Przejdź do głównej zawartości

Dyskryminacja się opłaca?

Dyskryminacja się opłaca - pisze Agnieszka Graff w ostatnich "Wysokich Obcasach", odpowiadając Tomaszowi Lisowi, który postawił niedawno tezę, że wyrównywanie płac nie ma nic wspólnego z feminizmem, to jest po prostu kwestia opłacalności, bo kobiety, zarabiając tyle samo co mężczyźni, będą też automatycznie dawały więcej społeczeństwu.

Opłaca się komuś zapłacić mniej, niż mu się należy. Bo można, bo ten ktoś nie ma tupetu albo nie ma wyjścia. Opłaca się kobiety masowo zatrudniać bez umowy o pracę, wyrzucać, gdy zachodzą w ciążę. A państwu opłaca się nie liczyć z kobietami, bo wiele naszych żądań – refundacja in vitro, walka z przemocą w rodzinie, żłobki i przedszkola – po prostu musi kosztować. (...) Wyzysk się opłaca. Podobnie było z niewolnictwem i pańszczyzną. To nie w imię "opłacalności" zostały zniesione - pisze Graff.

Czytając jej felieton, zaczęłam się zastanawiać, komu właściwie opłaca się dyskryminacja osób nieheteroseksualnych. Pomijając oczywistą oczywistość, że opłaca się politykom, bo w ten sposób zyskują piękny temat zastępczy, dzięki któremu odwracają uwagę wyborców od kwestii gospodarczych, zdecydowanie ważniejszych dla nich niż nasze istnienie, a przy okazji mają szansę na szybkie zyskanie poklasku minimalnym kosztem. Bo kreowanie milutkiej atmosfery strachu się sprzedaje o niebo lepiej niż trudne decyzje ekonomiczne. Opłaca się z pewnością wszelkiej maści prorokom i czcicielom teorii spiskowych, wieszczącym rychłą zagładę świata. W końcu straszenie homoseksualnym lobby to takie wdzięczne i niewymagające myślenia czy przytaczania racjonalnych argumentów zajęcie. A że nie od dziś wiadomo, że najłatwiej się zjednoczyć nie w obliczu wspólnej pracy, ale "walki" ze wspólnym "wrogiem", to ci, co potrzebują powodów do "jednoczenia" (równoznacznego tak naprawdę z podziałem na dobrych "nas" i złych "onych", co to są wszystkiemu winni), mają je jak na tacy. Pozornie opłaca się w końcu skarbowi państwa, bo danie nam równych praw oznacza uszczuplenie wpływów z podatków. Dlaczego piszę, że pozornie? Bo to już nie jest tak oczywiste.

Po pierwsze dlatego, że szczęśliwy i spełniony człowiek daje z siebie więcej w pracy, ma więc szansę i więcej zarobić, i płacić wyższe podatki. A trudno o to, gdy ukrywa swoją tożsamość przed współpracownikami (co nadal robi większość polskich LGBTQetcetera) i sporą część energii, którą mógłby poświęcić na pracę, trwoni na zupełnie bezsensowne tłumaczenia, półprawdy i kłamstewka. Umówmy się, te nieliczne polskie korporacje, które nie uzależniają świadczeń pracowniczych od orientacji swoich pracowników (dając na przykład możliwość objęcia ubezpieczeniem partnera czy partnerki nieheteroseksualnego pracownika) czy prowadzą aktywną politykę antydyskryminacyjną, nie robią tego dlatego, że są takie fajne i światowe. Po prostu wiedzą, że w ten sposób zaskarbiają sobie wdzięczność i lojalność swoich nieheteroseksualnych pracowników. Nic więc dziwnego, że tworzą im może nie idealne, ale przynajmniej pozbawione dyskomfortu związanego z ukrywaniem swojej tożsamości, warunki do realizacji powierzonych im zadań - w końcu po to ma się firmę, by na niej zarabiać, więc dobra forma psychiczna jej pracowników przekłada się na to, co najważniejsze.

Po drugie, wiele wskazuje na to, że w dłuższych okresach otwarte społeczeństwa rozwijają się szybciej niż zamknięte czy dyktatury. Pięć lat temu Edwin Bendyk i Jacek Żakowski popełnili dla "Polityki" tekst "Miłuj geja swego", w którym przytoczyli szereg badań pokazujących, że różnorodność jest istotnym motorem sukcesu. Najdobitniej świadczyły o tym analizy prof. Richarda Floridy, któremu ekonomia miast zawdzięcza pojęcie gay factor ("czynnika gejowskiego"), a który postanowił sprawdzić, dlaczego niektóre miasta o porównywalnym kapitale ludzkim rozwijają się słabiej niż inne.

Zdaniem Floridy kapitał twórczy budują trzy "T": Talent, Technologia i Tolerancja. Talent to liczba ludzi pracujących twórczo (naukowcy, artyści, projektanci, analitycy). Technologia to liczba zgłoszeń patentowych. Natomiast by mierzyć tolerancję, Florida zastosował Gay Index, czyli odsetek osób o orientacji jawnie homoseksualnej. Uznał, że jeśli geje i lesbijki nie obawiają się otwarcie komunikować swojej odmienności, to znaczy, że społeczność jest otwarta na szczególnie trudną do zaakceptowania odmienność i będzie też otwarta na inne odmienności, częste u osób twórczych. Otwarte środowisko nie tylko przyciąga różne twórcze osoby, ale też umożliwia im funkcjonowanie publiczne, dzięki czemu zasilają społeczność swoimi ideami i przyspieszają jej rozwój. 

Książka Floridy – "Powstanie klasy twórczej" ("The Rise of the Creative Class") – była bestsellerem w 2002 r. i rozpętała gorącą dyskusję. Z jednej strony wyjaśniała bowiem silne dysproporcje rozwoju różnych ośrodków działających w obrębie jednego państwa, a więc w podobnych warunkach ekonomicznych i prawnych, a z drugiej po uproszczeniu łatwo dawała się sprowadzić do absurdu. Gdy Florida zastosował swoją teorię w praktyce i zaczął za jej pomocą mierzyć poziom kapitału twórczego amerykańskich miast, szybko uzyskał odpowiedzi na liczne zagadki. Tempo rozwoju miast okazało się bowiem rzeczywiście na ogół proporcjonalne do odsetka gejów. Sztandarowym przykładem działania trzech "T" stało się San Francisco, słynące z doskonałych uczelni, instytutów badawczych i przemysłu komputerowego, a jednocześnie mające największy w USA odsetek homoseksualistów. 

Kłopot w tym, że te wszystkie piękne teorie zdają się nie działać, gdy zamiast osoby nieheteroseksualnej podstawimy kobietę (nieważne, jakiej orientacji). W ubiegłym roku świat obiegły francuskie badania pokazujące, że choć kobiety nieheteroseksualne zarabiają w tym kraju (zarówno w firmach prywatnych, jak i państwowych) nieco więcej niż heteroseksualne, to nadal mniej niż mężczyźni, zarówno nieheteroseksualni, jak i heteroseksualni (ci ostatni oczywiście zarabiali najwięcej). Dzieje się tak, choć we Francji pracodawcom za dyskryminację pracowników grożą naprawdę surowe kary. Naukowcom nie udało się znaleźć żadnego racjonalnego czynnika uzasadniającego różnicę w wynagrodzeniach zależnie od płci i orientacji badanych. Jedynym wyjaśnieniem były uprzedzenia pracodawców. Niewesołe wnioski płyną też z podanych dopiero co do wiadomości publicznej wyników raportu OECD, zgodnie z którym nawet w najbardziej otwartych społeczeństwach kobiety nadal poświęcają na prace domowe i opiekę nad dziećmi znacznie więcej czasu niż mężczyźni (i to niezależnie od tego, czy ci drudzy pracują, czy nie). Jednocześnie, przynajmniej w Polsce i przynajmniej według sondażu instytutu Homo Homini, ani mężczyźni, ani kobiety nie uważają, by kobiety były dyskryminowane, a w każdym razie nie według naszych standardów kulturowych. Oczywiście wyniki sondażu byłyby pewnie trochę inne, gdyby zapytano o konkrety, jak równe płace czy prawa reprodukcyjne, ale nadal prawdopodobnie wygrałaby opcja na „nie”. Dla porównania - gdy pada pytanie o dyskryminację osób nieheteroseksualnych, odpowiedź zazwyczaj brzmi „tak”.

No to jak to jest z tą dyskryminacją, opłaca się czy nie? W przypadku kobiet najwyraźniej tak (albo nikomu nie udało się jeszcze znaleźć sposobu na to, by się nie opłacała), skoro nawet w najbardziej liberalnych krajach mają statystycznie gorzej (ciekawa jestem, swoją drogą, jak na pytanie o dyskryminację kobiet odpowiedzieliby Szwedzi czy Francuzi) - w domu mają więcej obowiązków, a w pracy zarabiają mniej. Tak że opłacalność opłacalnością (i spoglądanie przez jej pryzmat wcale nie jest głupie, a już na pewno pomaga w argumentacji, bo kasa to konkret), ale tutaj trzeba czegoś więcej niż magiczna ręka rynku. No chyba że nadal synonimem niedyskryminacji ma być więcej za mniej.

Komentarze

  1. o czym innym piszą Bendyk i Żakowski, a o czym innym Lis vs Graff, a jedno nie wyklucza drugiego :)

    w kwestii 'opłacalności' tolerancji zupełnie inaczej ma się sytuacja kobiet do mężczyzn (tu Graff ma rację), a inaczej osób LGBTQ, założywszy, że mówimy o społeczeństwach, gdzie ci ostatni stanowią już jakąś świadomą grupę nacisku, także twórczego i ekonomicznego.

    myślę, że najprościej (i dla nas najkłopotliwiej jednocześnie) uwidoczni się ta różnica, gdyby się zastanowić, jak się statystycznie ma - nawet w otoczeniu jak najbardziej liberalnym - sytuacja osób LGBTQ płci męskiej do niemęskiej. myślę, że ekonomicznie i społecznie wyjdzie mniej więcej to samo w Koninie, jak w Hollywood i San Franciso - że generalnie nie jest kobietom aż tak różowo. wszędzie będą musiały bardziej i za mniej - czy to katoheteromatrix, czy liberalny, tolerancyjny, postępowy raj.

    OdpowiedzUsuń
  2. Komentarz Timofieusza odnosi się do nieskończonej wersji tekstu, która przez niechcący opublikowała mi się w nocy. Stąd może brzmieć ciut nie na temat, za co przepraszam:)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…