wtorek, 22 lutego 2011

Wszyscy chcą kochać?

Wyszło jednak na to, że uczestnicy tegorocznej Parady Równości nie będą spacerować po nierównościach. Choć w głosowaniu internetowym niewielką przewagą głosów nad "Misja, Miłość, Muzyka" wygrało hasło "Chodź z nami po nierównościach" (o dziwnych zawirowaniach w głosowaniu pisałam tu), to organizatorzy Parady ogłosili dziś, że najwięcej głosów oddano na "Wszyscy chcą kochać". "W trakcie głosowania doszło do próby nielegalnego wpłynięcia na wynik sondy, jednakże administracji serwisu udało się ustalić, które głosy zostały sfałszowane" - tłumaczą na swojej stronie. Na ich profilu na Facebooku można się doczytać, że tych sfałszowanych głosów było około 1200, czyli prawie 2/3 wszystkich oddanych. Czyli nie dorośliśmy jeszcze chyba do internetowej demokracji (albo internetowa demokracja to żadna demokracja), skoro między głosami przyjętymi i odrzuconymi są aż takie dysproporcje.

A samo hasło? Cóż, Maryla Rodowicz, chuda jak słomka cizia blond, z lichym torsem starszy pan i fryzjer gej, czyli generalnie słodko-smętaśnie. Tak na marginesie, to od jakiegoś czasu nie mogę się pozbyć wizji paradowego tłumu maszerującego w takt Maryli i chóralnie śpiewającego refren jej wielkiego hitu, którego tytuł teraz posłuży za hasło Parady. Może więc z tej okazji warto zaprosić na platformę samą diwę? Generalnie sam slogan nie jest taki zły, w końcu pragnienie miłości to rzecz uniwersalna i łatwiejsza do przyjęcia niż polityka, kłopot w tym, że może zbyt uniwersalna, a za mało radykalna. Ale nie czepiam się, w końcu mogliśmy chodzić po nierównościach (jakby nie było ich dość na co dzień, a po zimie pewnie nowe wyjdą), więc i tak jest nieźle.

Dostaje się za to ostatnio innemu hasłu z miłością w tle - "Miłość nie wyklucza". Najpierw Anna Laszuk pytała w "Replice": "Miłość nie wyklucza - i co z tego?", teraz Bartosz Żurawiecki apeluje, by przestać mówić o miłości, bo według niego problemy zaczynają się wtedy, gdy z tą miłością wchodzi się w przestrzeń publiczną. Jakoś mam wrażenie, że Bartkowi miłość kojarzy się z intymnością w czterech ścianach własnego albo wynajmowanego M. Tymczasem, skoro akurat nasze związki i ich równouprawnienie są przedmiotem publicznej debaty, to trudno mówić o jakimś jasnym podziale na to, co prywatne, i to, co publiczne. Zresztą nie tylko o tę debatę chodzi, ale i o to, jak nasza "nielegalność" wpływa na nasze relacje. W końcu każda homicza para, oprócz zwykłych kłopotów w związku (od sporów o to, jak wyciskać pastę do zębów czy kroić masło, po problemy mieszkaniowe czy finansowe) ma jeszcze jeden dodatkowy balast - to, że ów związek nie jest w pełni akceptowany (prawnie i społecznie) tylko i wyłącznie ze względu na to, że jest to związek osób tej samej płci, a nie z powodu na przykład jego jakości. Bawią mnie wszelkie domorosłe (bo innych nie ma) analizy jakości naszych relacji właśnie - a to mające na celu wykazanie ich mniejszej trwałości, a to większej otwartości w stosunku do związków osób heteroseksualnych. Umówmy się, wszelkie tego typu badania nie będą miały najmniejszego sensu, póki nie będzie pełnego równouprawnienia. A i wtedy trzeba będzie poczekać tak z pięćdziesiąt albo i sto lat, by móc porównywać podobne z podobnym. Bo nawet jak już nieheteroseksualni Polacy i Polki będą mieli możliwość zawierania małżeństw/związków partnerskich, to wielu z nich czeka jeszcze długa droga, nim będą gotowi je zawrzeć. Nie, nie dlatego, że nie są gotowi, a w każdym razie ów brak gotowości nie wynika z relacji między partnerami/partnerkami. Zawarcie związku to publiczna deklaracja uczucia, po prostu taki troszkę większy i nieprywatny coming out, na który nadal bardzo wiele osób nie potrafi się zdobyć. Z drugiej strony - poczucie, że prawo jest po naszej stronie, siłą rzeczy ów strach przed coming outem zmniejszy. Ale mimo wszystko równe prawa to tylko krok do tego, byśmy rzeczywiście poczuli się równi.

Czyli co? Wszyscy chcą kochać. Ale chcą też czuć się w swojej miłości legalni.

15 komentarze :

Ufff... jakoś spacerkiem po górkach mi się nie widziało:DDDDDD

Masz u mnie na blogu niespodziankę;)

Hm, ja mam chyba problem odwrotny - poczucie wyższości. Jak tu chcieć równać w dół?

Ale żarty na bok. Myślę, że deklaracja (wyrażona narzuconą przez urząd regułką) przed obcą, obojętną osobą, która bardziej lub mniej chętnie* wypełnia swe obowiązki służbowe, jest raczej bezbolesna w porównaniu z konfrontacjami w życiu codziennym.

* bardziej lub mniej chętnie - w skojarzeniu z ekipą SAS, gdzie pracownicy na ochotnika zgłaszali się do obsługi Waszego lotu.

ja nie chcę kochać. kochałem tyle lat i o jak wyglądam (jak w tym dowcipie o reaganie)

Jeżeli ktoś nie zdecydowałby się na związek partnerski z lęku przed ujawnieniem, to moim zdaniem jak najbardziej dotyczy to braku gotowości, która wynika z relacji pomiędzy partnerami. Zamykanie się w getcie własnego mieszkania i pilnowanie się na każdym kroku wpływa na relacje pomiędzy partnerami - są one postrzegane jako coś prywatnego, w czym nie ma miejsca na wspólną wizytę u cioci na imieninach a co dopiero na publiczne deklaracje. Tego strachu nie zlikwiduje prawo do zawierania związków partnerskich, bo jest to coś wewnętrznego a nie zewnętrznego. Moim zdaniem tego lęku nie można przekładać na złą, homofobiczną Polskę, ale na własną bezczynność i niechęć do zmierzenia się z tym strachem. Usankcjonowanie prawne związków jednopłciowych nie przychyli nieba przerażonym, oni i tak znajdą sobie tysiąc powodów by bać się nadal. I będzie to wpływało również na relacje między nimi samymi.

Owszem związek zawarty w USC w dużym mieście może oczywiście być anonimowy,bo urzędnika widzimy pewnie pierwszy i ostatni raz w życiu, ale już w takim Mrągowie na przykład, anonimowość to sobie możemy między bajki włożyć ;)

@Piotr
Dziękuję bardzo, czuję się zaszczycona:)

@P.
Trudno mi się wypowiadać za milczącą większość, ale skoro komuś trudno jest się zdobyć na coming out w kiosku ("I jak zwykle "Polityka" dla siostry?" - "Tak, dla siostry"), to nie zdobędzie się też nań przed urzędnikiem, choćby i anonimowym.

@Magda
Usankcjonowanie związków partnerskich zmieni nastawienie społeczne, z którego biorą się takie problemy. Nie od razu, dlatego piszę o perspektywie kilkudziesięciu lat. Strach nie bierze się znikąd, a z przymusowej heteroseksualności. Ci, którzy wychowali się w otwartym, akceptującym środowisku mogą się uważać za szczęściarzy. I nie oczekiwałabym od kogoś, czyj szef, rodzice czy koledzy z klasy co rusz rzucają teksty o zboczeńcach o bezczynność czy niechęć do zmierzenia się z własnym strachem. Bo on/ona czasami nie ma innego wyjścia niż w egzystować właśnie w tym otoczeniu, w którym żyje. Ty patrzysz z perspektywy wykształconej mieszkanki dużego miasta. To nie jest punkt widzenia wspólny wszystkim osobom nieheteroseksualnym.

Moim zdaniem konfrontacja z własnym strachem nie polega na likwidowaniu złych i nieprzyjaznych czynników zewnętrznych, ale na działaniu pomimo złych i nieprzyjaznych czynników zewnętrznych. Nie ma bowiem czegoś takiego jak otwarte, przyjazne środowiska. Każda grupa szybko i sprawnie pokaże Ci, że są zachowania i postawy na które nie ma zgody ;). To jakie to będą postawy jest po prostu zależne od wartości jakie dana grupa wyznaje. Przedstawiciele tzw. "tolerancyjnej inteligencji wielkomiejskiej", którzy nawet okiem nie mrugnęli, kiedy przedstawiałam im swoją dziewczynę, nie mieli dużych problemów z szafowaniem takimi diagnozami jak "choroba i obłąkanie" kiedy mówiłam im, że głosowałam na Kaczyńskiego. Powtarzali to nieustająco to zarówno przed jak i po moich słowach i było ich zaskakująco dużo;). Po prostu: jeżeli robisz coś niepopularnego/nieakceptowanego przez grupę to dostajesz bęcki. Nie ma co narzekać, tak już jest, więc albo robisz to dalej, albo się poddajesz. Jeżeli dorosły człowiek nie chce lub nie może być sobą, to nie pomogą mu w tym żadne prawa. Bo on z nich po prostu nie skorzysta. Świadomość społeczna moim zdaniem nie zmienia się, bowiem przy lekturze dzienników ustaw, ale przy życiu i obserwowaniu najbliższego otoczenia.

Problem w tym, że związki partnerskie jako projekt ro namiastka tego, co tak naprawdę być powinno.

Mi związek partnerski nic nie przyniesie, ponieważ potrzebuję rozwiązań identycznych, jakie ma związek określany mianem "małżeństwa" ze względu na fakt, że razem z partnerem mogę posiadać biologiczne dzieci, a nie chcę, żebyśmy przechodzili przez diodatkowe zawirowania tylko dlatego, że nasz związek nie pasuje do tradycyjnie pojmowanego szablonu "związków jednopłciowych".

Swoją drogą - dużo się przy okazji mówienia o związkach partnerskich wspomina o PAXach francuskich, które teraz poddawane są krytyce, bo dają niewiele, a lobbowanie o wprowadzenie małżeństw nie idzie, bo wszyscy politycy przypomnieli sobie zasadę "dawania palca i ręki"...

@Magda
A może po prostu nie potrafiłaś przekonująco uzasadnić, dlaczego głosowałaś na Kaczyńskiego, a teraz zrzucasz winę na złe i nietolerancyjne środowisko? Łatwo jest się żalić, że ktoś nie akceptuje Twoich poglądów, trudniej spróbować się z owym brakiem akceptacji zmierzyć i dotrzeć do jego źródeł. Poza tym, wybacz, ale przykład nietolerancji, jaka Cię spotyka z powodu tego, że głosowałaś na Kaczyńskiego, ma się nijak do szykan, jakie cierpią niektóre osoby nieheteroseksualne z powodu swojej nieheteroseksualności. Nadal patrzysz z perspektywy wielkomiejskiej inteligencji.

Co do źródła zmian - bynajmniej nie jest tak, jak myślisz. Oczywiście, że zmiany prawne to za mało, ale też działanie u podstaw to za mało. Walka o zmianę prawa i praca u podstaw muszą się toczyć równolegle. Prawo, wbrew temu, co piszesz, ma ogromny wpływ na postawy społeczne - o ile jego zmianom towarzyszy rzetelna edukacja. Przykład z bliższej Ci działki - prawa zwierząt. Czy uważasz, że zaostrzenie kar za znęcanie się nad zwierzętami nie wpłynie na poprawę ich losu? I że jeden z drugim, nim urwie głowę kolejnemu psu lub zacznie tłuc kotem o ścianę nie zastanowi się, jakie mogą mu grozić za to konsekwencje, gdy będzie to np. pół bańki grzywny czy 10 lat bezwzględnego więzienia? Jego powstrzyma od działania jedynie świadomość kary, ale jego dzieci będą już wiedziały co innego - że tak nie wolno. Oczywiście zawsze znajdą się patologiczne jednostki, które uznają, że im wolno, ważne jednak, by były to jednostki.

@inferre
Związki partnerskie to pojemna nazwa, w niektórych modelach mieszczą się prawa równe małżeńskim. Fakt, że w projekcie przygotowywanym (ponoć) przez SLD tak nie jest. I zgadzam się z Tobą, że to namiastka i że przynajmniej my powinniśmy żądać więcej.

@ Ewa, litości

Ja nie uzasadniałam - ja tylko informowałam o fakcie, to wystarczyło, żeby nazwać mnie chorą ;). Nie musiałam już nic dodawać, a o wchodzeniu w dyskusje mogłam pomarzyć.
Czyli co wnioskowanie o czyjejś chorobie w odniesieniu do jego światopoglądu jest mniej naganne niż w odniesieniu do jego orientacji?
Piękna definicja równości nie ma co ;)

@Magda
Hmm, niech pomyślę. Czy ktoś ze względu na to, że głosowałaś na Kaczyńskiego, zwolnił Cię z pracy? A może wyrzucił z domu? Czy osoby głosujące na Kaczyńskiego są pozbawione prawa do zawierania związków ze względu na to, że głosują na Kaczyńskiego? A może ktoś wnioskuje (w sensie prawnym), by odebrać im prawo do zgromadzeń czy wychowywania dzieci? Zresztą - zgodnie z Twoją teorią - skoro ktoś Cię nie akceptuje dlatego, że głosujesz na Kaczyńskiego, to jest to tylko i wyłącznie Twoja wina - w końcu "świadomość społeczna moim zdaniem nie zmienia się, bowiem przy lekturze dzienników ustaw, ale przy życiu i obserwowaniu najbliższego otoczenia", czyż nie?

@Ewa,

Wylecieć z pracy można z tysiąca powodów nawet pozazawodowych - żaden nie jest lepszy czy gorszy od poprzedniego, po prostu szuka się wtedy nowej roboty.
Mnie nikt nie z niej nie wyrzucił, ale tekst szefowej o tym, że ma nadzieje, że wśród nas nie ma ludzi głosujących na Kaczyńskiego, bo to ciemnogród i choroba, skomentowałam "tak są - siedzą przed panią" I teraz już tematu nie rusza. O godne traktowanie trzeba walczyć samemu, a nie bać się własnego cienia ;)
Rodzice mogą Cię wyrzucić z domu również z tego powodu, że się z niewłaściwym chłopakiem prowadzasz, lub z powodu ciąży, braku pracy itd - zresztą jak zaczęłaś do mnie personalnie, to przecież Twoim zdaniem rodzina nie jest najważniejsza, więc osoba wyrzucona może znaleźć sobie nową grupę wsparcia.
Argumenty prawne (sankcjonowanie związków i zgromadzeń) nie mają tu nic do rzeczy, bo rozmawiamy o społecznym wydźwięku problemu i o odnalezieniu się ludzi w ich środowisku. Do tego nie trzeba zgromadzeń czy ślubów - wystarczy powiedzieć - "to mój chłopak". Jeżeli ktoś na to nie ma odwagi to po diabła mu te zgromadzenia i śluby? Żeby sobie z kolegami przy tv ponarzekać na pedałów, przy oglądaniu relacji z Parady?
Ja nie mam pretensji, że ktoś mnie nie akceptuje z powodu moich wyborów - dla mnie jest to całkiem zabawne, tym bardziej, że ja sama chorą się nie czuję, a jest to całkiem zabawne szczególnie przy wcześniejszych deklaracjach tych osób co do szacunku i tolerancji ;)
I podtrzymuję to co powiedziałam - za zmiany w naszym środowisku jesteśmy odpowiedzialni my sami. Nie można czekać na panów pod krawatami, którzy przyjdą i powiedzą, że nie można mówić "zboczeniec" bo Unia zabrania. Trzeba po prostu pokazać, że żadnym zboczeńcem się nie jest.

@Magda

Wiesz, w sumie ja też się dziwię, ze głosowałaś na Kaczyńskiego - w końcu odkąd to libertarianka wybiera socjalistę? Co do argumentów personalnych, to bynajmniej ich nie przywołałam, po prostu proszę jedynie o trochę konsekwencji w poglądach, które głosisz. Albo same kształtujemy rzeczywistość wokół siebie i w związku z tym nie mamy prawa narzekać na to, że nie jest taka, jak byśmy chciały (Twój pogląd), albo też niektóre kwestie są poza naszymi możliwościami i wymagają nie tylko naszego działania, ale również rozwiązań systemowych (mój pogląd).

Co do pozostałych kwestii, to, wyobraź sobie, że choć ja uważam, że człowiek jest sobie w stanie poradzić bez rodziny (co nie oznacza, że dotyczy to akurat mnie), to uznaję też, że inni mogą uważać inaczej. A na dodatek jestem w stanie stwierdzić, że o ile wyrzucenie z domu w mniejszym stopniu dotknie osobę dorosłą i już samodzielną, to jest w stanie zniszczyć życie osoby niepełnoletniej i niesamodzielnej. Przykład z ciążą czy niewłaściwym chłopakiem (podobnie jak przykład z głosowaniem na Kaczyńskiego) jest o tyle nieadekwatny, że ani ciąża, ani niewłaściwy chłopak nie są kwestiami od nas niezależnymi. Osoba niehetero, którą rodzice wyrzucają z domu, bo jest niehetero, zostałaby z niego wyrzucona niezależnie od tego, z kim się spotyka lub nie. Tu nie ma wyboru, jest niemiła konsekwencja tego, że jest, jaka jest. Jedyny wybór, jaki ma, to powiedzieć innym o swojej tożsamości lub nie. I ja się nie dziwię, że niektórzy nie mówią, ani ich z tego powodu o bierność czy tchórzostwo nie oskarżam.

>Wiesz, w sumie ja też się dziwię, ze głosowałaś na Kaczyńskiego - w końcu odkąd to libertarianka wybiera socjalistę?

Powiedzmy, że ujęła mnie jego wizja historii Polski oraz jego spojrzenie na politykę zagraniczną. Chcesz o tym pogadać, to zapraszam na kawę ;).

>Co do argumentów personalnych, to bynajmniej ich nie przywołałam, po prostu proszę jedynie o trochę konsekwencji w poglądach, które głosisz. Albo same kształtujemy rzeczywistość wokół siebie i w związku z tym nie mamy prawa narzekać na to, że nie jest taka, jak byśmy chciały (Twój pogląd), albo też niektóre kwestie są poza naszymi możliwościami i wymagają nie tylko naszego działania, ale również rozwiązań systemowych (mój pogląd).

Ja nie narzekam, jedynie daję przykłady - ani mnie to ziębi ani grzeje. Daję przykłady na fasadowość tolerancji i "otwartych środowisk" oraz na to, że można liczyć na połajanki nie tylko przez wzgląd na orientację. A z przeciwnościami społecznymi radzę sobie sama, przy wsparciu mojej rodziny a nie państwa. Możesz mieć inne zdanie, ale jeżeli uznajesz, że trzeba systemowo wprowadzać równość, to nie możesz jednocześnie mówić, że są równi i równiejsi i że jedna utrata pracy/wywalenie z domu jest mniej lub bardziej bolesna niż druga. Równość to równość. Jak ktoś w nią wierzy, to nie powinien różnicować:)

>A na dodatek jestem w stanie stwierdzić, że o ile wyrzucenie z domu w mniejszym stopniu dotknie osobę dorosłą i już samodzielną, to jest w stanie zniszczyć życie osoby niepełnoletniej i niesamodzielnej.

Niepełnoletnia i niesamodzielna może udać się do sądu. To podchodzi pod paragraf.


>Jedyny wybór, jaki ma, to powiedzieć innym o swojej tożsamości lub nie. I ja się nie dziwię, że niektórzy nie mówią, ani ich z tego powodu o bierność czy tchórzostwo nie oskarżam.

Jedna sprawa - nie oskarżam osób niepełnoletnich, mówiłam o osobach dorosłych. Dzieciak to dzieciak - nie pozostaje mu nic innego niż żyć tak jak go rodzice wychowali, ale jeżeli osoba dorosła, samodzielna, częstokroć mieszkająca w dużym mieście trzęsie portkami przed nazwaniem swojego związku po imieniu przed innymi i wymyśla jakieś przyjaciółki, kuzynki to tak, moim zdaniem to bierność i tchórzostwo. Ładnie zwane "niegotowością". Co nie oznacza, że sama nie cykałam się nigdy przed życiem w jasności, ale wtedy dla porządku nazywałam samą siebie tchórzem, a nie niegotową do powiedzenia prawdy. Bo czasem życie mija i nic z tej niegotowości nie wychodzi:). Więc nie ma, co oglądać się na innych i paragrafy, tylko trzeba zaryzykować. Bo inaczej lęki nas zjedzą. Wiem bardzo dobrze, o czym mówię, bo leczyłam się z fobii społecznej i to takiej co powodowała, że nie wychodziłam z domu, bo nie byłam w stanie, więc nie jest to puste gadanie panienki z dużego miasta, co to nigdy nie miała prawdziwych problemów;).

Prześlij komentarz