Przejdź do głównej zawartości

Nie ma co liczyć na szkołę

Co jakiś czas wraca temat podręczników do wychowania do życia w rodzinie. Najczęściej wtedy, gdy ukazuje się nowa edycja najpopularniejszego z nich - "Wędrując ku dorosłości" pod redakcją Teresy Król - który wprawdzie z wydania na wydanie się zmienia, ale zawsze można w nim znaleźć jakieś kwiatki, jak np.:

Dziewczyna powinna zdawać sobie sprawę, że więcej niż chłopiec płaci za nietrafny wybór [partnera seksualnego], bo nie ma równości w naturze. On jest dawcą życia, "siewcą", natomiast jej ciało "glebą", w której będzie wzrastało nowe życie. Postawa chłopców, którzy stają się ojcami, bywa różna.

Dla niektórych osób homoseksualizm jest wyborem orientacji seksualnej, czyli świadomą decyzją. Dobrowolnemu przechylaniu się na stronę homoseksualną (...) towarzyszą różnego rodzaju uzasadnienia wyrażające wyższość stanu homoseksualnego nad heteroseksualnym. (cytaty z najnowszego wydania)

W poniedziałek w portalu GazetaEdukacja.pl ukazały się wyniki badania podręczników do wychowania do życia w rodzinie oraz samego przedmiotu. Podsumowanie tu, więcej szczegółów tu, a u mnie kilka ciekawostek. Pierwsza - chyba optymistyczna - mimo że podręcznik pani Król rzeczywiście jest najpopularniejszy, to z samych podręczników (nie są obowiązkowe, tak jak i przedmiot) korzysta zaledwie 12 procent gimnazjalistów (a tylko 5 procent z "Wędrując ku dorosłości", ale to niekoniecznie dobra wiadomość, bo pozostali autorzy, poza Alicją Długołęcką, wcale nie są lepsi od pani Król). Druga - przebadani rodzice i uczniowie uważają, że lekcje w.d.ż. są potrzebne, ale też większość z nich nie jest zadowolona z tego, jak są prowadzone i jakie tematy są na nich poruszane. Czemu trudno się dziwić, bo naprawdę rzadko się zdarza, by lekcje te prowadzili specjaliści - psychologowie czy seksuologowie - a tego by chciała większość ankietowanych. Znacznie częściej są to nauczyciele wiedzy o społeczeństwie czy historii, czyli w sumie ludzie z łapanki. Trzecia - i uczniowie, i ich rodzice (choć ci pierwsi mniej) są znacznie bardziej liberalni, niż chcieliby tego autorzy dopuszczonych do użytku szkolnego podręczników. Czyli oddziaływanie ich nie zawsze mądrych wywodów jest na szczęście nikłe.

Tyle dobrych wieści, bo rzeczywistość (w tym przypadku szkolna, pozaszkolną praktykę młodzieży w dziedzinie seksualności prezentują m.in. niedawne badania firmy Bayer - do poczytania tu) przedstawia się mniej wesoło. Do prowadzących z łapanki i kiepskich podręczników, z których prawie nikt nie korzysta, dochodzą również lekcje, które w teorii istnieją, ale w praktyce w wielu szkołach ograniczone są do jednorazowej pogadanki (często to wystarczy, aby dyrekcja zadeklarowała w papierach, że temat został przerobiony, a zgodności tych deklaracji z rzeczywistością nikt nie sprawdza). Nie ma żadnych szans, by w.d.ż. stało się przedmiotem obowiązkowym (o co zabiega od lat chociażby Ponton), bo Ministerstwo Edukacji nie chce się narazić tym rodzicom, którzy nie życzą sobie, by ktoś ingerował w wychowanie ich dzieci. Nie ma też moim zdaniem żadnych szans, by nastąpiła jakaś znacząca przemiana w samych podręcznikach do tego przedmiotu. Dlaczego tak myślę? W poniedziałek miałam okazję obserwować debatę na temat edukacji seksualnej zorganizowaną w siedzibie "Gazety Wyborczej". Wśród panelistów - Tomasz Garstka (autor bodaj najlepszego i zarazem odrzuconego przez MEN podręcznika "Kim jestem?" - więcej o tej historii tu), Teresa Król, Zbigniew Izdebski, Józef Augustyn SJ (ksiądz, recenzent ministerialny), pani z grupy Ponton, Tomasz Leonowicz (ginekolog i seksuolog). Na sali panie z Ministerstwa i ZNP. Debata gorąca (przy takim zestawie panelistów nie mogła być inna), ale dla mnie najciekawsze było to, co się działo niejako poza nią. Otóż nie dało się nie zauważyć, że, choć nie lubię słowa "układ", właśnie coś takiego w kwestii w.d.ż. istnieje. Pani Król jest bardzo zaprzyjaźniona z paniami z Ministerstwa (w którym kiedyś sama pracowała) oraz z Józefem Augustynem (przypominam, recenzentem ministerialnym!). Książkę Tomasza Garstki, która została za niezgodną z Konstytucją (sic!), między innymi dlatego, że stawia relacje osób nieheteroseksualnych na równi z relacjami osób heteroseksualnych, recenzował właśnie Józef Augustyn, który podczas debaty powiedział wprost, że wiedza nie może być przekazywana w oderwaniu od światopoglądu i moralności (a że większość Polaków to ponoć katolicy, to...) i w ten sposób zbijał argumenty, że to, czego się naucza, powinno być przede wszystkim zgodne z nauką. Nie muszę chyba dodawać, że te stwierdzenia o zgodności podręczników z moralnością, nie z nauką, nie zrobiły wrażenia na paniach z MEN-u, no bo przecież recenzent to recenzent, one na nim polegają, on musi się znać, a jak twierdzi, że książka jest niezgodna z prawem, to tak jest i tyle.

Oczywiście wiem, że prochu to nie odkrywam i że wszędzie (więc czemu nie w edukacji?) są układy i układziki. I że w sumie w świetle przedstawionych badań nie ma co się martwić bzdurami, które można znaleźć w podręcznikach czy usłyszeć podczas lekcji w.d.ż., bo młodzi nie z nich czerpią wiedzę. Kłopot w tym, że na szkole świat się nie kończy, takie grupy jak Ponton od lat alarmują, że nastolatki o swojej seksualności mają pojęcie raczej marne, a na dodatek wielu rodziców wolałoby, żeby szkoła przynajmniej po części zdjęła im z głów ciężar edukowania ich dzieci w tym zakresie (albo w ogóle nie dopuszczają do siebie, że ich dzieci mogą TO robić). Ale wychodzi na to, że mogą sobie chcieć i alarmować, a i tak nie po ich stronie leży decyzja, co zrobi MEN. I jedyne, co mogą, to zintensyfikować działania oddolne, bo na "górę" jak zwykle nie ma co liczyć.

Komentarze

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. W życie wprowadzają ludzie z łapanki, a seksualność ludzka jest wciąż w naszym kraju tematem tabu. To żenujące. Czy jedzenie i oddychanie jest tabu?
    Mam wrażenie, że o odpowiednim uświadamianiu młodzieży lub jego braku decydują ludzie fałszywie przyzwoici.

    OdpowiedzUsuń
  3. Niepojęte jest dla mnie, że podręczniki szkolne podają nieprawdziwe informacje, niezgodne z obecnymi badaniami naukowymi, ech... zakochana-w-dziewczynie.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  4. Ta... za czasów, gdy ja chodziłam do liceum lekcje w.d.ż wyglądały mniej więcej tak, że pani przedstawiła nam statystyki dotyczące masturbacji (ilu chłopców procentowo to robi i ile dziewczyn) i postraszyła co ludziom grozi, jeżeli się jej oddają. Taki znany ciąg myślowy masturbacja - uzależnienie - coraz intensywniejsze myśli o seksie - sięganie po pornografię - jeszcze większe uzależnienie - przestępstwa na tle seksualnym. O homoseksualizmie to wplotła dwa zdania, które określały go jako zboczenie, chorobę, czy coś w tym guście. A o antykoncepcji nie mówiła nic. I to właściwie był cały w.d.ż. Podręczników nie mieliśmy żadnych.
    Widzę, że niewiele się od tego czasu zmieniło (będzie z jakieś 5-8 lat), po za tym, że o homoseksualizmie mówi się więcej, choć chyba nadal bzdurnie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Niestety w tej kwestii na szkołę liczyć nie można było nigdy...

    OdpowiedzUsuń
  6. PAmiętam, jak w poddstawówce nasłana przez księdza kobieta opowiadała nam o "tych" sprawach. wiadomo, że dopiero po ślubie, że modlitwa przed i po, masturbacja, szczególnie chłopców to MORDERSTWO DZIECKA, KTÓRE ZE ZMARNOWANEGO NASIENIA MOGŁOBY SIĘ POCZĄĆ, A SIĘ NIE POCZNIE" - tego nigdy nie zapomnę. GDy w kontekście nieobecnego zresztą na "lekcji" kolegi z klasy, który pochodził z rozbitej rodziny i generalnie był pośmiewiskiem, a okreslenia używane przez okrutne dzieci takie jak głupek, dureń, palant występowały w "litnii" wyzwisk padały obok równoznacznego z "pedał" - właśnie ten "pedał", którego po nazwisku wtrakcie sprawdzania obecności ktoś dorzucił został przez tą kobietę podchwycony. Dzieci (mieliśmy wtedy 12lat, rzecz działa siena wsi) kompletnie nie wiedziały, co słowo "pedał" poza tym, że jest obraźliwe, znaczy (kolega zwyzywał kiedyś koleżankę - padaczka) kobieta wiedziała i wyciągała wszystkie możliwe info o nieobecnym koledze - "pedale". A dzieci, które go nie lubiły opowiadały niestworzone historie. NA koniec lekcji musialiśmy na kolnach modlić się do "pana" o "uzdrowienie" kolegi, który "zachorował" gdyż jego rodzice (po rozwodzie) ":odeszli od boga". Wyobraźcie sobie wszyscy teraz, jak chłopak miał przechlapane w szkole. Na szczęście matkę, z którą mieszkał miał na tyle rozgarniętą, że postanowiła nie walczyć z wiatrakami, spakowali się i wyprowadzili. To było 15lat temu. Piotrek.

    OdpowiedzUsuń
  7. Taki jeszcze mi się nasunął wniosek. Edukacja seksualna w szkole nie będzie przeprowadzana na należytym poziomie dopóki w szkołach obok w.d.ż pojawia się religia w tej formie, w jakiej teraz to ma miejsce (czyli lekcje na których wpaja się młodzieży doktrynę katolicką).

    No bo jak można mówić rzetelnie np. o antykoncepcji, jeżeli zaraz na religii młodzież usłyszy coś zupełnie innego? Pogląd Kościoła w tej kwestii jest niestety błędny, argumentowany właśnie stwierdzeniami typu "że antykoncepcja uniemożliwia poczęcie, a więc jest przeciwna zamysłowi Boga". Tym czasem Kościół zdaje się nie dostrzegać innego problemu, jaki wiąże się z niestosowaniem i brakiem popularyzacji środków antykoncepcyjnych. Jest to po pierwsze fakt, że ludzi na ziemi przybywa w zastraszającym tempie, co w dalszej perspektywie będzie skutkować nadmiernym wyeksploatowaniem zasobów Ziemi. A po drugie fakt, że tak naprawdę najbardziej bogobojni są ludzie prości i biedni. Nie stosując antykoncepcji dają i może życie kolejnemu człowiekowi, ale cóż to będzie za życie - w biedzie, bez możliwości rozwoju. Płodzenie dzieci w sytuacji biedy jest wręcz nieodpowiedzialne i egoistyczne.

    OdpowiedzUsuń
  8. eicmahcokawe17.02.2011, 16:10

    pamiętam swoje lekcje z gimnazjum były tak nudne że często z nich uciekaliśmy a kobieta która nas uczyła była kompletnie do tego nie przygotowana (uczyła nas historii )... czyli to wszystko co już wiadomo :) odnosząc sie do religii zgadzam sie z Arc-en-terre......

    OdpowiedzUsuń
  9. "powiedział wprost, że wiedza nie może być przekazywana w oderwaniu od światopoglądu i moralności"

    Wiedza jako wartosc obiektywna bez swiatopogladu i moralnosci sobie poradzi. Swiatopoglad i "moralnosc" bez lub wbrew wiedzy to tylko bezwartosciowe przesady.

    "wiadomo, że dopiero po ślubie, że modlitwa przed i po, masturbacja, szczególnie chłopców to MORDERSTWO DZIECKA (...)To było 15lat temu."

    Tak jest nadal.

    Nie-ingerencja w wychowanie to akurat zrozumialy i prawidlowy argument, *jesli* traktowac go doslownie, a nie jako - wlasnie - zakaz przekazywania wiedzy wymuszony w imie moralnosci rodem ze sredniowiecza.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…