piątek, 30 grudnia 2011

2011: ludzie i miejsca

Pod koniec 2010 roku nieopatrznie wyraziłam życzenie, by 2011 był dla nas równie ciekawy. I, choć myślałam, że to już niemożliwe, był. W drugiej części życzeń było coś o chwili odpoczynku. I pewnie takowa też była, kłopot w tym, że "chwila" to wyjątkowo nieostra jednostka czasu. Mam nauczkę, by wyrażać się precyzyjniej.

Co z tego intensywnego roku najbardziej zapadło mi w pamięć? Z rzeczy "krajowych" - wojny torebkowe wokół Parady Równości, prace nad ustawą i promocją związków partnerskich, wybory parlamentarne, dyskusja wokół 11 listopada. Z rzeczy blogowych - tropienie mizoginii i zabawy wizerunkowe. Z kultury - koncert Ani DiFranco, "Drugie życie Lucii", emocje wokół "The Kids Are All Right", lektura "Seks a religia". Ze skutków naszego ślubu - wywiad w "Polityce". Nie pokuszę się o układanie rankingów, wybieranie wydarzeń przełomowych, najważniejszych, najbardziej znaczących. Zamiast tego kilka słów o ludziach, których miałyśmy okazję w tym roku poznać (lub poznać lepiej) i miejsc, które odwiedziłyśmy.

Bielsko-Biała, czyli miejsce ostatniego (nie wiem, czy w historii, ale możliwe, że tak) występu naszego kabaretu. Nie dość, że, zupełnie obiektywnie, piękne (góry!), to jeszcze charakteryzujące się ponadprzeciętnym stężeniem ludzi, którym się chce, którzy są jacyś, którzy mają niesamowicie pozytywną energię. W 2011 wróciłyśmy tam jeszcze dwukrotnie.

Manchester - skoro byłam tam w tym samym czasie, co Ani, to nie ma możliwości, by się w tym zestawieniu nie znalazł. To miasto ma trzy cechy, które mnie szczególnie ruszają - przemysłową architekturę, zamiłowanie do sztuki i dobrej muzyki. Z polskich podobnie czuję się w Łodzi.

Agnieszka Olszewska, czyli projekt Back To The Ocean, Rajstopy Heleny, Da Boyz & the Drag Kids, Furja, Betty Q & Crew - artystki, które wsparły styczniowy i grudniowy benefit na rzecz akcji "Miłość nie wyklucza". Dość często zdarza mi się marudzić na niedostatki "naszej" sceny muzyczno-artystycznej. Dzięki tym (i kilku innym) kobietom marudzę chyba coraz mniej, bo, poza tym, że można na nie zawsze liczyć, są najzwyczajniej w świecie dobre w tym, co robią.

Pavko Krajka - gość stojący za sopockim klubem Elton, a wcześniej za Faktorią. Gospodarz dwóch benefitów na MNW, ale przede wszystkim twórca rzeczy jak dla mnie niezwykłej - imprez bez lansu i selekcji, na których każdy, bez względu na to, czy ma lat naście czy dziesiąt, ciuchy i fryzury z metkami czy bez, czuje się jak u siebie. Pavko, zamiast skupić się na zarabianiu pieniędzy (rzecz dla klubów zupełnie zwyczajna), postawił sobie za cel wspieranie i integrację środowiska. Nie wiem, jak na tym wychodzi, wiem, że z pewnością nie brakuje mu sympatii ludzi.

Ekipa zebrana wokół akcji "Miłość nie wyklucza" - różnorodna, mądra, kreatywna. Nie mam pojęcia, co się ostatecznie z tego zgromadzenia wykluje, ale tak czy siak końcówka roku przebiegła u mnie pod znakiem mariażu z grupą pozytywnych szaleńców.

Blogowa społeczność - te i ci z was, które i którzy czytają, linkują i komentują (tu i na Facebooku), czasami na tyle intensywnie, że dyskusje o tekstach budzą emocje, których same teksty nawet by nie drasnęły. Część z was jest tu z nami niemal od początku naszego pisania, część dołączyła w trakcie, część pojawia się na chwilę, rozrabia i znika. Wszystkie i wszyscy jesteście głównym powodem, dla którego ten blog żyje.

Na koniec tradycyjne wróżenie z fusów. W 2012 czekają nas kolejne zawirowania wokół ustawy o związkach partnerskich. Happy endu jeszcze nie będzie, ale będzie ciekawie. Będą kolejne wojny torebkowe. Parada tym razem nie wzbudzi szczególnych emocji, dużo więcej będzie się działo wokół manifestacji "lewicy" i "prawicy". W styczniu dotrze do mnie prezent z Righteous Babe Records, który wyłączy mnie na jakiś czas z życia, a Gosia będzie się na żywo zachwycać Tarją Turunen. A czego sobie życzę? Więcej niż chwili spokoju, więcej weny do pisania, więcej kilometrów w powietrzu. I mniej powodów do irytacji, choć z tym może być tradycyjnie słabo.

wtorek, 27 grudnia 2011

Koniec wkurzacza pedalskiego

Jako że odnotowuję tu co ważniejsze zmiany w "naszym" internecie, tego newsa (choć już ciut przebrzmiały) też zabraknąć nie może. Oto 30 grudnia z sieci zniknie portal Gaylife.

Wszystko, co ma swój początek, ma też swój koniec. Tym cytatem z Matrixa moglibyśmy skomentować informację o zawieszeniu działalności portalu Gaylife.pl. 30 grudnia 2011 r. po 7,5 roku działalności. Tego dnia po 22ej zostanie wyłączony serwer portalu i zniknie on z sieci - czytamy w pożegnalnym tekście (udostępnionym, a jakże, wyłącznie zarejestrowanym użytkownikom i użytkowniczkom).

Reakcje w sieci wahają się między "gwiazdkowy prezent" a "wcale mi nie żal", a mnie jest, przyznam, trochę szkoda. Mniej więcej na tej samej zasadzie, na której nadal szkoda mi prywatnego folwarku tajemniczego tworu zwanego Karą Auchemann z czasów jego świetności. Dlaczego? Bo choć materiału do zdrowego hejtu w sieci nie brakuje, to nasze portale w produkcji tego typu treści są gdzieś na szarym końcu. Bo, z całą sympatią do twórców i twórczyń stron, które podczytuję, polska sieć spod znaku LGBTQetcetera jest śmiertelnie poważna i takoż grzeczna, przez co nijak się ma do treści generowanych przez jej użytkowników i użytkowniczki na forach i w komentarzach, które ani poważne, ani grzeczne zazwyczaj nie są. Za to ich autorzy i autorki często mają coś, czego nasze poważne portale tak uparcie sobie odmawiają: ostrość sądów i monopol na prawdę.

Gaylife kreowało prostą rzeczywistość, w której słowo naczelnego było prawem, a niezgadzający się z nim głupcami, pieniaczami lub zazdrośnikami. W chwilach, kiedy nie relacjonowało kolejnych imprez z udziałem kolejnych drag queens, z nawiązką nadrabiało sieciowe braki w treściach jedynych prawdziwych, niepoprawnych, sensacyjnych i w dużej mierze z d... wziętych, ochoczo racząc nas kolejnymi newsami o przekrętach Roberta B., przełomowych działaniach swojego naczelnego, wściekłości klientów Toro po podniesieniu cen przez jego właścicieli, kolejnych przekrętach Roberta B., kopiowaniu przez jedną drag queen stylu drugiej drag queen, jeszcze większych przekrętach Roberta B., czacie ze swoim naczelnym, kompromitacji Roberta B., przekrętach Fundacji Równości, kolejnej kompromitacji Roberta B. i tak dalej w ten deseń. Oczywiście zdarzały się w tym wszystkim zwykłe nudne informacje, ale zazwyczaj przechodziły bez echa, w przeciwieństwie do tych, w których Adler wytaczał ciężką artylerię przeciw Robertowi B., Naszej Sprawie 2 czy osobom, które śmiały skrytykować tegoroczną Paradę Równości. Obrzucanie błotem, tania erotyka, fotoreportaż z operacji plastycznej, której poddał się naczelny i nowy image Szymona Niemca - po takie treści wchodziło się na Gaylife.

Czego tu więc żałować? Miejsca, które, przy swoich rozlicznych wadach (przy których koszmarny layout był zaledwie drobną niedogodnością), było takoż inne, co dziwnie znajome. Pełne złości, pomówień, antyfeministyczne, lesbofobiczne i konserwatywne, ale też też odzwierciedlające poglądy, które nie są ani zaskakujące, ani, jeżeli wziąć pod uwagę ich powszechność (znowuż: zapraszam do lektury naszych for i komentarzy na portalach), szczególnie kontrowersyjne. Plus, co tu ukrywać, materiału do solidnego hejtu, emocjonalnych komentarzy i obśmiania w chwilach informacyjnej posuchy.

Ale: coś czuję, że twórca Gaylife nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Aż tak mi więc nie szkoda.

niedziela, 18 grudnia 2011

Żona idealna i nieidealny kryminał

Na wypadek, gdyby ktoś się nie domyślił, niższa niż przeciętna aktywność na blogu wynika i z okresu przedświątecznego, i z zaangażowania autorek w akcję "Miłość nie wyklucza". Gryzie mnie to trochę, przyznaję, bo związki związkami, to ważne, kluczowe, bo bez nas (nas, czyli zainteresowanych) może i się uda, ale pewnie później i jeszcze bardziej nie tak, jak byśmy chciały i chcieli, ale z drugiej strony pisanie też jest ważne, ileś tam osób na te wpisy czeka (by pokomentować lub pohejterzyć), a na dodatek wyżej podpisana pisać lubi, nawet bardzo, i sprawia jej to nawet niejaką satysfakcję. Cóż więc teraz? Próbuję to pogodzić, serio. I wierzę, że się uda, a jak nie, to rozpiszę ankietę, z czego powinnam zrezygnować - z bloga, działalności społecznej, pracy zawodowej czy snu. Punktów "życie osobiste" i "rozrywka" oczywiście nie uwzględnię. Ba, nawet coś z tej ostatniej kategorii nawet dziś polecę.

W naszej rodzinie na zaszczytny tytuł fanki seriali zdecydowanie zasługuje Gosia. Ja jestem w stanie wymienić zaledwie kilka, które obejrzałam od pilota po ostatni odcinek, który, tak na marginesie, rzadko domyka fabułę, za to znacznie częściej pozostawia poczucie niedosytu połączone z irytacją (superchlubny wyjątek to "Sześć stóp pod ziemią"), nieszczególnie też już pamiętam owo lekko euforyczne uczucie, które w czasach, gdy byłam jeszcze podłączona do telewizji, towarzyszyło oczekiwaniu na kolejne odsłony jakiegoś tasiemca. Teraz oglądam blokami po kilka odcinków i na wyrywki - pierwszy sezon zazwyczaj w całości, kolejne w miarę czasu i stopniowo zanikającej potrzeby. Ostatnio na ten tryb oglądania załapały się dwie rzeczy - "Rizzoli and Isles" i "The Good Wife". Łączą je fajne główne bohaterki i okołośledcza tematyka, poza tym to trochę inna serialowa liga. Pierwszy to dość naiwna seria historyjek z życia wydziału do spraw zabójstw spod znaku "rozwiąż nawet najbardziej skomplikowaną intrygę w 45 minut z reklamami". Atut: tytułowe panie - policjantka i patolożka, które nie, nie są parą (choć czytelniczki After Ellen momentami mają inne zdanie), ale robią za bardzo ładny duet - jedna twarda, nieokrzesana, z niższych sfer, druga zakładająca mini i bluzkę z odpowiednią metką nawet do sprzątania, chodząca Wikipedia o niemal arystokratycznym pochodzeniu. I właśnie dla relacji między tą dwójką warto przynajmniej parę odcinków obejrzeć:
"The Good Wife" to dla odmiany klasyczna produkcja pod Złote Globy i inne Emmy (parę zresztą dostała). Mocna obsada (w tytułowej roli Julianna Marguiles, dla której zresztą sięgnęłyśmy po ten serial), świetny duet producencki Ridley Scott plus Tony Scott, niemal perfekcyjna gra aktorów, zarówno ze starszego, jak i z młodego pokolenia (zresztą ilekroć oglądam jakiś amerykański serial, zastanawiam się, jak to się dzieje, że "ich" dzieciaki są takie dobre, a "nasze" takie drewniane). A o czym jest? Krótko - o Alicii Florrick, żonie wpływowego prokuratora, która po tym, jak ten trafia do więzienia za korupcję, zatrudnia się w kancelarii prawniczej, broni zazwyczaj niewinnych klientów, dochodzi do tego, kto naprawdę zawinił i próbuje uporać się z wystawieniem swojego życia na widok publiczny (mąż prokurator, poza tym, że jest podejrzany o korupcję, raczył ją zdradzać i dać się w trakcie popełniania tej zdrady nagrać) i, mimo oporów, ale dla dobra dzieci, wspierać apelację męża. Plusy - niebanalne sprawy, sporo dylematów moralnych (konieczność obrony klienta niezależnie od tego, czy jest winny, czy nie, kara śmierci, rasizm, nielegalni imigranci itd.) i niezłych zagadek, szósty zmysł Alicii, która w zabazgranym kawałku papieru potrafi dostrzec rozwiązanie zagadki, oraz pani śledcza z tejże kancelarii, czyli grana przez Archie Panjabi Kalinda Sharma:
Kalinda potrafi zdobyć każdą informację i zmusić do mówienia najbardziej oporną osobę, i w sumie trudno się temu dziwić. A na dodatek interesują ją zarówno panowie, jak i panie. Ale nie tylko dla niej (chociaż mnie by wystarczyła) warto pooglądać.

Dodatkowy smaczek - jakieś 20 sekund z któregoś z wcześniejszych odcinków pierwszej serii, kiedy to szefowa Alicii, biznesowa feministka, dowiaduje się z plotkarskiego telewizyjnego szoł, że ukrywa swoją homoseksualną orientację. Jej reakcję polecam wszystkim uczestniczkom niedawnej outingowej debaty na tym blogu.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Po rocznicy - impresje i kontrowersje

fot. Grzegorz Banaszak

Trudno jest podsumowywać imprezę, które się współorganizowało, ale zaryzykuję. Udało się. Na sobotnim beneficie na rzecz akcji "Miłość nie wyklucza" i rocznicy naszego ślubu w jednym dopisali goście i gościnie (przez klub, w sumie niewielki, przewinęło się około 170 osób), artyści i artystki. Nie dotarł wprawdzie, pokonany przez przeziębienie, mój ukochany bard Martin Lechowicz, ale w chyba na dobre wyszło, bo program i tak pękał w szwach. Jak nie było występów, to były powitania, konkursy, licytacja, tort i symboliczny toast. Zebrane i zebrani mieli dłuższą chwilę na złapanie oddechu i pozwiedzanie Pardon, To Tu jedynie przed koncertem Czesława Mozila, kiedy nasz nagłośnieniowiec dwoił się i troił, by podłączyć wszystkie akcesoria, które ekipa Czesława ze sobą przytargała. Część do posłuchania i popatrzenia (kolejno: Maryja Furyja Konopnicka, Da Boyz & the Drag Kids, Furja jako dr Wsadowska, Betty Q & Crew z zapowiedziami Salatix, Czesław Mozil) zakończyła się grubo po północy, potem klub do rana przejął Kolektyw Ladyboy. Gosia i ja wyszłyśmy gdzieś o trzeciej, ostatni goście (i część artystów) koło ósmej. Czyli zdaje się, że było nieźle.

Efekty? Poza świetną (choć nie według wszystkich, ale o tym za chwilę) zabawą, po odliczeniu (niestety niebagatelnych) kosztów nagłośnienia i paru pomniejszych rzeczy (jak zwrot kosztów dojazdu dla artystki) udało się zebrać 1396 zł. Miło. Plus znajomość z Betty Q, Czesławem i drag kingami Elizque Tranglesiasem i Dieterem van Tease (jego numer z grą genderem to dla mnie najlepszy moment wieczoru), którzy wsparli nas po raz pierwszy (pozostałe artystki to już stara benefitowa gwardia), ale mam nadzieję, że nie ostatni. Plus kilka prywatnych znajomości, równie miłych i z szansą na kontynuację. A co się (niektórym, choć zastrzeżenia zgłosiła jedna osoba) nie podobało? Otóż Betty Q, prawdopodobnie najlepsza polska specjalistka od burleski, spełniła jedno ze swoich marzeń i zatańczyła na scenie do śpiewanej na żywo przez Czesława "Fischikelli". Zmysłowo, a jakże. Z odpowiednią dawką erotyzmu i golizny.
fot. Grzegorz Banaszak

I właśnie ów taniec oburzył jedną z gościń na tyle, że poczuła się w obowiązku nas poinformować, że "nie wszystkim się podoba to, co ten koleś wyrabia". Nie mam pojęcia, czy chodziło o złamanie zasad jakiejś hardkorowej wersji feminizmu, czy o coś innego, ale zawsze miałam wrażenie, że jak dwoje dorosłych świadomych osób ma ochotę zrobić coś razem, a tym czymś jest na przykład wspólne wykonanie piosenki, polegające na tym, że on śpiewa, a ona tańczy, zrzuca trochę ciuszków i go tym tańcem uwodzi, to nie ma w tym nic złego. I że w XXI wieku fakt, że kobiety posiadają coś takiego jak seksualność nikogo już nie dziwi czy nie szokuje - szczególnie w gronie osób, które (teoretycznie, wiem) są dość otwarte. W sumie ta sytuacja była dość zabawna, bo spodziewałam się zupełnie innych zastrzeżeń - że klub mały, że miejsc siedzących jeszcze mniej, że stojąco-bujana impreza zakrojona na tyle godzin to przesada. A tu niespodzianka - nic z tego nie było. To dobrze, żeby nie było wątpliwości.

Na koniec dla odmiany trochę malkontenctwa z mojej strony. Najpierw drobiazg - wśród gości był pan związany z Ruchem Palikota, który im więcej pił, tym bardziej próbował się dostać do mikrofonu (raz mu się udało, pod pretekstem udzielenia odpowiedzi na pytanie konkursowe), by poopowiadać, jaka to fajna i tolerancyjna partia. W sumie nic dziwnego, niektórzy politycy tak mają, że muszą się lansować przy każdej okazji, ale co się zirytowałam, to moje. Druga rzecz - biletami wstępu na imprezę były cegiełki. I okazało się, że parę osób (niestety głównie, jak nie jedynie, płci żeńskiej) wpadło na genialny pomysł, by po zostawieniu kurtek w szatni wyjść na zewnątrz i przekazać owe cegiełki znajomym, aby te mogły wejść za darmo. I weszły, a jakże (tak jak i weszło kilka osób, które po prostu "nie zauważyły" naszego "biletera"). I tak - z jednej strony wszelkie obrączkowanie czy pieczętowanie gości i gościń to nic fajnego - w końcu wszyscy są dorośli i chyba wiedzą, co robią. I, obiektywnie rzecz biorąc, takie zachowanie nie generuje jakichś strasznych strat, wszak zazwyczaj cwaniakuje, szczęśliwie, mniejszość. Z drugiej - tego typu zachowanie jest nieładne zawsze, a już szczególnie, gdy się wchodzi na imprezę, która ma na celu zebranie pieniędzy na jakiś cel. W końcu zazwyczaj (a na pewno tak było w tym przypadku) wszyscy pracują wtedy za darmo (czy za symboliczne piwo) - i artyści, którzy ponoszą koszty związane i z przygotowaniem, i z tym, że w tym czasie mogliby wystąpić gdzieś indziej za pieniądze, i organizatorzy, którzy muszą się nieźle nagimnastykować, by i artyści, i goście czuli, że opłacało się na tę imprezę przyjść i ów cel wesprzeć. Nie sądzę, by któraś z tych osób, które uznały, że generalnie mają tę pracę gdzieś, czytała ten tekst, ale na wypadek, gdyby tak było: naprawdę rozumiem, że nie każdego stać, by wydać te 10 czy 15 złotych w sobotni wieczór. Dlatego następnym razem po prostu skontaktujcie się z organizatorami. Pracy jest zazwyczaj dość i dla jednej, i dla pięciu, i dla dziesięciu i więcej osób. Pomożecie - w promocji imprezy, przygotowaniu klubu, opiece nad artystami, zorganizowaniu sprzętu czy czymkolwiek innym - wejdziecie za darmo. Proste i nie trzeba się będzie wstydzić, że ktoś was przyłapał na oszustwie (tak, przyłapane też weszły - jesteśmy frajerami).

Tyle marudzenia. A galeria zdjęć z imprezy tu.

czwartek, 8 grudnia 2011

Rocznicowe przemyślenia

Rok i dwa dni temu najdłuższy dzień w naszym życiu powoli dobiegał końca. W oparach zmęczenia snułyśmy się po imprezie weselnej w Nowym Jorku, ambitnie planując mały wypad na miasto, gdy w końcu pozwolą nam pobyć trochę tylko ze sobą i "po cywilnemu". Skończyło się na szumnych deklaracjach - gdy tylko dotarłyśmy do hotelu, niemal natychmiast poszłyśmy spać.

Rok, dwa dni i kilkanaście godzin temu nasza przygoda z konkursem SAS weszła w fazę kulminacyjną. 11 tysięcy metrów nad ziemią powiedziałyśmy sobie w wielu szczęśliwszych miejscach i dla wielu szczęśliwszych par sakramentalne, a dla nas nadal jedynie symboliczne "tak".

Dziś, rok, dwa dni i kilkanaście godzin później jako mieszkanki kraju nad Wisłą o bardziej znaczącym "tak" nadal możemy jedynie pomarzyć. Co nie znaczy, że w tym czasie nic się nie zmieniło i nie wydarzyło się nic dobrego. W wielkiej polityce - zamiast jednego planowanego projektu ustawy mamy jeden gotowy (SLD plus GI), jeden w przygotowaniu (GI plus MNW plus RP) i jeden w planach (PO). To nie jest dużo, bo nie oznacza, że ustawa tuż-tuż, ale też nie jest mało, przynajmniej w porównaniu z tym, co było rok temu. W naszym małym życiu - mam już chyba z 20 centymetrów włosa na głowie, Gosia już nie jest blondynką i gdzieś tam blisko nas pojawiły się (i wciąż się pojawiają) cudowne osoby, które mają tę piękną cechę, że im zależy. Na wielu różnych rzeczach i na wiele różnych sposobów.

Popatrzcie: w najbliższą sobotę mamy imprezę rocznicowo-benefitową. Od dwóch tygodni piszę o niej na Facebooku, tak że mam nadzieję, że już o niej wiecie i szykujecie krawaty (panie) i torebki (panowie). Ale nim się pojawicie, popatrzcie: wśród organizatorek i organizatorów są korpoludki, samozatrudnieni, brać urzędnicza, studenci i hiperaktywistka z Pimpusiem, którą z pewnością znacie z wszelakich prawnoczłowieczych manifestacji. Wśród występujących: drag kingi, dziewczyny robiące burleskę, bard-libertarianin, feministka-intelektualistka, chłopięce DJ-ki i pan Czesław z telewizji. Swój udział zapowiedziały homiki, heteryki, biseksy, transy, queery i osoby o orientacji IQ. Przedstawiciele i przedstawicielki wielce szacownych firm i spółek, politycy i ludzie, którzy najchętniej części owych firm i instytucji urządziliby koniec godny finału lepszego od pierwszej części sequela "Fight Clubu". I wszystkim tym osobom zależy.

Tak wiem - to nie jest tak, że wszyscy mają jakiś superpozytywny flow, że oto przekroczyliśmy i przekroczyłyśmy Rubikon i każdemu jest fajnie, każdy wierzy, że będzie dobrze, każdy czuje chęć dołożenia swojej cegiełki do historii walki o ustawę, która się właśnie pisze (historia, nie ustawa, choć i tę drugą ktoś teraz pisze, sęk w tym, że nie wiadomo, czy to ta historyczna, czy jedna z wielu po drodze). Czytam komentarze na IS. O robieniu szopki ze ślubu, kpinach z sakramentu i negatywnym nastawianiu "społeczeństwa". Kpię sobie z nich, ale też trochę o nich myślę. O tym, kiedy nadejdzie taki fajny dzień, w którym osoby nieheteronormatywne jak jedna mąż i jeden żona przestaną czuć, że na pewne rzeczy nie zasługują. Przestaną uważać się za gorsze i przestaną cenzurować swoje pragnienia w imię polepszenia odbioru społecznego samych siebie. Jestem pesymistką, jak może wiecie. Tak że myślę, że ów dzień nastąpi lata świetlne (wiem, rok świetlny jest jednostką odległości, nie czasu, wybaczcie, licentia poetica) po tym, gdy już będzie owa ustawa i parę innych, które też nie wiadomo, kiedy będą.

Ale mimo wszystko - świętujmy. Zapraszam na sobotę (10 grudnia) na godzinę 20 do warszawskiego klubu Pardon, To Tu (pl. Grzybowski 12/26). Zaśpiewają Czesław Śpiewa i Martin Lechowicz. Show zrobią Betty Q and Crew i Da Boyz & Drag Kids. Poczyta i podramatyzuje Maryja Furyja Konopnicka. Pobuja Kolektyw Ladyboy. Będzie tort, wino, licytacja i konkursy. Będzie intensywnie i różnorodnie. Ciepło, raźno, seksownie i nieprzyzwoicie. I jak tylko jeszcze lubicie.
PS Na fejsie padło pytanie, czy można się przebrać. Jasne, że można!

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Nowe szaty Zielonych

Niedzielny mikronews: po kongresie Zielonych 2004 Krystian Legierski pożegnał się z tą partią. "Powodem jest niezdolność partii, w jej obecnym kształcie, do podjęcia koniecznych decyzji uzdrawiających wewnętrzną sytuację partii. Ponadto po raz kolejny moje koncepcje co do kierunków rozwoju nie zyskały poparcia większości uczestników Kongresu, a skład wybranych organów partii jest cementowaniem niezdrowych relacji" - wyjaśnił na Facebooku. Co się konkretnie wydarzyło? Krystian przegrał w wyborach na przewodniczącego z Radosławem Gawlikiem (przewodniczącą została Agnieszka Grzybek).

Transfery międzypartyjne i spektakularne odejścia nie od dziś są w modzie, tak że nie byłoby w tej sytuacji nic specjalnie ciekawego, gdyby nie to, że nowa przewodnicząca postanowiła dość niefortunnie przegraną Krystiana skomentować. Całość tu:
 

A najciekawszy jest ten fragment: "Fakt, że został wybrany Radek Gawlik, pokazuje kierunek, w którym idziemy. (...) Wybór Krystiana na przewodniczącego jednoznacznie, no, istniałoby takie niebezpieczeństwo, że w dalszym ciągu będą nam przypisywać łatkę, że jesteśmy partią, która się zajmuje wyłącznie prawami osób LGBT, natomiast my staramy się łączyć to w holistycznej wizji". Hm. Z tego, co kojarzę, to Radek Gawlik dla odmiany kojarzy się wyłącznie z ekologią, ale rozumiem, że ta łatka nowej przewodniczącej nie przeszkadza. Ale nie o tym być miało. W każdym razie jeszcze nie. Otóż słowa pani Grzybek warto umiejscowić również w kontekście tego, że pierwszą przewodniczącą Zielonych 2004 była Magda Mosiewicz, jedna z nielicznych wyoutowanych polskich polityczek. Różnica między Magdą a Krystianem jest taka, że ta pierwsza znana jest głównie ze swojej działalności artystycznej i politycznej, ten drugi kojarzony jest przede wszystkim z aktywizmem na rzecz osób nieheteronormatywnych.

Oczywiście nie twierdzę, że Krystian nie został przewodniczącym, bo kojarzy się z tym, z czym się kojarzy (ani tym bardziej dlatego, że jest gejem). Nie został, bo zgromadzeni woleli Gawlika i już. Nie zmienia to jednak faktu, że wypowiedź pani Grzybek jest po prostu słaba. Bo, nawet jeśli ona konkretnie tak nie myśli, a jedynie obawia się, że "społeczeństwo" tak myśli, to wygłaszając tego typu sądy, po pierwsze pokazuje, że jej z ową łatką niewygodnie, a po drugie jedynie wzmacnia stereotypy, z których takie przeświadczenie "społeczeństwa" wynika. Że osoby nieheteronormatywne, a już szczególnie aktywiści z TEGO środowiska, myślą tylko o jednym i zajmują się tylko jednym. A na dodatek, wysuwając tego typu argumenty, sugeruje, że podobnie myślą wszyscy Zieloni, którzy zdecydowali się nie głosować na Krystiana.

Polscy Zieloni kojarzyli mi się zawsze nie tyle z "partią gejów i lesbijek" (choć pamiętam, że jeszcze parę lat temu tak o nich mówiono, teraz dominują raczej określenia typu "partia ekooszołomów", ewentualnie "ugrupowanie marginalne" czy "kanapowe"), co ze zgromadzeniem całkiem ciekawych ludzi, którzy, może właśnie dlatego, że są ciekawi, nie bardzo potrafią się przebić do politycznego mainstreamu. Nie sądzę, by receptą na ową utrzymującą się od początku istnienia partii bolączkę było podkreślanie, że Zieloni to nie tylko sprawy lesbijek, gejów, osób biseksualnych i tak dalej. Raz - bo wygląda na odcinanie się, dwa - bo zamiast mówić o "nie tylko", lepiej je pokazać (co, tak na marginesie, już się dokonało), trzy - bo tożsamość partyjną można rzecz jasna zbudować na "nie", ale na "nie tylko" już nie bardzo. Za to bardzo łatwo to "nie tylko" do siebie zniechęcić, szczególnie że nie jest już się jedyną partią, która o postulatach osób nieheteronormatywnych mówi. Co jest o tyle przykre, że Zieloni jako pierwsze polskie ugrupowanie od początku i zupełnie jednoznacznie byli nam przyjaźni. Cóż, czasy się zmieniają. Skoro Palikot może być mesjaszem lewicy, to Zieloni mogą pójść drogą SLD i odpuścić sobie co bardziej "kontrowersyjne" tematy.

A tak na marginesie, to jestem bardzo ciekawa, gdzie się Krystian teraz przytuli. Jakieś typy?

piątek, 2 grudnia 2011

Niewychodzenie z szafy

Ewa wyjechała. A jako, że na blogu (i w domu też, ale milcz serce moje) pusto, to zainspirowana tekstem o autobiografii Marka Niedźwiedzkiego w „Dużym Formacie” oraz krótką dyskusją o nim na FB, postanowiłam popełnić tekst o niewychodzeniu z szafy przez jednego prezentera radiowego i jedną wokalistkę.

Podobno tajemnicą poliszynela jest to, że obie te osoby poza zainteresowaniami muzycznymi łączy również odmienna od heteroseksualnej orientacja psychoseksualna. Słowa „podobno” użyłam świadomie z dwóch powodów. Po pierwsze ludzie wiele rzeczy gadają i nie zawsze jest to prawda. Po drugie opisywani mogą czytać „garniturek” i mogą zechcieć wytoczyć nam proces o zniesławienie i inne takie. Swoją drogę wtedy ja, jako autorka tego tekstu będę mogła również wytoczyć im proces o zniesławienie, skoro określenie  „lesbijka” czy „gej” jest dla nich uwłaczające. I tak będziemy się sądzić do dnia sądnego.

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że ludzie mają prawo do ochrony prywatności. Wszak nie kochamy, lubimy, cenimy, czy co tam kto chce, tej dwójki za ich życie osobiste. Chwała im za to, że nie tańczą na lodzie czy parkiecie, nie pokazują nam, jak śpiewają, czy też nie jurorują w idolach, talentach czy musieć być muzyka, nie wysyłają swoich zdjęć (oczywiście jako anonimowi informatorzy), jak jedzą lody, na Pudelka, Plotka czy inne takie.

Ale kiedy czytam w wywiadach rzeczy typu: „Odkąd sięgam pamięcią, siostra mi mówiła: kto ci na starość poda szklankę herbaty? To jest wyznacznik tego, że nie wolno być samemu, bo kto mi poda herbatę. A sam sobie zrobię” lub „Zawsze marzyłam, że uda mi się pogodzić szczęśliwą rodzinę, dzieci i partnera, który zrozumie moją potrzebę wolności, czyli realizowania się w pracy. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to będzie muzyka. Ale nie znalazł się mężczyzna, dla którego byłabym w stanie wywrócić swój świat do góry nogami” – to czuję pewne zawstydzenie, niesmak i budzi się we mnie potwór.

Zawstydzenie, bo oto osoby, które ceniłam za ich zawodowy dorobek, delikatnie rzecz ujmując, prawdopodobnie mijają się z prawdą. Nie wiem, może same wierzą w to, co mówią? Niesmak, bo nikt ich do takich wyznań nie zmusza, same decydują o tym, o czym chcą opowiedzieć widzom, słuchaczom, czytelnikom. Dlaczego więc, zamiast wprost powiedzieć, że nie będą rozmawiać o życiu prywatnym, wymyślają takie farmazony? Niech ktoś mnie oświeci - po co? Czego się boją? Utraty popularności? Chwilowego zamętu w tabloidach? Czego?

Nie, nie namawiam nikogo do wychodzenia na scenę czy mówienia w wywiadach „jestem gejem, jestem lesbijką”. Ale jeśli już mówią (!) o swoim życiu rodzinnym, to co w tym złego, że wspomną o swoim wieloletnim partnerze (on), czy partnerce (ona)? Wstydzą się swojej miłości, bliskości z drugą osobą? Ktoś może powiedzieć, że nie wszyscy muszą chcieć dzielić się „tymi sprawami” z całym światem. A dlaczego „tymi sprawami” dzielą się  inne znane postacie polskiej sceny muzycznej, swobodnie rozprawiając o swoich partnerach (one) i partnerkach (oni)? Nie zdradzając przy tym tajemnic alkowy (no dobra, większość). Skąd u osób homo- lub biseksualnych przeświadczenie, że ich orientacja jest sprawą intymną, a heteroseksualna już nie?

Co takiego dzieje się z ludźmi, że wolą kłamać, kluczyć, zamiast pochwalić się swoją miłością? Tak jak to po wielu latach uczynił chociażby Tomasz Raczek. Tak na marginesie odnoszę wrażenie, że po wyjściu z szafy zaczął oddychać pełną piersią i normalnie żyć. Bez strachu, że jego „straszliwa, mroczna tajemnica” wyjdzie na jaw. Szkoda, że naprawdę mądre, fajne osoby robią z siebie, no właśnie - kogo?

I żeby wynagrodzić czytelnikom nieco chaotyczny wywód (to na pewno z tęsknoty) pozwolę sobie na zakończenie przedstawić jeden ze skeczy Barbie Girls - „Wokalistkę”.

niedziela, 27 listopada 2011

Nowe Kobiety Kobietom

Nadeszła wielkopomna chwila i oto po niemal ośmiu latach jedynie kosmetycznych zmian największy polski portal dla kobiet nieheteroseksualnych Kobiety Kobietom dorobił się nowej strony głównej. Z tej okazji warto sięgnąć w przeszłość i obejrzeć, jak to się wszystko zaczęło. Pierwszy zachowany zrzut strony głównej KK pochodzi z czerwca 2003 roku (sam portal powstał w 2001 jako Les.art.pl, które do 2010 zbierało twórczość użytkowniczek i teksty poświęcone kulturze, a obecnie jest agregatorem blogów) i wygląda tak:
Jak widać, zaczęło się od ogłoszeń, nie tylko towarzyskich. Co jest w sumie zabawne, jeżeli spojrzeć na ów portal teraz, ale o tym za chwilę. W 2004 roku strona główna KK przybrała wygląd, który, z pewnymi modyfikacjami, przetrwał aż do wczoraj. Porównajcie - 2004:
i 2011:
W międzyczasie nastąpił rozwój części informacyjno-redakcyjnej - pojawiły się newsy, felietony, raporty, cykle redakcyjne, kalendarium, słowem KK stało się całkiem porządnym źródłem wiedzy o tym, co się dzieje w bardzo szeroko rozumianych naszych sprawach. Jednocześnie prężnie rozwijała się część społecznościowa - forum, ogłoszenia, twórczość użytkowniczek, czat, galeria, a w końcu profile i blogi. I nagle, jakieś cztery, może pięć lat temu część redakcyjna zaczęła powoli zanikać. Nie do końca, bo nadal co jakiś czas pojawiają się i newsy, i, ale to już naprawdę rzadkość, felietony czy recenzje, działa też jako tako kalendarium, ale KK przestało być medium mającym potencjał opiniotwórczy, a stało się po prostu społecznościówką. Co ciekawe, zamieranie opiniotwórczości zbiegło się w czasie z przebudową i zmianą wyglądu wszystkich stron poza główną (i przeniesieniem tekstów z domeny Les.art.pl na KK). Ale w końcu i na nią przyszedł czas i od wczoraj wygląda tak:
Lepiej? Moim zdaniem o niebo tak, choć to zdecydowanie nie moja estetyka (wolę mniej kolorowe strony) i zrobiłabym coś ze zduplikowanymi odnośnikami do poszczególnych działów. Lepiej dlatego (i tu wrócę do mojej uwagi z początku tekstu, że zaczęło się od ogłoszeń), że, poza tym, że jest nowocześniejsza, nowa strona główna odzwierciedla obecną rolę KK. A jest nią, tak jak było w 2003 roku, budowanie społeczności (wszak ogłoszenia i czaty były pierwszymi narzędziami tego typu!). Na pierwszym planie znalazło się to, co na tej stronie żyje i działa: profile, ogłoszenia, blogi, komentarze, forum, kalendarium. Newsy, artykuły i recenzje zostały zepchnięte na dalszy plan, na zasadzie, że jako ktosia będzie szukać czegoś do poczytania, to sobie znajdzie - na KK lub gdzie indziej. I teraz, uwaga, to wcale nie jest wada. Bo choć polski internet jest dość ubogi, jeżeli chodzi o strony "do poczytania" skierowane konkretnie do osób nieheteronormatywnych, to jest równie ubogi, gdy przychodzi do miejsc, w których kobiety LBTQ mogą po prostu pobyć ze sobą, powymieniać się doświadczeniami, poznać kogoś, podzielić się swoją twórczością i tak dalej, i tak dalej. Po prostu nie każde miejsce dla osób nieheteroseksualnych musi (i potrafi) być polityczne. Tak że, chociażby ze względu na moje podróże po (jakże specyficznym!) forum KK, cieszę się, że portal ten, zamiast się wypalić i zniknąć, jak na przykład Lesbijka.org, umacnia się w tym, co mu od samego początku wychodzi - łączeniu ludzi.

PS Jak ktoś ma ochotę pooglądać sobie, jak się rozwijało i zmieniało KK (lub inne portale), to polecam (nie po raz pierwszy) stronkę Internet Archive.

czwartek, 24 listopada 2011

Jest homofob, jest zabawa

Dawno, dawno temu, kiedy ten blog jeszcze raczkował (czyli jakieś dwa lata wstecz) zdarzyło mi się popełnić tekścik o "lesbijskim" poczuciu humoru. Do żadnych miażdżąco ciekawych wniosków dojść mi się nie udało, oczywisty był taki, że lesbijki, tak jak i parę innych osób na świecie, coś takiego jak poczucie humoru posiadają. Czasami. A czasami nie. Czemu mi się nagle ów zamierzchły wpis przypomniał? Z kilku powodów.

Parę dni temu NOP triumfalnie ogłosiło na swojej stronie, której z przyczyn oczywistych linkować nie zamierzam, że zarejestrowali jako swoje kilka paskudnych znaków, wśród których znalazł się m.in. krzyż celtycki i niesławny "zakaz pedałowania". I że w związku z tym odtąd zamierzają pozywać tych, którzy owe znaki ośmielą się znieważyć. Reakcje na owo doniesienie były przeróżne, od (skutecznego) wysyłania protestów do RPO, przez głosy oburzenia w mediach, w efekcie których postanowienie o rejestracji najprawdopodobniej zostanie zaskarżone przez prokuraturę, po spontaniczne akcje znieważania owych znaków oraz twórczość humorystyczną:
(Więcej znaczków na stronie "Miłość nie wyklucza", a z zaprezentowanych najbardziej mi się podoba tęczowa "kutanga" tudzież "fallanga".) I choć wyśmianie sytuacji to jak dla mnie trochę za mało i mam nadzieję, że skończy się jednak na "derejestracji", to ma ono tę przewagę nad innymi działaniami, że po pierwsze rozładowuje atmosferę, a po drugie jest chyba bardziej niż wkurzające dla chłopców spod znaku kutangi.

Drugi powód jest trochę starszy. Otóż od jakiegoś czasu, a konkretnie od momentu, kiedy w żałosnym stylu nie dostał się do Sejmu, kandydat PJN Krzysztof Oksiuta uprawia na swoim blogu i stronie na Facebooku coś, co jest tak absurdalne, że nawet trudno nazwać to homofobiczną i transfobiczną nagonką. Otóż, poruszony tym, że "zamiast" niego do Sejmu trafili gej i transka, pan Krzysztof zupełnie serio proponuje na przykład, by osoby homoseksualne nie miały praw wyborczych, by stworzyć osobne toalety dla osób nieheteronormatywnych czy wprowadzić w parlamencie obowiązkowe badania na HIV. Jak się łatwo domyślić, jego jakże mądre wpisy już kilkakrotnie poskutkowały zablokowaniem jego konta na fejsie, w związku z czym komunikuje się z użytkownikami głównie za pomocą ankiet. A że z techniką u niego słabo i nie potrafi sprawić, by odpowiadali jedynie jego "fani", to reakcje na jego pytania bywają... cóż, zabawne. Nawet bardzo:
Trzeci powód jest z trochę innej bajki, bo dotyczy śmiania się z samych siebie. Inna Strona (tak jak i Homiki) przedrukowała "Alfabet Biedronia" i nagle okazało się, że to, co wydawało się po prostu dobrą zabawą, może też budzić pewne kontrowersje (zresztą, żeby oddać sprawiedliwość IS, również niektóre komentarze na fejsie były mało entuzjastyczne). Choć głosów na plus było zdecydowanie więcej niż na minus, to dowiedziałyśmy się m.in., że:

Mnie osobiście nie podoba się takie podchodzenie do wypowiedzi Biedronia... Ten cały słownik też pasuje do hetero. Poza tym ponoć tam siedzą sami katolicy, moraliści... to teraz się nie dziwę że glosowania nad różnymi projektami kuleją jeśli tym moralistom co słowo z sexem się kojarzy . 
A ci co zachwycacie się talentem tych pań które to wymyśliły. Nie widzicie że przez to i was to dotyczy... was z branży właśnie . Każde wasze słowo będzie wyśmiewane... bo heterykom będzie się jednoznacznie kojarzyć .

ja tu zauważam raczej nabijanie się z osób należących do branży mniejszości, i nabijanie się z Biedronia, a nabijając się z przedstawicieli mniejszości w sejmie daje to pozwolenie nabijanie się z mniejszości poza sejmem. Może to i ironia i pokazanie głupoty posłów, ale mało to kto zauważy

Mam wrażenie, że zacytowanych powyżej osób nie rozbawiłaby też ani "kutanga" (jako niepotrzebne "budzenie agresji" wśród homofobów), ani dokuczanie Oksiucie (jako "robienie sobie wrogów"). I nie dlatego, że uważam, że niekończąca się lista słów zakazanych musi wszystkich bawić (choć byłoby miło), ale dlatego, że całkiem sporo osób po prostu nie przyznaje sobie prawa do posiadania poczucia humoru w swoich sprawach. I wszędzie widzi jedynie pretekst do dyskryminacji, prześladowania i tak dalej. Co jest w sumie strasznie smutne.

niedziela, 20 listopada 2011

Drag queen złamała obcas i dalej szła boso

Relacje na żywo z tegorocznego Marszu Równości w Poznaniu śledziłam równolegle na Gazeta.pl i MMPoznań. Na Gazeta.pl jest głównie dramatycznie - ONR skanduje swoje światłe hasła, chuligani biegają wokół Marszu, rzucają petardami i butelkami, próbują się przedzierać, policja ich spycha i tak dalej w ten deseń. Na MMPoznań spokojniej - ONR skanduje swoje światłe hasła, potem Marsz idzie, a od chuliganów odgradza go kordon policji i generalnie jest bez większych incydentów. Nie zamierzam bawić się w uśrednianie, nie byłam, nie wiem, nie kupuję też frazesów w stylu "prawda zawsze leży pośrodku". Pamiętam kilka oprotestowywanych marszy, w których brałam udział i wiem, że dużo zależy choćby od tego, gdzie jesteś - z przodu, z tyłu, w środku, obok. Jak choćby Łódzki Marsz Równości z maja tego roku, podczas którego właściwie byłam wszędzie. I raz dawałam się porwać świetnej energii zgromadzonych, by parę minut później dostawać dreszczy na widok kontrmanifestantów i uchylać się przed lecącymi w naszą stronę jajami.

Co mnie uderzyło (choć nie zdziwiło) w obu relacjach, to koncentracja na kontrmanifestacji, a potem zachowaniu przeciwników Marszu. Wystarczy zresztą pooglądać zdjęcia na obu portalach - ONR, policja, ONR i policja, kolorowa grupa z balonikami, chuligani (ONR? kibole?), policja, znowu policja, tym razem na koniach itd., itp. Na MMPoznań o samym Marszu można przeczytać tyle, że był, uczestnicy i uczestniczki na końcu poskakali, a na początku dołączyło do nich klika osób z transparentem "Chłopak, dziewczyna - normalna rodzina", które zostały poproszone o jego opuszczenie po tym, jak zakłócały jego otwarcie. Na Gazeta.pl trochę więcej - wiemy, którędy Marsz szedł, skąd wypadali chuligani, czym rzucali i jak sobie z nimi poradziła policja, znamy jedno hasło ("Bez demonstracji nie ma demokracji") i nazwiska kilkorga polityków, którzy w nim szli. No i że pod koniec były podskoki i tradycyjne podziękowania dla policji. Nie wiemy za to, po co Marsz właściwie szedł i co się w międzyczasie działo. A przecież to właśnie z jego okazji przybyła tam cała reszta i robiła to, co robiła. Czy może jednak nie?

Gazeta.pl podłapała jeszcze jedną rzecz - że w trakcie Marszu któraś drag queen złamała obcas i dalej szła boso. I co? I był to prawdopodobnie najczęściej komentowany i obśmiewany przez forumowiczów fragment relacji. W porządku - to nie było doniosłe wydarzenie (tylko czy któreś z pozostałych było?). I zapewne znacznie mniej ciekawe niż to, że ktoś cisnął petardą, ktoś się przedarł, ktoś krzyknął coś o impotencji Palikota. Za to - w przeciwieństwie do reszty - było cudownie zwyczajne. Założę się, choć może nie o jakąś część mojego ciała, że i owym forumowiczom, którzy tak ochoczo czepnęli się tej wzmianki, zdarza się narzekać na media - że gonią za sensacją, że szukają konfliktu na siłę, że żerują na tragedii, że są nieobiektywne i nierzetelne, że tak mało w nich zwyczajnych historii o zwyczajnych ludziach. Oczywiście wiem, że drag queens dla wielu z nich do kategorii "zwyczajne" się nie zaliczają, tyle że nie sądzę, by dla odmiany uznawali za takie chuligańskie ekscesy. Dlaczego zatem właśnie fragment o owej drag queen tak ich poruszył? Czyżby jednak konflikt i sensacja to było to? Kto kogo nakręca - odbiorcy media czy media odbiorców? Ha, odwieczne pytanie.

Ja, choć sensacyjne historie lubię i dzień bez wizyty na Policyjnych to dla mnie dzień stracony, chciałabym kiedyś w mainstreamowych mediach przeczytać taką relację z jakiegoś marszu czy parady, w której najważniejszą informacją byłby właśnie ów złamany obcas. W której nieważne by było to, co wokół, że ktoś coś krzyczał pod pomnikiem, a ktoś inny w przemówieniu dokopał jakiemuś politykowi, za to ważni by byli ci, co w środku, którzy po prostu przyszli i przeszli. Zwykli ludzie, z twarzami, na obcasach lub w tenisówkach, a nie anonimowi chuligani w kominiarkach, nieanonimowi politycy i policjanci w bojowym rynsztunku.

czwartek, 17 listopada 2011

Alfabet Biedronia

W trosce o powagę na sali sejmowej i wizerunek posła, a teraz również członka (!), a nawet wiceprzewodniczącego kilku komisji, wspólnie z fejsbukowiczami stworzyłyśmy listę słów i wyrażeń, których Robert Biedroń nie powinien używać. Mamy nadzieję, że, odpowiednio niestosowane, ułatwią mu pracę w polskim parlamencie.

Analiza – absolutnie zakazane! Szczęśliwie Robert nie zasiada w komisji edukacji, tak że nie grozi mu raczej używanie innego niebezpiecznego słowa tego typu, czyli „analfabetyzm”.

Aktywny - np. udział w pracach nad ustawą (patrz też: pasywny).

Bierny - patrz: pasywny.

Brać – na siebie, na klatę (patrz też: przyjąć).

Brąz – nie tylko w metalurgii, ale też jako „odbrązawianie”. Ohyda!

Branża - wiadomo, o jaką branżę chodzi, choćby mówił jedynie o „branży górniczej”.

Chłopiec do bicia – pozornie niewinne, ale w ustach Roberta jednoznaczne.

Cios poniżej pasa - i wszystko inne, co się tam znajduje i w co można zbyt często zaglądać.

Ciągnąć – nie tylko za język, ale też za sznurki czy „pociągnąć do odpowiedzialności” lub „ciągnąć temat”.

Ciemnia – nie wiemy, czy nasz poseł jest na tyle hipsterem, by bawić się w tradycyjną fotografię, ale jeżeli chodzi mu taki pomysł po głowie, to czas go zarzucić lub przynajmniej o nim nie mówić. Za bardzo się kojarzy z darkroomem.

Członek – ani samodzielnie, ani wysokiej izby, komisji, podkomisji, z ramienia (a cóż to za cudo?), w ogóle z niczego. „Asystent członka” też odpada. Pan poseł powinien też uczulić media, aby nigdy nie podpisywały go np. jako „członka komisji spraw zagranicznych”, bo czytelnicy/widzowie uduszą się ze śmiechu. A najlepiej, żeby w ogóle nie był członkiem czegokolwiek, choć na to jest już niestety za późno (tudzież, kolejne zakazane słowo, „po ptakach”). W żadnym wypadku nie wolno mu też „manipulować członkami”, szczególnie „pod płaszczykiem”.

czytaj dalej>>

środa, 16 listopada 2011

Pstryk!

Blogowe poszukiwania tożsamościowe, które możecie śledzić między innymi w cyklu Z życia homoseksualistek, poszerzają swój obszar. Od dziś będziemy eksplorować tajniki tożsamości dotąd tu nieobecnych lub obecnych jedynie śladowo. Tym razem jednak nie w roli autorek, a czytelniczek. Więcej poniżej, a my już się zamykamy i witamy Alka.
Ewa i Gosia

Witam wszystkie osoby czytające trzyczęściowy garnitur.
Niewysoka figura w wełnianej marynarce i dżinsach potoczyła po audytorium wzrokiem znad okularów. Po chwili pociągnęła dalej soczystym altem:
Nazywam się Alek i jestem sieciowym rozbitkiem, któremu Ewa zaproponowała napisanie czegoś na ten – mój ulubiony - blog.
Alek. No dobra. Niech jej będzie.
Co do mnie, to ja urwałem się z choinki, to znaczy od sąsiadów crossdresserów, do których obecnie roboczo się przyżeniam.
Tu Alek nerwowo poczochrał(a?) swoją bujną brązową czuprynę.
Nie będę teraz mówić o wszystkich etykietach, które sobie mogę przylepić.
Na szczęście. Jest tego tu aż nadto.
Myślę, że będzie na to czas.
Ups.
Tak, tak, widzę Wasze miny. Wyglądacie jak młodzież, której zapowiada się półtoragodzinną pogadankę o uwarunkowaniach społecznych edukacji. Myślę jednak, że Was nie znudzę. Lubię sobie pomarudzić i podebatować, nie powiem, ale tym razem wysilę się i napiszę subiektywnie o takich nieistniejących fenomenach jak na przykład damski transwestytyzm, hetero-babochłopizm, fetyszyzm szelek i pikolaków, kobiecy metroseksualizm, przyjemność płynąca z bycia szorstką. A to pewnie nie wszystko, bo pewnie coś wyjdzie w praniu. A propos prania, na dzisiaj zaplanowałem małą wycieczkę krajoznawczą do łazienki transwestyt/ki. Skąd biorą się ci ludzie… Skąd wziąłem się ja?

Pewnego dnia stajesz przed lustrem i widzisz TO. Twoje rysy twarzy, twoja mimika, twój sposób zachowania przestają być Twoimi nieprzyjaciółmi, kiedy patrzysz na siebie TAK. Nic nie musisz ukrywać, niczego udawać, przeciwnie. Dzieje się COŚ i kondensujesz w jedno wszystko co Cię raziło i przed czym uciekasz.

Gorączkowo, używając wszystkiego, co w danej chwili masz pod ręką, dodajesz kilka szczegółów, tworzysz ramę do pojawiającego się w Twojej głowie obrazu. Rysujesz go grubą krechą, mniej więcej według wzorca. Wychodzi Ci postać – z boku patrząc, jest groteskowa. Ale Ty patrzysz na nią oczami zakochanego fotografa. Nie z boku, zboku. To słowo pojawia się w twojej głowie właśnie tak – znikąd, mimochodem. Na razie dajesz mu spokój.

Na razie zakochany fotograf ustawia twarz pod tym, a nie innym kątem, póki co przed lustrem, bo kto zaczyna od razu od szkła w aparacie. Widzisz to, widzisz to? Pstryk oczami. Masz to! Czyli co, to jest kwestia kąta? Pewnie nie. W żadnej zabawie nie chodzi tylko o kąt. Lubisz wygłupy przed lustrem, co? Masz ich za sobą mnóstwo, może nigdy nie w ten sposób, ale jednak. Usta, brwi i oczy zastygają w układzie, w którym po cichu i od dawna się specjalizujesz. Masz to? Pstryk. „To je to” - śpiewa dusza.

Pod ręką znajduje się więcej rzeczy, w głowie znajduje się więcej pomysłów. Do zabawy włączasz gesty i pozy, w tym też masz sobie tylko wiadome mistrzostwo świata. Szalejesz. W tym szaleństwie jest metoda. Z każdym gestem, z każdą pozą i każdą miną postać nabiera ciała i charakteru. Okazuje się, że ją dobrze znasz. Gdzieś nagle przypomina Ci się Twoje przebranie z balu przebierańców w podstawówce. Pstryk. Twoje role w zabawach. Pstryk. Twoja hardowa, nastoletnia stylizacja. Pstryk. Rozczulenie, które Cię ogarnęło, gdy w sklepie pomylono Twoją płeć. Zakochania w bohaterach książek, bo czy zakochać się = chcieć być jak on? Nieodparta chęć otwarcia drzwi przed przyjaciółką. Gonitwa myśli. Pstryk, pstryk, pstryk.

Masz to! Zakwitło Ci w głowie, niczym przyspieszona roślina w filmie przyrodniczym. Nagle zaczynasz smakować swoje życie w systemie dualnym. Albo słone, albo słodkie.

Te buty, ha, nie na darmo miały być właśnie te. Tamte buty, o nie, nie bez powodu się kurzą i (a może „bo”) właśnie takich nie lubię. Dlaczego ona jest taka niespokojna, a ja nie? Po co mi ta szminka? Robi się ciekawie.

fot. howstuffworks.com/photoxpress.com

sobota, 12 listopada 2011

Po Kolorowej Niepodległej

Tak jak zapowiadałam w zeszłym roku, również tym razem, bez oporów i wątpliwości, wybrałam się na legalną blokadę Marszu Niepodległości, czyli Kolorową Niepodległą na Marszałkowskiej. Dlaczego? Bo nie podoba mi się zawłaszczanie patriotyzmu przez jedną opcję, i to taką, która obok haseł dumy z bycia Polakami bez oporów głosi hasła ksenofobiczne i homofobiczne. Bo nadal uważam, że, choć nie można narodowcom bronić wyrażania poglądów, to trzeba przeciw nim (pokojowo!) protestować. I jest to dla mnie czymś naturalnym.

Choć to, co się wydarzyło wczoraj w Warszawie, było przerażające, to z mojej perspektywy pikieta przeciw narodowcom była zdecydowanie bardziej udana niż ubiegłoroczne zgromadzenie na placu Zamkowym. Przede wszystkim dlatego, że tym razem prowadzący stanęli na wysokości zadania, co rusz przypominając zgromadzonym, że zgromadzenie ma charakter pokojowy i studząc zapędy Antify, gdy ta przed godziną 15 odparła grupę chuliganów (kiboli? ONR-owców?), którzy próbowali wedrzeć się na teren pikiety. Ale również dlatego, że po tej sytuacji anarchiści bardziej przyłożyli się do pilnowania swoich i utrzymania pokojowego charakteru demonstracji. W pamięci utkwiły mi dwie sytuacje. Pierwsza - gdy zaczęła się bitwa między uczestnikami Marszu Niepodległości a policją na placu Konstytucji, jeden z uczestników Kolorowej Niepodległej odpalił racę. Pozostali, krzycząc "pokojowa demonstracja" natychmiast mu ją odebrali i zgasili. Druga - gdy chuligani (kibole? ONR-owcy?) wypadli z bramy na Wilczej i rzucili się na zgromadzonych na pikiecie, Antifa utworzyła mur odgradzający resztę uczestników demonstracji od atakujących i do momentu przybycia policji ochraniała nas przed agresorami, odrzucając lecące w naszą stronę petardy i race. Gdy nadbiegła policja, anarchiści spokojnie się odsunęli i dali jej działać. Świetnie też sprawdziły się zorganizowane przez anarchistów służby medyczne, gdy dotarły do nas opary gazu pieprzowego rozpylonego przez policję na placu Konstytucji. A poza tym? Na początku było kolorowo, chłodno i trochę nudnawo (znaczy były przemówienia, występy, herbata dla chętnych, piłki plażowe do podbijania, baloniki do pękania i takie tam), potem, gdy zobaczyliśmy, co się dzieje paręset metrów od nas i gdy chuligani próbowali się do nas dostać w bynajmniej niepokojowych zamiarach, dość strasznie. A gdy do tego doszły doniesienia o kolejnych zamieszkach, spaleniu tęczowej flagi, obrzuceniu petardami ambasady Rosji, demolowaniu prywatnych samochodów i lokali, i zniszczeniu telewizyjnych wozów transmisyjnych na placu Na Rozdrożu, zrobiło po prostu przygnębiająco. Bo większość uczestników legalnej demonstracji na Marszałkowskiej chyba w najgorszych snach nie przeczuwała, że po drugiej stronie może dojść do aż takiej eskalacji przemocy.

Jako że byłam niemal w sercu tego wszystkiego, ze sporym osłupieniem śledziłam późniejsze relacje z tego, co się stało. Bo ani nie było tak, jak twierdzą organizatorzy Marszu Niepodległości, że policja ich nie ochraniała i to poskutkowało przeniknięciem w ich szeregi zamaskowanych "prowokatorów", którzy zaczęli zadymę, ani też owi "prowokatorzy" nie szli w końcówce Marszu - przeciwnie, z wysokości Wilczej doskonale było widać, że i policji na miejscu zbiórki narodowców było mnóstwo, i zadymiarze zaczęli rozrabiać nie kiedy Marsz opuścił plac Konstytucji, ale już na samym jego początku. Daleka jestem od stwierdzeń, że organizatorom Marszu chodziło o zadymę i dlatego zaprosili kiboli i innych takich. Ale faktem jest, że owi kibole i inni chuligani szli z nimi i nie dało się ich i tego, co robili, nie zauważyć. I, podobnie jak poprzednio, nie zamierzam również bronić anarchistów, którzy "działali" poza legalną manifestacją (choć historia z niemieckimi anarchistami na Nowym Świecie jest cokolwiek niejasna, co dobrze widać tutu i na tym zdjęciu, gdzie spokojnie idą obok grupy, którą ponoć zaatkowali), ba, cieszę się, że jeszcze przed 15 w większości wylądowali na komisariatach i nie dotarli na Kolorową Niepodległą (choć cieszę się też, że Antifa była z nami, bo bez nich mogło być krucho).

Oczywiście to, co pokazały wczoraj i dziś rano media, to dopiero początek wzajemnego obwiniania się za to, co się stało, odcinania się przez organizatorów od tych, którzy rozrabiali, i analizowania, co zrobić, aby sytuacja się nie powtórzyła. Mam nadzieję, że refleksja nad tymi wydarzeniami wzniesie się ponad zwyczajowe szukanie, kto narozrabiał i kto sprowokował, i tryumfalne ogłaszanie "zwycięstwa" każdej ze stron. Pewnie, że miło jest się poczuć "moralnie lepszym", tyle że nie chodzi o to, by się licytować, kto jest milszy i spokojniejszy, ale co zrobić, by nie tylko kolejne Święto Niepodległości nie stało się okazją do zdemolowania miasta i ataków na policję, ale też by tej agresji (nieważne, jak motywowanej) było po prostu mniej. Oczywiście łatwo jest powiedzieć "pozwólcie im przejść, nie blokujcie", tyle że, biorąc pod uwagę to, co się stało na placu Konstytucji, a także tegoroczne wydarzenia chociażby z Białegostoku, owo pozwolenie nie sprawi, że znikną zachowania skrajne, że nagle owa rzesza młodych ludzi, którzy niszczą żydowskie nagrobki, malują swastyki na murach, terroryzują mniejszości etniczne, zawłaszczają stadiony czy atakują policjantów nagle się ucywilizuje, może za to sprawić, że poczują się jeszcze bardziej pewni swoich racji. A takich sytuacji jest niestety coraz więcej. I nie sądzę, by receptą na to było zaostrzenie prawa o zgromadzeniach. Paradoksalnie najwięcej chyba mogłyby tu zrobić ugrupowania stojące za Marszem Niepodległości, bo to one przyciągają takich ludzi. Pytanie tylko, czy potrafią i czy tak naprawdę chcą.

Galeria zdjęć z Kolorowej tu. Polecam też komentarz Artura Domosławskiego.

czwartek, 10 listopada 2011

Z siebie się śmiejecie

Oświeceni i europejscy posłowie i posłanki z miłościwie nam panującej partii rządzącej zafundowali nam w pierwszych dniach urzędowania nowego Sejmu iście żenujący spektakl. Zaczęło się od ataku na Wandę Nowicką (wybraną na wicemarszałkinię dopiero w drugim podejściu) i godnej Beavisa i Buttheada reakcji sporej części posłów na słowa broniącego Nowickiej Roberta Biedronia:



A potem było jeszcze gorzej. Oto okazało się, że państwo posłowie z Platformy Obywatelskiej mają całkiem racjonalne wytłumaczenie na swoje zachowanie. Bo, według Julii Pitery, Nowicka nie powinna być wicemarszałkinią nie dlatego, że jest zwolenniczką prawa do wyboru, ale dlatego, że uważa, że jej poglądy powinni podzielać wszyscy (ciekawe, skąd jej to przyszło do głowy, tak na marginesie). Robert Biedroń dla odmiany kojarzy się Piterze jedynie z seksualnością, tak że nie powinien używać takich sformułowań jak "cios poniżej pasa", bo jest to (oczywiście wyłącznie w jego wydaniu) po prostu ordynarna prowokacja. Błysnął również, choć to żadna niespodzianka, Stefan Niesiołowski, stwierdzając, że ma inne niż Nowicka poglądy na temat religii i aborcji, w związku z czym był za odebraniem partii, którą ona reprezentuje, miejsca we władzach Sejmu. Robert dla odmiany naraził mu się głupim uśmiechem i ogólną kabaretowością, więc według specjalisty od muszek owocówek nie ma co się dziwić, że wystąpienie "naszego" posła wywołało śmiech - w końcu sam zebranych nakręcił.

Słabo? No trochę tak, szczególnie jak sobie człowiek przypomni sprawę Węgrzyna, który wyleciał z PO właśnie za to, że mu się homoseksualność wyłącznie z seksem kojarzy. Gdyby partia ta chciała być konsekwentna, to powinna teraz pożegnać się z większością swoich członków i członkiń (a może nie powinnam używać tych wyrazów?), z premierem Tuskiem włącznie. Ale nie liczę na takie szczęście.

Błysnął też poseł Kłopotek z PSL. Wprawdzie, w przeciwieństwie do swoich kolegów i koleżanek, uznał, że reakcja sporej części posłów i posłanek wystąpienie Biedronia była beznadziejna, ale popisał się za to taką wypowiedzią: "Musimy się przyzwyczajać. Na początku też było takie zaciekawienie, kiedy mieliśmy pierwszego czarnoskórego posła, ale później to już był chleb powszedni, nikogo to nie dziwiło. I teraz przychodzi nam oswajać się z tym, że są w Sejmie homoseksualiści, jest transwestyta. I to nie jest łatwe. Ale to też są ludzie. Biedroń to bardzo sympatyczny człowiek i myślę, że ta nauczka była niezła dla nas wszystkich". Miło, że uznał, że "transwestyci" i osoby homoseksualne są ludźmi. No naprawdę, jest to odkrycie godne żyjącego w XXI wieku mieszkańca, ba, co tam mieszkańca, reprezentanta władz kraju członkowskiego UE. Podobnie jak to, że nie wszyscy Polacy i Polki są biali, więc i w Sejmie nie wszyscy muszą tacy być. No ale nie ma co się specjalnie nad Kłopotkiem pastwić, wszak, zapewne niechcący, udało mu się uchwycić sedno sprawy. Bo cały kłopot polega też i na tym, że dotychczas ci inni to byli handlarze ze Stadionu, manifestujące parę razy do roku dziwolągi, ewentualnie biedni pokrzywdzeni przez los ludzie, których można było na zmianę olewać lub głaskać po główkach, gdy ich głosy z jakiegoś powodu były potrzebne. A tu nagle, niespodzianka, okazało się, że są tuż-tuż, w ławie obok, i nie można już nimi tak łatwo pogrywać. I na dodatek, sądząc po komentarzach w internecie, całkiem spora rzesza ludzi i wspierające dotąd koalicję rządzącą media nie widzą w tym nic dziwnego, a nawet gorzej, uważają, że posłowie prześmiewcy popisali się buractwem i zaściankowością.

Przy okazji wyszła jeszcze jedna sprawa. Tzw. Ziobryści postanowili nie odpuszczać Nowickiej i doprowadzić do jej odwołania z funkcji wicemarszałkini. Jak? Przywołując działalność Wandy w Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny i proces, który wytoczyła Joannie Najfeld za stwierdzenie, że znajduje się na liście płac przemysłu aborcyjno-antykoncepcyjnego. Wanda sprawę przegrała, bo sąd uznał, że wypowiedź Najfeld miała charakter publicystyczny. Nie stwierdził jednak, by Wanda na jakiejkolwiek liście płac była. Po prostu Federacja, jak wiele innych organizacji, pozyskuje środki na działalność od legalnych instytucji, organizacji, fundacji czy sektora prywatnego. Co jednak ciekawe, już samo pomówienie, jakoby mogła się zajmować lobbingiem na rzecz koncernów farmaceutycznych, sprawiło, że zbadania sprawy przez komisję etyki poselskiej zażądali nie tylko ekspisowcy, ale też PO i Leszek Miller. Dobrze, że chociaż Kalisz pokazał klasę i murem stanął za Nowicką, choć to nie on rozdaje teraz karty w Sojuszu, więc też nie ma co się specjalnie cieszyć. Tym bardziej że sprawa nie jest jeszcze niestety zakończona.

W atakach na Wandę jest też jednak drugie dno, o czym pisze dziś Ewa Siedlecka na Wyborcza.pl. Otóż i Wanda Nowicka, i Robert Biedroń, i Anna Grodzka, jako aktywiści organizacji pozarządowych, muszą się liczyć z tym, że ich działalność może być pretekstem do podważania ich wiarygodności i wysuwania zarzutów o lobbing. Dlatego dla spraw, o które walczą, naprawdę lepiej by było, gdyby na czas urzędowania w Sejmie po prostu tę działalność zawiesili, szczególnie że ewentualne oskarżenia o lobbing to niejedyny argument przemawiający za tym rozwiązaniem. O pozostałych - groźbie upolitycznienia organizacji i niemożności pogodzenia interesów partii i aktywistów już kilkakrotnie pisałam.

Tak czy siak niesamowite jest to, jak PO ni z tego, ni z owego pokazało nam twarz, której chyba nie chciało pokazywać. I to jest jedyny plus tego całego zamieszania - że być może kolejne parę osób pozbyło się złudzeń co do postępowości owego ugrupowania.

wtorek, 8 listopada 2011

MNW, Heather Nova i pewien idiota

Ostatnie dni upłynęły nam pod znakiem spotkań, planów, burz mózgów i takich tam. Inaczej mówiąc, akcja "Miłość nie wyklucza" zdecydowanie nabiera rumieńców. Na sobotnim spotkaniu ukonstytuowały się cztery grupy - prawna, która zajmie się pisaniem/poprawianiem ustawy, do spraw kampanii - odpowiedzialna za przygotowanie nowej odsłony MNW - do spraw 100 tysięcy - odpowiedzialna za koordynację zbierania podpisów pod potencjalnym obywatelskim projektem ustawy - i do spraw mediów, lobbingu i fundraisingu (więcej o tym, czym się będą zajmować, tu). Do końca tygodnia trwa nabór wolontariuszy, tak że nie wiadomo jeszcze, jak liczne będą grupy. W każdym razie medialna, do której trafiłam, już przyciągnęła kilkanaście osób, a wciąż zgłaszają się nowe. No ale, nie oszukujmy się, niezależnie od tego, czy dalsze działania pójdą w kierunku stworzenia projektu obywatelskiego, czy wspierania któregoś z projektów partyjnych, będzie co robić. Tak że już się cieszę i już jestem zmęczona - trzeba się będzie chyba na nowo przyzwyczaić do bardziej regularnego działania.
Dla odprężenia wybrałyśmy się dziś z Gosią do Stodoły na koncert Heather Novy. Na wypadek, gdybyście nie wiedzieli i nie wiedziały, kto to taki, to jest to ta pani:



W Stodole zagrała z tymi samymi muzykami i równie fajnie. Nas szczególnie urzekła gitarzystka (widać ją po lewej), a nasze pełne zachwytu spojrzenia i okrzyki zostały najwyraźniej zauważone, bo z koncertu wyszłam bogatsza o jej kostkę do gitary. Ogólnie było świetnie, ale był też jeden ogromny minus - otóż na jedyny (i pierwszy!) w Polsce koncert pani, która od ponad dwudziestu lat gra naprawdę kawał dobrej muzyki, pofatygowało się może dwieście osób. Nie wiem, czy to kwestia słabej promocji, czy w ogóle nikłego zainteresowania artystkami i artystkami, którzy i które mają coś więcej do zagrania i zaśpiewania niż Feel i Beata Kozidrak, ale w każdym razie wyszło to dość słabo. Choć oczywiście miło było choć raz w życiu nie musieć pchać się pod scenę.

Na koniec rzecz z cyklu irytujących, czyli plakatowych wynurzeń Ruchu Higieny Moralnej ciąg dalszy (po jakże uroczej akcji przeciw "spedalaniu nieletnich" i wrednych, brzydkich i leniwych feministkach). Od poniedziałku w Warszawie można trafić na takie coś:
Tradycyjnie nie ogarniam, o co twórcom plakatu (a konkretnie plakaciście Wojciechowi Korkuciowi, bo to on stoi za akcjami RHM) chodzi. Przekazu nie rozjaśnia też tekst pod "nie faszystuj bez sensu":

*faszystować (neologizm) - nieuzasadnione, bezpodstawne, tendencyjne posługiwanie się terminami, symbolami i określeniami faszystowskimi i nazistowskimi w celu zdyskredytowania, zdeprecjonowania i wyszydzenia postawy, poglądów i dokonań innej osoby lub grupy osób.

No chyba że pan Korkuć ma problem z tymi, którzy protestują przeciw Marszowi Niepodległości, bo nie godzą się na promowanie homofobii, transfobii, ksenofobii, antysemityzmu itd. i nie podoba im się zawłaszczanie pojęcia "patriotyzm" przez narodowców. No cóż, zawsze może "pofaszystować" z sensem i dołączyć do ONR-u i MW. Lub zrobić kolejny plakat o tym, jak to niedobra mniejszość uciska biedą większość.

czwartek, 3 listopada 2011

Ustawa w miesiąc?

Najpierw ciekawostka, czyli Jacek Żakowski w najnowszej "Polityce":

Prawdziwa kanonada, już całkiem na poważnie, ma się zacząć dokładnie 22 listopada. Czyli w dniu powołania nowego rządu. I skończy dokładnie 22 dni robocze później, czyli 22 grudnia. W ostatnim dniu sejmowym przed Bożym Narodzeniem. Przez te 22 dni Ruch zapowiada, że złoży w lasce marszałkowskiej pierwsze 22, z około 140, projekty nowych ustaw, które chce zgłosić w pierwszym roku kadencji.
Karol Jene, kierownik Klubu Sejmowego Ruchu (...), który nosi cały ten pakiet w laptopie, wolałby strzelać krótkimi seriami. Projekt, kilka dni na dyskusję i dopiero następny. Palikot zdecydował, że musi być kanonada. Tusk nie może mieć ani dnia spokoju. Żaden rząd nie dostał jeszcze od opozycji takiej legislacyjnej serii na dzień dobry. Żadna partia pierwszy raz wchodząca do Sejmu nie przyszła na Wiejską z tak opasłym workiem gotowych projektów.
Autorytet przewodniczącego jest niekwestionowany. Więc w poniedziałki i piątki Ruch będzie strzelał grubymi pociskami wymagającymi debaty. A we wtorki, środy i czwartki mniejszymi. Żeby kurz nie opadł, kiedy opinia publiczna będzie rozprawiała nad grubszymi sprawami.
Nie jest jeszcze jasne, które projekty Ruch uzna za grube. Czy na przykład ustawa o związkach partnerskich jest gruba? Zależy, w jakim wariancie. A bez względu na wynik rozmów z SLD, wariant radykalny znajdzie się w pierwszym pakiecie. Podobnie jak ustawa o in vitro, zawierająca gwarancję refundacji takich zabiegów. (...) W tym pakiecie będzie też ustawa o osobach transseksualnych, o parytetach, o edukacji seksualnej i o dostępie do antykoncepcji. (fragment tekstu "Ani dnia spokoju")

A teraz to, co już pewnie wiecie. Wczoraj w Sejmie spotkały się grupa skupiona wokół akcji "Miłość nie wyklucza", Grupa Inicjatywna ds. Związków Partnerskich oraz Ruch Palikota w osobach Roberta Biedronia, Anny Grodzkiej i Pawła Jasińskiego. Efektem tego spotkania było powołanie grupy roboczej złożonej z prawników reprezentujących wszystkie zainteresowane "frakcje", którzy wspólnie stworzą projekt ustawy. Pierwsze wyniki ich pracy poznamy za miesiąc.

Niezależnie od tego, czy dzięki tym działaniom powstanie ustawa naszych marzeń (tak na marginesie, to czy w ogóle taka istnieje?), czy nie, zawiązanie grupy prawnej nie oznacza, że można spocząć na laurach. Przed nami wiele pracy chociażby nad stworzeniem "klimatu społecznego", który pomógłby we wprowadzeniu korzystnych dla nas rozwiązań. Bo nie ma co się łudzić, że Sejm tak po prostu przyjmie choćby najlepiej napisany projekt. Dlatego gorąco zapraszam na spotkanie grupy "Miłość nie wyklucza" w tę sobotę o godzinie 16 w Lenivcu (Warszawa, ul. Poznańska 7). Szczegóły tu.

Dlaczego warto przyjść? Bo jest i co robić, i z kim, i na dodatek wierzę, że zobaczymy realne skutki swojej pracy. Dla mnie, jako osoby od początku zaangażowanej w akcję, to, co się wokół niej wydarzyło przez ostatni rok i czego efekty możemy obserwować teraz, gdy na spotkania przychodzi już nie kilka, a kilkadziesiąt osób (a drugie tyle pewnie też by się wybrało, gdyby mieszkało w Warszawie), jest czymś niesamowitym. Bo nagle okazało się, że mimo że tyle się słyszy o kryzysie "naszych" organizacji, a może na przekór temu, jest naprawdę dużo osób, które nie mają ochoty czekać z założonymi rękami, aż "się zmieni", ale chcą w tych zmianach brać czynny udział. Chociaż nie miałam możliwości być na pierwszym spotkaniu "nowej" grupy (był na nim za to Maćq, którego relację polecam), to wystarczyła mi wczorajsza wizyta w Sejmie, podczas której miałam okazję poznać kilka z tych osób, które ostatnio dołączyły do grupy, by się przekonać, ile przez ostatni rok się zmieniło. Bo nie dość że jest ich (a właściwie nas) dużo, to na dodatek są to świetni ludzie. Tacy, którym się chce i z którymi człowiek wierzy, że się uda - jak nie w tym roku, to w następnym, albo jeszcze następnym, albo jeszcze. Tak że wielki ukłon i w kierunku "naszych" prawników, przed którymi niełatwe zadanie, i tych wszystkich, z którymi miałam i będę miała okazję pracować (również tych, którzy wspierają akcję zdalnie, internetowo i na wszystkie inne możliwe sposoby). Plus specjalne głaski dla Wojtka, który to wszystko spina.

Na koniec "słit focia", która obiegła już fejsa, czyli wyżej podpisana, Maćq i Wojtek na sejmowych schodach. Uwiecznił Wiktor.

poniedziałek, 31 października 2011

Feminizm w obrazkach

Dziś zamiast wrednej pisaniny grafiki i fotki z dwóch fejsowych stron (które pewnie znacie, a jak nie, to koniecznie nadróbcie), którymi od jakiegoś czasu nie mogę się nacieszyć. Czyli dość samobójcze wyznanie, że tak, to prawda, czasami obraz starczy za tysiące słów. Miłego interpretowania.

A girl's guide to taking over the world:
  The Anarcho-Feminist:
Na koniec - jedno z najpiękniejszych zdjęć, jakie kiedykolwiek widziałam:

sobota, 29 października 2011

Z życia homoseksualistek: konserwatywna szowinistka

Niedawno jedna z czytelniczek poprosiła, bym, w ramach cyklu „Z życia homoseksualistek”, napisała coś specjalnie dla crystall, która jest jej ulubioną foremką (tak, moim zdaniem fajnie, określają się forumowiczki KK). Jako że ostatnio nie mam melodii, by zagłębiać się w kwestie tożsamościowe (co nie znaczy, że obiecanego w poprzedniej części tekstu o atrakcyjności i o tym, czy aby na pewno kobiety mogą sobie w sferze wizerunku pozwolić na więcej, nie będzie), skorzystałam z podpowiedzi.

Forum portalu Kobiety Kobietom liczy sobie na dzień dzisiejszy 64373 zarejestrowanych użytkowniczek i użytkowników (panów, choć w dyskusjach zazwyczaj są niewidoczni, jest tam, co widać w statystykach oglądalności, całkiem sporo). Większość to martwe dusze, poprzednie wcielenia osób, które mają więcej niż jedną forumową tożsamość  i osoby udzielające się sporadycznie, udzielających się w miarę stale jest może kilkaset, superaktywnych i do tego charakterystycznych – kilkadziesiąt, a kontrowersyjnych - kilkanaście. Crystall z pewnością należy do dwóch ostatnich kategorii. W ciągu niespełna trzyletniej bytności na forum popełniła 1260 postów, z czego ponad 350 jest niewidocznych dla ogółu – zostały skasowane lub znajdują się w niemoderowanej, zamkniętej dla niezainteresowanych części zwanej koczowiskiem. W swojej dość krótkiej karierze zarobiła kilka(naście?) banów i pewnie znacznie więcej ostrzeżeń. Czym sobie na takie traktowanie zasłużyła? Oddajmy głos samej zainteresowanej:

preferuje styl à la Jerzy Urban - dosadny i oddajacy istote rzeczy. przykro mi ze nie wszystkim sie on podoba.

Mała próbka (z wątku o prostytutkach):

nie obrazam prostytutek, wyrazam tylko swoja a takze powszechna opinie spoleczenstwa na ich temat. uwazasz ze to co robia prostytutki to nie jest szmacenie sie? bo ja uwazam, ze jest. to jest ponizanie sie, robienie z siebie szmaty, szmaty ktora moze miec kazdy oblech jak tylko zapłaci. wspolczuje im ze sie tak szmaca, ze robia z siebie takie pojemniki na sperme. to jest obrzydliwa robota i pisze prawde. kanalarz ktory pracuje w ludzkich odchodach tez ma ohydna robote, tez nie ma sie czym chwalic. (…) nie zakladam ze kobieta ma byc monogamiczna. watek dotyczyl dziewczyny tej prostytutki, ta dziewczyna pytala co bysmy zrobily na jej miejscu. ja jej odpisalam ze bym rzucila prostytutke, poniewaz od swojej partnerki wymagam monogamicznosci, wiernosci, kierowania sie przede wszystkim uczuciami a nie chcicą. inne kobiety mnie nie interesuja, niech robia co chcą, ale nie musze wszystkich szanowac, prawda? przeciez krzywdy im tym nie robie. co je moze obchodzic mój szacunek lub jego brak?

I druga (o mężczyznach):

facet to jednak takie brakujace ogniwo ewolucji pomiedzy szympansem a kobietą, wiec jakos bardziej pasuja do niego wszelkie plugawstwa: jest paskudny już sam z siebie i mało co jest w stanie spaskudzic go jeszcze bardziej  dlatego u faceta nie razi to tak bardzo jak u kobiety. ja np. jestem swiadoma tego, ze nie istnieja wierni faceci i nawet tego od nich nie wymagam. facet zawsze poleci za nową dupą, nawet brzydszą od obecnej - chociazby po to zeby sprawdzic jak to jest z taką brzydszą od kobiety oczekuję jednak nieco wznioślejszych uczuć...  

Zanim westchniecie (nad SMS-ową ortografią lub poglądami), jeszcze jeden cytat:

Zdajcie sobie Panie sprawę z tego, że społeczeństwo tak nas odbiera. Bycie lesbijką/gejem utożsamia tylko z preferencjami SEKSualnymi a nie PSYCHOseksualnymi. Jak wiadomo to co się dzieje u kogoś w alkowie nie powinno być upubliczniane, dlatego społeczeństwo nie chce, byśmy były widoczne i marginalizuje nasze problemy. Jedynym wyjściem jest edukowanie ludzi, naszych matek i ojców o tym, czym jest tak naprawdę orientacja PSYCHOseksualna. Myślę że pokolenie ludzi po 50tce da się jeszcze jako tako wyedukować - przy dobrych chęciach.

To też crystall, tyle że na początku swojej forumowej kariery. Porównując teksty zaledwie jednej osoby sprzed trzech lat z obecnymi, trudno wysnuć ogólny wniosek, że internet powoduje zmiany (moim zdaniem na gorsze) w sposobie pisania, ale mimo wszystko kontrast jest niezły.

No dobrze, ale wróćmy do "teraźniejszej" crystall. Dlaczego w ogóle (poza tym, że było takie zamówienie) zdecydowałam się jej poświęcić ten tekst? Bynajmniej nie dlatego, że jest zabawna (choć jest), ale dlatego, że jej wypowiedzi pokazują, jak, mimo deklarowanego antyklerykalizmu, lewicowości (wśród osób, na których się wzoruje, obok Jerzego Urbana wymienia między innymi Kazimierę Szczukę) i niechęci do heteronormy, gdy przychodzi do kwestii genderowych czy obyczajowych, można być po prostu konserwatystką. Spójrzcie jeszcze raz na fragmenty o prostytutkach i mężczyznach. Poza mizoandrią autorki, ciekawa jest w nich jeszcze jedna rzecz: otóż kobiecie wolno mniej niż mężczyźnie. Powinna być moralna, wierna, monogamiczna i nie ulegać pożądaniu. Oczywiście nie ma takiego obowiązku, ale jeżeli taka nie będzie, to z automatu nie zasługuje na szacunek. Czyli mamy przedziwną odmianę moralności przyjętej w niemal wszystkich dużych religiach: oto kobiecie wolno mniej nie dlatego, że jest istotą gorszą (bardziej popędliwą, emocjonalną, mniej racjonalną itd.), ale dlatego, że jest lepsza. Kłopot w tym, że efekt końcowy jest ten sam.

Można by się w tych poglądach doszukiwać również pokłosia radykalnego feminizmu drugiej fali, tyle że, o ile feministkom zdarzało się dowodzić wyższości kobiet nad mężczyznami czy mówić jednym głosem z konserwatystami o zakazie prostytucji czy pornografii, to jako stronę winną zawsze wskazywały mężczyzn. Kobiety pracujące w seksprzemyśle były dla nich ofiarami. Z drugiej strony również feminizmowi drugiej fali zawdzięczamy docenienie kobiecej seksualności. Ergo "wolno mniej" jest po prostu konserwatywne, niezależnie od powodów, dla których zaistnieje.

Nie jest to zresztą ani specjalnie radykalna, ani rzadka postawa. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że takie podejście do seksualności (choć może mniej soczyście wyrażane), szczególnie kobiecej, jest charakterystyczne dla naszej kultury. Seks sam w sobie nie jest uznawany za obojętny moralnie. Jest dobry jedynie wówczas, gdy towarzyszą mu "uczucia wyższe" i/lub chęć doczekania się potomstwa. Jest zły, gdy wynika jedynie z pożądania. Zgadzam się z crystall, że często uprzedzenia biorą się z tego, że ludzie postrzegają osoby nieheteronormatywne jedynie przez pryzmat seksu. Tyle że to, że ktoś sypia z "niewłaściwą" osobą czy robi to z "niewłaściwych" pobudek jest równie słabym argumentem za wykluczaniem go jak to, że ktoś kocha "niewłaściwą" osobę. Tak że nie ma co udawać, że tego seksu nie ma i robić z siebie najmoralniejszych z moralnych, bo nie w naszej "niemoralności" leży problem braku akceptacji, a w reglamentowaniu seksu jako takim.

Żeby nie było tak poważnie, na koniec małe the best off.

Jeszcze o mężczyznach:

mysle ze jestem jak taka pierwotna Kobieta Matka z epoki kamienia łupanego, gdy panował matriarchat - facet jest mi potrzebny tylko do pieprzenia. cos na zasadzie mojego niewolnika - ma mnie za przeproszeniem dobrze wyruchac swoim metrowym interesem, a potem dostaje kopa w dupe, bo spełnil swoje zadanie. nie interesuje mnie emocjonalnosc mężczyzn

facet jest od tego zeby zarabiac na dom i rodzine! chyba tylko ruscy wysylaja swoje zony do roboty za granice! ale tam jest dzicz!

O związkach z dużą różnicą wieku:

na dluzsza mete to sie nie uda. starsza zaraz wytknie ci wiek i niedojrzalosc, poza tym bedzie ci zazdroscic mlodosci, tak to u bab bywa niestety 

czy wyszlas za schorowanego staruszka tak calkowicie bezinteresownie, czy moze liczylas na jakis "mały" spadek po przyszłym denacie?

O związku, w którym jedna z kobiet wychowuje dziecko z poprzedniego związku:

kochac obcego bachora? never tolerowac? trzeba i nic wiecej. sorry ale ja tam sie nie dziwie twojej partnerce. ma kochac jakiegos pryszczatego gowniarza z czescia genow twojego byłego? bez przesady. tolerancja, poprawne stosunki- tak, ale milosc rodzicielska?  kobieto, zbastuj. nie wymagaj od swojej kobiety zbyt wiele.

O butchach (rewelacja!):

w zasadzie przecietna butch niewiele rozni sie wygladem od przecietnej heteroseksualnej bufetowej w barze mlecznym/sprzedawczyni w miesnym: ta sama fryzura, gabaryty, gracja. jednie stroj je rozni. wiec kiedy obie sa nagie, to jak rozpoznac ktora jest ktora?

Macie jeszcze jakieś ulubione foremki?

wtorek, 25 października 2011

Tu i teraz, a potem już nic?

W ostatnich dniach mamy nieliche poruszenie w temacie związków partnerskich. Dotychczas na politycznym rynku graczy było dwóch - Grupa Inicjatywna ds. Związków Partnerskich i SLD - a oddolnie działała grupa Tel-Aviv, czyli ludzie skupieni wokół akcji "Miłość nie wyklucza". Po wyborach na scenie pojawili się nowi aktorzy - Ruch Palikota. I nagle zrobiło się ciekawie. GI spotkała się z Leszkiem Millerem i Robertem Biedroniem i zapowiedziała ponowne złożenie projektu ustawy o umowie związku partnerskiego. Szybko jednak okazało się, że tym razem nie tylko grupa Tel-Aviv ma wątpliwości co do tego projektu, ale również Palikot et consortes. Efekt? Palikot spotkał się z Millerem i zaproponował wspólną pracę nad nowym, lepszym projektem. Wprawdzie jeszcze nie wiadomo, co na to SLD (jutro w tej sprawie spotkają się Ryszard Kalisz i Robert Biedroń), ale wiadomo za to, że przynajmniej jednej osobie z GI ta propozycja się podoba - w wywiadzie dla Innej Strony Yga Kostrzewa przyznała, że GI zdaje sobie sprawę, że z przygotowaną przez nią ustawą mogą być problemy, i że jest za szeroką współpracą, której efektem będzie ustawa z szansami na powodzenie. Czyli mamy szanse na nowe otwarcie i to jest bardzo dobra wiadomość.

Zła wiadomość jest taka, że, o ile panowie politycy się dogadają, to nowy projekt prawdopodobnie nie obejmie osób heteroseksualnych. Wszystko przez nieszczęsny artykuł 18 polskiej Konstytucji, który, paradoksalnie, skutkuje tym, że większym problemem jest wprowadzenie alternatywnego do małżeństw rozwiązania dla par różno- i jednopłciowych niż wyłącznie dla par jednopłciowych (więcej o tym - tu i tu). Pojawiły się już głosy, że to niesprawiedliwe, że wiele osób heteroseksualnych popierało naszą akcję, ponieważ chcą związków partnerskich również dla siebie. Zgadzam się, to niesprawiedliwe. Więcej, o sprawiedliwości będzie można mówić dopiero w sytuacji, gdy zarówno małżeństwa, jak i związki partnerskie (umowy, cokolwiek) będą dostępne po prostu dla wszystkich (również, tadam!, związków wieloosobowych). Z drugiej strony jakoś nie mam poczucia, że jakakolwiek rozsądna osoba, która dotąd wspierała "Miłość nie wyklucza", nagle stwierdzi, że skoro ustawa ma być tylko dla par jednopłciowych, to ona cznia tę całą zabawę. W ten sposób nie zrobi się ani fajniej, ani równiej, a wydaje mi się, że tak naprawdę na tym polega idea całej akcji. Nie na pisaniu ustaw (choć po trosze też), ale na zebraniu jak największej liczby ludzi, dla których walka o prawa wykluczonych jest po prostu ważna. Stąd chociażby MNW od początku wspiera również postulaty osób transpłciowych.

Nie pamiętam drugiej tak rozwojowej, pozytywnej i skupiającej tak różne osoby akcji jak "Miłość nie wyklucza". I chociażby dlatego uważam, że na tym, co tu i teraz (a tu i teraz są związki dla tych, którzy nie mają literalnie nic), się skończy. Ale może jestem idealistką.

W pogoni za (nie)lesbijką polską

Tęsknicie trochę za historiami z życia homoseksualistek z forum Kobiety Kobietom? Ja tak, tak że obiecuję, że kolejny odcinek będzie wkrótce, a jak się uda, to jeszcze w tym tygodniu. A póki co mały wyimek z dotychczasowych rozważań (z kilkoma bonusami) ukazał się na Homikach. Zapraszam do  lektury!