Przejdź do głównej zawartości

Ratujmy Polskę!

Nawet gdybym nie wiedziała, że za parę dni wybory, to wystarczyłby rzut oka na wiadomości na Gazeta.pl, żeby się o tym przekonać.
Nie, nie chodzi mi o liczbę okołowyborczych newsów, a o ich treść. Bo oto wielkie straszenie weszło w fazę kulminacyjną. PiS wygra! Głosujcie na PO i ratujcie Polskę! PO sprzymierzy się z Palikotem! Głosujcie na PiS i ratujcie Polskę! Nie głosujcie ani na Palikota, ani na SLD, bo w ten sposób osłabicie PO! Głosujcie tylko na PO lub PiS, żeby nie wygrało PiS lub PO. W ogóle głosujcie i ratujcie, bo jak nie, to 10 października obudzicie się w rosyjsko-niemieckim kondominium, Polsce bez zasad i wartości lub w IV Rzeczpospolitej... A potem po wyborach płacz i zgrzytanie zębów, że znowu dwie największe siły w Sejmie to PiS i PO, że mniejsze ugrupowania przepadły, że nie ma nowej siły, jakości, twarzy, pomysłów. No i nie będzie, póki te 20 procent głosujących (bo mniej więcej tyle wybiera PO i PiS wcale nie z przekonania, ale jako "mniejsze zło"), zamiast zostać w domu czy zainwestować w bliższe im ideowo ugrupowanie i dać mu szansę na zaistnienie w przyszłości, będzie głosować tylko po to, by do koryta nie dorwali się ci, których nie lubi (boi się) najbardziej. 

Nie chodzi zresztą jedynie o inwestycję w przyszłość, bo póki obietnice wyborcze nie są po to, by je spełniać, trudno wyrokować, z czym tak naprawdę dane ugrupowanie wyskoczy. Chodzi o to, co się może wydarzyć w ciągu najbliższych czterech lat. I o to, że bynajmniej nie zależy to od tego, kto wygra wybory (no chyba że łyknie ponad 50 procent miejsc w Sejmie, co się nie wydarzy), ale od tego, kto w ogóle na senatorskich i poselskich miękkich krzesełkach zasiądzie. Przykładów nie trzeba daleko szukać. Oto zabrakło dosłownie kilku głosów, by przeszła potworna ustawa antyaborcyjna. A z jeszcze świeższych rzeczy - oto wystarczyłoby kilka głosów, by nie przeszła przepchnięta w ostatniej chwili przez PO nowelizacja ustawy o dostępie do informacji publicznej. Jaki z tego wniosek? Prosty. Czasami decyduje mniejszość. Nie wygrani. Nie druga siła. Nie trzecia. I choćby dlatego warto głosować zgodnie z własnymi przekonaniami. Oczywiście wtedy, gdy mamy jakąś tam pewność, że ci, którym zaufamy, będą działać po naszej myśli w kluczowych dla nas sprawach.

Jest jeszcze jeden plus w głosowaniu na mniejsze ugrupowania. Otóż, jako że póki co nie mają szans na jakąś znaczącą liczbę mandatów, siłą rzeczy nie będą mogły realizować co dziwniejszych punktów swojego programu. Co mnie bardzo cieszy, bo Palikot ostatnio znowu błysnął - tym razem pomysłem, by zmniejszaniem bezrobocia nie zajmował się rząd, a organizacje pozarządowe lub firmy, które będą z tego czerpać zyski. Tak że, choć doskonale wiem, że między innymi dzięki mnie bardziej on niż Wanda ma szansę na ciepłą posadkę przez najbliższe cztery lata, to aż tak mnie to nie boli. Choć trochę jednak tak.

A na deser coś dla tych, którzy nie znaleźli w swoim okręgu nikogo, na kogo chcieliby zagłosować. Miłego narzekania po 10 października. Już wam zazdroszczę.

Komentarze

  1. A dlaczego w tych wszystkich spekulacjach, kto bardziej przyjazny lgbt, jest tylko SLD i Palikot a nie wymienia się Polskiej Partii Pracy?

    Oczywiście jest to ugrupowanie równie niekonsewkwentne jak dwa wyżej wymienione, ale jest tam trochę osób, które robiły konkretniejsze rzeczy w kręgu lgbt niż SLD.

    Ja nie mam w swoim okręgu Nowickiej więc głosuję na dobrą kandydatkę z Polskiej Partii Pracy, która ma zresztą jedynkę w moim okręgu. I jakoś lżej mi że tym mniejszym złem jest akurat PPP a nie "Ruch" Palikota (a może "Przystawka" Palikota do PO?)

    OdpowiedzUsuń
  2. A może i przystawka...

    Dlaczego nie wymienia się PPP? Pierwszy powód - bo ta partia ma tak niewielką siłę przebicia do mediów, że niemal nikt o niej nie pamięta. Drugi - bo większość LGBT wcale lewicowa nie jest, a jeżeli już wybierała SLD, to zazwyczaj ze względu na ową "przyjazność", a nie "lewicowość". Ale i tak zwykle królowało PO. Teraz mamy drugie PO, na dodatek "przyjazne", stąd nagła miłość do Palikota.

    OdpowiedzUsuń
  3. Najbardziej podoba mi się fragment mówiący o tym, że społeczeństwo ma polityków na swoją miarę, dokładnie takich, jakich jest w stanie wyprodukować.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…