Przejdź do głównej zawartości

Wiedźmin 2: Zabójcy Królów

Czekając na "Wiedźmina 2" pogrywam sobie w "Wiedźmina 1", radośnie przez fanów "Wieśkiem" zwanego. Gierkę ową wrzuciłam sobie z kilka powodów. Jednym z nich była chęć sprawdzenia, jak się będzie sprawować na moim pięknym nowym komputerku. Sprawdza się nieźle (i w tym miejscu podziękowania dla Pabla, jesteś wielki). Następny powód to chęć przekonania się, czy będzie zachwycać tak jak przed laty. Czy spędzę przed komputerem noce i dnie (z nielicznymi przerwami na czynności służące podtrzymaniu życia). Niestety, już nie zachwyca. Dialogi wydają się naciągane. Mój jak na razie ulubiony cytat to słowa Triss, która po chwileczce zapomnienia z głównym bohaterem (a dodać należy, że rzecz owa miała miejsce tuż po tym, jak Merigold niemalże zmartwychwstała) mówi: "Geralt, byłeś wspaniały jak zwykle". "Jak zwykle?" - pada odpowiedź Geralta. Na to czarodziejka: "Ty faktycznie nic nie pamiętasz". Postacie tzw. bn-ów nadal mało urozmaicone, a i zarzut, że wcielić się można tylko w Geralta, ma coraz więcej sensu. Bo skoro na potrzeby gry w cudowny sposób ożywiono białowłosego, to czemu by nie ożywić miłości jego życia, fiołkowookiej Yennefer pachnącej bzem i agrestem? Czemu by nie wprowadzić postaci, która wszak przeżyła, czyli Ciri?

Skoro wielkie firmy już od lat dają możliwość grania postaciami płci różnych, czemu rodzimy twórca gry jakoś na ten pomysł nie wpadł? Wszak wśród miłośników Sapka znajdują się również kobiety. Więcej, wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że one również w gry RPG grywają. Ja rozumiem, że pomysł przeniesienia postaci Geralta w świat gier powstał lat temu dwanaście, kiedy to podobno gry komputerowe były li i jedynie męską domeną. Ale od pomysłu do realizacji minęło siedem lat, i w tym czasie nawet najbardziej mizoginistyczny mizogin powinien był zauważyć, że kobiety nie tyle chętniej grają (bo zawsze grały), ile chętniej się do tej czynności przyznają. Tak na marginesie, to owo siedem lat to swoisty rekord, jeśli chodzi o czas tworzenia gry.

O mizoginii wszechobecnej w grze można by dysertację napisać. W książce o Wiedźminie Sapkowski ujął mnie swoim, właśnie tak, feminizmem. I nie ukrywam, że była to dla mnie nowa jakość w fantasy pisanej przez mężczyznę. W grze nic lub prawie nic z tego nie zostało. Owszem wprowadzono niezwykle istotne dla fabuły postacie kobiece. Ale z dwóch niezależnych silnych kobiet, którymi w pierwowzorze były Shani i Triss Merigold zrobiono, hm, stereotypowe kobietki. Uprzejmie wątpię, że którakolwiek z nich postawiłaby komukolwiek ultimatum w rodzaju "albo ona, albo ja". No proszę was. Kto czytał, ten wie.

Kolejna sprawa. Geralt mnichem nie był. Uciechy cielesne lubił i niespecjalnie się od nich wymigiwał. Jednak nie czynił z tego igrzysk, nie nanosił karbów na pasie, czy też mieczu. W grze jest to, oprócz gry w kości, kolejna minigierka, za którą zdobywa się kolejne punkty, a także specjalne karty prezentujące akty panien, z którymi nasz bohater spędził upojne chwile (aż się dziwię, że nie wprowadzono tutaj postaci Filippy Eilhart, czy też Francescy Findabair, aby udowodnić, że ich lesbianizm to nic innego jak fiksacja tych, co chłopa dawno nie miały i żeby "męscy" gracze poczuli się jeszcze bardziej "męsko").

Podsumowując, z sagi o Wiedźminie w grze zostały postacie i kilka cytatów. Nie udało się twórcom przenieść czegoś, co przynajmniej do trzeciego tomu, stanowiło o niezwykłości tej powieści, czyli klimatu. Jasne, fabuła nie jest najgorsza, wyzwania w miarę ciekawe, ale jak na tyle lat przygotowań można poczuć gruby niedosyt.

Na część drugą przyszło nam czekać lat tylko cztery. Podobno, piszę podobno, bo z producentem gry nigdy być pewnym niczego nie można, będzie miała ona premierę 17 maja. Z szumnych zapowiedzi, że trafi ona również na PS3, wyszło to, co zawsze tej firmie najlepiej wychodzi, czyli szumne zapowiedzi. Czepiając się radośnie dalej firmy, której nazwy, z powodu urazy osobistej, specjalnie nie wymieniam, zapowiedzi są ich najmocniejszą stroną. Bez cienia wstydu bowiem chwalą się oni wprowadzanymi do gry jakoby nowymi rozwiązaniami. Sęk w tym, że te "nowości"(jak np. nieliniowa narracja, postaci z krwi i kości, każda z własnymi motywacjami i zamiarami, większa interakcja z otoczeniem) już gdzieś ktoś zastosował.

O "Wiedźminie 2: Zabójcy Królów", można między innymi przeczytać, że jest to gra przeznaczona dla graczy dojrzałych. Nie będzie to wyłącznie bezmyślna rąbanka, ale zabawa, w której gracz staję przed poważnymi wyborami moralnymi. I bardzo dobrze, wszak o to w grach RPG również chodzi. Jednak patrząc się na sposób promocji, zaczynam zastanawiać się, co twórcy rozumieją pod pojęciem "gracz dojrzały"? Czyż taka reklama jak na poniższym obrazku nie jest wyraźnie skierowana do "pryszczatych nastolatków" (w różnym wieku), którzy grać będą jedną ręką?
Niepokoi również fakt, że Sapkowski nawet w niewielkim stopniu nie uczestniczył w tworzeniu drugiej części. Nie przyłożył do niej również ręki Tomasz Bagiński.

Ale grę i tak kupię, chociażby po to, aby po raz kolejny pomarudzić, że to jednak nie to.

Komentarze

  1. Cirilla to jedna z moich ulubionych bohaterek literackich, a Sapkowski jest naprawde wielki, o czym przekonałem się dość późno. Grać nie zamierzam, ale dzięki za posta:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mi tam się Wiedźmak barrrdzo podoba bardzo i gramy w niego, jak tylko mamy możliwość! =)
    A zbieranie kart jest całkiem pocieszne ;)

    Kochamy Sagę Wiedźmina, więc i wcielenie się w Białego Wilka jest dla nas wielką uciechą. ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Trafiłam na Twój blog kompletnie przypadkowo i szczerze się przyznaję, że to było jedno z najlepszych zaskoczeń tego roku. Co ciekawe, to wydarzyło się tego samego dnia, kiedy zainteresowałam się bliżej zjawiskiem mizoginii i seksizmu w fandomach (zwłaszcza tych fantasy). Przypadek czy przeznaczenie? Tak czy inaczej dzięki za świetny post!

    Wiedźmin to jedna z moich ukochanych serii i jako zapalona miłośniczka gier komputerowych oczywiście kupiłam jedynkę tuż po tym jak ją wydano. Gra jest świetna, klimatyczna, wciągająca, ale fabularnie - czy też pod względem ujęcia postaci kobiecych - leży na całego. Pominę już infantylną i zupełnie niepotrzebną zabawę w kolekcjonera sex card, to do tego wspomniane przez Ciebie Triss czy Shani były całkowitym rozczarowaniem. Shani jeszcze jakoś mogę zrozumieć - w książce była postacią epizodyczną, w sumie niewiele o niej wiemy a jako lekko nerwowa "koleżanka z sąsiedztwa" się sprawdza, ale Triss? Czy to naprawdę nasza Triss? Charakter kompletnie inny - gdzieś zniknęła ta wesoła, trochę naiwna i delikatna, ale oddana kobieta - zastąpił ją klon nieudany miks pierwotnej Triss z Yennefer i chyba paroma stereotypami czarodziejek. No i ten nieszczęsny biust! Wiadomo, że autorzy obdarowali ją sporym dekoltem i "kazali" obnosić się z nim przy prawie każdej okazji tylko po to by przypodobać się męskiej części graczy i krótko mówiąc, uprzedmiotowić Triss do roli seksbomby. Szkoda, bo przez to straciła swoją wyjątkowość i połowę charakteru. Szkoda, wielka szkoda, bo ja do grona fanów Triss się zaliczam - ale tylko do tej książkowej.

    Mimo to na Wiedźmina 2 czekam i z ciężkim sercem przychodzi mi obcować z tak - nazwijmy rzecz po imieniu - głupią promocją. Niby jest dojrzale, niby jest jak u Sapkowskiego a nawet lepiej, to jednak nie różni się to niczym od tysiąca cRPG, gdzie główny zabijaka kreowany jest na ziszczenie męskich fantazji a bohaterki robią za urodziwe tło. Udział, a właściwie jego brak, Sapkowskiego w grze mnie również niepokoi. Ja wciąż liczę na to, że on napisze kontynuację.

    Nawiasem mówiąc, pozwól, że ci trochę zaspoileruję: w Wiedźminie 2 na bank (a jest to pewne dzięki gameplays i screen shoots z finalnej wersji) spotkamy pewną czarodziejkę z Loży, a istnieje spore prawdopodobieństwo, że i kolejna reprezentantka tej organizacji się pojawi. Ja trzymam za to kciuki, bo razem z Ciri i Milvą uważam je za najciekawsze postaci kobiece, a niektóre z nich za ogólnie, w Sadze.

    Last but not least: cieszy mnie to, że nie jestem jedyną osobą na świecie, która uważa, że Francesca była lesbijką (a na pewno nie hetero).

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonim: ach czemu anonim?;)
    I na początku wyjaśnienie: blog jest Ewy, jam tu gościem:)
    Z całością komentarza ja z kolei nie mogę się nie zgodzić:)
    Boję się tej kolejnej czarodziejki, która się pojawi, bo pewnie będzie kolejną seks kartą;) Obym się myliła.
    A niehetero czarodziejek to tam więcej było, oj więcej:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonim, bo nieśmiała jestem ;-) Ale już się rozgościłam, przejrzałam wasze posty i co tu dużo mówić - chylę czoła i padam na kolana w podzięce za świetny blog - tak trzymać dziewczyny!

    Co do gry i tej czarodziejki, to seks kartą nie będzie i raczej kiepsko widzę jej pożycie z Geraltem, bo to chyba ostatnia czarodziejka z Loży, którą bym z nim widziała. Co tu dużo mówić, ona wie jak utrzymywać swoje hormony na wodzy ;-)

    Więcej niehetero czarodziejek mówisz? Może zdradzisz coś więcej? A swoją drogą to z przyjemnością przeczytałabym Twój post o właśnie czarodziejkach (i innych postaciach kobiecych, ale ze wskazaniem na te najbardziej niehetero oczywiście :) w Sadze. Gdziekolwiek bym nie szukała, to zawsze spotykam się z mniej lub bardziej (częściej to drugie, niestety) krytycznymi opiniami na ich temat, jakie to one nie są wredne feministki i do tego seksualnie wyzwolone, że Sodoma i Gomora normalnie ;-) Przydałby się jakiś dobrze napisany komentarz na ten temat.

    OdpowiedzUsuń
  6. Oj tam z tą nieśmiałością;) Dwie literki chociaż? Wymyślone wylosowane?;) Przyznaj, że pisanie do kogoś anonimie, to nieco dziwne jest:)

    Co do czarodziejki, my może byśmy i tak to widziały, ale twórcy gry? Oto jest pytanie;/

    Znaczna część czarodziejek była racze niehetero lub też miała próby sypiania z przedstawicielkami własnej płci, nie wyłączając Yennefer. Lecz nie wiem, czy saga cieszyłaby się taką popularnością, gdyby zamiast wiedźmina była wiedźminka;)
    Temat, który podpowiadasz mnie zaintrygował. Nic nie obiecuję, ale...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…