niedziela, 9 października 2011

Cisza. A Napieralski tonie

Najzabawniejsza z całego okołowyborczego zamieszania była "cisza" wyborcza. Na fejsie dominował dziś dyskurs kulinarny:

Nie zabrakło też wielbicieli i wielbicielek nieco bardziej wyrafinowanych rozrywek:
Najbardziej mnie jednak urzekły podroby:
No i to było słodkie:
A wyniki? Wolę poczekać na oficjalne. Ale jeżeli te z sondażu przygotowanego przez OBOP (prawie 40 procent głosów dla PO, nieco ponad 30 dla PiS, ponad 10 dla RP, ponad 8 dla PSL i mniej niż 8 dla SLD) okażą się bliskie rzeczywistym, to mamy małą sensację. Na dole, bo u góry nic się nie zmieniło. Po pierwsze - Napieralski tonie. I to jest bardzo dobra wiadomość, bo mam wrażenie, że jedynie terapia szokowa może sprawić, że w końcu dorobimy się lewicy z prawdziwego zdarzenia. Po drugie - ogromny sukces Palikota, czyli tak naprawdę wielkiego "fuck you" dla wszystkich, którzy w tzw. kwestiach obyczajowych postawili na zachowawczość, żeby się przypadkiem nie narazić co bardziej wrażliwym wyborcom. Przyznam szczerze, że myślałam, że to nie wypali i że RP jest ostro przeszacowany. A tu niespodzianka, bo chyba jednak wejdą. Co to pokazuje? Że całkiem sporo osób ma po prostu dość. Na tyle, by zagłosować na program-wydmuszkę i kompletnie nieznane osoby (wprawdzie znacznie więcej ma dość w ogóle, bo ponad 50 procent uprawnionych do głosowania po prostu się na te wybory nie pofatygowało). Może sukces (bo wejście do Sejmu z jakimkolwiek wynikiem będzie sukcesem) RP pokaże chociażby Zielonym, że nie ma co się szczypać i wchodzić w pozornie wygodne sojusze, tylko trzeba walczyć o swoje? Oczywiście nie jestem naiwna i wiem, że Palikot ma tę przewagę nad Zielonymi, że jest po prostu bardziej znany, bardziej charakterystyczny, bardziej jakiś. Ale też jestem dziwnie pewna, że rozpłynięcie się w bylejakości partii Napieralskiego się naszym miłym ekologom nie przysłużyło. I mam nadzieję, że już się więcej o taki ruch nie pokuszą.

Żeby nie było - ja się wcale nie cieszę. To znaczy cieszę się, że moja kandydatka ma spore szanse dostać się do Sejmu, ale martwi mnie styl, w jakim partia, z ramienia której startuje, swój wielki wynik osiągnęła. Bo happeningi i populizm to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej, choć może w Sejmie okaże się, że palikotowcy (tak w ogóle, bo co do kilku osób raczej nie mam wątpliwości, że potrafią znacznie więcej) mają jednak coś jeszcze do zaoferowania. No nic, pożyjemy, zobaczymy. Choć i tak, i to kolejne zmartwienie (choć żadna niespodzianka), nie ma co sobie wiele obiecywać po obecności "naszych" lub nam przyjaznych ludzi w parlamencie. Bo wygrało PO, które prawdopodobnie będzie współrządzić z PSL. A największą partią opozycyjną pozostanie PiS. Czyli nic się w układzie sił w Sejmie nie zmieniło (z Senatem też pewnie będzie podobnie, a może nawet gorzej, wszak po raz pierwszy mieliśmy durne JOW-y). Co oznacza, że jak się sami o swoje sprawy nie zatroszczymy, to... wiadomo. Następny powód do zmartwień - mimo że Napieralskiego nie żałuję, to brak przez kolejne już cztery lata w Sejmie nawet nie silnej, ale choćby wyrazistej lewicy, jest po prostu niepokojący. Bo wcale nie musi być tak, że najbardziej dotkliwa z dotychczasowych porażka SLD będzie zarazem odrodzeniem (narodzinami?) prawdziwej lewicy. Równie dobrze może oznaczać jej koniec. Tak po prostu. Ale póki co mamy koniec kampanii, koniec wojenek podjazdowych między "naszymi" kandydatami o to, kto będzie lepsiejszym reprezentantem środowiska, które nie istnieje, koniec irytowania się tym, że ktoś znowu coś głupiego zrobił czy powiedział. Miło. Choć pewnie nie na długo. Ale cieszę się tą chwilą.

5 komentarze :

Tak, to zakamuflowane łamanie ciszy jest urocze. Gdzieś na Gazecie.pl wyczytałam takie: pory, pistacje... części nie pamiętam, natomiast Ruch Palikota twórczo zaszyfrowano jako "konopie". ;) (Tylko ciekawe, w jakim to sklepie je sprzedają... toż w Polsce każda roślina konopi jest podejrzana o przynależność do narkobiznesu...)

Bądźmy szczerzy jaki by był realnie najlepszy wynik dla SLD z Grzesiem? Góra 13%... Jeżeliby tyle zdobili to byłoby to odtrąbione jako jakiś tam sukces i SLD znów przez cztery lata nie zrobiłoby nic dokładnie tak samo jak było to ostatnio. Tak więc paradoksalnie zły wynik to taki pozytywny plaskacz i kop "helloł coś trzeba zmienić".

Jak na razie, to domniemane osoby deputowane z kręgu Palikota (bo konkretnych mandatów jeszcze nie znamy) już dostały mnóstwo policzków od osób komentujących w wieczorach wyborczych. W praktyce zostali porównani i porównane do skorumpowanej i zawekslowanej ekipy Leppera.

Myślę, że to wysoka cena za ten sukces wejścia pod parasolem finansisty, a tych policzków będzie jeszcze więcej jeśli RP nie będzie mieć potencjału do koalicji.

Ok, szybka poprawka i samokrytyka:

właściwie nie ma się co pastwić. Wypowiedzi tych komentatorów były obłudne, bo w jednym zdaniu "doceniali", że Palikot zauważył jakiś ruch i przemianę, i w tym samym zdaniu że wprowadził do sejmu nie wiadomo kogo i to na pewno jakaś hołota.

Mocno pogardliwe spojrzenie na ludzi kreślących te krzyżyki przy urnach!

Zresztą w przypadku pierwszych wyborów zdobytych przez Leppera też wiele wrzawy brało się ze zwyczajnej niechęci do nowych i to na dodatek tych z nie-miejskim akcentem.


Mimo wszystko, jest to jednak gorzka cena takiej drogi politycznej, że jest się w ugrupowaniu katalizowanym przez kogoś takiego jak Palikot.

@Jenny
Pełna zgoda. Szkoda tylko, że efekty tych zmian mają szansę przynieść plony najwcześniej za cztery lata. Choć może wcale nie szkoda? Może w ogóle lepiej, by to nie SLD jakaś prawdziwa lewica na tej porażce skorzystała:)

@bejbe
No szkoda, że to Palikot. Ale czy lepiej by było, gdyby to był Napieralski? Też słabo. Tak że póki co po prostu się cieszę, że weszło kilka osób, którym naprawdę tego życzyłam.

Prześlij komentarz