Przejdź do głównej zawartości

Ja, szkodliwe ekstremum

Parę dni temu dowiedziałam się (z komentarzy pod już polecanym tekstem o SLD na Homikach), że moje poglądy kwalifikują mnie do kategorii "szkodzące środowisku ekstrema". Choć lubię o sobie myśleć jako o radykałce, to, gdy się nad tym głębiej zastanowić, ani nie piszę, ani nie robię nic szczególnie ekstremalnego (bo chyba trudno za takie uznać zwyczajowe czepialstwo czy udział w tak grzecznych akcjach jak "Miłość nie wyklucza"). Autorowi wspomnianego komentarza chodziło zapewne o moje (śmiem twierdzić, że nieszczególnie oryginalne) podejście do polityki, a konkretnie o brak zaufania do SLD i postulat, by nie chować głowy w piasek, gdy przedstawiciele tej partii robią coś przeciw nam, a wręcz przeciwnie - krytykować, zwracać uwagę, domagać się wyjaśnień, słowem pokazywać, że jesteśmy, wymagamy i nie damy się omamić ładnymi słówkami czy PR-owymi zagrywkami jak wywieszanie tęczowej flagi na ratuszu w dzień Parady Równości czy obecność różnych komitetach honorowych. Co zabawne, taki - uniżony - stosunek do partii, której działalność na naszą rzeczy ogranicza się (głównie i ostatnio, bo trzeba rzecz jasna oddać sprawiedliwość takim osobom jak Izabela Jaruga-Nowacka, Joanna Sosnowska czy Maria Szyszkowska) do pustych deklaracji, nazywa się pragmatyzmem. Jak dla mnie to nie pragmatyzm, a... no, nieważne, jak zwał, tak zwał, pytanie, skąd taka postawa się bierze.

Pomysł numer jeden - z optymizmu. Bo choć mnie, starej cyniczce, trudno uwierzyć w jakiekolwiek, nawet dość proste w realizacji, obietnice składane przez polityków, to z pewnością istnieje ileś tam osób, które głęboko wierzą, że oni chcą dobrze i naprawdę zależy im na ich wyborcach, a nie jedynie na ich głosach. I oby mieli rację, naprawdę, w tym przypadku niczego nie chciałabym bardziej niż się mylić. Numer dwa - ze strachu. O tym już kiedyś pisałam, i to pewnie kilka razy - strach to potężna siła napędowa i usprawiedliwienie nawet zupełnie irracjonalnych decyzji. Ze strachu przed Kaczyńskim wybraliśmy "mniejsze zło" w postaci obecnego prezydenta. Ze strachu, że SLD nas "opuści", odpuszczamy sobie głośną krytykę tego ugrupowania. Ze strachu, że społeczeństwo nas "znielubi", protestujemy przeciw naszej własnej obecności w przestrzeni publicznej (vide krytyka parad czy akcji "Miłość nie wyklucza" w samym "środowisku"). Numer trzy - z lenistwa. Bo najłatwiej jest nie robić nic. Uznać, że od stanowienia prawa są politycy, od walki o zmiany organizacje pozarządowe, a nasza rola ogranicza się od okazjonalnego postawienia krzyżyka na karcie do głosowania i przeznaczenia procenta od podatku na szczytny cel. Numer cztery - z poczucia bezsilności i braku wiary w to, że możemy coś zdziałać. Bo co może jednostka w blisko czterdziestomilionowym państwie? Albo i sto czy dwieście jednostek. Co można zrobić bez pieniędzy, mediów czy szerokiego poparcia społecznego? Numer pięć - z obojętności. Skoro mnie, jednostce, jest w sumie dobrze, to tak naprawdę nie zależy mi na zmianach. Jasne, że może być lepiej, ale ja sobie i tak poradzę i mogę spokojnie, z założonymi rękami, na owo "lepiej" poczekać.

A tych pomysłów jest ze czterdzieści (że sparafrazuję poetę), wszystko jednak sprowadza się do jednego - bierności. Różnie usprawiedliwianej, albo nawet i zupełnie nieusprawiedliwianej, bo przecież to rzecz jak najbardziej zwyczajna i nie ma się z czego tłumaczyć. Ewentualnie jeszcze można dać tym, co to nie chcą być bierni, kilka dobrych rad. Zróbcie to inaczej. Zaangażujcie się gdzieś indziej. Nie szkodźcie, nie krzyczcie, nie wychylajcie się. Lub się odciąć: nie w moim imieniu. Nie ukrywam (prawda?), przechodzę ostatnio renesans fascynacji pojęciem "postawy obywatelskiej". Rozumianej jako poczucie odpowiedzialności za to, co się dzieje w społeczeństwie, w którym żyję. I, szczerze mówiąc, nie widzę w tym nic ekstremalnego, za to czymś przedziwnym jest dla mnie uznawanie takiego podejścia za niebezpieczne. Zarozumiałe - być może. Śmieszne - czemu nie? Naiwne - zapewne. Mimo wszystko jednak jest mi to bliższe niż bycie niczym ci carscy chłopi ze słynnego już felietonu Sierakowskiego.

Komentarze

  1. Nie bójmy się krytykować. Nie bójmy się robić swoje. Nie bójmy się być innymi. A najważniejsze. Nie bójmy się żyć!

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiesz, co, to fakt, że jak się ludziom kompletnie nic nie chce robić, to przynajmniej "po pierwsze nie szkodzić". Nie, żebym była szczególnie aktywna, ale dobija mnie chore malkontenctwo, które nie ma nic wspólnego z konstruktywną krytyką, a jest jedynie tchórzostwem podszytym paranoją i wstydem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Genialny tytuł ;), a treść, no cóż, zgadzam się ze wszyskim, pod wszystkim się podpisuję i uważam, że trochę radykalizmu, gdzie nie gdzie, wcale by nikomu nie zaszkodziło.

    mademoiselle

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak sobie myślę, że tych szkodliwych ekstremów to sporo wszędzie. Racjonalnie podchodząc do sprawy nie wypada się z Tobą nie zgodzić, co powoduje, że każdy zgadzający się wpada w "szkodliwy ekstremizm". Miauuuuuuu- podoba mi się :)

    OdpowiedzUsuń
  5. ale to zaden radykalizm. to dziwne ze jakies umiarkowane postulaty robia w polsce za radykalizm. to jest absurd.

    OdpowiedzUsuń
  6. Odcinać się, tak.

    Albo siedzieć w apatii w której ani się nie odcina ani się odcina.

    I marzyć o tych seryjnych mordercach którzy zrobią coś obok.

    A raczej nie marzyć, wspominać marzenia o pomocy zła wrażliwego.

    Albo, jest jak jest.

    OdpowiedzUsuń
  7. Znalazłem na ciebie autorze pierwszego komentarza odtrutkę we wspomnieniach, kogoś kto ze swoimi poglądami zrozumiałby mnie bez słów, skomentowałby cię tak jak bym chciał przynajmniej w myślach

    OdpowiedzUsuń
  8. że nie można być w pełni anonimowym, (teraz jestem tylko częściowo tj dopóki komuś się nie zachce sprawdzić), to wszystkich pierdół które bym pewnie zamieszczał gdybym mógł być anonimowy nie zamieszczę, masło maślane, a to że jestem jaki jestem (nienormalny itp) to akurat wszyscy wiedzą, i mam nadzieję chociaż kilka osób z pewnego okresu mojego życia widziałoby to z chociaż trochę odpowiedniej z mojej perspektywy perspektywy, bo jesteśmy tym kim odbijamy się w kimś? niekoniecznie, ale ten ktoś może nas dowolnie zniszczyć, jeśli jeśli będą spełnione jakieś warunki np jakaś perspektywa może. (morze długie i szerokie, jakie wariatkowo, a teraz właścicielki mogą usunąć to wariatkowo może)

    OdpowiedzUsuń
  9. 1. Nie zdanżam cóś czy co, ale o czym są te dwa ostatnie wpisy?
    2. Tytuł może i genialny, ale chyba nie całkiem na temat. Było dokładnie tak: "Uważam że pan Szot i inna ekstrema opluwająca SLD jedynie szkodzą środowisku." Ale zgoda, MNW to właśnie zaledwie ekstremum. "Umiarkowane postulaty robią w Polsce za radykalizm." No właśnie, jakie czasy, taka ekstrema. Teraz co najwyżej ekstrema drogowa śmiga po szosach.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…