Przejdź do głównej zawartości

Jeszcze nie Oburzeni, już wypaleni

W niedzielę nagrywałyśmy piosenkę wspierającą inicjatywę "Tak dla kobiet" (wyżej podpisana, jako wyjątkowo uzdolniona muzycznie, partycypowała w chórkach i obsługiwała tamburyn). Towarzystwo zaangażowane, feministyczne, w przerwach rozmowy. O polityce też, a jakże. A konkretnie o "naszych" posłankach i o tym, co z ich obecności w Sejmie dla nas wynika. Pojawiła się między innymi częsta ostatnio myśl, że to jest właściwa droga dla organizacji (wejść w politykę, działać odgórnie). Co było dość dziwne i dlatego, że samo "Tak dla kobiet" jest inicjatywą oddolną, i dlatego, że akurat zebranym przy okazji nagrania kobietom do politycznego mainstreamu jest jednak dość daleko. Ba, część z nich, gloryfikując wpływ polityczek i polityków, jednocześnie bardzo chwaliła sobie rozwiązania, których w ramach działań odgórnych wprowadzić się nie da - jak aktywizacja, dzielenie się doświadczeniami i wzajemne wspieranie w ramach społeczności lokalnych, w czym specjalizowała się wciąż istniejąca, choć nadal niemająca swojej siedziby, UFA. Być może ów entuzjazm i wiara w politykę to po prostu pokłosie sukcesu "naszych" kandydatek, choć obawiam się, że to kolejny objaw opisywanej również tutaj choroby, na którą zapadły te dość nieliczne osoby, którym chce się działać na rzecz zmian - wypalenia i braku wiary, że mają jakikolwiek wpływ na rzeczywistość.

Inny przykład: oto w sobotę na całym świecie, a więc także w Polsce, protestowali Oburzeni, których, moim zdaniem słusznie, Seweryn Blumsztajn uznał za prawdziwą twarz i przyszłość polskiej lewicy. Kłopot w tym, że o ile Rzymie czy w Londynie marsze Oburzonych zgromadziły grube tysiące uczestników i uczestniczek, o tyle u nas młodych antyestablishmentowców, którzy żądają sprawiedliwszego rozdziału dóbr i miejsca dla siebie w społeczeństwie, znalazło się zaledwie kilkuset. I były to, jak złośliwie stwierdziło kilku komentatorów, w większości bogate dzieciaki z prywatnych szkół, które bawią się w rewolucję. I w takich komentarzach zawiera się niestety cały pakiet stereotypów na temat działalności na rzecz zmian. Że jest to "zabawa", bo poważna jest tylko polityka. Że jest to "zabawa bogatych", bo tylko oni mają czas i chęć na głupoty. I w końcu że jest to "zabawa w rewolucję", bo niewielka liczba protestujących i ich pozycja społeczna z miejsca unieważniają ich postulaty, czyniąc z nich po prostu fanaberię znudzonej młodzieży. A stąd już tylko krok do stwierdzenia, że przecież Polkom i Polakom (najwyraźniej w przeciwieństwie do Amerykanów, Brytyjczyków czy Hiszpanów) żyje się super, więc naprawdę nie ma o co kruszyć kopii. Co, śmiem twierdzić, nie jest prawdą. Tyle że odwieczne pytanie brzmi, dlaczego było ich tak mało. Dlaczego nas jest tak mało. I co musiałoby się wydarzyć, żeby było ich/nas więcej.

Kojarzycie z ostatnich lat jakąkolwiek ideę, która spontanicznie (bez wielomiesięcznych przygotowań i jako tako szczegółowego planu) zgromadziła choć parę tysięcy osób w jednym miejscu (i to nie na Facebooku)? Ja jedną. I nie był to marsz przeciw podwyżce VAT-u (a był taki, wiecie?), a "wojna o krzyż" na Krakowskim Przedmieściu. Czyli, jakby nie patrzeć, protest z kategorii mniej poważnych. Ideologiczny, a jakże, silnie podbudowany narastającą przez wiele miesięcy bezradnością władz wobec fenomenu krzyża i jego obrońców i wkurzeniem na zawłaszczanie katastrofy pod Smoleńskiem przez jedną opcję. Ale mimo wszystko trudno to zgromadzenie nazwać inaczej niż zabawą, bo taki też charakter nadali mu jego uczestnicy.

Nie neguję powagi tematu smoleńskich reperkusji czy obecności religii w przestrzeni publicznej, tyle że jest to jeden temat, na dodatek spłycany na każdym kroku. A poza tym co, jest super? Nie? Gdzie więc są polscy Oburzeni (z różnych opcji, nie tylko młodo-antysystemowej?) Czy, wbrew temu, co pisze Blumsztajn, zachłysnęli się sukcesem Ruchu Palikota (wszak antyklerykalnego, no a skoro religia to nasz jedyny problem...) i uznali, że on będzie rzecznikiem ich spraw? A może, jak chcą niektórzy, po prostu nie czują, jak ich rówieśnicy z Zachodu, że żyje im się gorzej niż ich rodzicom (bo, relatywnie, żyje im się lepiej), więc nie mają przeciw czemu protestować? Mimo wszystko wydaje mi się, że nie. Że problem leży w złej prasie bardziej dojrzałych ruchów (feministycznego, pracowniczego), w braku poczucia, że protest może być czymś słusznym (ci wstrętni górnicy niszczący miasto w imię przywilejów, ci niedobrzy nauczyciele, którzy co roku mają podwyżki, ci nieracjonalni ekolodzy, przez których nie mamy autostrad) i w braku wiary w jego skuteczność (podzielanym niestety przez sporą część działaczy i działaczek). Słowem, "prawdziwi" (doceniani przez niemal wszystkie media i polityków) aktywiści i aktywistki to są od głodu w Afryce i odrabiania prac domowych z dziećmi z domów dziecka, a ci, co by chcieli zmian w prawie czy w strefach wpływów, "bawią się w rewolucję".

Jak to zmienić? Ha, przede wszystkim nie dać się nabierać "mądrym" komentatorom, że skoro na ulice wychodzi garstka ludzi, to problem jest marginalny. I nie łudzić się, że "nasi" politycy wszystko za nas załatwią. To oczywiście bardzo wygodne - i dla tych, co może by i coś zrobili, ale jakoś nie mają motywacji, i dla samych polityków, bo nie muszą się przejmować "głosem ludu", skoro ów milczy. Tyle że równie wygodne jest niezajmowanie się "kontrowersyjnymi" czy po prostu trudnymi sprawami, tak że nie ma co liczyć na cokolwiek poza "małą stabilizacją", o ile ktoś nie "pobawi się w rewolucję" i owej stabilizacji przynajmniej trochę nie nadkruszy.

Komentarze

  1. na tok fm już można było usłyszeć, że niewielkie zainteresowanie postulatami oburzonych w PL to wynik tego, że kryzys nas omija
    ciepła woda w kranie :/

    OdpowiedzUsuń
  2. to może tak:
    "To jest hasło, które wyprowadza ludzi na ulicę: nie że „jest źle”, tylko że jest „gorzej niż w zeszłym roku”.
    Kto ciężką harówką wyciąga pięć tysięcy PLN, będzie w głębi duszy zadowolony, jeśli rok temu wyciągał tylko cztery. Oczywiście, będzie sarkał i narzekał, ale demonstrować na ulicę nie pójdzie. Za to rozkapryszony grecki kolejarz zarabiający pięć tysięcy euro z gwarancją emerytury #po50, pójdzie demolować sklepy, jak mu pensję obniżą o 10%.
    Grecy, Hiszpanie, Anglicy, Niemcy, Francuzi, Amerykanie - oni to czują, że dziesięć lat temu żyło im się lepiej. A gdy słuchają opowieści swoich rodziców o tym, jak wyglądała ich pierwsza umowa o pracę, szlag ich trafia z zawiści.
    I tu się zaczyna zasadnicza różnica. Mimo kryzysu, średni poziom życia jest wyższy niż 10 lat temu, a w porównaniu z czasami PRL w ogóle jesteśmy już jak w „Powrocie z gwiazd” Lema."
    http://wo.blox.pl/2011/10/Gdzie-jest-zbuntowana-mlodziez.html

    OdpowiedzUsuń
  3. kochane/kochani... na demonstracje nie moglem zdazyc, wiec wybralem sie na (planowana) debate po protescie, w klubie Chwila.. podobnie jak na protescie, i tu byla nas znikoma (moze z 6? ) liczba osob, w zwiazku z czym debata sie nie odbyla. Ale zmierzam ku przyczynom - w klubie rozdano nam wydrukowane postulaty polskiego odlamu ruchu 15 pazdziernika.. |Sorry ale bedace bezmyslna lista bez ladu i skladu myslowego. Podczas gdy te hiszpanskie koncentruja sie na istocie problemu dzisiejszej gospodarki (zadza wladzy i koncentrowanie jej w rekach mniejszosci), to w polskich pojawia sie żądanie refundacji in vitro, zapewnienia kazdemu dostepu do darmowje opieki zdrowotnej czy wstrzymania prywatyzacji polskich bankow... I inne takie bez sensu.... 9 punktow hiszpanskich i 21 polskich, jak ktos nie widzial tutaj : http://15pazdziernika.pl/podpisz/

    OdpowiedzUsuń
  4. @timofieusz
    Tak jak się zwykle zgadzam z WO, to tym razem jakoś nie mogę. Bo akurat młodym nie żyje się lepiej niż 10 lat temu. Przeglądam czasami CV-ki: ludzie parę lat po studiach, po kilka, czasami kilkanaście bezpłatnych staży na koncie, superoceny, referencje i co? Jak będą mieć szczęście, to załapią się gdzieś na wiecznie odnawialną śmieciową umowę. Może i średni poziom życia jest wyższy, tyle że jeszcze dziesieć lat temu ta pierwsza poważna umowa może i nie opiewała na niebotyczne kwoty, ale dawała etat. Tak że akurat młodzi (tak jak i kobiety po czterdziestce i mężczyźni pewnie po pięćdziesiatce) mają u nas powody do frustracji. Tak samo jak mają je osoby nieheteronormatywne i inne wykluczone.

    @Maciek
    Fakt, że nasze 21 różni się od hiszpańskich 9 (a na dodatek znalazło się w nich parę rażących ortografów). Ale to chyba nie unieważnia samego problemu i nie uniemożliwia zmian w polskim odłamie ruchu. No chyba że zdążył skostnieć, zanim się jeszcze na dobre narodził, co by niestety tylko potwierdzało to, o czym piszę.

    OdpowiedzUsuń
  5. Alez politycy zajmuja sie problemami spolecznymi jakie haslami "oburzonych".
    Tylko oni musza troche wiecej nizli tupac noga i krzyczec "ja chce by bylo lepiej!".Oni musza wciaz znajdywac droge do tego lepiej,rowniej,sprawiedliwiej.I jeszcze znajdywac na to srodki.

    Wlasnie konczy sie pewna epoka, pewne srodki do realizacji "lepiej" przestaly byc skuteczne.I to wlasnie politycy, bankierzy,finansisci beda musieli wymyslec, wprowadzic i znalezc kaske na nowe drogi.Nie oburzeni.

    Tu az sie prosi by pokazac jak dzisiejsi oburzeni nie przystaja do doswiadczenia roku 68. Wtedy zadano zmian od sytych panstw,zadano dzielenia sie dobrobytem.Dzis po dobrobycie nie ma sladu wiec trudno sie nim dzielic.dzis wyzwania bez porownania wieksze nizli te roku 68.


    Moim zdaniem nielicznosc polskich demonstracji to dojrzalosc- niechec do manifestowania pod mglawicowymi haslami.Pod haslem NO ZROBCIE COS!

    http://neospasmin.blox.pl/2011/10/INDIGNANTS-RIOTS-IN-VATICAN-ZAMIESZKI-W-WATYKANIE.html

    m@B

    OdpowiedzUsuń
  6. @Marcin
    Politycy zajmują się również (mniej więcej w tym samym stopniu co problemami młodych) problemami społecznymi, które są siłą napędową Manif czy parad. Czy to jednak powód, by ich nie robić? Smutna prawda jest taka, że jeżeli głośno nie krzyczysz, to twoich problemów nie widać. Wiedzą to feministki, wiedzą też osoby niehetronormatywne. Wiedzą to też młodzi w innych krajach. Nasi dopiero muszą się nauczyć, że bez nich nic się w ich sprawach nie zmieni. I że mają prawo do niezadowolenia i mają prawo je demonstrować.

    Nieliczność polskich demonstracji świadczy moim zdaniem li i jedynie o niedojrzałości społeczeństwa do obywatelskości.

    BTW, polskie hasła bynajmniej mgławicowe nie są. I pod większością się podpisuję.

    OdpowiedzUsuń
  7. Mogę oublikować na fb linka bezpośrednio do obrazka? Podoba mi się i chcę w ten sposób zrobić swój lewicowy coming out.

    OdpowiedzUsuń
  8. Pewnie, że tak:)
    (Dostałam go od grupy The Anarcho Feminist, tak że druga opcja jest taka, że znajdujesz ją na fejsie i tam linkujesz.)

    OdpowiedzUsuń
  9. Paniewa: plonie twoj dom a jednoczesnie sasiad sie drze z naprzeciwka ze muzyke za glosno puszczasz.ma absolutna racje- jest MU za glosno.
    Co robisz najpierw- zaczynasz gasic, dzwonisz po straz czy sciszasz swego ukochanego Karela Gotta?

    tak w mym rozumieniu wygladaja postulaty oburzonych- mamy prawo byscie to wy politycy urzadzili nam syte zycie.to nasze prawo podmiotowe stad ono niezalezne od warunkow.

    poklonie sie nisko jesli z tych manifestacji wyplynie choc jedna skonczona koncepcja urzadzenia choc skrawka swiata.taka co bedzie w sobie zawierac droge do celu i srodki do tego osiagniecia.adekwatne do czasow w jakich zyjemy.

    Arek- prosze bardzo dziekujac za petting mej proznosci ;)
    nb.rysunek nie wydawal mi sie ani lewicowy ani prawicowy,ale to tylko moja prywatna opinia....

    m@B
    neospasmin.blox.pl

    ps.Gott boo wlasnie slucham zrob sobie raj Szczygla.Ekscelentne!

    OdpowiedzUsuń
  10. 1.paniewa nie wierze by dla wiekszosci uczestnikow parad i manif najwaznejszym byly polityczne i spoleczne postulaty.poprostu nie wierze.

    2.ale skucha- to nie o moj obrazek chodzi.autozenadka.

    m@B

    OdpowiedzUsuń
  11. @Marcin
    Skoro puszczam Karela Gotta, i to na dodatek głośno, to mają prawo protestować:)

    Ale ja tę sytuację widzę inaczej. Oto mój dom nie płonie, za to pod nim stoją ludzie, których nie stać na więcej niż moja łazienka, a na dodatek nikt im nie da kredytu, by mogli sobie choćby tę łazienkę powolutku spłacać. A ja im mówię: no wiecie, przykro mi, że nie kupicie tej łazienki, ale czy nie widzicie, że mój dom płonie?

    Inaczej mówiąc: każdy uważa, że jego sprawy są ważniejsze. Tyle że jedni mają większą siłę przebicia i rzeczywiście uzyskają jakieś rozwiązanie, a inni mają czekać i grzecznie potakiwać, że tak, dla wspólnego dobra oni posiedzą cicho. Tyle że owo wspólne dobro jest tak naprawdę dobrem dla tych, którzy są przy władzy. I to jest model, który wspierasz.

    Co do Manif i parad - to co jest dla ich uczestników najważniejsze?

    OdpowiedzUsuń
  12. Paniewa,

    kredyt dawany na prawo i lewo nie jest aby jedna z podstaw obecnego kryzysu? katastrofy bankow a za nia katastrofy panstw?
    zycie na kreche nie pograza aby wlasnie usa, wegier, grecji i jeszcze paru innych panstw?
    jakim wiec kredycie mowisz?kto ma go gwarantowac i kto ma tym gwarancjom zaufac?

    jesli tak to zapomnij o kredycie- zaproponuj prosze jakas nowa, bardziej przystajaca do czasow, forme uzyskania mieszkania czy chox lazienki.


    m@B

    OdpowiedzUsuń
  13. co do manif i parad to sadze ze najwaznejsze na nich sa wspolnota i fun.Sadze, nie wiem.

    m@B

    OdpowiedzUsuń
  14. Ale dlaczego za nieodpowiedzialną politykę banków, które przez lata wciskały kredyty ludziom, którzy nie byli w stanie ich spłacać, mają płacić obywatele? Zresztą nie o tym mowa. Młodych nie stać na kredyty nie zawsze dlatego, że mają gorsze dochody niż ci, którzy je biorą, ale też dlatego, że mają gorsze umowy. I akurat tu mają pełne prawo żądać od polityków, aby się wykazali na polu walki z patologią, jaką są tzw. umowy śmieciowe, które, wiecznie odnawiają, przekreślają szanse nie tylko na kredyt, ale i na sensowną emeryturę.

    OdpowiedzUsuń
  15. autor: "ja o"

    Kredyt jest czymś z zasady głupim jest "wyrzucaniem pieniędzy w błoto", w imię tego, że dostanę towar szybciej (.. a potem mi się i tak wróci), to z zasady niekorzystne narzędzie powinno być dostępne tylko dla mniej zidiociałych którzy skorzystają z niego tylko gdy będzie to rzeczywiście mniejsze zło.

    Dla mnie branie kredytów, wydawanie pieniędzy na używki itd to jakby stałe przykłady synonimów głupoty tak wielkiej części ludzkości, że trudno wierzyć w ludzkość. Ja zawsze byłem nienormalny, ale w okresach niektórych nie tyle jestem ugładzający i usprawiedliwiający różne normalności/nienormalności co uznaję siebie za dalekiego od ideału a zarazem normalność za jeszcze dalszą od ideału i nie do tolerowania.

    Teraz umowy śmieciowe - czy to nie jest tak, że pracuje na nich ten kto chce? Ja widzę w takim miejscu kolejnego bezrobotnego a nie większą wypłatę i lepszą umowę po zmianie zakazującej umów śmieciowych. (jako zatrudnionego na umowę śmieciową widzę tu siebie jakiś czas wstecz) Chociaż nie przesądzam, może byłoby lepiej - jak Ty to Ewo widzisz? pracodawca przeznacza więcej pieniędzy na utrzymanie pracownika bo.. ma te pieniądze, bo.. teraz marnuje je na swoje luksusy a potem będzie mniej marnował bo sobie zmniejszy wypłatę?

    OdpowiedzUsuń
  16. 1.paniewa, umowy "smieciowe" nie maja nic wspolnego z wysokoscia przyszlej emerytury.

    2.Zgwalceni przez banki do brania kredytow ludzie to dokladnie ci sami ludzie, ktorzy teraz beda za nie placic.u ciebie inaczej- ludzie to nie obywatele ,obywatele to nie ludzie.
    Do bialosci wkurza mnie tez pisanie o "dobrych ludziach" ktorym "zle banki" cos wciskaly.
    Oczywiscie wszyscy jestesmy idiotami, ale podnoszenie tego jako argumentu przeciw regulom rzadzacym spoleczenstwem wydaje mi sie przesada. Rewolucja idiotow to jednak za duzo.

    3. Umowy smieciowe i dyskusja nad nimi przypomina mi dyskusje nad placa minimalna. Granice przzwoitosci wyznacza rynek- popyt i podaz, nie regulacje prawne.
    Jesli koniunktura sie pogorszy to umowa smieciowa zostanie zaproponowana i tobie i ludziom z jescze wiekszym stazem pracy.jesli sie poprawi, to dla utrzymania dobrych pracownikow trzeba bedzie rezygnowac z takich umow.i wbrew pozorom obie strony stosunku pracy maja tu podobna swobode wyboru.

    oki, dosc przynudzania

    m@B

    OdpowiedzUsuń
  17. @"ja o"
    Żeby to było takie proste. Dla większości ludzi wzięcie kredytu jest jedyną szansę na posiadanie własnego M - i tu za bardzo nie ma pola manewru. Jasne, że wiele osób bierze kredyty nieodpowiedzialnie, wpada w spiralę zadłużenia itd., itp., tyle że nie wyrokowałabym, że ZAWSZE jest to efekt nieodpowiedzialności, czasami jest tak, że człowiek bierze ów kredyt, bo widzi w tym jedyną szansę na przetrwanie (i nie myśli, co będzie za rok czy dwa, bo dla niego ważne jest owo przetrwanie tu i teraz). Tak że nie ma co takiego człowieka winić, że nabrał kredytów. Miał taką możliwość, to brał. Pytanie, kto mu ją dał. I: jeśli nie kredyt, to co?

    Co do umów śmieciowych - wiesz, jak masz do wyboru taką albo żadną, to raczej wybierzesz śmieciówkę. I pewnie, że dla studentów takie umowy są całkiem w porządku, kłopot w tym, że po pierwsze polskie prawo już zabrania nieskończonego odnawiania umów śmieciowych (tyle że ów zakaz jest niestety martwy), po drugie w dalszej perspektywie tracimy na tym wszyscy. Bo taka umowa o dzieło oznacza m.in. brak ubezpieczenia zdrowotnego, emerytalnego, rentowego czy wypadkowego, co oznacza mniej kasy w ZUS-ie (i teraz, i w przyszłości), na leczenie (wszystkich) itd. Pracodawca zyskuje, ale państwo traci.

    @Marcin
    Proszę, nie wprowadzaj ludzi w błąd. Umowa o dzieło ma bardzo dużo wspólnego z emeryturą. Po pierwsze - bo od niej nie odprowadza się składek na ZUS. Po drugie - bo czas przepracowany na takiej umowie nie wlicza się do stażu pracy.

    Co do banków - ktoś wziął kredyt, niech spłaca (jeśli może), jasne. Tyle że jeżeli pazerne banki rozdają kredyty na prawo i lewo ludziom, którzy, co od początku wiadomo, nie będą ich spłacać, to niech się potem nie dziwią, że bankrutują. I niech nie oczekują, że państwo będzie je ratować (jak w Stanach, co zresztą okazało się żadnym ratunkiem, bo wpompowanie pieniędzy w upadające banki nie pomogło ani im, ani zadłużonym). Wtrętu o ludziach i obywatelach nie rozumiem.

    Tłumaczenie istnienia śmieciówek koniunkturą to wygodny wykręt. Bo na takich umowach tracą najsłabsi i najbiedniejsi (również ci, dla których, w efekcie dominacji umów śmieciowych, zabraknie kasy w ZUS-ie), korzystają za to wyłącznie pracodawcy. Pewnie, że czasami oszczędności są nieuniknione, tyle że powinno się je zaczynać od najbogatszych. Przykład: nie gdzie indziej a w mojej firmie podczas pierwszej fali kryzysu kierownicy obniżyli sobie pensje, aby ratować jak najwięcej pracowników. I to jest sensowne podejście - bo tracą jednostki, którym i tak dobrze się wiedzie, nie traci za to ani firma, ani słabsi, ani państwo.

    OdpowiedzUsuń
  18. Paniewa,

    1.ktos wzial kredyt na dom w nadzieji ze taka inwestycja zacznie sie sama finansowac boo ceny nieruchomosci rosly. Wzial a tu dupa- koniunktura taka ze ani wynajac ani sprzedac boo dom jest dzis jest tanszy nizli w chwili brania kredytu.
    To wlasnie byl powod kryzysu amerykanskiego, a nie wciskanie ludziom kaski na sile.

    2.Nie pisz mi prosze ze pracownik na umowach smieciowych nie zyskuje boo to nie prawda.Zyskuje, inaczej by ich nie zawierano.
    Oczywiscie pracownik moze zazadac czasowej umowy o prace. Dokladnie na kwote jaka ma na umowie smieciowej.Jak sadzisz czemu tego nie robi? Boo chce miec cala kase do swej dyspozycji.Nie czesc i czesc do ZUSu, ale calosc.

    3.Fascynuje mnie rozwiazanie z twej pracy. Wynikaja z niego dwa wnioski; pracuja tam ludzie najzupelniej zbedni.Bez ktorych cele firmy moglyby byc rowniez osiagniete i ze jesli obnizki plac kierownikow byly efektywne(uchronily etaty przed redukcja) znaczy to ze rozwarstwienie plac musi byc u ciebie gigantyczne.
    Inaczej cala akcja byla populizmem dla maluczkich.

    pozdroovka

    m@B

    OdpowiedzUsuń
  19. Ludzie biora kredyty- obywatele je splacaja.To w twoim tekscie.
    Dla mnie ta dychotomia tylko pozorna: to ci sami obywaltele biora kredyty i je splacaja.
    czy to w banku czy poprzez swe podatki.
    Poniewaz bylo to zjawisko masowe stad branie i splacanie to kwestia tych samych ludzi/obywateli.
    Nie "zlych" bankow.

    m@B

    OdpowiedzUsuń
  20. Nie dopisuj mi proszę rzeczy, których nie piszę. Człowiek i obywatel w zdaniu, do którego się odnosisz, to dokładnie to samo. Po prostu nie chciałam użyć dwa razy tego samego słowa - proste.

    Nie wiem, skąd wnioskujesz, że gest solidaryzmu z najsłabszymi świadczy o tym, że w mojej firmie pracują ludzie zbędni. Dla mnie decyzja kierowników była modelowa i gdyby więcej osób uważało za naturalne, że cięcia należy zacząć od najbogatszych, a nie od najbiedniejszych, to żylibyśmy w znacznie przyjaźniejszym kraju. Nie wiem też, skąd wniosek, że według mnie pracownik na umowie śmieciowej nie zyskuje. Zyskuje, jak najbardziej, bo coś tam zarabia. Co nie zmienia faktu, że czas przepracowany na takiej umowie ma wpływ na wysokość jego emerytury (Ty twierdzisz, że nie ma). Co do tego, że to sam pracownik wybiera taką a nie inną umowę, to obawiam się, że zupełnie nie znasz polskich realiów. Bo w większości przypadków jest tak, że albo bierze, co mu dają, albo zatrudnią kogoś innego. I tyle.

    A co do przyczyn kryzysu - przykro mi, ale to trochę bardziej skomplikowane. I ma z tym coś wspólnego polityka monetarna banków, wysokość stóp procentowych, rozwiązania przyjęte przez rządy poszczególnych krajów itd. itp.

    OdpowiedzUsuń
  21. Paniewa,

    to cytat z ktorego wnioskuje ze twierdzisz ze na umowie "smieciowej pracownik nie zyskuje:

    "Bo na takich umowach tracą najsłabsi i najbiedniejsi (również ci, dla których, w efekcie dominacji umów śmieciowych, zabraknie kasy w ZUS-ie), korzystają za to wyłącznie pracodawcy."

    Jadac dalej: skoro ludzie sami placa za siebie (obywatele=ludzie), to w czym problem? Wzieli w formie kredytow -splacaja podatkami.

    Teraz twoja firma jesli podstawa zatrudnieniaprzedluzenia zatrudnienia) czlowieka nie jest jego uzytecznosc ale idea solidaryzmu to o jakiej efektywnosci mozna mowic?

    co do tego jaka umowe wybiera pracownik to najprostsze -budzet na stanowisko pracy jest okreslony -mozes te sume skonsumowac tak ze calosc idzie do kieszeni pracownika (i jego broszka ile wyda na zus a ile na waciki} mozesz tak ze ta sama kwota stanowi place brutto w czasowej umowie o prace.Pracodawcy absolutnie wszystko jedno ktora droga, boo koszta ma takie same.
    natomiast pytajac swoich znajomych na smieciowych umowach ktora opcje wybieraja uslyszysz w 90% ze umowa o dzielo.boo to mlodzi ludzie i chca miec cala kase tu i teraz.boo dla nich emerytura to lata swietlne.

    pozdroovka

    m@B

    OdpowiedzUsuń
  22. Ekhem, co do mojej firmy, to napisałam, że zwolnienia były związane z pierwszą falą kryzysu. A konkretnie były to zwolnienia grupowe - myślałam, że kojarzysz ten czas, mnóstwo firm wtedy je miało. A jak są zwolnienia grupowe, to kierownicy mają zredukować etaty i obniżyć koszty zatrudnienia w swoich działach i już. Można to zrobić na dwa sposoby - albo redukując pensje i/lub zwalniając ludzi, albo zwalniając ludzi. A reszta niech pracuje i za tych, których zabrakło.

    Co do umów - no nie do końca tak jest, jak piszesz. Bo etat, oprócz składek chorobowych, na ZUS itd. daje też dodatkowe prawa: do płatnego urlopu (wypoczynkowego, zdrowotnego, okazjonalnego, macierzyńskiego...), chroni też pracownika przed zwolnieniem (nie dość, że jest okres wypowiedzenia, to nie można tak po prostu kogoś zwolnić - można to zrobić jedynie dyscyplinarnie albo w ramach redukcji etatu). Jak masz człowieka na dzieło czy zlecenie, to go po prostu zwalniasz i już. I tylko od twojej dobrej woli zależy, czy zapłacisz mu za urlop itd. itp. Więc to nie jest tak, że etat i umowy śmieciowe generują te same koszty dla pracodawcy. Co wyjaśnia, dlaczego rzadko proponuje on opcję "albo-albo".

    A co do zysków - nie napisałam, że "nie zyskują", a że "tracą". Co, w świetle tego, co napisałam przed chwilą, jest jeszcze bardziej widoczne. Bo tracą nie tylko na wysokości emerytury, ale też na swojej obecnej sytuacji zawodowej, w której w żaden sposób nie są chronieni.

    Jeszcze co do banków - no przykro mi, ale jak bank bankrutuje, to jest to wina polityki banku, a nie ludzi, którym dał kredyty. Tak że nie widzę powodu, by ratować prywatne firmy państwową kasą - a o takiej sytuacji mówimy. Zresztą przykład Stanów pokazuje, że wpompowanie kasy z budżetu w padające banki było kompletnie bez sensu.

    OdpowiedzUsuń
  23. Paniewa,

    Zakladasz ze tylko umowa o prace na czas nieokreslony nie jest umowa smieciowa?

    Jesli nie to ograniczenia w jej rozwiazywaniu maja nieznaczne znaczenie.Nieznaczne gdy mowimy o umowie o prace na czas ograniczony.Cala reszta- urlopy, ubezpieczenia, bezplatna kawa czy bezplatny karton na spakowanie sie jest bez problemu przeliczalny na pieniadze.Na pieniadze o ktore zmiejsza sie baqdz zwieksza pensja netto.

    Co do bankow to smiem miec inne kraje: nie one odpowiedZialne za zalamanie koniunktury i gwatowny spadek cen nieruchomosci.

    A pomoc im nie byla przyznawana wg kryterium wlasnosci( prywatnym nie, polprywatnym troszke, panstwowym wieksze troszke), ale tym jak istotne te banki dla zycia spolecznego kraju.Jakie szkody spoleczenstwu wyrzadzilby ich upadek.

    Co do ludzi zbednych to podtrzymuje
    -jesli do naprawy twego kranu potrzeba 1 hydraulika to nie zatrudnisz 2. Dokladnie ta sama zasada dotyczy twej pracy- jesli mniejsza ilosc pracownikow moze wykonac zadania too po co zatrudniac/przedluzac umowy wiekszej liczbie tych samych pracownikow?

    pozdrawiam

    m@B

    OdpowiedzUsuń
  24. Tak, zakładam, że jedynie umowa o pracę nie jest umową śmieciową (zresztą to nie mój pomysł - wszelkie inne umowy - o dzieło, zlecenie - są właśnie określane mianem "śmieciowych"). Czy na czas określony, czy nie, to już zależy od stażu pracownika. Byleby charakter umowy był zgodny z kodeksem pracy. Co do zmniejszania bądź zwiększania pensji netto - i tu się właśnie mylisz. Bo nie obejmuje to chociażby sytuacji, kiedy kobieta zachodzi w ciążę. Nie obejmuje też choroby pracownika. To są rzeczy nieprzewidywalne. Plus, o czym już pisałam, etatownego pracownika po prostu trudniej zwolnić.

    Co do nieruchomości - nie napisałam, że za spadek cen nieruchomości odpowiadają banki. Odpowiadają za to za sposób udzielania kredytów. Jeżeli dają je ludziom niewypłacalnym, niech się potem nie dziwią, że ci ludzie nie płacą. Jeżeli jako właścicielka firmy podejmuję decyzje, w wyniku których firma bankrutuje, to nie domagam się, by państwo mnie ratowało.

    Co do zbędnych ludzi, to cóż. Oczywiście, że dwóch pracowników może wykonać tę samą pracę co trzech, tyle że będą musieli proporcjonalnie dłużej pracować. Lub też trzeba będzie ograniczyć lub zlikwidować jeden z obszarów działalności firmy. Czyli mamy albo wyzysk, albo spadek skuteczności w jednym z obszarów. Żadne z tych rozwiązań nie jest dobre, choć oczywiście zdarza się, że sytuacja finansowa zmusza pracodawcę do zastosowania którejś z nich. Ale nie nazywajmy tego pozbywaniem się zbędnych ludzi.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…