czwartek, 17 marca 2011

Lekcja trzecia: A Lambda Warszawa kupiła czajnik

Zanim przejdę do kolejnej lekcji, korzystając z okazji, informuję wszystkich, którzy czekają na ciąg dalszy "Znaku smoka" ,że rozdział drugi już mam w głowie w całości, co oznacza, że jest szansa, że w ciągu dwóch, no może trzech tygodni pojawi się na blogu.


A teraz drogie dzieci posłuchajcie, jak to drzewiej bywało.

Tak jak pisałam w poprzednim odcinku, w 1989 roku Channel 4 nakręciło film dokumentalny o niewesołej sytuacji polskiego geja, jeszcze wtedy pedała, i, o dziwo, również polskiej lesbijki. Udało się to chyba tylko dlatego, że producentka była kobietą, a czy lesbijką, tego nie wiem. Za to niejedna, a raczej na pewno jedna (i nie byłam to ja) marzyła, żeby prowadząca się nią okazała. Niestety, byłyśmy zbyt młode i nieśmiałe, żeby pogłębić temat. W każdym razie w należącym jeszcze wtedy do ZSP klubie Sigma, którego szefem był wtedy nie kto inny, jak łamacz niewieścich serc Jarek Ender, odbyło się wówczas spotkanie działaczy, a po nim dyskoteka. Nie pomnę, czy stało się tak z okazji kręcenia dokumentu, czy Channel 4 akurat natrafiło na taką gratkę. Stawiałabym jednak na powód nr 2.

Co zabawne, nie tylko brytyjskie media pojawiły się wówczas w Sigmie. Podczas dyskoteki niewielką, ale silną część żeńskich uczestniczek zafascynowały pewne nogi. Ładne, żeby nie było wątpliwości. Okazało się, że owe nogi należą do dziennikarki "Na przełaj". Litościwie pominę jej nazwisko, a dlaczego, to się wyjaśni w dalszej części. Dziennikarka owa chciała napisać coś o gatunku lesbijka polska. Gatunek ten stawił się na spotkaniu z nią w liczbie sztuk sześciu. Powstał z tego artykuł pod jakże ciekawym tytułem "Brzoskwinki w sosie własnym". Tak, wiem, jak to brzmi. Ale tytuł wziął się, jak twierdziła autorka tekstu, od moich brzoskwiniowych policzków, które bardzo ją zachwyciły. O, jaka ja była głupia, że na głaskaniu obiektów zachwytu się skończyło. A najgorsze jest to, że owa kobieta uczyniła wówczas następujące wyznanie: "Kiedy budzimy się z przyjaciółką po upojnie spędzonej nocy, patrząc sobie głęboko w oczy, mówimy, że my nie jesteśmy lesbijkami". Racja, były biseksualne.

Dwa lata później owa dziennikarka popełniła kolejny tekst o lesbijkach. Niestety, artykuł ów opisywał patologie w lesbijskich związkach. Nie, nie twierdzę, że takowe się nie zdarzały i nie zdarzają, chodzi o to, że ona nie dotarła do takich związków. Po prostu wypaczyła swój pierwszy, wyżej wspomniany tekst. Po publikacji "Brzoskwinek" trafiłyśmy jeszcze z M. do "Zapraszamy do trójki", gdzie rozmowę z nami przeprowadziła bodajże Beata Michniewicz. W trakcie programu udało nam się przemycić informację, gdzie i kiedy spotykają się lesbijki. Dzięki temu z 16 zrobiło nas się już 30.

Ale przejdźmy do pamiętnego roku 1990, kiedy to pod koniec lutego, w jednym z najcieplejszych dni zimy (plus16 stopni Celsjusza) zostało zarejestrowane Ogólnopolskie Stowarzyszenie Grup Lambda. Do sądu szłam w niezbyt radosnym nastroju i 12 kilo chudsza niż dwa tygodnie wcześniej, kiedy to rozstałam się z M. Niejaki Werter przy moich cierpieniach wymiękał. Ale ad rem. Niemal nie da się zliczyć, ile razy członkowie założyciele musieli stawiać się w sądzie, poprawiać dokumenty i wykonywać wiele innych czynności prawnych, aby licznie zebrani na małej salce sądowej mogli w końcu usłyszeć: "Ogólnopolskie Stowarzyszenie Grup Lambda zostaje wpisane do rejestru itd. itp." (czy jak to się mówi). To był naprawdę piękny dzień. W końcu przestaliśmy być nielegalni. W końcu mogliśmy mówić pełnym głosem. W końcu polskie prawo zaakceptowało nasze istnienie. A to już tylko krok do uznania naszej miłości, związków i praw. Uwierzcie, ta chwila była dla mnie prawie równie piękna jak ta, w której mogłam mojej ukochanej powiedzieć: "Yes, I do". Oczywiście myliliśmy się w owych optymistycznych szacunkach co do związków, ale o tym mieliśmy się przekonać dużo, dużo później.

Na początku działalności straciliśmy lokal udostępniany nam przez ZSP. Przyszło nowe, a dokładnie NZS, które przejęło pomieszczenia po poprzednim, już niesłusznym, zrzeszeniu. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że NZS-owi najpierw służyły one za magazyn, a później zostały podnajęte prywatnym (znajomym oczywiście) podmiotom gospodarczym. W trakcie naszej wyprowadzki obecny przy tym członek (i to jeszcze jaki) NZS, a teraz znany polityk (i to nie z PiS) rzucił tekstem: "Wypier... pedały". Po tak miłym pożegnaniu ze strony ludzi walczących o wolność i inne takie znaleźliśmy swoje miejsce w Alejach Jerozolimskich w pomieszczeniach Monaru. Służyło ono li i jedynie działalności. Miejsca na rozrywkę musieliśmy poszukać gdzie indziej.

Bodajże w marcu lub kwietniu Grzesiek W. wpadł na pomysł, aby zorganizować dyskotekę w pomieszczeniu klubu osiedlowego na Służewiu nad Dolinką. Później klub osiedlowy zmienił się w pierwszą polską knajpę gejowską Cafe Fiolka. Jednak pierwsza dyskoteka w tym miejscu była całkowicie prywatną inicjatywą, zorganizowaną z pomocą krewnych i znajomych królika, którzy bardziej społecznie niż zarobkowo zajęli się obsługą imprezy. Za barem stanęła B., która niejednej pannie zawróciła w głowie śpiewem i gitarą, nad barem w czynie społecznym młoda G., którą można opisać słowami "Bo we mnie jest seks" trzepała pięknymi długimi włosami, a pisząca te słowa zajmowała się tym, co w rękę wpadło, głównie stojąc na zmywaku.

Tam też poznałam niezwykle ważną osobę, zarówno w moim życiu prywatnym, jak i społecznikowskim, Monikę Komodę. Otóż pojawiła się na imprezie wielka przyjaciółka gejów (i wszystkich innych odszczepieńców od normy), kobieta o blond włosach, czerwonych jak krew ustach, w minispódniczce i wyraziła chęć poznania jakiejś lesbijki. Monika nie miała nic złego na myśli, ale kiedy jeden z jej wielkich admiratorów Krzysiek Garwatowski przekazał mi tę prośbę, odebrałam to jako chęć poznania dziwoląga. Na swoje wytłumaczenie mam tylko tyle, że byłam młoda, zbuntowana i ciągle cierpiąca po stracie swojej pierwszej miłości. Niewiele myśląc, zamaszystym krokiem podeszłam do tej panny (jak wtedy o niej myślałam), pocałowałam ją w rękę i przedstawiłam się: "lesbijka Małgorzata R.". Monisia była lekko skonsternowana moją, hm, nie ma co się oszukiwać, agresją, ale szybko zrozumiała, o co chodzi, i udało nam się jakoś dogadać. Dość szybko dołączyłam do grona jej wielbicieli i na długie lata została moją muzą.

Oprócz pojawienia się Moniki, jeszcze dwa wydarzenia z tej imprezy utkwiły mi w pamięci. Pierwsze to moment, w którym na dyskotece pojawiła się M. wraz ze swoją nową dziewczyną i polały się me łzy, nie wiem, czy czyste, ale na pewno rzęsiste, a geje wyrywali mnie sobie z rąk, aby utulić "biedną" w żalu. Zwyciężył wspomniany już Krzyś, który wyrwał mnie z rąk kolejnego pocieszyciela z okrzykiem "Wy nie umiecie jej pocieszyć, ja wiem, jak to zrobić". Długo wspominał, podobno z dumą, jak to miał mokry rękaw koszuli. Drugie było niezbyt przyjemne. O imprezie dowiedziała się miejscowa chuliganeria, która w ramach rozrywki wieczorno-sobotniej postanowiła bić pedała. Zamiar się powiódł. Zaplecze gastronomiczne przemieniło się w ambulatorium, gdzie opatrywaliśmy nie tylko posiniaczonych, ale i poranionych nożem poszkodowanych. Sytuacja uspokoiła się wtedy, gdy w okolicy pojawiły się nieco liczniejsze patrole policji. Poza tym wszystkim imprezę można uznać za udaną.

Chociaż zabawa stanowiła istotną część naszego życia, nie przesłaniała rzeczy ważniejszych. Mając zapewniony byt lokalowy, Lambda Warszawa postanowiła uruchomić telefon zaufania. Jako że zawód terapeuty dopiero raczkował, a znaczna część psychologów i psychiatrów miała w najlepszym razie pogląd na homoseksualizm taki, jak wspomniana przeze mnie w lekcji pierwszej pani psychiatra, więc do dyżurowania przy telefonie zgłosiła się grupa ochotniczek i ochotników (co ciekawe, kobiety stanowiły większość). Jednak aby osoba dzwoniąca po rozmowie z którymś z nas nie rzuciła się od razu z mostu, potrzebne nam były szkolenia przeprowadzone przez specjalistę. Takowy się znalazł, nawet dość znany psycholog, którego nazwiska nie przytoczę, bo pamięć już nie ta. Szkolenia ze względu na pracę ludzi z Monaru mogły odbywać się dopiero późnym wieczorem i trwały nierzadko do pierwszej lub nawet drugiej w nocy. Jako że w tamtych czasach nie było miejsc z kawą i herbatą na wynos, a zmęczeni kursanci i kursantki, aby móc skorzystać z udzielanej nauki, potrzebowali podeprzeć się kofeiną, Lambda Warszawa postanowiła z myślą o nich kupić czajnik elektryczny - rzecz wtedy rzadką i drogą. Jak postanowiła, tak też zrobiła. I to właśnie ten czajnik został głównym bohaterem zebrania Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Grup Lambda, kiedy to jeden z członków zarządu, starając się zarzucić Lambdzie Warszawa niegospodarność i szastanie wspólnymi dla całego Stowarzyszenia pieniędzmi, kilkakrotnie podczas zebrania wypowiedział słowa, które przeszły do historii : "A Lambda Warszawa kupiła czajnik".

Na dziś wystarczy. A na kolejnej lekcji dowiecie się, dlaczego do dziś mówię, że nie lubię pedałów. Będzie też o pierwszych legalnych pismach i klubach.

27 komentarze :

Po kolei, jeden: czekam z utęsknieniem na ciąg dalszy Znaku Smoka. Już myślałam, że utwór ten poszedł w zapomnienie...

Dwa: widząc Twój wpis na Facebooku o konieczności ukrywania niektórych osób z tej notki pod inicjałami i frustracji, jaką ta konieczność zrodziła postanowiłam, że i tak wyszperam, kim była ta dziennikarka. W końcu po tytule chyba da się do tego dojść, czyż nie? ;>

Trzy: Skoro przy okazji rejestracji Lamby myśleliście, że to tylko krok od związku to mam przyjąć pesymistyczną, czy optymistyczną wizję nachodzących wydarzeń? Skoro po 20 latach od tamtej chwili niewiele się w tej kwestii zmieniło to czy ja doczekam się za mojego życia legalizacji związku z M. w Polsce?! To takie pytanie retoryczne of kors.

Cztery: Ten czajnik jeszcze istnieje? Powinien kiedyś wylądować w jakimś polskim, tęczowy muzeum...

No i to tyle. Idę spać. Branoc.

Jak zwykle czyta się to jak powieść w odcinkach.
Chcę więcej ;D

ja zaś jedynie wypierdalać-posła z chęcią poznał z nazwiska. Albo chociaż ze współczesnej afiliacji politycznej? plis plis!

enZet: szukajcie, a znajdziecie;)A powieść została zarzucona przez jakiś ślub i koło ślubne wydarzenia. Jest jednak nadzieja, że powstanie, bo kolejne rozdziały kłębią mi się w głowie.
hds: bo to subiektywna i nieco sklerotyczna historia:) Bedzie więcej:)
Sylwek: Bodajże PO:)

Niezwykle pouczający tekst.

Ruda - jak już będzie całość, to może wydasz to w Amazonie na "Publish your self"?

A ja czekam na kolejny odcinek :-)

Joey ma słuszność - te lekcje też powinnaś wydać :)

Gocha- Ty już wiesz co :))
A czajnik pewnie służy do tej pory- wtedy robili porządne czajniki :))
Czekam na kolejną lekcję :)

Sylwek - prawda?;)
scenki - eee? Co można przetłumaczyć: czy możecie drogie scenki rozwinąć myśl zwięzłą?
Joey - pomysł zacny, ale nadal twierdzę, że sponsor lepszy:)
dubiduu - Wiem, wiem, no!

Już rozwijam: 1) jak widać kłopoty wszystkich organizacji bywają podobne (jako ten sekretarz zarządu jednej i były sekretarz kilku się wypowiadam); 2) jak łatwo się pomylić w pochopnych ocenach - często działa nasze własne nastawienie, a nie realne cechy poznawanej osoby; 3) czajnik a sprawa polska ;)

Coż, od niedawna jestem uzależniona od waszego bloga, jestem pod wielkim wrażeniem. Nie w celu podbudowania waszego ego, ale tak zwyczajnie. Jedyne co mnie niemiłosiernie boli to fakt jakie w przeszłości były relacje na tzw dyskotekach. Dziś doszukuję się jedynie namiastki wyrozumiałości na takich zabawach. Imprezy kobiece w całym kraju przypominają wielką bandę napalonych kobiet, które idą w celu skonfrontowania się z byłymi. Bójki to normalność. Cóż może jestem trochę przerośniętą 18-latką i wielką idealistką, ale brak mi normalności. Czy to wszystko przez to, że kiedyś było mniej ludzi w "branży" ?

scenki: aha:)
Claire: nie przejmuj się uzależnieniem, znamy dobre terapeutki od uzależnień, polecimy jakby co:)
Za uznanie dziękujemy, należy się szczególnie Ewie:).
Nie idealizowałabym tak starych dobrych czasów, zdarzały się i sytuacje takie jakie opisujesz.

I jeszcze w temacie wsparcia dyskotekowego: nawet cierpiąc okrutnie (ach me serce rozdarte;), zastanawiałam się kiedy w ramach pocieszania moje kochane pedałki rozerwą mnie na strzępy;)

Już od dłuższego czasu czytam waszego bloga szczególnie do śniadania i jest naprawdę dobry( nie lubie czytać blogów) a ten jako jedyny UWIELBIAM !!

Gosiu- wydaj swoje wspomnienia naprawdę wciągają !!!! ja mogę zaprojektować okładkę i zrobić cały skład książki,:) pozdrawiam !

atew: wow, dziękuję za uwielbienie bloga i za chęć zrobienia ogromu pracy:)
Chyba czas wziąć się na poważnie za szukanie sponsora, ktoś chętny, a może ktoś zna kogoś, kto zna kogoś, no kto da kasę na działalność literacką?;)

A ile można stracić? :)

ciekawe wspomnienia, szkoda, ze kolejne odcinki tak rzadko (lub wręcz, by być na bieżąco, tak żadko :))) )
pozdrowienia

Rude de Wredne: To jak szukamy sponsora ? :D

Dla zastanawiających się nad apostazją polecam artykuł: http://wystap.pl/katolickie-witryny-apostazja-pl-i-apostazja-info-nasladuja-wystap-pl/
i inne na stronie www.wystap.pl
Widzę analogie między "Prochowicz-Milewczyk" a "Adler-Niemiec-Pałucki" nie tylko w masowym zamieszczaniu filmików na YouTube.

Rude de Wredne : Kto pierwszy ten lepszy !! ;)

Gosia świetny tekst, wciągasz :) oj tak :) czekam na kolejne części :) ściskam

Dziękuję za miłe wspomnienie. Też byłem na tym spotkaniu z czajnikiem w roli głównej! Pozdrowienia od ówczesnej Lambdy Poznań ...

Xys: oj tam, oj tam:)
Oku: Miło Cię tutaj widzieć, takie zebranie zapada w pamięć;)

Witam, zanim zaglądnęłam na komentarze, też nawiedziła mnie myśl, że warto takie wspomnienia byłoby wydać...jak widać po raz kolejny nie ma czegoś takiego jak przypadek ;-)Także co tu dużo mówić Autorko jesteś skazana na sukces :-)
Pozdrawiam serdecznie i czekam na kolejne odcinki :-)
Monika

Gosia I have been waiting with bated breath for this installment and you didn't disappoint - loved it - thank you. Many universal themes of early activism here.(Sorry my written Polish is crap!)

Prześlij komentarz