Przejdź do głównej zawartości

Niezdrowe korzyści z mistyfikacji

Nie wiem, czy znacie Nowe Peryferie. To strona, której twórcy konstruują swój program w oparciu o takie hasła jak równość, wolność, podmiotowość i ustawiają się w opozycji do "radykalnej lewicy wywrotowej" (której cechą charakterystyczną ma być to, że stawia na rewolucję, nie ewolucję). "Naszą główną misją jest próba zmiany świadomości społecznej, która przeorana latami propagandy komunistycznej, a później naiwnie liberalnej, nieodmiennie pozostaje obciążona przeświadczeniem o polskim zapóźnieniu i nieuchronności imitacji obcych wzorów. Bez zmiany w myśleniu i przełamania tworzonych medialnie schematów niemożliwa jest zmiana rzeczywistości" - piszą w swoim manifeście. Brzmi pięknie, a jak wygląda realizacja? Różnie. Autorzy Nowych Peryferii podkreślają wagę iluś tam kwestii, które i mnie są bliskie, jak partycypacja społeczna czy lokalność działań. Momentami jednak walka ze schematami trochę im nie wychodzi. Oto mamy panią Kingę Stańczuk, która póki co jako jedyna autorka Nowych Peryferii co nieco miejsca w swoich tekstach poświęca osobom nieheteroseksualnym (bez których, rzecz jasna, żaden lewacki czy prawacki polityczno-społeczny projekt obejść się nie może). A konkretnie "zawodowym" gejom, lesbijkom i na dokładkę feministkom. Poczytajmy, bo jest nieźle.

Tekst "Sztuczne słowa: gej, lesbijka, feministka" zaczyna się dość (ale tylko dość) niewinnie:

Podziały polityczne w Polsce nie odzwierciedlają podziałów realnie istniejących między grupami interesów. Uważam, że bardzo mało jest instytucji (pism, portali, partii, etc) które świadomie dążyły by do zmiany tej sytuacji i rozrysowania bardziej adekwatnych podziałów. Mało tego, często sami zainteresowani, a więc dana niewłaściwie zaszufladkowana grupa stara się czerpać pewne niezdrowe korzyści z tej mistyfikacji.

Z pierwszym zdaniem zgadzam się w całej rozciągłości. Z drugim już niekoniecznie - ja dla odmiany mam wrażenie, że takich instytucji jest całkiem sporo. A nawet zbyt wiele, by cokolwiek sensownego dzięki nim rozrysować. Trzecie jest za to absolutnie obłędne - oto z jednej strony mamy jeszcze niezidentyfikowaną niewłaściwie zaszufladkowaną grupę, z drugiej równie nieokreślone, ale za to z pewnością niezdrowe (!) korzyści, które owa grupa (mimo że została źle przypisana) czerpie właśnie z faktu, że ktoś (kto?) dokonał błędnej klasyfikacji. Nic z tego nie rozumiecie? Cóż, ja też nie. Ale może wyjaśnienie jest w dalszej części tekstu (ja wiem, że nie, ale wy miejcie nadzieję, a co tam).

Pierwsze, najbardziej jaskrawe zjawisko o którym chcę dziś napisać: wizerunek feministek i homoseksualistów. Fakt, że ich dyskurs, jeśli chodzi o zaplecze akademickie, lokuje się na lewicy, ma oczywiście historyczne uzasadnienie; korzystają oni ze strukturalizmu, z Derridy i jego następców, z teorii feminizmu i szeroko rozumianych ruchów emancypacyjnych. Zatem korzeń akademicki jest "lewicowy". Jednak gender studies czy gay studies to dziedziny z konieczności niszowe, niszowy jest także pewien styl życia czy ubioru który kojarzony jest z "bojowniczkami feministkami" czy gejami. Nie cała lewica zajmuje się promocją takiego stylu życia i nie wszyscy homoseksualiści czy feministki muszą być z definicji lewicowi.

Hm. No tak. To prawda, nie wszyscy homoseksualiści czy feministki muszą być z definicji lewicowi (ba, mam wrażenie, że ostatnio znacznie chętniej niż różne lewaczki słowem "feministka" określają się panie z kręgów frondopodobnych, które twierdzą, że PRAWDZIWY feminizm nie ma nic wspólnego z lewicowością). Jako żywo jednak nie wiem, na czym polega ów niszowy styl życia czy ubioru bojowniczek feministek i gejów, którego promocją (!) ponoć zajmuje się lewica, choć nie cała. Myślicie, że znajdę odpowiedź na to pytanie w następnym akapicie tekstu? Ja myślę, że nie, ale dajmy autorce szansę.

Myślę że tutaj solidną pracę wykonały "Wysokie Obcasy", które od lat robią fachowe i mniej fachowe reportaże, publikują fragmenty pamiętników osób, które, mimo że są homoseksualne czy w różny sposób walczą o równouprawnienie, żyją zupełnie normalne, uporządkowane, uczciwe życie. I to właśnie takie historie, opisujące życie zwykłych ludzi, pokazują skalę zjawiska i jego prawdziwe oblicze, a nie epizody karnawału, symbolicznego dowartościowania, jakim są manify czy parady równości, które przyciągną garstkę z nich.

O kurczę! Naprawdę istnieją osoby, które, mimo że są homoseksualne czy walczą o równouprawnienie, żyją zupełnie normalnie, a na dodatek prowadzą uczciwe życie? Niemożliwe, wszak wszyscy wiedzą, że lesbijki, geje, osoby biseksualne, feministki i inne takie z definicji nie żyją normalnie i nie prowadzą uporządkowanego, uczciwego życia. To niezgodne z naszą naturą! Potrafimy jedynie nieuczciwie i nienormalnie, ale za to symbolicznie i epizodycznie dowartościowywać się podczas ulicznych zgromadzeń - w tym leży sens, cel i jedyna wartość naszego nieuporządkowanego życia. A może nie? Może ktoś nam tylko wmówił, że tacy i takie jesteśmy? Ale kto? Czyżby...

Odpowiedzialność za fakt, że w Polsce tak długi żywot mają te negatywne, do znudzenia reprodukowane klisze dotyczące m.in. feministek i homoseksualistów ponoszą w pewnej części sami zainteresowani. Nowa lewica mówi dużo o tzw. terapii szokowej, o błędach transformacji, z czym pełna zgoda. Jednak to samo stało się w sferze obyczajowej – z zupełnego tabu feminizm i homoseksualizm (i to w wersji przestawianej przez tych, którzy potrafili się zorganizować i krzyczeć najgłośniej) stały się swego rodzaju "agresywną normą". Zjawisko "zawodowych gejów" zostało już zauważone: wizerunek najbardziej rozpowszechniony i spotykany i w polityce, i w internecie, i w środkach komunikacji miejskiej, to oczywiście "przegięty gej", najlepiej o piskliwym głosie, różowych włosach i w bardzo drogich ciuchach. Nie ma rodziny, zmienia partnerów jak rękawiczki etc. Tacy ludzie oczywiście istnieją, lubią prowokować i zawłaszczają pojęcie "gej", robiąc swojemu środowisku (jeśli coś takiego w ogóle istnieje) niedźwiedzią przysługę. Tymczasem znów można przytaczać dane statystyczne, wg których 10% procent populacji jest homoseksualna, z zatem w Polsce homoseksualistów są miliony. Nie widać jednak na polskich na ulicach milionów "przegiętych gejów" i "lesbijek – babochłopów".

No i wszystko jasne. Całemu zamieszaniu (z czystej złośliwości dodam, że nadal nieokreślonemu) winni są geje o piskliwym głosie, różowych włosach i w bardzo drogich ciuchach, od których aż się roi w polityce, w internecie i w środkach komunikacji miejskiej, obowiązkowo pozbawieni rodzin i stałych partnerów. Wszak logiczne jest, że ten, kto zdecydował się na tak koszmarny kolor włosów, po prostu nie może mieć nikogo bliskiego, te dwie rzeczy się zwyczajnie wykluczają. Dostępne są mu jedynie przelotne związki z innymi różowowłosymi nosicielami stereotypów. Dobra wiadomość jest taka, że można ich spotkać niemal w każdym tramwaju, więc niedostatek wrażeń grozi jedynie tym przedstawicielom kasty różowowłosych, którzy mają pecha zamieszkiwać w miejscowościach pozbawionych tych użytecznych pojazdów. No ale ci ostatni mogą przecież zmyć tę wstrętną farbę z włosów, wyprostować nadgarstki, zrzucić drogie ciuchy i dołączyć do jednej z grup opisanych w następnej części tekstu.

Część osób homoseksualnych wybrała życie w związku heteroseksualnym z racji na presję rodziny lub wewnętrzne poczucie, że to jedyny sposób na założenie rodziny, dzieci etc; część żyje samotnie, raz na jakiś czas wchodząc w przelotny romans, część wiedzie podwójne życie. A czwarta, najmniej zdaje się dostrzegana przez opinię publiczną, w zasadzie niewidzialna grupa, to ci, którzy są w normalnych, gejowskich i lesbijskich związkach, pracują, jeżdżą na wakacje, dbają o rodziców, obchodzą święta, są dobrymi nauczycielami, lekarzami. Niektórym udaje się także założyć rodzinę. 

Naprawdę? Mimo że są homoseksualni, to pracują, jeżdżą na wakacje, obchodzą święta, dbają o rodziców, dobrze wykonują swoją pracę, a nawet żyją w związkach? Czysta aberracja! Jakże się cieszę, że jako babochłop i stała bywalczyni parad i Manif nie muszę robić tych wszystkich rzeczy, dzięki czemu nadal są mi dostępne te wszystkie nieokreślone, ale za to z pewnością niezdrowe korzyści z początku tekstu pani Stańczuk. Ale moment, moment... Przecież ja żyję w związku. Mam pracę. I rodzinę. A nawet od czasu do czasu coś tam normalnie poświętuję. I na dodatek śmiem twierdzić, że "opinia publiczna" o całkiem sporej liczbie aspektów mojego życia jest nieźle poinformowana. Czyżbym właśnie udowodniła swoje nieistnienie?

W tym momencie właściwie powinnam przestać pisać, ale jako że z racji niezdrowego zafiksowania na swojej osobie jakoś nie potrafię tak po prostu pogodzić się z faktem swojego nieistnienia, jednak dokończę ten tekst. Zrobię tylko małe ustępstwo i przejdę od razu do ostatniego akapitu owego artykułu. Pominięta część jest o tym, że prawdziwe feministki to nie te agresywne baby z Manif i z mediów, a te, które chcą równości z mężczyznami.

Najchętniej zaproponowałabym nowe pojęcia na gejów i feministki. Innych słów jednak nie ma, trzeba odzyskać te. Trzeba wykonać wysiłek przekroczenia tych narzuconych stereotypów i zacząć używać tych słów jakby od nowa; feministka to kobieta która chce być traktowana na równi z mężczyzną, a gej i lesbijka to osoby homoseksualne. Tylko tyle i aż tyle.

I tak się to kończy. Zawiedzione i zawiedzeni? Tak, ja też. Nie dość, że na koniec dobiło mnie bezsensowne słówko "jakby", to na dodatek nie wyjaśniła się kwestia tajemniczych niezdrowych korzyści z mistyfikacji (a tak bardzo chciałam się dowiedzieć, o co chodzi). A do tego mnóstwo wątpliwości - czy różowowłosy mężczyzna, któremu podobają się inni faceci, ale jednocześnie kochający swoich rodziców nadal jest, w oczach opinii publicznej rzecz jasna, gejem? Czy babochłop, który nie chadza na parady, jest lesbijką? A niebabochłop, który na parady chadza? No i co ma właściwie wygląd czy styl życia wspólnego z zaangażowaniem w walkę o równouprawnienie? Czyżby ci wszyscy różowowłosi byli działaczami? A te wszystkie stereotypowo kobiece robiły to w domu po kryjomu? No dobrze, nie znęcam się dalej. Tak, wiem, o co pani Stańczuk chodzi. Po części przynajmniej. Po pierwsze o to, że jedni są mniej widoczni, a inni są bardziej widoczni, i że jak ktoś ma mniej normatywny wygląd, to łatwiej go zauważyć. Po drugie o to, że uliczne manifestacje są bardziej widoczne niż to, co ktoś robi w sferze prywatnej (i jak dla mnie tak powinno być, jakoś mnie nie kręci permanentna inwigilacja). A reszta... Cóż, skoro postuluje się przekroczenie narzuconych stereotypów, to może wypadałoby zacząć od samej siebie. Nie mieszać stylu życia czy wyglądu z tym, czy ktoś się gdzieś tam udziela, czy już niekoniecznie. Nie powielać do znudzenia tych samych klisz. Tylko tyle i aż tyle.

PS Tekst powstał dzięki Pauli. Dziękuję za linka!

Komentarze

  1. Ewa gratulacje, rewelacyjny komentarz. Nie wiem tylko czy śmiać się ze źródła czy nad nim płakać. Logika Pani Kingi przeraża

    OdpowiedzUsuń
  2. Zawsze pozostaje nadzieja, że autorka po prostu nie za dobrze pisze:)

    Chociaż nawet gdyby naprostować spójność tekstu i argumentacji, to i tak nowa lewica w jej wydaniu prezentuje się wyjątkowo marnie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wow, ciekawą rzecz wygrzebałaś!

    Na pewno babka która napisała ten manifest woli wierzyć w kontemplację problemu (a tym jest rzeczywiście mistyfikowanie pozycji politycznych i społecznych) i znalezienie polubownej ściezki zmiany niż w ekspresję problemów, które istnieją nie tylko na (jej) papierze do pisania.

    Tylko że popada w tę samą pułapkę, którą krytykuje, nie chce być ani lewicowa, ani specjalnie prawicowa, więc bez problemu protekcjonalnie klepie wszystkich po główce.


    No cóż, do lewicy nie zbliży się na pewno, bo nie wskazuje źródeł opresji i neoliberalnego dyskursu stojącego za mistyfikacją.
    A graficzny motyw portalu przypomina obrazki do kolorwania z religii więc...

    No ale - ta analiza "psujących wizerunek" w jej wydaniu świadczy albo o tym, ze naprawdę jest powierzchowna i nie poznała ludzi, o których pisze, albo... siedzi w tym po uszy i jakże ona nie znosi tych z krótkimi włosami w bojówkach ;-)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…