czwartek, 23 czerwca 2011

Co mnie obchodzi czyiś lans

Jeżeli ktoś miał nadzieję, że po Paradzie ucichną, choć na chwilę, wojny torebkowe, to się niestety pomylił. Szczęśliwie mają dość ograniczony zasięg, ale to akurat chyba jest ich cecha charakterystyczna - widzą je i przejmują się nimi tylko ci, których bezpośrednio dotykają, a reszta ma je w głębokim poważaniu. Bo kogo tak naprawdę obchodzi, że ktoś tam kogoś nie lubi, pomawia, pozywa, przypisuje najgorsze intencje, uważa, że on i tylko on działa wyłącznie ze szlachetnych pobudek itd. itp.? Zastanawialiście i zastanawiałyście się kiedyś, dlaczego taki Robert Biedroń czy Yga Kostrzewa zostali aktywistami? Rozważania o tym, czy robią to dla lansu, czy naprawdę im zależy, spędzają wam sen z powiek? Nie? Cóż, mnie też nie.

Jasne, że o tych bardziej widocznych czasami się dyskutuje. Ale nawet na moim ulubionym forum Kobiety Kobietom, gdzie roi się od gierek i wzajemnych podgryzań (ale są też, żeby nie być jednostronną, całkiem niezłe dyskusje), mało kto przejmuje się czyimiś intencjami. Dużo ciekawsze jest to, jak wygląda i jak się wysławia (słowem: jak "nas" reprezentuje), znacznie mniej - jak działa i jakie skutki te działania mają. Nie kojarzę natomiast ani grama rozważań o tym, po co ktoś to robi. No, może poza stwierdzeniami, że aktywizm świadczy z jednej strony o lekkiej paranoi (bo przecież nie jest tak źle!), a z drugiej o nadmiernym poczuciu własnej wartości (bo działania jednostek na nic się nie zdają). I właściwie tyle.

W kontekście ogólnej obojętności wobec jakże doniosłego pytania "Czy oni to robią dla lansu, czy dla sprawy?", trudno podchodzić do wszelkich wojenek podjazdowych inaczej niż jak do pewnego folkloru. Swojego czasu głośna była walka o rząd dusz między portalami Kobiety Kobietom a Lesbijka.org (której apogeum była fejkowa śmierć Kary Auchemann), teraz mamy wojenkę spod znaku Gaylife kontra "wrogowie spraw LGBTQ" w postaci Roberta Biedronia, Innej Strony, Homików i zaprzyjaźnionych z nimi blogów. Rzecz godną uwagi z kronikarskiego punktu widzenia (już sobie wyobrażam tę radochę czytelniczek i czytelników, które i którzy zapoznają się z tą historią za jakieś dziesięć lat; będzie z pewnością nie mniejsza niż w przypadku tragicznej historii Kary Auchemann) i właściwie z żadnego innego. No chyba że ktoś się przejmie tą zabawą na tyle, że zrezygnuje z aktywizmu w ogóle. Ale w kontekście wydarzeń z ostatnich lat, a szczególnie pospolitego ruszenia wokół EuroPride, kiedy to nawet niechętne Fundacji Równości osoby i organizacje wręcz prześcigały się w inicjatywach wzbogacających to wydarzenie, jest to mało realne. Po prostu widać, że dla tych, którzy chcą coś robić, personalne rozgrywki są rzeczą najmniej ważną na świecie. Bo liczy się ogólny odbiór, a nie to, że przy okazji przylansuje się ktoś inny.

A tak na marginesie, ciekawa jestem, ile uczestniczek i uczestników Parady Równości w ogóle wiedziało, że w tym roku nie organizowała jej Fundacja Równości.

6 komentarze :

"Ale w kontekście wydarzeń z ostatnich lat, a szczególnie pospolitego ruszenia wokół EuroPride, kiedy to nawet niechętne Fundacji Równości osoby i organizacje wręcz prześcigały się w inicjatywach wzbogacających to wydarzenie"
Trochę przesadziłaś z tym optymizmem moim zdaniem...
Uważam, że jak na EuroPride zaangażowanie było nie tak duże jakby mogło być. Ale może mam specyficzną perspektywę.

A ja się nie zgodzę za bardzo, krytyka powinna być, byle konstruktywna oczywiście.

Na pewno do demagogicznych chwytów należy "rozpracowywanie" czyichś intencji czyli dość powierzchowne komunikaty, kto dla lansu i kto dla szpanu.

Ale wlaśnie dlatego, że nie o intencje chodzi tylko działania, to nie dajmy się też uwieźć na to, że ktoś miał kiedyś dobre intencje i więcej odwagi, gdyż etyczne działanie powinno obowiązywać cały czas, a nie tylko na początek i na zachętę.

Poza takimi szkodnikami jak Adler czy ta dama, która się kiedyś nazywała Kara, problemów przysparza ngo-izacja ruchu lgbt, która narzuca często nieetyczne schematy działania i wojenki o granty, które akurat nie są rozgrywane na portalach przez krzykaczy, ale poprzez różne dyskretne strategie, które z reguły też nie stają się tematem żadnych publicznych dyskusji.

NGO sprowadzone do roli quasi kapitalistycznych konkurencyjnych podmiotów które mają działać w miejsce państwa na niewygodnych dla państwa odcinkach, są manipulowane w ten sposób i marginalizowane, bo te pule grantowe są i tak bardzo śmieszne.

Jeśli więc znamy przykłady, dlaczego ktoś kogoś wykluczał z organizacji bardzo różnych działań, to naprawdę nie dlatego, że tam stało za tym jakieś ego czy kłótliwość kogoś tam, ale raczej dyskretna walka o to, żeby to akurat ta a nie inna osoba mogła rozwijać projekt.

Nie należy na ten temat rozmawiać na takim poziomie, jak się tłucze sprawy wizerunkowe na portalach, bo to jest nieco bardziej poważna kwestia wymagająca innego podejścia. No i nie o wizerunek ani nawet lans tu chodzi, tylko o rzetelność, a ta niestety nie zawsze jest w modzie.

Zgadza się - konstruktywna krytyka jest potrzebna. Bezsensowne czepianie się zresztą też, ze względu na potencjał humorystyczny. A humoru nigdy za wiele.

O NGO-izacji pisałam już spory czas temu. Na tyle dawno, że wtedy jeszcze nie do końca wierzyłam, że da stworzenie czegoś dużego bez struktur i etatów, za to opartego na zaangażowaniu jest możliwe. Teraz, dzięki MNW, wiem, że jest.

Mnie śmieszą te wszystkie gierki. Zważywszy na to w jakiej jesteśmy sytuacji w PL to jest totalna żenada. Naprawdę bardziej obchodzi mnie nasza sytuacja prawna niż lans/nielans pana X.

Zabrzmi to tak banalnie, że jak to piszę to mnie zęby bolą, ale trudno: polskie piekiełko. Niestety klasyka gatunku.


Co do lansu, najbardziej mnie irytuje lans polityczny. I tego będę się trzymać.

Prześlij komentarz