Przejdź do głównej zawartości

Are we just consumers?

Kiedy na jesieni ubiegłego roku startowaliśmy z akcją "Miłość nie wyklucza", plany były skromne - kilka billboardów/słupów w Warszawie, strona www, strona na Facebooku - wszystko dzięki niewielkim dotacjom od zaprzyjaźnionych firm i klubów. Do tego manifestacja i oczywiście trochę wiadomości w mediach. Ot, akcja informacyjna na miarę naszych skromnych możliwości. Po kilku tygodniach okazało się, że nasze plakaty chcą ugościć miasta z całej Polski i że znalazło się trochę osób prywatnych, które wspierają akcję. Efekt: pojawiliśmy się m.in. w Łodzi, Kołobrzegu, Przemyślu, Inowrocławiu, Wałbrzychu (akcja wałbrzyskiego oddziału KPH), odmówiono nam za to miejsca w autobusach w Ełku i na słupach w Suwałkach, za to teksty o akcji pojawiły się w tamtejszej prasie. Swoje trzy grosze dołożyły też media z Kędzierzyna-Koźla, w którym pierwotnie miało nas nie być. W najbliższych miesiącach będziemy też w Jeleniej Górze, Zamościu, Piasecznie, Zakopanem, Żywcu, Sandomierzu i Pile (plakaty pojawią się albo w formie ogłoszeń w prasie lokalnej, albo w outdoorze). Wybór mniejszych miast jest nieprzypadkowy, bo to właśnie tam najmniej się dzieje w naszych sprawach i najwięcej jest i nieprzekonanych, i po prostu niedoinformowanych.

Ale to wszystko już pewnie wiecie i czytaliście o tym po wielokroć. Dlaczego więc znowu się biorę za MNW? Bo wciąż nie mogę wyjść z podziwu, że to wszystko się tak udało. Że nie skończyliśmy po miesiącu czy dwóch, że wiele się jeszcze wydarzy, że możemy już spokojnie planować i wielki finał, i dalsze - jak chwilę odpoczniemy - działania. Oczywiście ogromna w tym zasługa osób najbardziej w nią zaangażowanych - i jako organizatorzy i organizatorki, i jako sympatycy i sympatyczki. Szczególnie tych i te ostatnie chciałabym tym wpisem jakoś uhonorować. Bo, choć nadal dominuje postawa "zróbcie, a ja skorzystam lub nie", to jednak ta akcja pokazała (i nadal pokazuje), że w walkę o związki/małżeństwa może się włączyć każdy/każda z nas. Że działanie niejedno ma imię. I że jest jakieś grono osób, może nieduże, ale jednak jest, które robi to, co dotąd jakoś się nie udawało (a może nikt tak naprawdę tego nigdy nie zaproponował?) - zamiast dawać dobre rady i czekać, aż ktoś zrobi coś za nich (i dla nich), po prostu finansuje akcję, która im się podoba i w której widzą sens. Czyli najzwyczajniej w świecie bierze w niej udział. Z konsumentów zmienia się w obywateli, ludzi, którzy chcą zmian i działają w ich kierunku.

Wiem, że już o tym pisałam. Zdaję też sobie sprawę, że nie każdego stać, by przekazać choćby symboliczne 10 złotych, i że jest ileś tam osób, które wspierają nasze organizacje jednym procentem od podatku. Czyli robią coś, czego dla odmiany nie robię ja, po trosze dlatego, że ów jeden procent uważam za swoiste alibi, w końcu tak naprawdę nie idzie on z naszych kieszeni, za to daje poczucie, że wsparliśmy słuszną sprawę i zwalnia od martwienia się o to przez kolejne dwanaście miesięcy, a po trosze dlatego, że lubię wspierać konkretne akcje, a nie niekonkretne działania statutowe (tak na marginesie, to w tym roku wyjątkowo odstąpię od dorocznego wspierania inicjatyw prozwierzęcych, bo i tak w ciągu roku zawsze znajdzie się kilka zwierzaków, na które robię przelewy, i przekażę swój jeden procent na leczenie Huberta). Tyle że akcja "Miłość nie wyklucza" pokazała, jak wiele można zrobić, gdy kilkoro działaczy nagle (teraz, już, nie raz na rok!) otrzyma wsparcie od kilkudziesięciu "niedziałaczy". Jak wiele daje zaangażowanie kolejnych dwóch, trzech, pięciu osób. Wyobrażacie sobie, co można by zrobić, gdyby to nie było kilkadziesiąt, a kilkaset czy kilka lub kilkanaście tysięcy. Jasne, że to "tylko" akcja plakatowa i że nawet pojawienie się na wszystkich billboardach w całej Polsce nie sprawi, że za miesiąc dostaniemy związki. Tyle że jak nic nie będziemy robić, to też nic się nie zmieni. A na dodatek, śmieszna rzecz, ale mam wrażenie, że wspieranie naszych inicjatyw (niekoniecznie MNW) daje też po prostu satysfakcję. Czyż nie miło jest wybrać się na przykład się na przykład do Sopotu, spojrzeć na taki obrazek:
 
i pomyśleć: "To moja zasługa"? Kurczę, naprawdę fajnie jest dołożyć swoją cegiełkę, przybliżyć choćby o milimetr dzień, w którym w naszym kraju poczujemy się równi i równe.

Agitka mi wyszła, wiem. To na zakończenie jeszcze bardziej poagituję. Po pierwsze nadal można wesprzeć MNW i wejść w posiadanie na przykład takiego zestawu gadżetów:
Szczegóły tu. A po drugie można zgłosić postulat związków partnerskich samemu... premierowi. Informacje, jak to zrobić, znajdziecie tu, a samą formatkę na stronie premiera tu. A po trzecie można zrobić jeszcze tysiąc dwieście innych rzeczy (kilka pomysłów tu), w których niekoniecznie zawiera się zostawienie na kolejnej stronie komentarza spod znaku "zróbcie, a ja ewentualnie poprę". To co? "Are we just consumers or are we citizens?" (że zacytuję moją ulubioną bardkę)

Komentarze

  1. Teraz to się właściwie zaczęło najciekawsze. Wszystko wchodzi coraz głębiej 'w prowincję', do kolejnych miast wybranych przez internautów. I coraz częściej MNW słyszy tam 'nie' dla swoich plakatów na widoku publicznym.
    Skutek? Jak to bywa przy zakazach - paradoksalny. Bo wprawdzie plakaty nie wiszą, ale media o MNW piszą, i to sporo. I nie media z 'warszaffki', ale jak najbardziej tamtejsze, lokalne. Tak w kontekście odmowy, jak i samego pomysłu (rzecz jasna zwykle uznanego za 'propagandowy').
    I znów kontrowersja sprzedaje temat - okazuje się, że odmowa to dopiero początek :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Już deklarowałem nie raz, że MNW to rewelacyjna akcja, szczególnie z powodu tej "prowincjonalności".

    Rzeczywiście cieszy widok plakatu przed Molo, gdy dołożyło się swój "wdowi grosz" ;D

    OdpowiedzUsuń
  3. Prawda jest taka, ze do aktywistek nie naleze. Rodzina mieszka wciaz w miasteczku malenkim i nie chce im, zwyczajnie, rujnowac w nim zycia. Mimo to czerpie niebywala satysfakcje z robienia, co moge, anonimowo i spoza granic (jakze umownych) ojczyznianych. Niniejszym chcialabym podziekowac za MNW i zaoferowac pomoc jakakolwiek, byle anonimowo :/

    OdpowiedzUsuń
  4. No i super, wreszcie coś się dzieje na dużą skale, w końcu powstaje zalążek drogi, która, mam nadzieję, że doprowadzi kiedyś do tego, że będziemy mieli w Polsce związki partnerskie.

    Też absolutnie deklaruję swoją chęć działalnosci.

    OdpowiedzUsuń
  5. hej, no jednak ten 1% idzie z naszych pieniedzy, jak cale podatki ! :) (chyba, zes szczesliwa i ktos za ciebie placi podatki:))))) ) Oraz jakbym nie przekazal 1% na KPH, to tych moich paru zlotych KPH by nie otrzymala... wiec... korzysc dla KPH (wstaw inne) jest...

    OdpowiedzUsuń
  6. @mistle
    Strasznie lubię takie "nieaktywistki" ja Ty:) Muszę chyba o tym kiedyś więcej napisać (choć mam wrażenie, że już to parę razy zrobiłam) - że jak dla mnie utożsamianie aktywistów i aktywistek wyłącznie z osobami pokazującymi się w mediach jest bez sensu. Bo prawda jest taka, że bez takich anonimowych ludzi jak Ty MNW skończyłoby się po dwóch miesiącach - i o tym w sumie jest ten tekst.

    @Anonimowy/a
    Super:) Mam nadzieję, że się zobaczymy przy którejś akcji (nieważne, czy w internecie, czy w rzeczywistości). A póki co zachęcam do włączenia się w aktywności opisane w ostatnim akapicie - o ile już tego nie robisz:)

    @Maciek
    Chciałabym, żeby ktoś za mnie płacił podatki:) Oczywiście, że zarabiam na ów jeden procent, kłopot w tym, że on nie jest mój. Tak czy siak muszę oddać te pieniądze - kiedyś państwu, teraz wybranej organizacji. Czyli nie idzie z mojej kieszeni, a z sumy, która i tak moja nie jest. KPH na tym korzysta, fakt, ale kłopot w tym, że większość ludzi ogranicza się właśnie do takiej dorocznej dobroczynności, która jest tak naprawdę daleko niewystarczająca.

    OdpowiedzUsuń
  7. Mademoiselle20.04.2011, 21:39

    Może wysłać by tak pocztówki MNW zwolennikom PIS'u, ludziom o średniowiecznych poglądach, babciom, dziadkom i każdemu kto jest na 'nie' w sprawie związków partnerskich ? ;D

    OdpowiedzUsuń
  8. Paulina zagruchała :)))))

    OdpowiedzUsuń
  9. Mi to wygląda bardziej na warkot:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Wy się nabijacie, a może Paulina się krztusi? Pualinko poklepać?:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Ależ Wy dowcipni jesteście...

    Na nieszczęście zalałam dziś swój laptop, a że akurat otwarty był ten blog dodał się komentarz o treści 'r', nie wiedzieć dlaczego, z konta mojej siostry - Pauliny.
    Dopiero teraz to zauważyłam więc pozwolę sobie przeprosić najbardziej urażonych; pana Maćka, panią Ewę i Rude de Wredne, przepraszam.

    Ps. Rude de Wredne ; Paulina -> Paulinka

    OdpowiedzUsuń
  12. A było tak miło:( Dobrze, że laptop działa.

    OdpowiedzUsuń
  13. Nie działa , moje kilkustronicowe notatki na kolokwium też.

    OdpowiedzUsuń
  14. Dziewczyny, a nie myslalyscie zeby uruchomic radio internetowe, z mini audycjami-dialogami?
    pozdrowienia
    M

    OdpowiedzUsuń
  15. Maćku: myśleć to może myślałyśmy, ale to skomplikowane nieco:)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…