie wystarczy czuć się kobietą, wyglądać jak kobieta, dokonać operacji zmiany płci (czyli - mądra myśl z filmu - nie tylko zmian operacyjnych, ale przede wszystkim zmian w całym swoim życiu, stania się kobietą w sensie społecznym) - trzeba jeszcze przejść niezbyt przyjemną procedurę potwierdzania tegoż. I nagle tą najważniejszą osobą, która ma stwierdzić, kim jesteś, staje się urzędnik.

Ale mimo wszystko nadal uważam, że "Trans-akcja" jest obrazem dość sielankowym. Jasne, że z tego wszystkiego, co widzimy, można wywnioskować, że cała ta operacja dzieje się dla Ani bardzo późno. Że przeżyła bardzo wiele lat, będąc kimś, kim nie chciała być. Że gdzieś tam musi być była żona, której w filmie nie oglądamy. Że jest ogromny kawał jej życia - choćby zawodowego - które nagle przestało być jej życiem. Znajomi, przyjaciele, którzy już nie są znajomymi, przyjaciółmi. Ale tego nie zobaczymy ani nie usłyszymy. Rozumiem koncepcję twórców filmu, że pokazujemy historię Ani poprzez relacje z innymi ludźmi, spotkania z nimi, działanie. Mimo wszystko jednak mam wrażenie, że jej historię przedstawili w sposób mocno niepełny. Że to tylko pewien etap zmiany, w sumie bardzo szczęśliwy, bo pozwalający jej w końcu w pełni stać się tą, którą od zawsze była. Ale bez tej ceny, którą przyszło jej zapłacić, ceny utraty pracy (jako mężczyzna była producentem filmowym), kontaktów, znajomych, życia zawodowego, które przecież było dla niej bardzo ważne. Jasne, że to nie zawód, który wykonujemy, stanowi o tym, kim jesteśmy, ale z drugiej strony przerażające jest to, że można być świetnym fachowcem i nagle przestać nim być. Tak jakby nasze kwalifikacje, doświadczenie, wnętrze nagle po prostu zniknęły. Koszmar. Pytanie tylko, czy widz HBO, który dzięki temu filmowi zobaczy Anię po raz pierwszy w życiu, wyciągnie z tej historii również to. Że choć wiele się zmieniło, to nadal jest to ta sama osoba i nic nie usprawiedliwia traktowania jej i innych osób, które przechodzą to samo, w sposób odmienny. I że to odmienne traktowanie przydarza się nader często.

Niezależnie od tego, że można było pokazać więcej, Ania Grodzka, która jest nie tylko główną bohaterką, ale również współpomysłodawczynią "Trans-akcji", zrobiła tym filmem wielką rzecz. Nie pierwszy raz w życiu zresztą, bo jej walka o siebie oraz upublicznienie tej walki na pewno już niejednej osobie pomogły i jeszcze pomogą. A to jest w sumie chyba w tym wszystkim najważniejsze.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Lekcja druga: Polski seks

Cieszę się bardzo, że pierwsza lekcja historii, pomimo że subiektywna, wzbudziła zainteresowanie. Bardzo podobają się nam wasze wspomnienia z tamtych czasów zamieszczane w komentarzach. Jeżeli chcecie, możecie przesyłać je również mailem (kontakt tu), a my je będziemy sukcesywnie publikować. W końcu historia to nie tylko fakty, daty, nazwiska działaczy, ale także opowieści z tamtych lat. Po tym komunikacie czas wrócić do historycznych wspomnień.

Ta lekcja miała się zacząć od roku 1989 i Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Grup Lambda. Ale jako że piszę tę historię z własnej perspektywy, cofnę się o rok i opiszę bardzo istotne dla mnie zdarzenia, które doprowadziły mnie do zostania działaczką. Mamy więc rok 1988. Zakończyłam kolejny i jak się okazało ostatni, nieudany głównie dla niego, związek heteroseksualny. Na balandze lub też na prywatce, jak wtedy jeszcze się mówiło, wpada mi w oko urocza zielonooka dziewczyna. Pomimo że siedzi na kolanach swojego faceta, patrząc jej głęboko w oczy, mówię: "Będziesz moją dziewczyną”. Miało się ten tupet. Moje słowa wzbudziły konsternację, śmiech i żarty. Dwa miesiące później byłyśmy z M. parą zakochaną w sobie po uszy. W ten sposób poznałam swoją pierwszą dziewczynę, z którą stworzyłam swój pierwszy prawdziwy związek, który przetrwał dwa lata.

Rówieśnikom i rówieśniczkom nie muszę przypominać, że nie było wtedy w Polsce, więc także w Warszawie, ogólnie znanych miejsc, w których spotykały się lesbijki. Najczęściej drugiej połowy poszukiwano przez ogłoszenia w gazetach. Zdaje się że najpopularniejszym pismem z ogłoszeniami z cyklu "pani pozna panią" był "Relaks". Dzięki zamieszczeniu tam anonsu prasowego doszło między innymi w 1987 roku do chyba pierwszego nieformalnego spotkania grupy lesbijek w Mielnie (za kalendarium "LESteśmy w Polsce”).

Z kronikarskiego obowiązku przypomnę, że internetu i komórek też wtedy nie było, a i telefony stacjonarne nie znajdowały się w każdym domu. Odpowiedzi na ogłoszenia przesyłało się więc na poste restante bądź na skrytki pocztowe. Rzadko, bardzo rzadko i chyba po dość długiej korespondencji podawano adres domowy.

Tak więc z M. zaczęłam związek w zdaje się dość nietypowy, jak na tamte czasy, sposób. Obydwie mieszkałyśmy wtedy z rodzicami. Ja byłam rok po maturze i po oblanym egzaminie na prawo (na własną prośbę, no bo co za kretynka na rozmowie kwalifikacyjnej, ostatnim wtedy etapie egzaminu, mówi, że chce iść na prawo, bo podobał jej się „Paragraf 22” i sposób interpretacji tegoż?) przygotowywałam się do kolejnego podejścia na studia i dorywczo pracowałam, M., dwa lata młodsza, pobierała nauki w liceum. Oczywiście ukrywałyśmy przed rodzicami łączące nas relacje. Jednak byłyśmy młode, upojone miłością i koniec końców wszystko się wydało. Dostałyśmy szlaban na spotykanie się, zakaz wzajemnych odwiedzin oraz obydwie zaczęłyśmy być sprowadzane na dobrą drogę.

M. wysłano do księdza, a nawet dano na mszę w jej intencji, w której to mszy uczestniczyłam, wprawdzie skromnie stojąc z tyłu, ale takiej gratki przepuścić nie mogłam. Jak to nie pomogło, wysłano ją do psychologa z TPR (Towarzystwo Przyjaciół Rodziny), którym okazał się nie kto inny jak może niektórym znany Wiesław Sokoluk. Seksuolog, który jednej z moich później poznanych znajomych powiedział: „Nie chcesz być lesbijką? Ale to takie fajne!”. M. po rozmowie z nim była szczęśliwa, jej rodzice mniej. Również ja postanowiłam spotkać się z Sokolukiem, aby wyjaśnić trochę trapiących mnie wątpliwości. Wizyta u niego okazała się dla mnie brzemienna w skutki - to on, po długich namowach, zdradził mi miejsce i czas spotkań osób homoseksualnych.

W czerwcu 1989 roku trafiłam po raz pierwszy na Mały Dziedziniec Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie regularnie w klubie Sigma, należącym wtedy do ZSP, spotykali się aktywiści i jedna aktywistka Warszawskiego Ruchu Homoseksualnego. Anka M. to barwna i ciekawa postać, kobieta, która idealnie nadawałaby się i w dzisiejszych czasach na "niekontrowersyjną" reprezentantkę lesbijek. Inteligentna długowłosa blondynka o niebanalnej urodzie. Na dokładką nieukrywająca swojej orientacji przed matką, która wydawała się, dziw nad dziwy (rzadkość), pogodzona z tym faktem. Pomimo tego oraz próśb i nalegań Ania nie chciała występować w mediach. Zaparła się i już. Panowie (Zboralski i Starosta) już wtedy pojawiali się w prasie. W ogóle jak wtedy pisano o homoseksualizmie, to tylko w kontekście mężczyzn.

A ja poczułam, że mam misję. Marzyło mi się, aby w Sigmie zaczęły pojawiać się kobiety, dużo kobiet, a nie sześć w porywach do siedmiu (w tym moja dziewczyna i ja).

Oprócz działań typowych, jak zastanawianie się nad kształtem przyszłej organizacji, jej statutem, który praktycznie był gotowy (na tym polu moje osiągnięcia są raczej mizerne), zaczęłyśmy z M. być sztandarową parą lesbijek w Polsce, które anonimowo wypowiadały się w mediach. Niewątpliwie powodowała mną misja, ale także tupet oraz, co tu ukrywać, chęć zabłyśnięcia. Pomimo wrodzonej, tak, proszę się nie śmiać, nieśmiałości zawsze pchałam się do recytowania wierszy na akademiach oraz udziału w przedstawieniach w szkole.

Ale najpierw miał miejsce mój debiut telewizyjny. Do WRH zgłosiła się bowiem ekipa z telewizji Channel 4, która chciała nakręcić program o homoseksualistach w Polsce po zmianach ustrojowych. Reżyserka i prowadząca program zapytały się nas (M. i mnie), czy nie chciałybyśmy w nim wystąpić i opowiedzieć o naszym związku i problemach, na jakie się natykamy. Po solennych obietnicach, że film absolutnie nie będzie emitowany w Polsce, nadal pełne obaw, wyraziłyśmy zgodę.
W filmie pod jakże uroczym tytułem "Polski seks" można zobaczyć czarującego młodego Mariusza Szczygła w redakcji "Na przełaj" opowiadającego, skąd bierze pomysły na artykuły, Sławka Starostę opowiadającego o ruchu, jedno z zebrań przyszłego Stowarzyszenia Grup Lambda, akcję anarchistyczną, koncert Balcan Electrique i dyskotekę LGBT, księdza Jankowskiego, dość dziwnie ubraną parę polskich lesbijek i rozmowy z Mikołajem Kozakiewiczem i Barbarą Labudą (kilka zdjęć z tego filmu można zobaczyć tu). Był to chyba pierwszy dokumentalny film o życiu polskich LGBT. Nie ukrywam, że byliśmy zachwyceni faktem, że tyle osób postanowiło pokazać w nim swoją twarz.

Jako że dzisiejszy wpis napisał mi się dość długi, więc żeby nie zanudzać szanownych czytelniczek i czytelników, o dalszej działalności medialnej i o tym, co z niej wynikło, a także o pięknym ciepłym zimowym dniu, kiedy to zarejestrowano Ogólnopolskie Stowarzyszenie Grup Lambda, napiszę następnym razem.