poniedziałek, 30 maja 2011

Garnitur na fejsie

Stało się. Długo się wahałam, bo prywatnych stron na Facebooku mamy już trzy (Barbie Girls, Gosia & Ewa in the Air i Gosia & Ewa - Final Countdown), do tego każda z nas ma na głowie po kilka profili związanych z działalnością zawodową, ale w końcu i nasz blog dorobił się swojej strony w "nowym internecie" (jak, chyba słusznie, nazywa fejsa znajoma z pracy). Tak że jak ktoś chce nas dodatkowo polubić, to zapraszam tu.

Fejs mnie tyleż fascynuje, co przeraża. Można go nie lubić, można nie mieć tam konta, ale trudno sobie wyobrazić jakąkolwiek internetową inicjatywę, która się nim nie podpiera. Przykład z mojej działki - w maju ubiegłego roku wśród źródeł ruchu na blogu królował Google, inne blogi i portale (Facebook był dopiero na ósmym miejscu). Teraz jest to Facebook. Jasne, że ma to trochę wspólnego nie tylko z coraz większą popularnością tego serwisu, ale też z wdrożeniem przycisku "Lubię to" i z intensywniejszą promocją treści z bloga na fejsie, ale też nie ma co się oszukiwać, że niszowe inicjatywy mają wiele innych możliwości pokazania się w sieci.

W 2005 roku, po tym, jak policja spacyfikowała Marsz Równości w Poznaniu, napisałyśmy z Bożeną Umińską-Keff i Gosią list otwarty, w którym zaprotestowałyśmy przeciw brutalnej akcji policji i łamaniu wolności zgromadzeń. Przez kilka dni zbierałyśmy pod nim podpisy - głównie obdzwaniając znane (jedna z nich opowiedziała nam bardzo ciekawą historię o Jarosławie Kaczyńskim, ale szczegóły zdradzę tylko prywatnie) i mniej znane osoby. Efekt to blisko 3 tysiące podpisów w zaledwie kilka dni i spory oddźwięk medialny - list opublikowała "Gazeta Wyborcza" oraz większość dużych portali. Co zabawne, z naszej trójki internet w domu miała wówczas jedynie Bożena. Co ciekawe, jeszcze przez kilka lat po tym, jak nasz protest szczęśliwie stracił na ważności, przychodziły do nas maile od osób, które chciałyby go wesprzeć.

Jak taka akcja wyglądałaby dzisiaj? Cóż, prawdopodobnie powstałaby kolejna strona na fejsie, ileś tam osób kliknęłoby "Lubię to" (i natychmiast o wszystkim zapomniało), zaprzyjaźniony dziennikarz wrzuciłby notkę na Gazeta.pl, pod którą znalazłoby się (o ile sprawa przebiłaby się na stronę główną) ileś tam hejterskich komentarzy i na tym by się skończyło. Rzecz jasna nie odkrywam Ameryki - o tym, że internetowe akcje mają niewielkie przełożenie na rzeczywistość, wiadomo nie od dziś. Trudno też zaprzeczyć, że fejs ułatwia promocję tego typu inicjatyw, choć mam też wrażenie, że wspiera bezrefleksyjność i nie tyle angażuje, co, do pewnego stopnia, tworzy ułudę zaangażowania. Nie żebym miała coś przeciw osobom, które piszą setki komentarzy, inicjują powstawanie kolejnych listów, protestów. Tyle że czasami przeradza się to w wyścig między protestującymi i ich oponentami - kto zbierze i wyśle szybciej i więcej. Co jest bardzo fajne, jeżeli chodzi o aspekt marketingowy, ale niekoniecznie wspiera wydarzenia, w których nie chodzi o największą liczbę odsłon, głosów, like'ów czy sprzedanych egzemplarzy. Polska to nie Tunazja czy Iran, zresztą i tak wpływ mediów społecznościowych na ruchy protestu w tych krajach jest nadal dyskusyjny.

5 komentarze :

Śmiem twierdzić, że konserwatyzm młodzieży jest skutkiem obecności w szole lekcji religii. To haniebne, aby funkcjonariusze jednej (i w praktyce tylko jednej) frakcji ideowej dostawali publiczną pensję na głoszenie w publicznych szkołach, podczas wyznaczonych w planie lekcji godzin własnej ideologii tak, jak się naucza np. biologii.

Napiszę więcej, bo mnie wena prześladuje. Rządzący nami politycy mogą mieć w głębokim poważaniu społeczeństwo, bo w szkołach hodują sobie nowe. Takie nauczone prawomyślności, albo przynajmniej konformizmu.

Ha, ja od lat pracuję właśnie w edukacji, więc nie do końca się zgodzę. Młodzi nie są (tak w ogóle, bo w szczególe to różnie bywa) ani prawomyślni, ani szczególnie konformistyczni. Ale co do tego, że nasz system edukacji nie sprzyja samodzielności czy twórczemu kształtowaniu swoich wyborów życiowych masz rację. Z tym że to nie tylko kwestia obecności religii w szkołach, ale całokształtu zjawiska.

Twittera jakoś nie czuję (może dlatego, że nie używam:)). Ale kategorycznego "nie" nie będzie, bo nie wiem, czy mnie za rok nie porwie:)

Prześlij komentarz