Przejdź do głównej zawartości

Gdzie to młode pokolenie?

Parę miesięcy temu, gdy spot akcji "Miłość nie wyklucza" hulał w sieci, na Innej Stronie pojawiło się kilka komentarzy spod znaku "Wszystko fajnie, ale nie można było znaleźć do tego nagrania kogoś młodszego?". Ostatnio ta opinia przypomniała mi się kilka razy - pierwszy, gdy przeczytałam u Hyakinthosa takie spostrzeżenie:

 Ale co piszą geje i lesbijki na forach przeraża. (...) "Po co małżeństwa, skoro są notariusze", "Wszystko można uregulować u notariusza bez specjalnej ustawy o związkach." Wszystko? Dobry żart. Mentalność pańszczyźnianego chłopa i ciotki-niewidki wciąż dominuje w dyskursie. (...) Niepojęte i niezrozumiałe. I to nie nastraja optymistycznie. Gdzie jest to młode pokolenie, które miało być wolne od stereotypów, wyzwolone i nowoczesne? No, gdzie?!

Drugi, gdy przyjrzałam się osobom najaktywniej udzielających się w wydarzeniu "100 tysięcy za ustawą o związkach partnerskich". Trzeci dwa dni temu, podczas roboczego spotkania Grupy Tel-Aviv, gdzie średnia wieku bynajmniej nie oscyluje w okolicach dwudziestki. Kurczę, pamiętam, że jak sama zaczynałam swoją aktywistyczną przygodę, to byłam przekonana, że właśnie studenci i studentki są ludźmi, którym najwięcej się chce. Bo potem to już praca, mieszkanie, kredyty i mała stabilizacja (czyli tzw. ważniejsze sprawy), z której mało komu chce się wychylać.

Oczywiście to nie jest tak, że młodszych aktywistek i aktywistów nie ma. Owszem, są, pojawiają się na paradach i marszach, organizują imprezy, brylują w pozawarszawskich organizacjach czy lokalnych oddziałach KPH (bo w Warszawie prym wiodą jednak ci sami ludzie, których poznałam te dobre parę lat temu, gdy dopiero zaczynałam działać). Kłopot w tym, że nie ma ich więcej niż te dziesięć-dwadzieścia lat temu (a powinno być więcej, wszak zakres wolności czy dostęp do informacji jest jednak większy), a na dodatek są dużo mniej widoczni i widoczne niż ich starsi koledzy i koleżanki.

Tak na marginesie, to ów brak chęci do angażowania się w cokolwiek (bo przecież nie tylko dwudziestolatków jest mało!) nie jest zresztą niczym niezwykłym w perspektywie ogólnospołecznej - wszak Polacy i Polki w ogóle niechętnie bawią się w jakikolwiek wolontariat. A my dołączyliśmy do tej grupy również dlatego, że niektóre potrzeby, naprzeciw którym jeszcze parę lat temu wychodziły "nasze" organizacje (znalezienia grona podobnych sobie osób, poczucia przynależności), można teraz zaspokoić inaczej - wchodząc na którekolwiek forum, serwis randkowy, zapisując się do grupy na fejsie, odwiedzając pobliski klub czy zapisując się do drużyny piłki nożnej. Odpadła więc motywacja towarzyska, ileś tam lat temu, mam wrażenie, wcale niebagatelna.

Czy owa marniutka aktywność oznacza jednak, że wszystkim tym, którzy i które ponad udzielanie się przekładają krytykę cudzej działalności, rzeczywiście nie zależy? Czy jest im dobrze tak, jak jest i nie widzą potrzeby zmian? Pozornie tak, wszak np. odpowiedź na pytanie, dlaczego w spocie nie ma nikogo młodszego, brzmi: bo nikt się nie zgłosił. Czemu jednak jakaś część ludzi, których tam nie ma, ma pretensje, że ich (czy kogoś, kto ich przypomina) nie ma? Czyżby jednak komuś zależało? Trochę to przypomina "debatę" wokół fotoreportażu Hanny Jarząbek o życiu codziennym polskich lesbijek, który nie podobał się, bo był (w oczach krytykantek) niereprezentatywny, jako że nie było tam ich. Trochę też dyskusję wokół dziejącej się w zamierzchłych już czasach akcji "Niech nas zobaczą", w której można było dla odmiany przeczytać, że wśród bohaterów i bohaterek zabrakło osób starszych, z mniejszych miejscowości itd. itp. (choć wtedy taka krytyka przychodziła do głowy jedynie wyznawcom i wyznawczyniom różnych queerów i genderów). Nie minęło osiem lat i nagle się okazuje, że zostały dinozaury, a za mało jest dla odmiany młodych. I to nie tylko na plakatach.

W komentarzu pod poprzednim tekstem adremja pisze m.in., że organizacji są tysiące i każdy może znaleźć coś dla siebie, i przeciwstawia je partiom politycznym, których jest i musi być mało, bo na więcej po prostu nie ma miejsca (więc nie ma co na nie wybrzydzać). Mam wrażenie, że, chyba przypadkiem, udało mu się pokazać jedną z przyczyn problemu: otóż może to nie jest tak, że ludzie się nie angażują jedynie dlatego, że nie zależy im na zmianach, ale też dlatego, że są przekonani, że zmiany to się załatwia tam, wysoko, w rządzie, a organizacje to takie miłe grupy towarzyskie czy kółka zainteresowań. Ewentualnie przytuliska dla frajerów i frajerek, z jakiegoś tam powodu niedowartościowanych, którzy i które działając (choć bardziej by pasowało "działając"), kompensują sobie to, czego im na co dzień brak. Na palcach jednej ręki (no dobrze, może dwóch, a jak mnie przekonacie, to dodam i nogi) za to można by policzyć tych i te, którzy i które uważają, że nie tylko celem ich istnienia jest działanie na rzecz zmian, ale też, że rzeczywiście są lub przynajmniej mogą być na tyle silne i wpływowe, by ktoś (tu: politycy) się z nimi liczył.

Dziś KPH, największa, jakby nie patrzeć, nasza organizacja, obchodzi swoje dziesięciolecie. Nie da się ukryć, że właśnie tam zdobywałam swoje działaczowskie szlify i choć nie zawsze się zgadzam z linią tej organizacji (zresztą czy ja z czymkolwiek zawsze się zgadzam?), to współzakładanie trójmiejskiego oddziału i działanie w nim zawsze będzie u mnie wysoko w kategorii "doświadczenia zmieniające życie". Nie pamiętam, co się wówczas mówiło o działaczach i działaczkach, choć mam wrażenie, że sam fakt, że robi się coś dla osób nieheteroseksualnych (organizuje debaty, akcje plakatowe, pokazy filmowe) budził chyba przede wszystkim ekscytację. Teraz to wszystko spowszedniało, przynajmniej w większych miastach. I może właśnie tu jest problem - zniknął urok nowości, radości z tego, że coś się robi, radości z tego, że ktoś coś robi, znikło poczucie, że coś to wszystko daje, zmienia. Wyobrażacie sobie dzisiejszą dyskusję wokół "Niech nas zobaczą"? Ja sobie wolę nie wyobrażać (choć, że o odwadze ludzi, którzy wzięli w tej akcji udział, wiele by w niej nie było, tego jestem pewna).

Chciałabym zakończyć jakimś mądrym wnioskiem, ale, szczerze mówiąc, jak to w moich okołoaktywistycznych rozważaniach bywa, żaden mi nie przychodzi do głowy. Bo tak naprawdę nie wiem, czy winą za to, że działaczowska zmiana pokoleniowa raczej prędko nie nastąpi, obarczyć konserwatyzm młodych, niskie zaangażowanie społeczeństwa w ogóle, brak wiary, że jednostka może coś zmienić, ogólne zniechęcenie czy niezborność naszych organizacji. Tak że z okazji owego dziesięciolecia życzę KPH przede wszystkim tego, by przy kolejnej zmianie warty mogła postawić na kogoś, kogo ja nie pamiętam z czasów, kiedy ta organizacja dopiero budowała obecną pozycję.

Komentarze

  1. Ależ na partie oczywiście można narzekać, ale tłumaczenie się z niegłosowania, czy oddawania głosu nieważnego tym, że mojej partii nie ma jest bez sensu, bo jej nigdy nie będzie.

    A odnosząc się dokładnie do tego wpisu to moim zdaniem motywacja towarzyska jest bardzo ważna, ale dla gimnazjalistów, licealistów. Przez 3 lata byłem zaangażowany GM KPH. Przewinęło się tam wtedy bardzo dużo osób dla których motywacją towarzyska była bardzo ważna. Do klubu nastolatki nie zawsze zostaną wpuszczone, portale randkowe(gejowskie, bo tylko te znam;)) są przesiąknięte sexem i ciężko tam nawiązać normalną znajomość.

    Demotywujące jest natomiast to co nam wszystkim udało się już osiągnąć, czyli względną tolerancję. Do tego dochodzi jeszcze polskie "nie wychylaj się"

    A dlaczego można zaobserwować teraz więcej osób starszych działających? Widać po prostu, że ta względna tolerancja nie wystarcza kiedy ma się już chłopaka, dziewczynę, albo myśli się o statecznym życiu. Kiedy osiągnęło się już pewną pozycję życiową, można sobie pozwolić na podróże po świecie, uzyskuję się pewną świadomość, którą w innych krajach wynosi się ze szkoły.

    OdpowiedzUsuń
  2. A jeżeli chodzi o studentów to oni są często(jeżeli nie mają bogatych rodziców) bardziej zapracowani niż większość ludzi po studiach która pracuje na etacie.

    OdpowiedzUsuń
  3. A widzisz, ja nadal mam wrażenie, że nikomu nie zależy. No, poza garstką niekonieczniedwudziestoparoletnich działaczek i działaczy.

    http://homiki.pl/modules.php?name=News&file=article&sid=4689

    OdpowiedzUsuń
  4. jako element młodego pokolenia biję się w piersi - nie chce mi się angażować w inicjatywy tęczowych organizacji. może rozleniwia mnie fakt, że braku praw, o które walczą, nie zauważam na co dzień i jakoś niespecjalnie pasjonuje mnie edukowanie społeczeństwa (w jakiejkolwiek kwestii, nie tylko tolerancji). może ta część wolnego czasu zagospodarowana jest przez kulturowo-sportowe zainteresowania. nie znam powodu, choć nie jest nim na pewno brak wiary w potrzebę istnienia npo.

    OdpowiedzUsuń
  5. @vesna
    Słyszałam tyle razy "nie odczuwam, że jestem dyskryminowana" najczęściej włśnie od młodych dziewczyn, to mnie przeraża, ten brak refleksji jak u nazistów, którzy mówili "ja tylko wykonywałem rozkazy"

    Co musi zaistnieć żebyś brak praw zobaczyła na co dzień!?

    OdpowiedzUsuń
  6. wszystko fajnie, ale naziści stali po przeciwnej stronie barykady, także porównanie trochę nie na miejscu. chyba, że brak czynnego udziału w działalności gejowskich organizacji, traktujesz jako równoznaczny z byciem przeciwko. czyli 'albo z nami, albo przeciwko nam'?

    OdpowiedzUsuń
  7. @adremja
    Zgadzam się - dla wielu osób tej idealnej partii nie będzie. Ale to nie powód, by czuć się jakoś zobligowanym do głosowania na te, które są. Naprawdę można zmieniać rzeczywistość, nie popierając żadnej opcji. Sporo ustaw, które już weszły, to ustawy społeczne (np. antyprzemocowe i kwotowa).

    Co do motywacji towarzyskiej - tak z ciekawości, ilu z tych gimnazjalistów i licealistów zostało w KPH? Jaki jest średni czas przynależności?

    Co do czynników demotywujących - tu się zgodzę, to też może być powód. I również przyszło mi do głowy, że starsi angażują się, bo, jako że coś więcej osiągnęli, to też chcą czegoś więcej. Z tym że nie łączyłabym tego z podróżami po świecie, raczej z chęcią zabezpieczenia związku.

    A jeśli chodzi o studentów, to nie licytowałabym się na to, która grupa jest najbardziej zapracowana. To już tak z własnego doświadczenia - nie mam bogatych rodziców, na studiach (dziennych) utrzymywałam się sama, a jednak znajdowałam czas, by robić coś więcej. Dużo gorsze były pierwsze lata po studiach. Ale mimo wszystko stawiam na czynnik "chce mi się", a nie "mam czas".

    @Jej Perfekcyjność
    Czytałam, w dużej mierze się zgadzam. Z tym że tak do końca nie jestem pewna, czy chodzi o to, że "nie zależy", czy o to, że, a i owszem, zależy, ale nie na tyle, by się jakoś specjalnie angażować.

    @vesna
    Mam wrażenie, że jest trochę prawdy w stwierdzeniu, że najbardziej angażują się ci i te, których rzeczywistość mocniej uwiera. Plus - charakter. W moim przypadku stawiam na geny po mamusi:)

    @lajt
    Ej no, pojechałaś. Z filozoficznego punktu widzenia mogłabym się zgodzić (a przynajmniej szukać podobieństwa w mechanizmach), z ludzkiego - nie. Brak zaangażowania nie jest równy bezrefleksyjnemu wykonywaniu rozkazów. Zresztą Vesna nie pisze, że nie brakuje nam żadnych praw, ale że akurat ona tego nie odczuwa. To jednak spora różnica.

    OdpowiedzUsuń
  8. I małe postscriptum do tekstu, bo NZ wolała sobie po nim pojechać na fejsie niż w komentarzach, a skoro budzi on wątpliwości, to chcę się odnieść do nich i tutaj.

    W skrócie zarzuty są takie:
    1. Nie definiuję, czy młody jest ten, kto zaczął działać (niezależnie od wieku), czy przykładowy dwudziestolatek.
    2. Nie piszę, czym jest działanie (możliwe opcje: przynależność do orga, kandydowanie do sejmu, udział w marszach, wydawanie książek, redagowanie strony internetowej, prowadzenie klubu dla lesbijek i gejów, bycie wyoutowanym w swoim miejscu pracy i umiejętność odpowiedzi na pytanie "masz chłopaka" - "nie, dziewczynę").
    3. Sugeruję (wbrew zasadom logiki:)), że oznaką stopnia zaangażowania jest widoczność. Nie wyjaśniam, o jaką widoczność chodzi.
    4. Jestem przekonana, że jak takie dinozaury jak ja przestaną działać, to wszystko pójdzie w pieruny.
    5. Jątrzę i marudzę bez sensu.

    A zatem:
    1. Kto jest młody, to akurat powtarzam kilkakrotnie - osoba w wieku okołostudenckim.
    2. Czym jest działanie - tego nie definiuję, bo robiłam to już wielokrotnie (a to nie artykuł, lecz kolejny wpis z serii). Ale proszę bardzo: każda aktywność z wymienionych oprócz kandydowania do Sejmu (no błagam!).
    3. Widoczność jako miernik stopnia zaangażowania? No nie, absolutnie nie. Widocznośc pojawia się jako jeden z przykładów (spot MNW) oraz w kontekście struktur organizacji. To, że starszych bardziej widać (jak nie wierzycie, to wymieńcie bez zastanowienia powiedzmy piątkę aktywistów i aktywistek) nie oznacza, że młodsi mniej się angażują czy że są mniej skuteczni. Znaczy dokładnie tyle, że mniej ich widać, co może być kolejnym czynnikiem demotywującym kolejne osoby do działania.
    4. Ależ nie pójdzie w pieruny. Tak, jest źle, a na dodatek nie widzę, by miało być lepiej. A dodatkowo wkurza mnie dość powszechne chyba przekonanie, że orgi nie mają potencjału, by coś zmienić, że musimy czekać na polskiego Zapatero. Czyli takie wewnętrzne samoosłabianie (a nawet bardzo wewnętrzne, bo przecież wielu aktywistów również w to wierzy). A na horyzoncie wcale nie majaczy jakaś inna perspektywa (w wydaniu młodych, oczywiście że tak!). Więc to nie jest tak, że jak starzy przestaną się angażować, to będzie koniec. Nie, będzie tak samo, a chodzi o to, by było inaczej. Silniej, prężniej i mądrzej.
    5. No nie wiem, może i bez sensu. Ale sądząc z odzewu, to jednak gdzieś blisko celu trafiłam. A poza tym może jakimś cudem ktoś z komentujących znajdzie odpowiedź na pytanie, co by się musiało stać, by było lepiej.

    OdpowiedzUsuń
  9. Oj, Ewo - wcale nie jechałam po nim tylko z nim dyskutowałam. :)

    1. To nie do końca był zarzut skierowany wobec tekstu, a raczej do wypowiedzi Uschi na jego temat, która zinterpretowała go jako "jest źle, a będzie jeszcze gorzej, bo nie ma nas kto zastąpić". Ja po prostu uważam, że równie dobrze zaangażować się mogą osoby 20-letnie jak i 60-letnie, więc winy o brak działaczy proszę nie spychać na nas młodych :D

    2. Żeby nie było, wcale kandydowania nie uważam za działalność :)

    3. Ten zarzut od razu uściśliłam jako "wynikający" z nie do końca poprawnej stylistyki i owszem, czepialstwem lekkim był - widzę, że i rozczłonkowanie tej wypowiedzi nastąpiło, więc jednak odrobinę tutaj racji z mojej strony było :).

    Natomiast kontynuując, wymieniam naprawdę bez zastanowienia: Aleksandra Sowa, Monika Czaplicka, Jej Perfekcyjność, Wojtek Szot, Marcin Nikrant (pomijam kwestię w jaki sposób działają - nie zamierzam o tym dyskutować). Ewa, jesteś trochę starsza - może dlatego widzisz więcej tych starszych działaczy, ale ja w sumie nie widzę jakiegoś wielkiego dysonansu między młodymi a tymi mniej młodszymi :) Nie podoba mi się także porównywanie działalności osób młodych z osobami działającymi od lat dziesięciu. Dlaczego? Tutaj myśl rozwinę bardziej niż na FB. Dziesięć lat temu działało się w inny sposób - siłą rzeczy bardziej widoczny przez niewielką widoczność homoseksualizmu. Pamiętam jak wielkim wydarzeniem była chociażby obecność Ygi w Rozmowach w toku. Dzisiaj gej lub lesbijka jest chociażby w większości polskich seriali. Druga rzecz - to doświadczenie - nowy działacz nie orientuje się tak w mechanizmach działania jak starszy. Za to - wymyśla swoje rozwiązania. Jednak nie jest to porównywalne w żaden sposób i unikałabym stwierdzeń typu "nie ma ich więcej niż dziesięć lat temu, są dużo mniej widoczni".

    4. To znowu był komentarz do interpretacji Uschi, a nie do tekstu. Jak najbardziej zgadzam się z postulatem "Silniej, prężniej, mądrzej" (świetne hasło, może zaczniemy je rozpowszechniać w środowisku?).

    5. Bez komentarza :) No może malutki - skoro udało się wywołać dyskusję to znaczy, że wcale nie jest tak bez sensu.

    Generalnie problem jest w tym, że brakuje zaangażowania po prostu. Nie rozbijałabym tego na młodych, czy starszych. To wciąż jest marny odsetek z odsetka (jakim są mniejszości seksualne), a to daje niestety marny rezultat. Pytanie powinno zatem brzmieć nie: Gdzie to młode pokolenie?", a "Dlaczego nas (młodych, starszych - bez kolejnego dzielenia środowiska na tych i tych) tak mało?".

    OdpowiedzUsuń
  10. @ vesna

    Jeśli stawiasz w wolnym czasie na kulturę i sport to stawiaj na tęczową kulturę i tęczowy sport :D Ha, da się pogodzić? Pewnie, że się da!

    OdpowiedzUsuń
  11. ależ stawiam na tęczową kulturę tylko nie zajmuję się jej organizacją. :>

    co do kwestii charakteru - i tak, i nie, bo angażuję się w inne inicjatywy. jakoś tak wyszło, że na gejowskie już brakuje entuzjazmu.

    a propos tęczowej kultury, wybierasz się, Ewa, do Wrocławia na Festiwal Równych Praw? ktoś mi wciąż wisi kawę. ^^

    OdpowiedzUsuń
  12. bejsbolówwa13.09.2011, 12:50

    No cóż, akurat do "wolontariatu" to my jesteśmy już kompletnie ugłaskanym pokoleniem - czytaj: robota za darmo albo za pół darmo na śmieciowych umowach i dodatkowy "wolontariat" na nieopłatnych nadgodzinach. Sorry, ale wolontariat to już kompletnie zawłaszczone przez kapitalistów słowo i to się stało ciałem. No ale nie tylko pokoleniem "wolontariatu" jesteśmy - właściwie to już całym narodem wierzymy w kapitalizm!

    Kto działa a kto nie?

    Za zachodzie, który stanowi dla większości w polsce święty obrazek, już od dawna tak jest, że tam się narzeka na brak młodych i dzialaja wylacznie osoby około 40 i starsze. Normalka.


    Dziwi mnie po prostu, że analiza sytuacji zawarta w poście w ogóle nie uwzględnia dynamiki rozwoju kapitalizmu i neoliberalizmu w polsce. Bo i na zachodzie sytuacja młodego pokolenia się stopniowo pogarsza, niemniej pewnym grupom tych ludzi, którzy są silnie powiązanych tam z państwem, nadal jeszcze udaje się działać i to w ścisłym powiązaniu spraw gospodarczych z wykluczeniami społecznymi na róznych płaszczyznach. Są tam ludzie umiejscowieni na pewnych strategicznych pozycjach i dla nich walka o cenę biletu semestralnego (na którą mają realny wpływ) jest ścisle powiazana z ich sytuacją odmieńców. W polsce młodzież nie może negocjować ze spółkami transportowymi cen biletów tak samo jak nie posiada narzędzi do ulokowanego działania wobec zarządu swojej uczelni, swojej spółdzielni mieszkaniowej, swojego urzędu pracy itd.

    Ale wlaśnie to powinno się zmienić - współbieżnie.

    A jeśli już jubileuszowo o kph, to jest to "balonikowa" organizacja od początku posługująca się wyłącznie frazesami, nieumiejscowionymi w żaden sposób w bieżących stosunkach gospodarczych i politycznych. Wyspecjalizowana w produkowaniu tęczowych baloników i banerów, działająca najczęściej po trupach i właściwie to trudno powiedzieć, po co oni te baloniki ciągle wypuszczają w powietrze.


    Ale zostawmy te baloniki w spokoju, niech sobie falują na wietrze to w prawo, to w lewo ;-)

    Wiemy, że te ostatnie 10 lat to z jednej strony lata backlashu, z drugiej strony nowe technologie, hi tech, hd, dvd, i po prostu cud miód. Ludzie, którzy robili konkretnie i robią konkretnie (bez względu na pokolenie) chyba jednak nadal najczęściej nie widzą dla siebie miejsca w tzw. pierwszym szeregu, ale wydaje się, że czas niszowości też już nie wróci. Po prostu - alleluja i do przodu, trzeba szukać nowych możliwosci.

    I dlaczego ma następować "pokoleniowa zmiana"? Dlaczego dopuszczać beznadziejne głosy że albo ma być młodzi albo tylko starzy są mądrzy i im się należy uznanie?

    Jak długo ktoś ma pomysły i nie chce ich realizować poprzez wykluczanie innych, niech działa. Chce odpocząć, to spoko, ale może wróci za 5 albo 10 lat i znowu będzie w formie.

    OdpowiedzUsuń
  13. @eN Zet
    Pojechałaś, pojechałaś, już się teraz nie tłumacz:)
    Interpretacje mogą być - jak widać - różne, co mnie akurat bardzo cieszy. Bo jak się skupiam na drugiej stronie - niedostatkach orgów - to wszyscy kiwają głowami: tak, tak, to wina orgów że nie inwestują w młodych działaczy. A jak podchodzę z drugiej strony, to jedni się biją w piersi, inni lubią, a jeszcze inni protestują. Czyli temat jest rozwojowy.

    Rozczłonkowanie jednego akapitu a i owszem, nastąpiło, ale treść ta sama, więc się nie poczuwam:)

    Ja też uważam, że angażować się może każdy. Ale nie uważam dla odmiany, by zajmowanie się konkretnymi grupami nie miało sensu. Choćby na zasadzie identyfikacji źródła problemu. Bo jestem przekonana, że inne powody ma student/studentka, inne trzydziesto- czy czterdziestolatka. To co ich dzieli, to doświadczenia (zauważ, że ja też piszę o tym, że są nieporównywalne), sytuacja życiowa, wzrastanie i kształtowanie się w takiej a nie innej rzeczywistości itd. Oczywiście, że będą punkty wspólne, oczywiście, że wiek nie musi być decydującym kryterium, ale nie przeszkadza to w poszukiwaniu rozwiązań, które byłyby bardziej nakierowane na jedną grupę.

    Co do "nie ma więcej" - no nie ma! Tak na chłopski rozum - teraz po prostu działać jest łatwiej. Jest więcej możliwości, więcej informacji, więcej grup, organizacji, większa świadomość problemu. Dlaczego nie skutkuje to przyrostem działaczy? Dlaczego na forach nadal jest mnóstwo bzdur w rodzaju tych, o których pisze Hyakinthos? W przypadku czterdziestolatków można szukać powodu w tym, w jakiej rzeczywistości oni wzrastali. A teraz?

    @vesna
    Oj fakt, to i ciastko mi przyjdzie dołożyć:) Szczerze - jeszcze nie myślałam o tym, aby się wybrać. Choć we Wrocku nie byłam już tak dawno, że bardzo bym chciała. Dam znać, to na pewno.

    @bejsbolówa
    (a dlaczego dziś bejsbolówa?:))
    Oj, nieprawda z tym zachodem. Spójrz na najnowsze badania Eurobarometru: http://edukacja.gazeta.pl/edukacja/1,113952,9590823,Ile_jest_Europejczyka_w_mlodym_Polaku_.html - pod względem aktywności w organizacjach jesteśmy na szarym końcu w Europie. W niektórych krajach udziela się nawet ponad 60 procent osób 15-30!

    Co do zmiany pokoleniowej - nie, nie musi nastąpić. Ale w obecnej sytuacji (kręcenie się w kółko, ciągłe powtarzanie tych samych działań, brak widoków na nowe strategie) wydaje się jednym z sensowniejszych rozwiązań.

    OdpowiedzUsuń
  14. bejbolówa bo tak :-)14.09.2011, 00:17

    Nie widzę tu sprzeczności, gdyż moim zdaniem wrażenie kręcenia się w kółko i powtarzania tych samych działań ma zupełnie inne przyczyny. -

    Brak widoku na to, co jest za rogiem, wywołuje polityka wyzysku, która zamyka ludziom usta przykładając do nich z pozoru obronne maski. Dobrze to ujęła w wywiadzie Katarzyna Bratkowska mówiąc o tym, jak jej studentki potrafią w odpowienich kręgach mówić o swojej seksualności, żydowskości albo pacyfizmie, ale niemożliwą do pokonania presją jest dla nich przyznanie się do tego, że nie stać ich na weekendowy wypad dokądś albo balowanie całą noc w klubie. Przyjmują wtedy zuniwersalizowaną tożsamość konsumentek, ktore przymierzą, ale kupią później, zobaczą coś, i opiszą to na facebooku, bo już drugi raz na taką wycieczkę długo nie pojadą, jednym słowem - potulnie zrobią to, co trzeba, by pokazać, że pod tym względem wszystko jest w porządku, "jakoś leci".

    Jeśli wymieszać to z ludźmi, ktorzy w podobny sposób jednak ukrywają swoją seksualność, to mamy całokształt społeczeństwa uwikłanego w karne odrywanie swoich ról.

    Ale głosy krytyczne są, już dość dawno temu Izabela Filipiak, jeśli dobrze pamietam, na kobiety-kobietom napisała w swoim felietonie, że wkurza ją ta sytuacja, że młodzież pije stadnie w klubach, a pokolenie starsze pije do lustra w domu, ale generalnie tak czy inaczej zamiast wspólnej socjalizacji i więzów wsparcia jest tylko alkohol i modne ciuchy.


    Pod tym względem naprawdę osoby z różną metryką mogłyby zrozumieć, że ulegają podobnym presjom i że niekiedy są na siebie dodatkowo napuszczane jako grupy społeczne. Młodzi mają wpędzać starych w beauty terror a starzy mają trzymać w ryzach zarobki młodych i walczyć o zapoznanie nowych technologii.

    Teraz myślę też, że nie należy przejść do porządku dziennego nad tym, że skończyła się epoka aktywizmu, ktory pośredniczył po prostu w zdobywaniu kontaktów i flirtów a teraz to jest net i po sprawie. Teraz to ludzie powinni się nawzajem o siebie troszczyć i wspierać, jak oderwać się od ekranu i internetowych-supermarketowych randek, jak walczyć z beauty terrorem i ageizmem. To jest teraz równie ważne jak 10 lat temu ważne było żeby gdzieś w ogóle spotkać kogoś homo.

    No ale to kompletnie bez sensu, żeby np. grupa rownieśnicza się spotykała i czytała nawet niezłe teksty o ageizmie, jeśli nie będzie z nimi kogoś z innego pokolenia. Niemniej w praktyce bardzo trudno jest odnaleźć szersze gremium.


    Żeby jednak chcieć się spotkać, to trzeba by wlaśnie zdjąć rożowe okulary, że wszystko jest ok i jednak jakoś leci, trzeba praktycznie zanegować swoją tożsamość, która bywa wzmacniana przez pozytywne komunikaty z mainstreamu ale może być tak samo też konfundowana w złą stronę przez zdezaktualizowane postulaty różnych epok "undergroundu".
    No ale samodzielnie wlaśnie trudno jest odsiać ziarno i nad pewnymi rzeczami przejść do porządku dziennego, żeby sformułować jakiś program.

    Tyle że kultura neoliberalizmu jest celowo bardzo indywidualistyczna, aby utrudniać ludziom poszukiwanie kontaktu.

    I tak samo na zachodzie panują różne optyki i są nieciągłości. Do pewnych kręgów w ogóle nie dociera młodzież a z innych ludzie starsi są wykluczani. Tam, gdzie dochodzi do działania na przekór podziałom, jest tak naprawdę pozytywny zbieg bardzo wielu czynników w tym również instytucjonalnych, które w polsce jest teraz bardzo trudno powołać, a może i nigdy nie zostaną w takiej formie powołane (np. związki zawodowe osób studiujących).

    Mimo to uważam, że jakiś pozytywny program istnieje. Być moze wcale nie "widoczność" musi być w nim najsilniejszym filarem.

    OdpowiedzUsuń
  15. @Ewa

    Ha, bardzo się cieszę, że się wdałam w tę dyskusję, bo mam wrażenie, że to trochę uzupełniło Twój tekst. Napisałaś w powyższym komentarzu dużo istotnych rzeczy, z którymi się zgadzam, więc nie będę ich dalej komentować. Zresztą w dyskusję się wdałam z tego względu, że naprawdę ubolewam nad tym jak mało osób jest zaangażowanych w jakiekolwiek działanie. Co gorsza nie wiem, co musiałoby się stać, żeby to zmienić.

    Mam w związku z tym jedno pytanie, na które właściwie już padła odpowiedź w tym tekście i w całym blogu, ale chciałabym się skupić właśnie na tym aspekcie. Jak to się stało, że Ty i Gosia się angażujecie od tylu lat? Jak myślicie, co na to wpłynęło? Jakie cechy Waszego charakteru, jakie okoliczności? A wreszcie biorąc to pod uwagę, czy jest możliwość by innych "zarazić" potrzebą działania?

    OdpowiedzUsuń
  16. @bejbolówa
    (bo tak;P)
    Lubię Twoje spojrzenie na rzeczywistość. Nie wiem, czy do końca potrafię się z nim zgodzić (bo to znowuż propozycja zastąpienia tego, co jest, czymś innym, a ja chyba jednak wolę współistnienie), ale w sporej części tak.

    Co do "widoczności" - nie wiem, jest ważna i nieważna zarazem. Ważna - by dowiedzieli się inni. Bo przecież działanie na przekór podziałom to wilcza część aktywności UFY, gdzie emerytki bratały się na Sylwestrze z transami i lesbami. Tylko kto o tym wie?

    @eN Zet
    Ja też się cieszę. Lubię rozmowy, z których coś wynika.

    Co do angażowania się - ja nie mam aż tak dużego stażu (10 lat chyba jeszcze nie ma), a Gosia miała swoje przerwy (jeszcze nie dotarła do tego w lekcjach historii, bo ma kolejną:))

    Ja jestem chyba klasyczną działaczką towarzyską - tzn. trójmiejskie KPH było głównie dlatego, że szukałam towarzystwa ludzi pozaklubowych. A potem jakoś poszło, na pewno po części dzięki Zbyszkowi Sypniewskiemu, który dość szybko nas opuścił, ale za to pokazał, że nawet w pojedynkę można mnóstwo zdziałać.

    To, że mi się jeszcze nie znudziło, wynika chyba z tego, że od dość dawna działam poza formalnymi strukturami (paradoksalnie chyba łatwiej się w coś angażować, gdy nie ma formalnego "przymusu") i robię przeróżne rzeczy (to też chyba z braku owych struktur wynika), poznając przy tym mnóstwo ciekawych osób i perspektyw. Plus możliwość zrobienia sobie przerwy bez konsekwencji dla organizacji, bo żadna nie zależy nawet w mikrym stopniu od moich działań.

    A entuzjazm? Nie wiem, ja po prostu lubię, jak coś się dzieje, nie cierpię rutyny, stabilizacji, życia od pierwszego do pierwszego. Więc chociaż w życiu pozazawodowym sobie na to pozwalam:)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…