niedziela, 30 stycznia 2011

Galeria potworów - część pierwsza

Ten post powstał z dwóch powodów. Pierwszy: dość często słyszę opinie, że moje teksty o działaczach i działaczostwie są zrozumiałe jedynie dla garstki ludzi, którzy są na bieżąco z tym, co się dzieje (głównie) w Warszawie. Postanowiłam więc ułatwić czytelniczkom i czytelnikom zadanie i opisać, kto jest właściwie kim. Drugi to chęć zebrania w jednym miejscu negatywnych komentarzy (tych zasłyszanych i tych znalezionych w sieci) na temat "twarzy środowiska". Dlaczego akurat negatywnych? Cóż, prawdopodobnie dlatego, że mam paskudny charakter. A poza tym, skoro już planujemy wojnę torebkową, to dobrze jest wiedzieć, kogo i za co należy prać. Niniejszym proszę o włączenie poczucia humoru i nastawienie go na maksimum. Oraz o łagodny wymiar kary - owszem, wiem, że właśnie zasłużyłam sobie na (niejeden) cios torebką w łeb, ale bardzo proszę, by owa torebka była pozbawiona cekinów przynajmniej z jednej strony.

Jacek Adler – słowo, które najlepiej go określa, to "pragnie". Pragnie być twarzą gejowskiej prawicy, pragnie być aktywistą, pragnie być opiniotwórczym dziennikarzem. Ostatnio zapragnął zorganizować Paradę Równości. Jak każdy konserwatysta szczyci się kombatancką przeszłością – przyjaźnią z Grzegorzem Przemykiem i działaniem w Radiu Wolna Europa. Wsławił się swoim romansem z "Rzeczpospolitą". Uważany za pierwszego pieniacza środowiska, prowadzi portal clubbingowy Gaylife.pl.

Kara Auchemann – mityczna założycielka nieistniejącego już wortalu Lesbijka.org. Kilka lat temu sfingowała własną śmierć, by rok temu ogłosić zmartwychwstanie i kilka tygodni później zniknąć. Choć nikt do końca nie wie, kto za nią stoi, najczęściej uważa się, że jest to po prostu alter ego Marzeny Chińcz, obecnie naczelnej portalu Femka.net, związanej z partią Demokraci.pl.

Robert Biedroń (vel Biedronka) – wiadomo. Synonim geja, a nawet lesbijki. W świadomości większości Polaków i Polek dożywotni szef oraz jedyna twarz KPH. Uwielbia pokazywać się w mediach. Za najważniejszą cechę działacza uważa użalanie się nad sobą i gadanie bez sensu. Nikt nie wie, z czego żyje i jak daleko sięga jego władza. Ostatnio wydaje książki dla dzieci.

Monika Czaplicka – działaczka krzykaczka, samozwańcza ikona ruchu lesbijskiego. Związana z KPH, Fundacją Równości, UFĄ, portalem Homoseksualizm.org.pl i pewnie setką innych inicjatyw. Nieskoordynowana i chaotyczna. Chce robić wszystko. Zawsze. Wszędzie. Niekontrolowana bywa niebezpieczna.

Marta Konarzewska – lepiej znana jako lesbijka-nauczycielka. Przez wielu określana jako histeryczna. Podejrzewa się, że jej coming out był jedynie trickiem mającym na celu zyskanie popularności i zwiększenie sprzedaży jej książki.

Yga Kostrzewa – prawdopodobnie najbardziej znana lesbijka III RP, przez wielu nadal uważana za szefową Lambdy Warszawa. Znana z angażowania się w kontrowersyjne inicjatywy (ostatnio Grupa Inicjatywna ds. Związków Partnerskich) oraz z wycofywania się z nich. Prowadzi ulubionego przez trolli bloga Chyłkiem i duszkiem.

Mariusz Kurc – obecny naczelny pisma "Replika". Członek Grupy Inicjatywnej ds. Związków Partnerskich. Aktywista z gatunku tych najgorszych, bo "późno obudzonych". Cecha charakterystyczna: kłótliwość. Prawdopodobnie idealista.

Anna Laszuk – dziennikarka radiowa, redaktorka naczelna pisma "Furia". Pozornie niezależna, w rzeczywistości prawdopodobnie sprytna manipulantka wygrywająca popularność swoją powściągliwością. Zwolenniczka i propagatorka promiskuityzmu.

Krystian Legierski – mądraliński uparciuch, otwarty na dialog, o ile jest on równoznaczny z jego monologiem. Radny, biznesmen, aktywista i radiowiec. Steruje Grupą Inicjatywną ds. Związków Partnerskich. Niezdolny do przyznania się do błędów. Dotąd nie udało się potwierdzić, czy bardziej zależy mu na władzy, czy na popularności i obecności w mediach, czy też na jednym i na drugim.

Szymon Niemiec – ofiara własnego PR-u. W wieku niespełna trzydziestu lat miał już na koncie swoją autobiografię, szefowanie ILGCN, organizację pierwszych Parad Równości i szereg procesów i potencjalnych procesów o naruszenie, zniesławienie i usunięcie. Obecnie oddany idei tęczowego chrześcijaństwa.

Łukasz Pałucki – multiaktywista (działał prawdopodobnie we wszystkich organizacjach i kliku partiach politycznych), obecnie związany z SdPL i oddany idei promocji tej partii. Zasłynął krytyką polityki Fundacji Równości wobec klubów i partii SdPL oraz nieudanymi próbami promowania homiczości Władysława Warneńczyka. Współautor tegorocznego zamachu na Paradę Równości.

Uschi Pawlik – zadeklarowana femka i biseksualistka. Udaje niezależną. Unika zajmowania stanowiska w kontrowersyjnych sprawach, co każe podejrzewać, że jej rzeczywiste poglądy są na tyle nieakceptowalne, że obawia się dawać im wyraz. Dodatkowa okoliczność obciążająca: jest związana z otwartą konserwatystką i libertarianką. Prezeska Stowarzyszenia Otwarte Forum, wicenaczelna portalu dla moli książkowych Homiki.pl.

Małgorzata Rawińska (vel Rude de Wredne) – odkąd na początku lat 90. pokazała się w mediach, nie potrafi bez nich żyć. Zaangażuje się w cokolwiek, byleby o niej mówiono. Nie waha się nawet wałkować na forum publicznym swoich prywatnych spraw. Jej nieustannemu parciu na szkło towarzyszy kompletny brak wyczucia i przekonanie o własnej genialności. Największa bolączka: nadal nie wie, jak zarabiać na swoim aktywizmie. Najkrótsza charakterystyka: nie wie, kiedy odejść.

Wojciech Szot (vel Abiekt) – malkontent i wieczny krytykant. Przedstawia się jako wydawca, aktywista i bloger, pozuje na wrażliwego społecznie intelektualistę, jednak "wszyscy" wiedzą, że zależy mu jedynie na sławie, kasie, stanowiskach i dzieleniu środowiska. Nikt nie chce z nim współpracować, więc w odwecie czepia się wszystkich za wszystko. Prowadzi ponoć poczytnego bloga abiekt.blogspot.com oraz niedochodowe (jak twierdzi) wydawnictwo Abiekt.pl.

Tomasz Szypuła – obecny szef KPH. Główna bolączka: nikt nie wie, że jest szefem KPH. Zaangażowany w Grupę Inicjatywną ds. Związków Partnerskich. Nie wiadomo, co myśli i czym się zajmuje, co jest wystarczającym powodem, by nie darzyć go zaufaniem.

Ewa Tomaszewicz – jedyna niezależna i kryształowo uczciwa recenzentka środowiska. No dobrze, żartowałam. Zarozumiała, pewna siebie i przekonana o własnej wiedzy i kunszcie dziennikarskim. W rzeczywistości mierna pseudoaktywistka pokrywająca swoje braki i lecząca kompleksy pseudointelektualnymi wywodami. Nie zależy jej na dobru środowiska, a jedynie na własnej popularności. Nie może znieść, że nikt dotąd nie wybrał jej na żadne znaczące stanowisko.

Agnieszka Weseli (vel Furja) - pragnie być postrzegana jako antymainstreamowa intelektualistka, jednocześnie najlepiej czując się w świetle jupiterów. W gonitwie za popularnością zazwyczaj usiłuje trzymać zbyt wiele srok za ogon. Wkurzająca, acz sterowalna, gdy znajdzie się instrukcję obsługi.

Anka Zet (vel Anna Zawadzka) – prawdopodobnie najbardziej charakterystyczna postać środowiska LGBTQetcetera. Jej drugie imię: kontrowersja. Jej trzecie imię: kontrowersja niczemu-nie-służąca. Nieodłącznie powiązana z tęczowym sweterkiem i hełmem. Wsławiła się między innymi krzyczeniem na dziennikarkę pewnego programu śniadaniowego oraz nieudaną próbą outingu kilku osób publicznych.

Kogoś wam zabrakło? Wiecie więcej? Napiszcie w komentarzach.

EDIT: Część drugą "Galerii potworów" znajdziecie tu.

piątek, 28 stycznia 2011

Tęczowa trybuna

Update: Sprawa okazała się fałszywką. A konkretnie sposobem na promocję sztuki Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego "Tęczowa Trybuna 2012". Szczegóły tu.

Homofobia w polskim sporcie, a już szczególnie w piłce nożnej, jest czymś tak oczywistym, że nie ma co się nad nią rozpisywać. Tak samo jak i nad tym, że ani związki sportowe, ani tym bardziej politycy nie uważają tego problemu za na tyle istotny, by się nim zająć (lub też, co nawet bardziej prawdopodobne, w ogóle nie zdają sobie sprawy z jego istnienia). Gdy np. w Niemczech w promowanie postaw otwartości i wpieranie nieheteroseksualnych sportowców angażują się zarówno sami sportowcy (jak członek reprezentacji Niemiec Philipp Lahm), jak i działacze sportowi (jak przewodniczący Niemieckiego Stowarzyszenia Piłki Nożnej Theo Zwanziger), brytyjscy fani futbolu w przeważającej większości opowiadają się przeciwko homofobii w piłce nożnej, a Duńczycy pozbywają się z klubu bramkarza Arkadiusza Onyszko za umieszczenie homofobicznych i antykobiecych treści w jego autobiografii "Fucking Polak", ten samo Onyszko znajduje ciepłą posadkę w Polsce, najpierw w Odrze Wodzisław, a potem w Polonii Warszawa, a kibice polskich klubów wprawdzie angażują się w różne marsze czy parady równości, tyle że (przynajmniej oficjalnie) po drugiej stronie. Oczywiście nadużyciem byłoby stwierdzenie, że na Zachodzie problem nie istnieje. Nie zmienia to jednak faktu, że Polska jest jednym z nielicznych "cywilizowanych" krajów, który nie może się poszczycić otwarcie nieheteroseksualnymi sportowcami, nawet jeżeli reprezentują nas oni jedynie podczas różnorakich Gay Games (przykład drużyny siatkarskiej Volup, której zawodnicy występują w mediach bez nazwisk i twarzy).

Trudno więc, na pierwszy rzut oka, nie przyklasnąć inicjatywie "Tęczowa Trybuna 2012", która narodziła się w sierpniu ubiegłego roku. O co w niej chodzi? Twórcy swój pomysł przedstawiają tak:

Na Zachodzie gejowscy kibice organizują się w fancluby, a dla takich kibiców są specjalne trybuny. (...) a może zrobić coś takiego w Polsce. Zbliża się Euro 2012. Fajnie byłoby coś takiego zorganizować u nas. Była Parada Równości, była Europride, w telewizji ciągle gada się o gejach, może taka inicjatywa ma szansę. (...) Dlatego zakładamy tę stronę. Takich jak my jest setki w całej kraju, warto zrobić miejsce (...), gdzie geje kochający piłkę nożną mogliby swobodnie gadać o swojej pasji.

Pierwsza myśl - tak trzymać. W końcu nie ma co liczyć na to, że jeżeli my sami się za tę homofobię w sporcie nie weźmiemy, to ktoś to łaskawie zrobi za nas. Kłopot w tym, że od "swobodnego gadania o swojej pasji" do tęczowych trybun droga bardzo daleka. Umówmy się, nie tylko nieheteroseksualni kibice nie czują się na stadionach bezpiecznie. Nie dalej jak dziś media obiegł film, na którym przywódca poznańskich kiboli, a zarazem ukochany przez związkowców i polityków szef Ogólnopolskiego Związku Stowarzyszeń Kibiców pluje na rodzinę z dziećmi, która przyszła na mecz otwierający pierwszy polski stadion gotowy na Euro 2012. I nie od dziś i nie od wczoraj trwają próby uczynienia polskich meczy bezpiecznymi dla wszystkich, w które to próby zaangażowane są znacznie większe siły niż garstka anonimowych internautów spod znaku tęczowej flagi. Jasne, że kibice są różni, ale też nie ma co się łudzić, że w wydaniu oficjalnym (mam na myśli głównie ultrasów) to tacy mili i otwarci chłopcy, którzy z otwartymi ramionami powitają nie tylko pikników, ale i gości spod tęczowej flagi. I pewnie, że Euro 2012 to nie to samo co mecze polskiej ligi, pytanie tylko, czy chodzi o jednorazową akcję, czy o zmiany w ogóle.

Bynajmniej nie chcę studzić entuzjazmu kolegów kibiców, ba, sama z przyjemnością bym na owej kolorowej (choć raczej nie wyłącznie tęczowej) trybunie zasiadła. Tyle że, jak dla mnie, w obecnej sytuacji cała ta akcja ma dokładnie tyle samo sensu, co wybranie się z tęczową flagą na ustawkę. Ale żeby nie było, że jedynie malkontencę, to pozwolę sobie poddać jeden pomysł - otóż wydaje mi się, że potencjalnymi sojusznikami tej inicjatywy są nie tyle nasze organizacje (bo ich pisanie do PZPN czy do klubów przyniesie dokładnie ten sam efekt, co te same działania w wydaniu "Tęczowej Trybuny"), co instytucje zajmujące się przerabianiem tych niedobrych kiboli w grzecznych pikników, które mogą pod tym względem ciut więcej. Pytanie tylko, co powiedzą zwolennicy "rodzinnych" stadionów na nieheteroseksualnych kibiców. I czy nie uznają ich za kolejne zagrożenie dla ich "rodzinności". Ech, słabo to widzę. Bo pomysł sam w sobie i ożywczy, i rewolucyjny, więc aż chciałoby się mu przyklasnąć, tyle że poza ową rewolucyjnością właściwie nie ma w nim mocnych punktów, a zagrożeń mnóstwo. Tak że póki co jak dla mnie plusy mogą z tego wyniknąć tylko dwa - że mamy kolejną oddolną inicjatywę (i to w obszarze, na który dotąd nikt się nie odważył porwać) i że choć parę osób uświadomi sobie, że również osoby nieheteroseksualne interesują się sportem, i to czasami fanatycznie. Czyli taki mały przyczynek do aktywizmu i krzewienia różnorodności, a to zawsze coś.

środa, 26 stycznia 2011

Which Side Are You On?

Piosenka, która posłużyła za tytuł posta, to folkowy protest song amerykańskiej aktywistki Florence Reese, napisany w 1931 podczas zorganizowanego przez jej męża strajku górników. Wielokrotnie przerabiany i śpiewany, skusili się na niego między innymi  Billy Bragg, Dropkick Murphys i Natalie Merchant. Tą piosenką, z nowymi słowami, zakończyła swój wczorajszy koncert w manchesterskim The Lowry Ani DiFranco. W jej wydaniu to mocny społeczny, polityczny i feministyczny kawałek (dodatkowy smaczek to mój ulubiony z instrumentów Ani - gitara tenorowa):



To był dobry koncert. Mimo że moim marzeniem, które nigdy się nie spełni, jest zobaczenie Ani na żywo z zespołem, z którym grała na przełomie XX i XXI wieku, to jej solowe występy mają w sobie coś z klimatu początków jej działalności ponad 20 lat temu, kiedy z jedną tylko gitarą (teraz ma ich pewnie kilkadziesiąt) podróżowała po Stanach, dając setki koncertów i budując rzeszę swoich wyznawców (bo trudno ich nazwać fanami). Oczywiście tylko dywaguję, bo na żywo widziałam ją po raz pierwszy, ale, głównie za sprawą finałowej piosenki, ten klimat wspólnego gniewu na system udało jej się wczoraj oddać.

A poza tym? Było nostalgicznie, wzruszająco i zabawnie. Ani jest cudowną showmanką (nawet, jak nie jest w nastroju, a wczoraj ponoć nie była) i potrafi sprawić, by publiczność poczuła, że naprawdę chce dla niej grać i z nią rozmawiać, a nie tylko wykonuje swoją pracę. Oczywiście było też za krótko, ale jako że liczba jej piosenek, które chciałabym usłyszeć na żywo, pewnie przekracza dwie setki, to zawsze byłoby za krótko. Szczególnie że, mam nadzieję, niedługo dojdzie do tego nowy materiał, który od jakiegoś czasu krąży na koncertach (a więc i wczoraj było go sporo), ale na żadnej płycie się póki co nie znalazł. Jak choćby te dwie piosenki:





Ale może już za chwilę się znajdzie, bo kolejny album studyjny zapowiadany jest na kwiecień tego roku. Co, biorąc pod uwagę, że poprzedni - "Red Leter Year" - wyszedł aż cztery lata temu, mnie i cieszy, i, przyznam, trochę martwi, bo jakoś nie widzę na horyzoncie żadnego nowego wykonawcy czy wykonawczyni, którzy mogliby zastąpić ją na stanowisku najostrzejszej i najmądrzejszej recenzentki rzeczywistości. Nie, nie zapowiedziała końca kariery. Ale po prostu zbyt długo każe czekać na kolejną płytę. No i wolę nie myśleć, za ile lat znowu się pojawi w Europie. W każdym razie kiedykolwiek by to miało nie być, postaram się tam być. Tyle wrażeń.

A dla tych, co nie lubią Ani, kilka obrazków z Manchesteru. To zdecydowanie miasto do polubienia, takie robotniczo-muzyczno-artystyczne. Dla mnie za spokojne, ale niewątpliwie ma swój urok.

Słynna Canal Street:
Sackville Park (przy Canal Street) - Beacon of Hope:
Alan Turing (też w Sackville Park):
Coś, czego na zdjęciach z Manchesteru nie może zabraknąć, czyli kanały:
I The John Rylands Library (nie tylko do oglądania, ale też jak najbardziej do czytania, choć tylko na miejscu):

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Gdzie tu sens i logika?

Korzystając z tego, że Ewa jest Manchesterze i czeka na swoją Little Folksinger (mam nadzieję, że nie pod The Lowry, bo koncert dopiero za kilkanaście godzin), dorzucę kolejne trzy grosze do okołoparadowej dyskusji, rozpoczętej "manifestem" o zdejmowaniu parady z ramówki.

Jak można się było spodziewać, komentarze wokół niego (tutaj, u Abiekta i na Homikach) w dużej części skupiły się nie na meritum sprawy, ale na modnym temacie wizerunku osoby nieheteroseksualnej. Jak zwykle pojawiła się grupka osób, które nie życzą sobie, aby reprezentowały je "babochłopy" oraz "przegięte ciotki", bo osoby z owej grupki wyglądają "normalnie", są "kobiece" i "męskie" (szczerze pisząc, nadal nie wiem, co to właściwie znaczy), a przez takich "nienormalnych" muszą się tłumaczyć przed swoimi znajomymi, że oni wcale nie są tacy, jak owi "reprezentanci" itd., itp., znamy to wszystko na pamięć.

Nie chcą, myślę sobie, mają prawo nie chcieć. Kłopot w tym, że samo niechcenie nie wystarczy, bo tak się dziwnie składa, że mediach głównego nurtu wypowiadają się najczęściej właśnie osoby według nich nieodpowiednie.

Jak temu zapobiec? Moim zdaniem jest na to tylko jeden sposób. Niech wszyscy niezadowoleni z faktu, że są źle reprezentowani, zbiorą się w silną grupę, ubiorą tak jak większość społeczeństwa (i chociaż wiem, że można inaczej, moja wyobraźnia, na którą nie mam wpływu, podsuwa mi taki obrazek: kobiety ubrane a’la Doda na występach publicznych, mężczyźni w spodniach dresowych, bo rzeczywiście takich osób na paradach się praktycznie nie widuje), przygotują transparenty z napisami w stylu: "Głosowałam/em na PiS", "Jestem konserwatywna/y", "Nie mam nic wspólnego z tymi, co mają piórka w tyłku", "Jestem kobieca", "Jestem męski" i wybiorą się na paradę. Mogę zaręczyć, że media głównego nurtu rzucą się na ich jak harpie, w końcu każda nowinka jest ciekawa, no i ile razy można pokazywać drag queenki i lesby w męskim wydaniu. I sprawa załatwiona.

Czy jednak aby na pewno? Otóż nie, bo najczęściej osoby takie piszą również, że nie mają potrzeby jakiegokolwiek manifestowania, ponieważ nie odczuwają żadnej dyskryminacji i wszystko jest w porządku. Wyjątki piszą, że na paradę może by i poszły, bo generalnie z postulatami się zgadzają, ale nie chcą być kojarzone z tymi… No wiecie, z kim.

Nawet pomijając fakt, że jest tak, jak jest, czyli że są miejsca, gdzie takie osoby mogą się wypowiedzieć, pójść zabawić, a homoseksualizm nie jest już bajką o żelaznym wilku, owi komentatorzy zawdzięczają głównie postaciom, które krytykują, ja w ich wypowiedziach nie dostrzegam żadnej logiki. Skoro bowiem nie czują potrzeby manifestowania i uważają, że ich dyskryminacja nie dotyczy, czemu uważają, że osoba głosząca, iż w Polsce panuje dyskryminacja, jest ich reprezentantem? Wszak głosi zupełnie co innego, niż oni myślą! Jeżeli zaś zgadzają się, że w Polsce jest dyskryminacja, to czemu sami się nie zaangażują w działanie i nie pokażą się w mediach, skoro osoby, które to robią, według nich nie są odpowiednie?

Dla mnie osobiście nie jest ważne, kto będzie mówił o nierówności w moim kraju i jak będzie wyglądał. Może to być Magda, Kasia, anonimy czy Shadowland, proszę bardzo. Istotne jest, czy mówi z sensem i logicznie. Oczywiście mogę sobie pomyśleć, że dana osoba wygląda dziwnie lub nie jest w moim typie, ale jeśli mówi mądrze, potrafi uzasadnić swoje wypowiedzi, to po chwili jej czy jego wygląd schodzi na dalszy plan, bo mówi o sprawach, które są dla mnie ważne. I które moim zdaniem powinny być ważne dla każdego człowieka (nieważne, czy ma poglądy lewicowe, prawicowe czy wszelkie inne), który pragnie żyć w normalnym kraju, gdzie płeć, kolor skóry, wyznanie czy orientacja seksualna nie są powodem jakiegokolwiek wykluczenia.

czwartek, 20 stycznia 2011

Do posłuchania, do poczytania

Już jutro (piątek, 21 stycznia) w Śnie Pszczoły impreza benefitowa na rzecz akcji "Miłość nie wyklucza". I tak się miło składa, że zagrają na niej jedne z najfajniejszych pań na polskiej scenie muzycznej. Po pierwsze zespół Rajstopy Heleny, który na You Tube określa się jako pierwszy w Polsce feminizujący zespół rockowy z domieszką lycry. W profilu zespołu na MySpace możemy dla odmiany przeczytać, że panie specjalizują się w muzyce eksperymentalnej, komediowej i religijnej. Hmm... No nic, jak zwał, tak zwał, grunt, że Rajstopy Heleny łączą naprawdę dobre teksty z absolutnie słuchalną muzyką, co w połączeniu daje kombinację, którą naprawdę warto zobaczyć na żywo. A tu przedsmak dla ciekawych:



Na rzecz "Miłość nie wyklucza" zgodziła się też zagrać Agnieszka Olszewska (Back To The Ocean), którą przedstawiałam tu. Od czasu, kiedy o niej pisałam, dorobiła się swojego kanału na You Tube, tak że bardzo, bardzo namawiam do posłuchania. Na zachętę mój ulubiony kawałek:



Chcecie więcej? Wpadnijcie jutro na 20 do Snu Pszczoły (Warszawa, ul. Inżynierska 3).

Skoro już dzisiaj jestem miła, do nikogo się nie przyczepiam, nie szczuję jednych działaczy na drugich, a na dodatek kogoś tam jeszcze chwalę (przy okazji, drodzy komentatorzy, którym z twórcami tegorocznej Parady bardziej po drodze niż mnie, zdecydujcie się: albo jestem w gronie organizatorów mile widziana, albo dzielę środowisko, jestem żądna kasy i stanowisk, i ogólnie be - bo już powoli schizofrenii dostaję), to polecę też niedawno odkrytego bloga Gierki w mówionego. Istnieje niecałe dwa miesiące, autorka pisze głównie popkulturze, sporo wie i na dodatek potrafi się solidnie wyzłośliwić. Przykład tu (rzecz o tym, dlaczego na plakacie reklamującym film "Och Karol 2" Anna Mucha leży przygnieciona materacem, na którym wyleguje się Karol i jego pięć kochanek), jak wam się spodoba (mi bardzo), zajrzyjcie dalej.

PS Z rzeczy śmiesznych, choć niezabawnych, Abiekt nie załapał się do finałowej dziesiątki w konkursie Blog Roku. A nie załapał się, bo niejaki JKM zwołał swoje zombiątka (to już tradycja w tym konkursie) i wyoutował go z konkursu, "by p. Monika Olejnik nie mogła tryumfalnie jako 'wybór bloggerów' ogłosić blogu jakiegoś homogenicznego socjalisty". Inaczej mówiąc, nakazał swoim wyznawcom głosować na blogi "dopuszczalne", by wyeliminować "niedopuszczalne", co też ci skwapliwie uczynili. Co zabawne, jedna z popieranych przez JKM blogerek strzeliła focha, gdy ktoś ów sposób gry nazwał nieetycznym, i wycofała się z rywalizacji (nie, bynajmniej nie dlatego, że jej owo poparcie było nie w smak, ale dlatego, że poczuła się zaszczuta przez zwolenników poprawności politycznej /czyt. czystej gry/). Słabe to.

środa, 19 stycznia 2011

Jak zrobić Paradę?

Nie trzeba było długo czekać na kolejne głosy w debacie na temat Parady Równości. Swoją opinię wyraził Hiacynt (Parada być musi!), Yga (fakt, organizacje są zmęczone, poza tym z tegorocznym komitetem organizacyjnym mi nie po drodze), Niebieski na Homikach (kwestie wizerunkowe), do tematu wróciła też Inna Strona. Na Gaylife Łukasz Pałucki przekonuje, że przeciw komercjalizacji Parady najgłośniej gardłują ci, którzy najwięcej na tym wydarzeniu zyskiwali (materialnie, żeby nie było wątpliwości; czyli że znowu ktoś mnie wyrolował). A Wojtek pyta, jak walczyć o prawa wszystkich wykluczonych i stwierdza, że Parada tego nie załatwi. W komentarzach pod tekstami jak zwykle najwięcej mówi się o tym, jak kto powinien wyglądać, co założyć i jak się poruszać. Nikt za to póki co nie zająknął się w temacie "gdzie są te tysiące osób nieheteroseksualnych, które chciałyby się w organizację Parady/alternatywnego wydarzenia zaangażować". Ale może się jeszcze pojawią, przynosząc energię i świeże pomysły.*

Tak że, w myśl, że warto się swoimi i cudzymi doświadczeniami dzielić, mały instruktaż dla potencjalnych chętnych. Mam nadzieję, że, nawet jeżeli nikt nie zdecyduje się z niego skorzystać, pomoże chociaż zrozumieć, że nawet najtwardsi aktywiści i aktywistki mogą mieć czasami ochotę zrobić sobie urlop.

Jak więc zrobić Paradę (i coś więcej wokół niej)?

1. Zebrać grupę idealistów, oszołomów, wariatów, ludzi chcących coś zrobić, aktywistów (niepotrzebne skreślić) przynajmniej na półtora roku przed planowanym wydarzeniem.

2. Cała ta powyższa zbieranina siada razem, może być przy piwie, drinku z palemką lub herbacie, i wymyśla (nie, nie sobie nawzajem), co chcą zrobić, a następnie co z tego, co chcą zrobić, ewentualnie uda im się zrobić.

3. Tworzą plan, a nawet PLAN oraz wstępny biznesplan (które oczywiście będą się zmieniać w trakcie działania) i wyznaczają spośród siebie osoby odpowiedzialne za jego poszczególne części. Po burzliwej naradzie wybierają jedną, a nawet lepiej dwie osoby, które będą koordynować całość. Koordynować, a nie zarządzać. Oznacza to, że do tych osób od wszystkich zainteresowanych będą spływać informacje, dzięki czemu będą wiedzieć, co się dzieje i kiedy zareagować i pomóc.

4. Osoby odpowiedzialne za poszczególne działania zaczynają działać. Sprawdzają, czy i jakim kosztem ich pomysły można wprowadzić w życie. Szukają również osób, które im w tym pomogą.

5. Jeżeli marzy im się coś więcej niż sam przemarsz, a konkretnie to, co się niemal wszystkim organizatorom takich wydarzeń marzy, czyli wielki koncert jako zwieńczenie całej imprezy, muszą wiedzieć, że nie ma co zaczynać od szukania sponsorów. Najpierw trzeba się zorientować, czy jakaś gwiazda, a nawet Gwiazda, zgodzi się za niewielkie (stosunkowo) pieniądze wystąpić. Przypominam, że nadal mamy ponad rok do wydarzenia. Osoby odpowiedzialne za tę część programu, po ustaleniu z resztą i wytypowaniu gwiazd, a nawet Gwiazd, zaczynają działać. Polega to na napisaniu do menedżmentu lub nawet osobiście do owych gwiazd. W liście takowym trzeba się zapytać o możliwość występu w czasie wydarzenia, warunki finansowe, warunki techniczne itd. (czyli piszemy profesjonalne zapytanie), a jednocześnie poinformować o sytuacji finansowej i grzecznie zapytać, czy gwiazda mogłaby wziąć ją pod uwagę (pisanie na ponad rok wcześniej do Gwiazd jest absolutnie wskazane, gdyż najczęściej mają one z góry zaplanowany rok). Po wysłaniu maili czekamy na odpowiedź. Statystyka mówi, że jedna na dziesięć osób powinna odpowiedzieć. Jeżeli po tygodniu nic się nie dzieje, ponawiamy nasze prośby, sprawdzając, czy te kontakty, które mamy, są właściwe. Jeśli tak, jesteśmy nieustępliwi i posuwamy się nawet do, o zgrozo, zadzwonienia do menedżmentu. Jeżeli kontakty nie są właściwe, to cóż, mamy pecha. Większość gwiazd nie stroni od występów charytatywnych, ale też z drugiej strony chce mieć pewność, że osoby, które je na takie akcje namawiają, są absolutnymi profesjonalistami. Co niestety oznacza, że mają do nich kontakt, który nie jest podawany w ogólnodostępnych miejscach.

6. Jak zdobyć ten kontakt? Cóż, każdy z nas ma znajomych, którzy mają znajomych, którzy np. pracują w firmach organizujących koncerty. Lub też mają znajomych, którzy mają znajomych organizujących różne rzeczy zagranicą. Pytajmy, szukajmy!

7. Upierdliwość lub, jak inni to nazywają, wytrwałość musi przynieść efekty najpóźniej po trzech miesiącach (jeżeli nie przyniesie – lepiej odpuścić i próbować sił w mniej ambitnych pomysłach, chyba że ma się akurat wolne parę milionów). Czyli został rok, aby zdobyć potrzebne fundusze. I jest też gwiazda, co oznacza, że mamy kartę przetargową dla mediów i sponsorów. Oprócz znalezienia gwiazd, musimy również zadbać o miejsce, nagłośnienie i scenę. Termin, ceny i pozwolenia dobrze jest ustalić jak najwcześniej.

8. Posiadanie gwiazd może pomóc w znalezieniu dobrego patrona medialnego, który nagłośni koncert. Dobry patron medialny z kolei daje szansę na przyciągnięcie sponsorów, którzy może zauważą, że skoro gwiazda występuje na rzecz LGBT, to chociażby jej fani nie odsuną się od ich produktów (nie, żeby ktoś się w Polsce w ogóle w takie rzeczy jak bojkot konsumencki bawił, ale z drugiej strony obawa przed takowym to dla wielu firm wygodna wymówka).

9. Oczywiście zawsze warto mieć plan awaryjny i jeżeli nie wyjdzie rzecz wielka (czytaj: nie znajdą się sponsorzy itd.), skupić się na mniejszych. Co jest do zrobienia, co udowodniła Pomada.

10. Przypominam, że cały czas mamy coś około roku w zapasie.

11. Jeżeli uda nam się coś konkretnego załatwić, na naszej stronie www (która hula już od jakiegoś czasu) informujemy ludzi o tym, co się dzieje. Wiadomości wysyłamy również do wszystkich portali LGBT. Ważne jest, aby na bieżąco informować zarówno o sukcesach, jak o porażkach i kłopotach, na które się natykamy. Nigdy nie wiemy, kto nas czyta i czy przypadkiem nie może udzielić pomocy. Oczywiście informować merytorycznie, a nie skarżyć się, że nas nie lubią. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie nas krytykował, wyśmiewał itd. itp., co należy założyć już na początku i nie wchodzić w polemikę, jeśli krytyka nie jest konstruktywna i merytoryczna. Tę ostatnią jak najbardziej należy brać pod uwagę.

12. Finanse: zakładając wariant optymistyczny, znajdujemy sponsora na występ Gwiazdy, co pozwala pokryć nam inne koszty. Nie liczmy na to, że coś opłacimy chociażby ze sprzedaży biletów. Bolesne doświadczenie uczy, że tak się nie dzieje. Dlatego, jeżeli nie jesteśmy w stanie pokryć ewentualnych kosztów, rezygnujemy z rzeczy wielkich na rzecz rzeczy mniejszych. Nie ma w tym nic wstydliwego, więc informujemy o tym fakcie "społeczeństwo", wyjaśniając powody.

13. Na rzecz wydarzenia dobrze jest zbierać pieniądze, organizując benefity, zachęcają do wpłat na rzecz i co tam nam jeszcze do głowy wpadnie. Na stronie wydarzenia powinno się znaleźć uaktualniane na bieżąco rozliczenie finansowe, jasne, proste i zrozumiałe dla wszystkich. Ludzie lubią wiedzieć, na co idą ich pieniądze.

14. Działając z takim wyprzedzeniem, na pół roku przed wydarzeniem powinniśmy mieć mniej więcej, a w tym przypadku więcej, domknięte wszystkie sprawy, czyli: ustalenie, kto, gdzie, kiedy, za co i skąd kasa. Na wszystko powinny być umowy spisane przynajmniej w jednym egzemplarzu dla każdej ze stron. Na trzy miesiące przed jest to już niezbędne, ponieważ, jak wiadomo, nigdy nic nie idzie zgodnie z planem i trzeba mieć czas i siły na reagowanie w sytuacjach kryzysowych. Należy być również przygotowanym na to, że będą się one zdarzać aż do zakończenia wydarzenia, dlatego należy mieć plan b, a nawet c, które i tak mogą okazać się, no cóż, nic nie warte i trzeba będzie improwizować.

15. Osoby organizujące takie wydarzenie muszą liczyć się z: wzmożonymi wydatkami własnymi i utratą na ten czas życia prywatnego. Na trzy miesiące przed imprezą dojdą kłopoty ze zdrowym odżywianiem i brakiem czasu na pracę zawodową, na miesiąc przed mogą zapomnieć również o regularnym śnie. Nie mówiąc już o zdrowo nadszarpniętym zdrowiu, zarówno psychicznym, jak i fizycznym. Muszą być przygotowane także na dzikie kłótnie, awantury i spory w swoim dotąd dobrze dogadującym się gronie. Są nieuniknione. Dlatego uważam, że jeśli będą na to pieniądze, należy tym osobom przynajmniej zwrócić poniesione koszty własne, a nawet wynagrodzić je za ciężką pracę. I nie ma w tym nic złego.

No to się pomądrzyłam. A co.

*wstęp popełniła Ewa, wymądrzała się Rude de Wredne

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Co, jeśli Parady Równości nie będzie?

Homiki już to wrzuciły, więc nie ma co się dłużej krygować - pod wpływem ostatnich dyskusji wokół Parady Równości napisaliśmy z Wojtkiem coś w rodzaju manifestu. Dyskusji nadal niepełnej, bo brakuje w niej głosu tych, o których myślałam, że będą mieć najwięcej do powiedzenia w sprawie Parady - naszych organizacji. To milczenie oznaczać może tak naprawdę jedno - że prawdopodobnie nie zamierzają się one włączyć w organizację Parady. Nie mam wątpliwości, że marsze i parady są ważne i potrzebne, ale z drugiej strony prawda jest taka, że od jakiegoś czasu na tę największą, warszawską, chodzę jedynie dlatego, że uważam, że powinnam, a swoje zaangażowanie w nią ograniczam do pomocy w kilku wydarzeniach okołoparadowych. Tak więc mimo wszystko trudno mi się dziwić, że organizacje wydają się mieć trochę dość angażowania się w to wydarzenie. Może więc przyszedł czas, by podyskutować już nie nad kształtem Parady Równości czy nad tym, kto powinien ją organizować, ale nad sensem organizowania jej za wszelką cenę? Jako zaproszenie do właśnie takiej dyskusji powstał poniższy "manifest". Potraktujcie go jako otwarcie dyskusji. Może wspólnie uda się nam znaleźć jakieś rozwiązanie?

Po 10 latach od pierwszej Parady Równości nadszedł moment, gdy organizację Parady wzięły na siebie osoby, które mają na koncie wiele kontrowersyjnych działań. Czasami można te kontrowersje oceniać pozytywnie, ich skutki niestety w dużej mierze były negatywne. Czy Szymonowi Niemcowi, Jackowi Adlerowi i Łukaszowi Pałuckiemu uda się stworzyć Paradę? Czy zbiorą głosy poparcia nie tylko klubów gejowskich, ale i środowiska? Czas pokaże. Gdyby się tak stało, byłoby to niezwykle ważnym sygnałem dla wielu osób i organizacji, że ich dotychczasowe działania, mające na celu marginalizację takich głosów jak Adlera, spaliły na panewce. Dlatego dziwi nas to, że do tej pory organizacje nie zdecydowały, co zrobić z Paradą. A może czego nie robić?

Wyobrażacie sobie Warszawę bez Parady? Chociaż nie jesteśmy przeciwne Paradzie i na każdą przychodzimy, to uważamy, że trzeba pomyśleć również nad taką opcją. Co za nią przemawia?

1. Parada to pomysł przywieziony ze Stanów Zjednoczonych. Jest to produkt amerykańskiego ruchu LGBT, a jego rozpowszechnienie jest efektem globalizacji i standaryzacji form wyrażania dumy gejowskiej/lesbijskiej. Parada nie może istnieć bez poczucia gay pride, gdyż jest jego efektem i manifestacją. Polskie poczucie "bycia dumnym" nie funkcjonuje tak, jak oglądamy to na obrazkach z Zachodu. Zatem przenoszenie formatu Parady z Zachodu bez uwzględnienia polskiej specyfiki jest założycielskim problemem tego wydarzenia. O tym, że czas na nową formułę, mówi się od dawna. Może teraz jest czas, by zacząć ją tworzyć? Rok przerwy nam w tym pomoże.

2. Po dziesięciu latach z Paradą co roku pojawia się ten sam problem - kto ma ją zorganizować i kto ma się w nią zaangażować. To nie jest tylko problem ogólnego braku zainteresowania działaniem na rzecz środowiska LGBT, to również problem dotychczasowej komunikacji organizatorów z jego członkami. Uważa się, że mamy (my, jako aktywiści i aktywistki) obowiązek organizacji Parady. Podobnie jak mamy obowiązek prowadzenia dziesiątek innych działalności. Ale osoby wygłaszające takie poglądy nie myślą: macie obowiązek więc wam pomożemy, ale: macie obowiązek dla nas to zrobić, a my ewentualnie na Paradę przyjdziemy. Może czas powiedzieć wprost: nie damy rady zorganizować po raz kolejny Parady jeśli się nie zaangażujecie? Mówimy o tym od dawna, nawołujemy... Może brak Parady będzie ostatecznym krzykiem o zaangażowanie?

3. Każde wydarzenie potrzebuje lidera lub grupy liderów. Liderzy i liderki ruchu LGBT nie są z gumy - to naprawdę niewielka grupa ludzi, którzy większość swojego czasu poświęcają na pracę na rzecz ruchu. Często kosztem własnych spraw zawodowych, rodzinnych. W ostatnim czasie pojawiły się nowe, póki co małe środowiska, które mają szansę przejąć część obowiązków od dotychczasowych, już trochę wypalonych działaczy i działaczek. Poznajmy te grupy, zaprośmy je do współpracy i może wtedy pojawią się nowi liderzy i liderki? Ale by wypracować takie rozwiązanie, nie wystarczy okres od Parady do Parady. Potrzeba na to więcej czasu.

4. Bez Parady nie będzie nas widać. To trochę prawda - dzięki zwłaszcza warszawskiej Paradzie mówią o nas media. Ale czy mówią o naszych postulatach? Czy mówią o tym, że gdy rozliczamy PIT-y, to niektórzy z nas zaciskają zęby, patrząc na wspólne rozliczenia swoich przyjaciół będących w heteroseksualnych małżeństwach? O konkretach mówią niewiele więcej niż podczas innych wydarzeń LGBT, których przecież nie brakuje. Ten rok możemy poświęcić na przygotowanie innych strategii, innych wydarzeń.

Zaangażowanie w sprawy LGBT to decyzja, która pociąga za sobą wiele konsekwencji w życiu. Nie jest tak, że aktywiści muszą COŚ robić. Mogą wziąć sobie urlop. Nie robimy tego, ale organizowanie Parady Równości i wydarzeń dookoła niej to zarówno duże obciążenie czasowe, jak i finansowe. Może czas przestać zgrywać twardzieli i twardzielki i otwarcie powiedzieć: dłużej tak nie wytrzymamy? Potrzebujemy waszego zaangażowania! Ponoć jest nas ponad milion, w stolicy ponad 100 tysięcy. Gdzie jesteście? Na Paradach was nie widać. Może wracamy tym samym do argumentu nr 1 - Parada nie jest formatem odpowiednim dla Polski. W telewizji, gdy jakiś zakupiony z zagranicy format się nie sprawdza i traci swoją publikę, zarząd decyduje o zdjęciu go z ramówki. Dlatego postulujemy, by poważnie rozważyć nie tylko to, jak ma wyglądać tegoroczna Parada Równości oraz jaka powinna być i kto powinien ją organizować, aby przyciągnęła jak najwięcej ludzi i realizowała założone cele, ale by pomyśleć też o zdjęciu jej z ramówki i zastąpieniu czymś innym. A co miałoby ją zastąpić, jest pytaniem, które pozostawiamy otwarte.

Wojciech Szot
Ewa Tomaszewicz

niedziela, 16 stycznia 2011

Millenium, wszechpolacy i zaproszenie

Zacznę od dwóch sprostowań. Pierwsze dotyczy wpisu o "Millenium", w którym postawiłam pierwszą część trylogii bardzo wysoko nad drugą i trzecią, co wzbudziło żywe (i słuszne) protesty w komentarzach. Rzeczywiście część pierwsza rządzi, jeżeli wziąć pod uwagę tylko filmy (i tylko je i pierwszą część książki brałam pod uwagę, recenzując sagę). Nadrobiwszy zaległości czytelnicze i dosłownie pochłonąwszy "Dziewczynę, która igrała z ogniem" i "Zamek z piasku, który runął", zwracam honor Larssonowi (a przy okazji wielkie "buuu" dla reżysera, który skopał tak doskonały materiał). Czyta się z zapartym tchem, dobrych wątków jest mnóstwo, tak że nie podejmuję się wyliczać wszystkiego, co mi zapadło w pamięć. Najbardziej chyba rozbawiła mnie część pokazująca, jak karykaturalne rozmiary może przybrać homofobia (media przez całe miesiące ekscytujące się wątkiem "gangu lesbijek satanistek") oraz seksizm (krótka kariera Eriki Berger w piśmie SMP, podczas której padła ofiarą stalkingu ze strony redakcyjnego kolegi, który nie mógł przeżyć, że kilkanaście lat wcześniej, gdy chodzili do jednej szkoły, ta nie zwracała na niego uwagi). Do tego opis działań tajnych służb, o których nie wiedzą nawet... tajne służby, wątek procesowy i... no, dużo tego jest. A co najlepsze, przez cały czas widać, że, nawet gdy dzieje się już bardzo źle, to wszystko skończy się dobrze. Źli goście zostaną ukarani, dobrzy - nagrodzeni. Szkoda tylko, że najlepszy gość ze wszystkich, czyli sam autor, nie dożył nagrody za tak świetną historię. No ale niestety życie to nie bajka.

Drugie sprostowanie dotyczy poprzedniego posta, a pojawiło się w komentarzach do niego. Otóż według "Życia Warszawy", na które powołał się Abiekt, a za nim ja, sytuacja z zaproszeniem wszechpolaków na Paradę wyglądała następująco:

Wczoraj komitet na paradę zaprosił wszechpolaków pod warunkiem, że nie będą głosić homofobicznych haseł. – To niedorzeczność. Na pewno nie skorzystamy. Ale będziemy protestować przeciwko paradzie – powiedział Jakub Siemiątkowski, szef mazowieckiej MW.

A według rzeczniczki Parady tak:

Dziennikarz "Życia Warszawy" zapytał Łukasza Pałuckiego, czy Młodzież Wszechpolska może iść w Paradzie Równości 2011, skoro jest to taka włączająca inicjatywa. Łukasz powiedział, że jeśli wspierać będą idee, o które walczy Parada i nie będą głosić haseł sprzecznych z nimi, to mogą iść.

Jak dla mnie to zamyka sprawę, tak że odwołuję przyznanie nagrody za "debilizm roku". W wielką przemianę smutnych panów z MW wprawdzie nie wierzę, ale różnicę między zaproszeniem kogoś a odpowiedzią na pytanie, czy by się kogoś zaprosiło, dostrzegam. A przy okazji - choć nie podobają mi się niektóre działania organizatorów Parady 2011, to podoba mi się profesjonalizm jej rzeczniczki.

No dobrze, dość kajania się, czas na zaproszenie. Otóż już w najbliższy piątek będzie miał miejsce koncert benefitowy akcji "Miłość nie wyklucza". Cały dochód przeznaczymy na kampanię "Miłość nie wyklucza" - w tym roku zamierzamy odwiedzić z billboardami jeszcze przynajmniej dziesięć miast! Przybywajcie, dobra zabawa gwarantowana!

sobota, 15 stycznia 2011

Jeszcze konkurs oraz debilizm roku (oby!)

Muszę przyznać, że przez chwilę rozważałam zgłoszenie naszego bloga do konkursu Blog Roku. Ale potem pomyślałam, że póki co wszelkich konkursów mam chyba dość. Zresztą reprezentację mamy zacną, a pozycja kibicki jest mniej stresująca niż konkurentki. Komu zatem, oprócz Abiekta, kibicuję? W kategorii "Ja i moje życie" są dwa zaprzyjaźnione blogi - Drevniego Kocurka i Motylka. Przyznam szczerze, że, jako nałogowa pochłaniaczka informacji, nie przepadam za blogami poświęconymi po prostu codzienności, ale są wyjątki - blog Baluka, Kane (choć ten jest z pogranicza, bo jest codzienność, ale jest też miejsce na sprawy społeczne i kulturę) oraz właśnie te dwa. Za co je lubię? Za dobry język, piękną szatę graficzną (to wbrew pozorom bardzo ważne rzeczy, w sieci jest mnóstwo miejsc, które by były nawet świetne, gdyby ich twórcy trochę się do nich przyłożyli, a tak, na skutek ich niedbalstwa, po prostu straszą) oraz niesamowite ciepło. To taki trochę inny świat - polecam odwiedziny, szczególnie gdy dopadnie was chandra czy stres.

Jak głosować?
drevni-kocurek.blogspot.com - SMS o treści A00535 na numer 7122
motylekmagda.blogspot.com - SMS o treści A00536 na numer 7122
abiekt.blogspot.com - SMS o treści C00054 na numer 7122
Koszt SMS-a to 1,23 zł brutto, dochód z SMS-ów idzie na turnusy rehabilitacyjne dla osób niepełnosprawnych, tak że cel zacny. Z jednego numeru można wysłać tylko jednego SMS-a na dany blog.

Wrócę jeszcze na chwilę do kwestii, o której pisałam w poprzednim poście, czyli Parady Równości 2011. Jak się przymierzałam do jego napisania, miałam pewne wątpliwości - wbrew pozorom krytyka cudzych działań nie sprawia mi przyjemności, wolę chwalić. I zawsze się zastanawiam, czy gdzieś tam w ocenianiu kogoś nie przesadzam i nie naginam faktów oraz czy wystarczająco wyraźnie oddzielam informacje od opinii. Ale w tym przypadku powoli przestaję mieć jakiekolwiek obiekcje, bo, jak zauważył dziś Abiekt, panowie organizatorzy dopiero zaczynają jechać po bandzie. Otóż wystosowali zaproszenie na Paradę do... Młodzieży Wszechpolskiej. Można by sobie zażartować, że ich zapraszać nie trzeba, bo i tak przyjdą ze swoimi smutnymi transparentami, gdyby nie to, że to wcale nie jest śmieszne. Nadal bardzo wiele osób boi się chodzić na marsze czy parady właśnie ze względu na kontrmanifestacje, bo, jak mizerne by one nie były (przykład Warszawy), zawsze jakimś zbłąkanym kamieniem można oberwać. Pod moim ostatnim wpisem na temat Parady jej rzeczniczka pyta, co mogliby zrobić, aby zachęcić do udziału w jej organizacji więcej kobiet. Proponuję wystosować zaproszenia do NOP-u i ONR-u, w końcu mają jeszcze mniej oporów niż MW w demonstrowaniu, co sądzą na temat wszelkich mniejszości (pamiętacie "Jak złapiemy, połamiemy"?). To na pewno sprawi, że wszyscy potencjalni uczestnicy i uczestniczki tego wydarzenia poczują się bezpiecznie i u siebie. Oraz że jest to ich impreza.

czwartek, 13 stycznia 2011

Bardzo męska Parada Równości

Pamiętacie, jak marudziłam, że w Fundacji Równości jest mało kobiet i że są one spychane na dalszy plan? Odszczekuję! Dziś zapoznałam się z nową stroną internetową Społecznego Komitetu Parada Równości 2011. Strona niczego sobie, natomiast skład komitetu organizacyjnego i lista partnerów powalają. Dobrze się domyślacie, nie ma tam ani jednej kobiety i ani jednego portalu LBT. Zaiste, czeka nas w tym roku Parada Równości w nowej formule, jak zapowiadają jej organizatorzy na łamach "Gazety Stołecznej". Będzie nie tylko mniej polityczna (jeszcze mniej?!), a bardziej muzyczna, ale i bardzo męska. Rzecz jasna daleka jestem od podejrzewania panów z komitetu organizacyjnego o celowe wykluczanie ze swojego grona kobiet (choć gdy dostałam zaproszenie na spotkanie organizacyjne do klubu Fantom, to prawie spadłam z krzesła). Jednak ów skład komitetu i lista partnerów sprawiły, że przyszło mi do głowy kilka, być może średnio oryginalnych, refleksji.

Pierwsza myśl, jaka mi się nasunęła, była taka, że kobiety nieheteroseksualne są w ogóle mniej aktywne we wszelkiego rodzaju organizacjach czy stowarzyszeniach. Ale potem mi wyszło, że to nie do końca prawda. Owszem, są aktywne - ale w Lambdzie, KPH, SPR czy Grupie Tel-Aviv. Zajmują stanowiska prezesek, członkiń zarządów, redaktorek naczelnych portali. Może mało ich w mediach, ale nas jest w ogóle mało w mediach. Skąd więc nagle owa gromadna awersja do tej jednej konkretnej inicjatywy? Ha, no chyba stąd, że o ile w organizacjach nie widać jakichś szczególnych dysproporcji płciowych, o tyle na pewno widać je w klubach. Tak, kobiety również chodzą do klubów, w niektórych mają nawet swoje dni, ale mimo wszytko clubbing jest przede wszystkim domeną nieheteroseksualnych mężczyzn. Jak to się ma do tegorocznej (potencjalnej?) Parady Równości? Ano tak, że większość osób zaangażowanych w jej organizację wywodzi się ze środowisk, które, upraszczając (ale tylko trochę), można uznać za zmaskulinizowane. Portale randkowe, pisma erotyczne, sauny, takie kluby jak Fantom (tylko dla mężczyzn) czy Galeria (gdzie kobiety odpadają podczas selekcji, gdy w klubie jest ich już "za dużo") - one są głównie lub wyłącznie dla mężczyzn. Oczywiście to nie wina tych ostatnich. I na pewno nie jest tak, że nie ma kobiet, które byłyby zainteresowane właśnie pismami erotycznymi czy serwisami randkowymi tylko dla siebie, jedyne, co wiadomo, to to, że w Polsce takich inicjatyw nie ma. Ale też prawda jest taka, że gdyby nie to, że w ogóle interesuję się tym, co się w naszym światku dzieje, w życiu nie miałabym okazji dowiedzieć się o istnieniu kogoś takiego jak Jacek Adler, Łukasz Pałucki czy Szymon Niemiec. Po prostu nie bywamy w tych samych miejscach. Nie mamy wspólnych zainteresowań. I nie sądzę, bym była pod tym względem jakimś wyjątkiem.

Często się mówi, że geje i lesbijki żyją w dwóch różnych światach. Nie do końca tak jest, bo część z nas spotyka się na przystanku "Równość", ale akurat w tym przypadku to stwierdzenie wydaje się najbliższe prawdy. Czy jednak brak kobiet wśród organizatorów Parady to jakiś problem? Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Ale jeśli wziąć na poważnie jej nazwę, to jednak chyba tak. Bo co to za równość, gdy o wszystkim decydują reprezentanci głównie jednej płci (głównie, bo jest też osoba transgenderowa)? Czy można liczyć na to, że uda się w efekcie tego właśnie przemarszu zwrócić uwagę na całe spektrum problemów, bo przecież w parady są nie tylko o homofobii, ale też choćby o dyskryminacji ze względu na płeć czy status społeczny? Czy chodzi o to, by przyszedł ktokolwiek, czy o to, by przyszli "wszyscy", by jak najwięcej osób poczuło, że to jest też ich Parada? Szymon Niemiec, wzorem Harveya Milka, nawołuje na stronie Parady: "Chodźcie, chodźcie, kimkolwiek jesteście!". Lubię to hasło. Kłopot w tym, że nie jestem pewna, czy czuję się tym "kimkolwiek".

środa, 12 stycznia 2011

Polska służba zdrowia i Blog Roku

Zostałyśmy z Gosią zaproszone na konferencję na temat wielokulturowości w pielęgniarstwie. Jeden z tematów dotyczy osób LGBTQetcetera w kontakcie z ochroną zdrowia. Muszę przyznać, że pod tym względem nasze doświadczenia są w większości bardzo pozytywne - może dlatego, że miałyśmy szczęście trafiać na otwartych lekarzy i lekarki, choć pewnie również z tego powodu, że (dzięki mojej firmie) jesteśmy beneficjentkami prywatnej służby zdrowia. Fakt faktem, że nigdy osobiście nie zetknęłyśmy gorszym traktowaniem ze względu na orientację psychoseksualną - gdy Gosia była w szpitalu, mogłam u niej siedzieć dzień i noc, nasza ginekolożka, ilekroć u niej jesteśmy, dopytuje się, kiedy się w końcu zdecydujemy na dziecko itd., itp. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy mają takie dobre doświadczenia oraz że problemy, z którymi zgłaszamy się do lekarza, w pewnej części różnią się w zależności od tego, jakiej płci jesteśmy. Dlatego chciałabym was prosić, abyście podzielili i podzieliły się z nami swoimi doświadczeniami - i pozytywnymi, i negatywnymi - a my je zbierzemy i przedstawimy podczas konferencji. Piszcie o nich w komentarzach lub na maila: trzyczesciowygarnitur@gmail.com.

Drugie ogłoszenie ma charakter bardziej prywatny. Otóż mój blogowy brat, z którym nie zawsze się zgadzam, czasami żrę się jak z prawdziwym bratem i tak samo jak on mnie wkurza, ale też z drugiej nie mogę nie docenić wielu jego działań, zgłosił swojego bloga do konkursu Blog Roku Onet.pl w kategorii "polityka i społeczeństwo". Nie da się ukryć, że blog Abiekta jest jednym z najważniejszych, najciekawszych, najbardziej opiniotwórczych i najczęściej aktualizowanych miejsc w polskim tęczowym internecie. Niejeden portal mógłby się od niego uczyć. Gorąco zachęcam do głosowania na Wojtka. Szczegóły tu. A jak nie lubicie go czytać, to tym bardziej na niego zagłosujcie. Pomyślcie o tych wszystkich spamerach, którzy się zbiegną i zaczną komentować jego wpisy, gdy jego blog zostanie Blogiem Roku. Będzie miał chłopak z nimi zabawę.

wtorek, 11 stycznia 2011

Przyleciał!

Czy ktoś wie, gdzie przebiega granica między psychofanieniem a stalkingiem? Mam dwa tygodnie, żeby się tego nauczyć.

PS Info dla tych, którzy czytają nas od niedawna - tak, mam świra na punkcie tego, co robi ta pani.

niedziela, 9 stycznia 2011

In vitro dla gejów

Do tego, że dla sporej rzeszy dziennikarzy (i nie tylko) słowo "gej" jest synonimem "osoby nieheteroeksualnej" zdążyłam się już przyzwyczaić. Oczywiście od czasów, kiedy to "Wyborcza" nadała tytuł "Geje wygrali z PiS" informacji o wygranej czterech lesbijek z poznańskimi radnymi PiS w sprawie o znieważenie (wrzesień 2006) widać pewną poprawę, ale mimo wszystko wciąż w doniesieniach medialnych dominują geje. Pod koniec 2008 roku "Replika" monitorowała największe ogólnopolskie dzienniki i tygodniki między innymi pod kątem występowania określonych słów kluczowych. Wtedy słowo "gej" pojawiało się w prasie 3 razy częściej niż "lesbijka", ale aż 10 razy częściej niż "biseksualista" czy "transseksualistka". Trudno powiedzieć, na ile się to zmieniło w ostatnich dwóch latach, ale zakładam, że jeżeli już, to pewnie na korzyść lesbijek i osób transseksualnych (za sprawą działań fundacji Trans-Fuzja). Nie zmienia to faktu, że nadal zdarzają się ciekawe kwiatki. Ostatnio popisał się pod tym względem portal TVN24, nadając informacji o zatwierdzeniu przez brazylijskie stowarzyszenie lekarzy dostępności do zabiegów in vitro dla par homoseksualnych i osób samotnych tytuł "In vitro dla gejów i singli". Komentarz chyba zbędny.

W ogóle mam wrażenie, że owa niechęć dziennikarzy do słowa "lesbijka" ma coś wspólnego nie tylko z ich stanem wiedzy, ale też z ogólną niechęcią do używania żeńskich form, takich jak psycholożka, kongresmenka, posłanka itd. itp. W końcu tak na dobrą sprawę ów tytuł powinien brzmieć "In vitro dla par homoseksualnych i singielek" czy jakoś podobnie, bo i singiel może skorzystać z tej metody jedynie w charakterze dawcy materiału genetycznego, a raczej nie o to w nowych przepisach chodzi (wcześniej też mógł).

Skoro już przy dzieciach jesteśmy, to mamy małą aferę na Frondzie. Otóż redaktor Terlikowski odkrył, że na Facebooku powstała jakiś czas temu grupa "Odebrać dzieci Terlikowskiemu i oddać parze homoseksualnej!!!", co sprowokowało go do napisania tekstu o tym, jak to wstrętni homoseksualiści czyhają na jego potomstwo. Sam pomysł założenia takowej grupy (podobnie jak setek tysięcy innych) uważam za, delikatnie mówiąc, głupi, a jej istnienie (jeżeli można mówić, że istnieje coś, co dorobiło się trzech wpisów oraz 50 zwolenników w ciągu 10 miesięcy istnienia) za równie znaczące co mało żwawej dyskusji na forum Gazeta.pl. Inaczej mówiąc, ta grupa to, ze zdroworozsądkowego punktu widzenia, rzecz do natychmiastowego zignorowania. No ale co kto lubi. 

Najzabawniejsze jest jednak to, że dzięki tekstowi Terlikowskiego grupa odżyła i zaliczyła niezły przyrost członków (jak to brzmi!) i członkiń. Oraz niewybrednych komentarzy na ich profilach, których, ze względu na elegancję tego miejsca, pozwolę sobie nie przytaczać. Dlaczego w ogóle opisuję tę sprawę? Bo to świetny przykład na to, jak zrobić aferę z niczego, a przy okazji rozkręcić spiralę wzajemnego obrzucania się obelgami i opluwania. A poza tym mogę się założyć, że owa grupa w twórczości redaktora Terlikowskiego jeszcze powróci jako kolejny przykład na poparcie tezy o cywilizacji śmierci. Nie, bynajmniej nie jest to argument za tym, by się od takich głupich pomysłów powstrzymywać. Daleka jestem od myślenia w stylu "nam wolno mniej" (o ile w ogóle istnieje jakieś "my") i martwienia się, jak działania jednostek wpływają na odbiór ogółu. Każdy odpowiada za siebie, więc jak kogoś takie rzeczy bawią, to niech sobie zakłada, co mu się żywnie podoba. Za to robienie szumu wokół tej grupy nieźle pokazuje poziom dyskusji o homoseksualności na Frondzie, gdzie argumentem "przeciw" może być każda, nawet najgłupsze wypowiedź znaleziona w sieci.

PS W czasie, gdy pisałam ten tekst, redaktor Terlikowski popełnił kolejny wpis (a nie mówiłam?) na temat grupy, w którym podał nazwiska niektórych jej członków, między innymi recenzenta "Znaku" oraz redaktora "Krytyki Politycznej". 

piątek, 7 stycznia 2011

Powiedz tej swojej KPH...

Na forum Kobiety Kobietom znowu ciekawa dyskusja. Pretekst - "happening ślubny" organizowany przez niszową partię lewicową we Wrocławiu. Pokrótce (na wypadek, gdyby ktoś jeszcze o tym pomyśle nie słyszał) rzecz wygląda tak, że owa partia poszukuje pary kobiet, które, cytuję, "przebiorą się w suknie ślubne i wystąpią przed ludźmi na Rynku oraz spotkają się z mediami, aby promować tolerancję". Termin: tuż przed wyborami parlamentarnymi. Cel: no, na pewno nie promocja tolerancji. Raczej owej partii.

Jak się łatwo można domyśleć, pomysł akceptacji nie zyskał. A przy okazji dyskusji nad nim wyszło kilka rzeczy. Pierwsza to sprawy wizerunkowe, do których się odnosić nie będę. Druga - znacznie ciekawsza - to postrzeganie organizacji przez niektóre uczestniczki dyskusji. I ta część, przyznam, była dla mnie bardzo ciekawa. Po pierwsze wyszło na to, że działania naszych organizacji (zidentyfikowanych jako KPH, Lambda i nic więcej) ograniczają się do: krzyczenia, plucia, szczucia, wylewania swoich frustracji, wydzierania się, że rząd i Kościół to świnie, a heterycy to wrogowie. Po drugie, że w Polsce nic się w ostatnich latach w naszej sytuacji nie zmieniło. Po trzecie, że organizacje dysponują jakimiś nie wiadomo jak wielkimi, ale za to lekką rączką pozyskanymi funduszami z UE, które marnotrawią na owe agresywne działania, zamiast zrobić śliczną plastikową kampanię społeczną (z udziałem wynajętych modeli i modelek, bo my to nietwarzowi jesteśmy) pokazującą, że jesteśmy tacy kochani, sympatyczni, zwyczajni, tacy jak wszyscy, po której to akcji sam Tusk na czerwonej poduszce (lub w zębach) nam ową ustawę o związkach partnerskich podpisaną przez wszystkich świętych przyniesie. Inaczej mówiąc, rzecz była też o strategii działania i o remediach na wszystkie nasze bolączki (nie wierzę w ich istnienie).

Z jednej strony trochę śmieszy mnie zupełna nieznajomość realiów działania w organizacjach oraz brak wiedzy na temat tego, kto, jakie akcje i za jakie fundusze organizuje (oraz skąd te fundusze bierze), z drugiej ów brak świadomości tego, jak się sprawy mają, to po części również wina samych organizacji. Jasne, że na swoich stronach informują o swoich działaniach, kłopot w tym, że nieszczególnie dbają o to, by choć od czasu do czasu pisały o nich nasze portale (po stokroć popularniejsze niż owe strony). I nie mam tu bynajmniej na myśli informacji o wydarzeniach (bo te łatwo przegapić), ale rzeczy większe, jak podsumowania działań, informacje o planach na przyszłość czy choćby opowieści z życia organizacji. Nie, nie mam złudzeń. Wiem, że do tego wszystkiego potrzeba ludzi, a tych jest zawsze za mało. Ale też wiem, że nie będzie ich więcej, jeżeli czymś się do siebie ich nie przekona. A wszelakie fora to nie tylko siedliska frustratów i frustratek, ale też całkiem sporej rzeszy ludzi, którym zależy i którzy może i by się w coś włączyli, ale najpierw trzeba im pokazać, co i jak mogą zrobić. I pokazała to choćby akcja "Miłość nie wyklucza" (dla nieuświadomionych: organizowana przez nieformalną Grupę Tel-Aviv), która od początku postawiła na jak największą widoczność we wszelkich miejscach dla osób LGBTQetcetera. Opłaciło się - miała się skończyć po miesiącu, a, dzięki zainteresowaniu i wsparciu finansowym osób prywatnych, szykuje się może nawet roczny objazd po Polsce.

W owej dyskusji na KK pojawił się jeszcze jeden związany z PR-em wątek. Dość zabawny. Jedna z foremek napisała, jak to znajomy swojego czasu uderzył do niej w te słowa: "powiedz temu KPH, Biedroniowi, Lambdzie to, tamto, siamto...". Na to ona, że ani nie jest członkinią tych organizacji, ani w ich zarządzie nie zasiada, więc dokładnie z takim samym skutkiem zastrzeżenia do ich działań może zgłosić on sam. Swojego czasu również na tym blogu pojawiały się komentarze w rodzaju "zróbcie z paradą to, a z wystawą fotograficzną tamto" (odnośnie wydarzeń, z którymi nie miałyśmy z Gosią nic wspólnego, po prostu o nich pisałyśmy). Wniosek? No, niestety z naszą widocznością "na zewnątrz" nie jest najlepiej. Jak ktoś działa, to obowiązkowo w ramach KPH lub Lambdy, jak coś robi publicznie - to samo. Czyli na konto tych organizacji idą zarówno rzeczy chlubne, jak i niechlubne, a generalnie jawimy się jako dość jednolita masa o identycznych poglądach. Wniosek numer dwa? Jeszcze gorszy - że sporo osób na owo "swojemu" reaguje alergicznie. Nie, bynajmniej nie dlatego, że owych organizacji czy osób nie cenią (no dobrze, czasami nie cenią), ale dlatego, że nie czują, by to "powiedzenie" mogło coś zmienić. Że ich głos się liczy, zostanie wysłuchany, choć niekoniecznie wzięty pod uwagę. Wniosek numer trzy? Na przekór wnioskowi numer dwa: jak się chce, by coś zostało zrobione, to najlepiej zrobić to samej/samemu, a nie narzekać, że inni nas nie słuchają i nie realizują naszych pomysłów ("pomysły są tanie" - zwykł mawiać mój kolega z pracy, i w pełni się z nim zgadzam; pomysł może rzucić każdy, ale już nie każdy znajdzie ludzi i środki do jego realizacji).

Tylko zanim się zacznie coś robić, to warto najpierw sprawdzić, czy ktoś już tego wcześniej nie próbował, jak mu poszło i co osiągnął. To też wyszło we wzmiankowanej dyskusji - nieznajomość stosunkowo krótkiej historii polskiego ruchu LGBTQetcetera. Bo przecież już była akcja, której celem było powiedzenie: "jesteśmy tacy sami i żyjemy wśród was". Nazywała się "Niech nas zobaczą", a pokazały się w niej osoby znacznie bardziej różnorodne (i w znacznie większej liczbie), niż te w "Miłość nie wyklucza". Pamiętacie, jakie wzbudziła emocje? No tak, to były inne czasy, ale mimo wszystko reakcje na zdjęcia par jednopłciowych trzymających się za ręce były nieco niewspółmierne do ich przekazu. I bynajmniej nikt się nad ich wyglądem nie rozwodził, za to nad prawem do obecności "takich obrazków" w sferze publicznej jak najbardziej. Czyli że w sumie obecne dyskusje o wizerunku można już uznać za pewien postęp. I tym optymistycznym akcentem pozwolę sobie zakończyć, choć nadal podtrzymuję nie raz tu już wyrażony pogląd, że nieważne, jakbyśmy byli słodcy i śliczni (my lub wynajęci modele i modelki), to i tak, jak ktoś będzie przeciw, to argumenty przeciw nadaniu nam równych praw znajdzie. W końcu Linda Evangelista i Cindy Crawford trzymające się za ręce nadal "postępują wbrew naturze", jak bardzo by kogoś ten obrazek nie kręcił.

wtorek, 4 stycznia 2011

Lisbeth Salander - bohaterka naszych czasów

Postanowiłam się w końcu zmierzyć z fenomenem trylogii "Millenium". W sumie skusiłam się na  trzy części filmu - "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet", "Dziewczyna, która igrała z ogniem", "Zamek z piasku, który runął" - oraz pierwszy tom książki Stiega Larssona. Po kolejne być może sięgnę, ale raczej nie kupię, chyba że po lekturze jednak okażą się tego warte.

Co zabawne, po "Millenium" sięgnęłam bynajmniej nie dlatego, że jego główna bohaterka jest nieheteroseksualna. Ba, nie miałam o tym zielonego pojęcia, pewnie dlatego, że wszelkie modne książki czy filmy (vide "Kod Leonarda da Vinci" czy "Avatar") działają na mnie jak płachta na byka i z daleka omijam wszelkie doniesienia na ich temat. Dlaczego więc w końcu skusiłam się na "Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet"? Bo doczytałam się, że za amerykańską wersję ich ekranizacji zabiera się uwielbiany przeze mnie David Fincher. I że z pewnością będzie to chała, bo skandynawski film jest po prostu świetny. Lubię kryminały, lubię nastrojowe kino, na dodatek bardzo chciałam zobaczyć coś, czemu Fincher nie jest w stanie dorównać, tak że sięgnęłam po film Nielsa Ardena Opleva i zauroczyłam się. Niespieszna akcja, melancholijny klimat, dobra zagadka (choć dojście do rozwiązania miejscami naiwne), fajni aktorzy, feministyczny wydźwięk, no po prostu kawał dobrego kina popularnego. Na dodatek wiernie oddającego klimat książki, o czym przekonałam się kilka dni później. Zachęcona dobrym początkiem sięgnęłam dalej i tu przyszło rozczarowanie, choć nie do końca, ale o tym później.

Mimo że głównych bohaterów "Millenium" ma dwoje - Mikaela Blomkvista i Lisbeth Salander - to tak naprawdę zwraca się uwagę jedynie na tę drugą, w wersji filmowej odtwarzaną przez Noomi Rapace. Gotkę, anarchistkę, aspołeczną jednostkę z pogmatwaną przeszłością, genialną hakerkę żyjącą w najlepszym razie na granicy prawa, samą załatwiającą swoje porachunki (i to w jakim stylu!). I właśnie w tej postaci kryje się jak dla mnie klucz do słabości drugiej i trzeciej części cyklu. "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" to kryminał. Owszem, nietuzinkowy, bo zawierający porachunki Larssona z przemocą wobec kobiet, wszechwładzą korporacji i ruchami faszystowskimi, ale nadal zgodny z regułami gatunku, mimo iż w śledztwie komputer odgrywa dużo większą rolę niż zbieranie odcisków palców czy obserwacja podejrzanych. Kolejne części to już niestety sensacyjne historie spod znaku "Kim jest Lisbeth Salander i dlaczego wszyscy chcą ją zabić?". Owszem, dobrze zagrane, wdzięczne i co jakiś czas trzymające w napięciu, kłopot w tym, że dające widzowi zagadkę rodem z telenoweli, której rozwiązaniem są ojciec i brat bohaterki. Bynajmniej nie uważam tezy całej tej historii, zgodnie z którą służby specjalne poświęcają niewinne jednostki w imię "większego dobra", za wydumaną. Kłopot w tym, że w kolejnych częściach cyklu znikło to, co stanowiło o uroku pierwszej - zabawa w rozwiązywanie zagadki. Podziw dla niezwykłych umiejętności Salander. Gra między bohaterami. Tu mamy skrzywdzoną dziewczynę, która jest, jaka jest, i robi to, co robi, bo zawiódł system. Oczywiście i w pierwszej części Larsson nie szczędził jej cierpień i dawał do zrozumienia, że gdzieś tam w jej przeszłości wydarzyło się "wielkie zło", które nie pozostało bez wpływu na jej życie, ale owo zło nie stanowiło osi historii.

Mimo wszystko jednak nie uważam, że jako całość (no, prawie, bo ponoć istnieje jeszcze dwieście stron czwartej części, ale nie wiadomo, czy kiedykolwiek doczeka się druku) "Millenium" prezentuje się źle. Bynajmniej, Larssonowi udało się stworzyć i niezłą historię z bogatym tłem politycznym, i bohaterkę, z którą paradoksalnie (bo na pierwszy rzut oka to wykolczykowana antypatyczna małolata) utożsamić się może bardzo wiele osób. Lisbeth Salander to takie feministyczne połączenie Simona Templara z Batmanem. Okrada nieuczciwego biznesmana, bo ten kiedyś niemal zamordował swoją kochankę. Traktuje prądem sadystycznego kuratora i zostawia mu na pamiątką tatuaż na brzuchu. Pozwala umrzeć seryjnemu mordercy kobiet (tylko film), bo woli sama wymierzyć sprawiedliwość niż czekać, aż zrobi to sąd. Unieszkodliwia chcących ją zgwałcić motocyklistów. Potrafi sobie poradzić niemal w każdej sytuacji, co przy wzroście 150 cm i wadze 40 kg wydaje się wręcz niemożliwe. Dodatkowo jest najzwyczajniej w świecie genialna, żyje poza systemem, nie wierzy w system sprawiedliwości i nie widzi nic złego w wykorzystywaniu swoich hakerskich umiejętności, szczególnie gdy w grę wchodzi krzywda jakiejś kobiety. Ot, mścicielka naszych czasów, która wprowadza w czyn rzeczy, o których większość praworządnych obywateli jedynie czasami pomarzy. Rzecz jasna nic za darmo, ale kto by się takimi szczegółami przejmował.

UPDATE: Po przeczytaniu wszystkich części książki nieco zmieniłam zdanie o całej trylogii. Wpis na ten temat tu.

A o adaptacji Finchera piszę tu.

niedziela, 2 stycznia 2011

Kalendarz na 2011?

Na stronie Velvetpark Magazine pojawił się ranking 25 kobiet LBTQ, które przyczyniły się w tym roku do zwiększenia widoczności kobiet nieheteroseksualnych w takich obszarach jak kultura oraz walka o równe prawa. Dlaczego zwracam uwagę właśnie na to podsumowanie? Bo bierze pod uwagę wyłącznie inicjatywy pozamainstreamowe lub, w najgorszym wypadku, niecelebryckie. Przy okazji czytania (bardzo polecam) naszła mnie refleksja, że w swoim podsumowaniu skupiłam się na inicjatywach i nazwiskach, o których było, cóż, dość głośno. Tak że dziś mały i niedoskonały (oraz niemal czysto kobiecy) suplement. Oraz prezent na Nowy Rok, ale to na końcu.

Zacznę od czegoś oczywistego: za niemal każdą inicjatywą stoi nie tylko osoba (osoby), która jest najbardziej widoczna, ale też przynajmniej kilka innych, które pracują równie ciężko jak liderzy. O większości z nich nie mamy szansy usłyszeć, a więc tym bardziej ich docenić, dlatego trudno się zżymać, że nie ma ich we wszelkich rankingach i podsumowaniach. Dla mnie w tym (zresztą nie tylko w tym) roku taką właśnie pozarankingową gwiazdą jest Uschi Pawlik, prezeska Stowarzyszenia Otwarte Forum, wiczenaczelna portalu Homiki.pl, jedna z pozywających w Naszej Sprawie 2, członkini Grupy Tel-Aviv, współtwórczyni i, obok Abiekta i Bartka (twórca strony i plakatów), główna siła napędowa oraz najbardziej racjonalna część akcji "Miłość nie wyklucza". Słowem - kobieta instytucja, bez której, mam wrażenie, żadna z wymienionych inicjatyw (oraz pewnie co najmniej tyle samo niewymienionych) nie zaistniałaby albo przynajmniej nie byłaby tak udana.

W tym roku w moim podsumowaniu zabrakło inicjatyw internetowych. Nie bez powodu - pod tym względem rok 2010 okazał się wyjątkowo słaby (albo nie zauważyłam, by było inaczej). Wyjątek to niszowy projekt z pogranicza prasy tradycyjnej i internetu pod nazwą "Trzy kolory. Sabatnik boginiczno-feministyczny". Rzecz pozornie zupełnie nie w moich klimatach, jeżeli chodzi o ideę (do wszelkich nurtów boginicznych mi bardzo daleko), ale nawet ja w każdym numerze coś dla siebie jednak znajduję. A poza tym jako całość "Trzy kolory" są po pierwsze piękne, po drugie profesjonalnie łamane i redagowane, po trzecie całkowicie niewykluczające, bo dostępne za darmo i pisane nienaukowym językiem. Poza tym podoba mi się motto redakcji: "Chcemy tworzyć pozytywną wizję świata. Zamiast pogrążać się we frustracji, wolimy pokazywać, w jaki piękny sposób możemy żyć".

W miarę łatwo jest walczyć o swoje, gdy mieszka się w Warszawie, Krakowie, Gdańsku czy Wrocławiu, gorzej, gdy jest to na przykład Krosno Odrzańskie. A tam mieszka Joanna Kasprowicz, która w czerwcu 2010 roku oskarżyła swoją koleżankę z pracy o znieważenie. Nie o dyskryminację ze względu na orientację psychoseksualną, bo Joanna była stażystką, a tych przepisy kodeksu pracy nie obejmują. "Znajomy był na stażu w urzędzie w Gubinie. Koledzy z pracy cały czas mu dokuczali. Podrzucali na biurko obraźliwe karteczki. Nazywali homo nie wiadomo. Rzucił staż, ale wielu siedzi cicho, bo zależy im na pracy. Ja nie pozwolę się poniżać" - mówiła w lokalnym wydaniu "Gazety Wyborczej". Sprawa nie miała szerszego oddźwięku na naszych portalach czy blogach, co jest w sumie ciekawe, bo z jednej strony zachwycamy się wysypem inicjatyw (marsze, happeningi, dni kultury, filie KPH) w coraz większej liczbie polskich miast, z drugiej sarkamy (nie wiem, czy słusznie) na dominację Warszawy w kulturze czy aktywizmie LGBTQetcetera, a i tak wychodzi na to, że sytuacja osób nieheteroseksualnych w mniejszych miastach czy miejscowościach mało kogo obchodzi. Tym bardziej podziw dla tych, którym chce się działać w warunkach, w których trudno jest liczyć na jakieś szczególne wsparcie ze strony mediów czy społeczności lokalnej.

I na koniec coś z kategorii miejsca. W maju zeszłego roku lokal stracił warszawski kolektyw UFA, jedna z najciekawszych inicjatyw niezależnych ostatnich lat. I choć UFA teoretycznie bez siedziby nie istnieje, to jednak na przekór wszystkiemu nadal działa (działania po stracie lokalu to m.in. inicjatywa Pomada, Archipelag Muranów, Tydzień Antyfaszyzmu), patronuje, tworzy i szuka nowego miejsca. Coraz lepiej radzi sobie też nowe miejsce na tęczowej mapie Warszawy, czyli klubokawiarnia Amsterdam. Dlaczego wybrałam akurat te dwie dwie inicjatywy? Bo obie inteligentnie próbują wypełnić potężną lukę spod znaku "miejsce spotkań kobiet i osób queer", co się jak dotąd raczej nikomu nie udało. I za należą im się wielkie brawa.

No dobrze, niniejszym kończę z podsumowaniami (ale chętnie poczytam o innych mniej widocznych w mediach osobach i działaniach w komentarzach), czas na coś noworocznego. Lubicie kalendarze? Ja nie cierpię, szczególnie że niektórzy uważają, że to świetny prezent świąteczny, więc zdarzało mi się wchodzić w Nowy Rok z trzema, a nawet pięcioma produkcjami ze ślicznymi zwierzaczkami, widoczkami, dziełkami sztuki itd., itp. Ale w tym roku, po obejrzeniu kilku produkcji spod znaku "queer", chyba zmienię zdanie.

Ten jest produkcji aktywistek HAVOQ:

A ten - produkcji formacji I Heart Brooklyn Girls:
Ładne? To czekam na polskie odpowiedniki.