niedziela, 27 lutego 2011

Ależ ona nie jest wyoutowana!

Na After Ellen od kilku dni można zgłaszać swojej faworytki w kolejnym rankingu - The Les/Bi-List: Your Favorite Out Female Celebrities. W komentarzach do tekstu o nim wywiązała się dyskusja m.in. na temat Jodie Foster, a konkretnie tego, czy jej coming out w 2007 roku był prawdziwym coming outem i czy w związku z tym można ją nominować. Dla przypomnienia, 4 lata temu, odbierając nagrodę im. Sherry Lansing w Los Angeles, Jodie powiedziała: "Dziękuję mojej pięknej Cydney, która trzyma ze mną na dobre i na złe". Następnego dnia dziesiątki artykułów krzyczały nagłówkami "Jodie Foster jest lesbijką!". Sama bohaterka nie wystosowała żadnego dementi, więc sprawę uznano za przesądzoną. Dlaczego zatem nadal część osób nadal nie uznaje, że Jodie jest wyoutowana? Bo nigdy nie powiedziała publicznie "jestem lesbijką/jestem biseksualna".

W propozycjach do rankingu nie zabrakło też Kate Moennig (lekko już przykurzona Shane z "The L Word"). Ta dla odmiany nigdy nie wyszła z szafy w żadnej formie, ale za to związana jest z całkowicie wyoutowaną Holly Mirandą, więc można jej przypisać coś w rodzaju coming outu z drugiej ręki. Podobnie ma się rzecz z Tracy Chapman, o której nieheterosekualności opowiedziała dopiero jej ekspartnerka, zdobywczyni nagrody Pulitzera pisarka Alice Walker w wywiadzie dla "The Guardian" w 2006 roku.

Kilka lat temu, kiedy jeszcze prowadziłam "Replikę", próbowaliśmy namówić na comingoutowy wywiad jedną z dość znanych publicystek i teoretyczek queer. Ta konsekwentnie odmawiała, nawet gdy tłumaczyliśmy, że nie musi się określać, etykietować, chodzi o jakieś stwierdzenie gdzieś w toku rozmowy pokazujące wprost, że jest nieheteroseksualna. Swoją odmowę tłumaczyła tym, że ona nie uznaje czegoś takiego jak  coming out. Część redakcji uważała, że to po prostu brak odwagi, część - że skoro tego typu deklaracje nie są zgodne z jej przekonaniami, to nie powinno się jej na nie namawiać.

Po co mi te przykłady? Bo jak zwykle wychodzi na to, że nic nie jest tak proste i oczywiste, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Coming out to, najprościej mówiąc, ujawnienie swojej orientacji psychoseksualnej. Wydaje się więc, że zgodnie z tą definicją, o odkryciu się można mówić jedynie w przypadku Jodie Foster. W końcu chyba tylko skończona formalistka mogłaby stwierdzić, że brak "magicznej regułki" unieważnia całą akcję. Co z całą resztą, która nie pokusiła się (z różnych powodów) o żadną regułkę? Tu mi się, może trochę na wyrost, nasuwa przykład Krzyśka Śmiszka, który niby nie mówił (przynajmniej do czasu, aż powiedziała to za niego Radziszewska), ale i tak wszyscy wiedzieli, że jest partnerem Roberta Biedronia. Jasne, że ujawnienie się (dokonane w mniej lub bardziej finezyjny sposób) jest deklaracją, której podważyć nie można, ale czy związanie się z kimś, kto żyje jawnie i o kim wiadomo, że nie będzie ukrywać, z kim jest związany/a, nie jest tak naprawdę równoznaczne z "prawdziwym" coming outem? I przypadek ostatni - osoby, która po prostu takich rzeczy nie uznaje. Dla mnie absolutnie akceptowalny. Wprawdzie teoretycy queer uznają jednak coś takiego, jak polityczny coming out, ale z drugiej strony tak samo polityczne jak wszelkie deklaracje jest uczestniczenie w paradach i, ogólniej, w ruchu na rzecz LGBTQetcetera, a tego tej osobie odmówić nie mogę, więc jak dla mnie - jest wyoutowana, nawet jeżeli tego typu gestów nie uznaje.

Przy całym poczuciu ważności coming outów, mam wrażenie, że jest z nimi podobny problem jak z innymi formami samookreślenia - niektórzy podchodzą do nich zbyt schematycznie, nie zostawiając miejsca na żadne niuanse. Jak żyje jawnie, ale się nie deklaruje, to nie żyje jawnie, jak jest przeciwna wszelkim deklaracjom, to z pewnością się boi, innego wyjścia po prostu nie ma. Tylko jak tu potem przekonywać innych, że jesteśmy różne i w związku z tym różnie do wielu kwestii podchodzimy, skoro same nadal nie uznajemy zachowań, które w jakikolwiek sposób odbiegają od utartych wzorców?

czwartek, 24 lutego 2011

Dziesięcioprocentowy homofob

Impreza u K. W doborowym gronie nerdów, geeków oraz miłośniczek i miłośników fantasy uzewnętrznia się (po każdym drinku jakby intensywniej) pewien bloger (nazwijmy go B.). W pewnym momencie rozmowa schodzi na lesbijki i gejów. B. oświadcza, że w sumie to on jest homofobem. Patrzę na niego zdziwiona i zaprzeczam (bo czytam go od dawna, a poza tym, choć dopiero go poznałam, to już zdążyłam uznać za naprawdę fajnego gościa): no przykro mi, mój drogi, ale jednak nie jesteś. Ale on się upiera. I przytacza taki oto przykład: ostatnio miał okazję bawić się w gronie przyjaciół, wśród których jest para gejów. W pewnym momencie zaczęli się całować. A on na nich patrzył i myślał sobie, że niby powinno mu to przeszkadzać, wydawać się jakieś nie takie, ale tak nie jest. Ot, patrzy sobie na nich i myśli, że to w sumie miły widok. Gdzie tu homofobia? Ano w tym, że on ich jednak dostrzega. Że widzi, że to dwóch mężczyzn i patrząc na nich, myśli o tym, że to geje. A jak patrzy na parę heteroseksualną, to nie myśli o ich orientacji. Więc jest homofobem.

Strasznie mi się ta jego konstatacja spodobała. Nie, nie dlatego, że udowodnił swoją tezę, ale dlatego, że pokazał jedną z różnic między osobami heteroseksualnymi i nieheteroseksualnymi. To, że heteroseksualność jest przezroczysta, nie zauważamy jej. I że jego boli, że nie potrafi tak samo postrzegać nieheteroseksualności. Na tym się nasza rozmowa nie skończyła, poszliśmy o krok dalej - czyli że o prawdziwej równości będzie można mówić dopiero wtedy, gdy zamiast dwóch chłopaków, będą po prostu dwie kochające się osoby. Jak w klipie portugalskiej ILGI:



Koniec końców, B. znalazł  jednak argument za tym, że jest homofobem. Otóż B. jest ojcem. I gdy się zastanawiał, czy zostawiłby swoje dzieci pod opieką przyjaciela geja, to stwierdził, że ma pewne obawy. I jakieś 10 procent tych obaw związanych jest właśnie z tożsamością owego przyjaciela. Wprawdzie 90 procent wynika z zupełnie innych rzeczy, jak choćby z tego, że kolega ten nigdy się dziećmi nie opiekował, no ale nadal zostaje to zupełnie nieracjonalne 10 procent.

Żałuję, że nie zapytałam B., czy owo 10 procent dotyczy jedynie tego konkretnego kolegi, czy też każdej osoby nieheteroseksualnej i czy podobnie nieracjonalne obawy żywi zarówno w stosunku do kobiet, jak i do mężczyzn, bo pewnie wynikłaby z tego kolejna ciekawa konstatacja. Ale może jeszcze będzie okazja. Pytanie na koniec brzmi: czy to, że B. uważa się za homofoba, wystarczy, by stwierdzić, że nim jest? A może ta jego, jak dla mnie, spora wrażliwość na to, czy i dlaczego kogoś wyklucza oraz przeświadczenie o nieracjonalności własnych obaw świadczy o czymś kompletnie przeciwnym? Może po prostu uważa, że homofilowi nie wypada się deklarować jako homofil, skoro jednak dostrzega w sobie jakieś uprzedzenia?

wtorek, 22 lutego 2011

Wszyscy chcą kochać?

Wyszło jednak na to, że uczestnicy tegorocznej Parady Równości nie będą spacerować po nierównościach. Choć w głosowaniu internetowym niewielką przewagą głosów nad "Misja, Miłość, Muzyka" wygrało hasło "Chodź z nami po nierównościach" (o dziwnych zawirowaniach w głosowaniu pisałam tu), to organizatorzy Parady ogłosili dziś, że najwięcej głosów oddano na "Wszyscy chcą kochać". "W trakcie głosowania doszło do próby nielegalnego wpłynięcia na wynik sondy, jednakże administracji serwisu udało się ustalić, które głosy zostały sfałszowane" - tłumaczą na swojej stronie. Na ich profilu na Facebooku można się doczytać, że tych sfałszowanych głosów było około 1200, czyli prawie 2/3 wszystkich oddanych. Czyli nie dorośliśmy jeszcze chyba do internetowej demokracji (albo internetowa demokracja to żadna demokracja), skoro między głosami przyjętymi i odrzuconymi są aż takie dysproporcje.

A samo hasło? Cóż, Maryla Rodowicz, chuda jak słomka cizia blond, z lichym torsem starszy pan i fryzjer gej, czyli generalnie słodko-smętaśnie. Tak na marginesie, to od jakiegoś czasu nie mogę się pozbyć wizji paradowego tłumu maszerującego w takt Maryli i chóralnie śpiewającego refren jej wielkiego hitu, którego tytuł teraz posłuży za hasło Parady. Może więc z tej okazji warto zaprosić na platformę samą diwę? Generalnie sam slogan nie jest taki zły, w końcu pragnienie miłości to rzecz uniwersalna i łatwiejsza do przyjęcia niż polityka, kłopot w tym, że może zbyt uniwersalna, a za mało radykalna. Ale nie czepiam się, w końcu mogliśmy chodzić po nierównościach (jakby nie było ich dość na co dzień, a po zimie pewnie nowe wyjdą), więc i tak jest nieźle.

Dostaje się za to ostatnio innemu hasłu z miłością w tle - "Miłość nie wyklucza". Najpierw Anna Laszuk pytała w "Replice": "Miłość nie wyklucza - i co z tego?", teraz Bartosz Żurawiecki apeluje, by przestać mówić o miłości, bo według niego problemy zaczynają się wtedy, gdy z tą miłością wchodzi się w przestrzeń publiczną. Jakoś mam wrażenie, że Bartkowi miłość kojarzy się z intymnością w czterech ścianach własnego albo wynajmowanego M. Tymczasem, skoro akurat nasze związki i ich równouprawnienie są przedmiotem publicznej debaty, to trudno mówić o jakimś jasnym podziale na to, co prywatne, i to, co publiczne. Zresztą nie tylko o tę debatę chodzi, ale i o to, jak nasza "nielegalność" wpływa na nasze relacje. W końcu każda homicza para, oprócz zwykłych kłopotów w związku (od sporów o to, jak wyciskać pastę do zębów czy kroić masło, po problemy mieszkaniowe czy finansowe) ma jeszcze jeden dodatkowy balast - to, że ów związek nie jest w pełni akceptowany (prawnie i społecznie) tylko i wyłącznie ze względu na to, że jest to związek osób tej samej płci, a nie z powodu na przykład jego jakości. Bawią mnie wszelkie domorosłe (bo innych nie ma) analizy jakości naszych relacji właśnie - a to mające na celu wykazanie ich mniejszej trwałości, a to większej otwartości w stosunku do związków osób heteroseksualnych. Umówmy się, wszelkie tego typu badania nie będą miały najmniejszego sensu, póki nie będzie pełnego równouprawnienia. A i wtedy trzeba będzie poczekać tak z pięćdziesiąt albo i sto lat, by móc porównywać podobne z podobnym. Bo nawet jak już nieheteroseksualni Polacy i Polki będą mieli możliwość zawierania małżeństw/związków partnerskich, to wielu z nich czeka jeszcze długa droga, nim będą gotowi je zawrzeć. Nie, nie dlatego, że nie są gotowi, a w każdym razie ów brak gotowości nie wynika z relacji między partnerami/partnerkami. Zawarcie związku to publiczna deklaracja uczucia, po prostu taki troszkę większy i nieprywatny coming out, na który nadal bardzo wiele osób nie potrafi się zdobyć. Z drugiej strony - poczucie, że prawo jest po naszej stronie, siłą rzeczy ów strach przed coming outem zmniejszy. Ale mimo wszystko równe prawa to tylko krok do tego, byśmy rzeczywiście poczuli się równi.

Czyli co? Wszyscy chcą kochać. Ale chcą też czuć się w swojej miłości legalni.

sobota, 19 lutego 2011

Zaległe newsy

Przede wszystkim, Homiczkom kilka dni temu stuknęło siedem lat! Tu rozpływałam się nad nimi z okazji sześciolecia istnienia, od tego czasu zdania nie zmieniłam, chyba że jeszcze bardziej na plus. W końcu to tam miała miejsce najważniejsza z zeszłorocznych debat - o związkach partnerskich - dzięki której narodził się społeczny projekt ustawy, ogromny różowy baner z napisem "Żądamy ustawy o związkach partnerskich", który zadebiutował podczas EuroPride, oraz Grupa Tel-Aviv i kampania "Miłość nie wyklucza". Nie pozostaje mi więc nic innego, jak życzyć Homikom kolejnych tak udanych akcji i lat mądrego istnienia. A przy okazji najlepsze życzenia dla Uschi, która objęła stanowisko redaktorki naczelnej portalu.

Do polskich kin w końcu wszedł film "The Kids Are All Right" Lisy Cholodenko. Wyzwierzałam się na nim tu, nadal mi się nie podoba, nie mogę się za to nadziwić protestom, jakie budzi wśród nie tylko polskich LGBTQetcetera. A konkretnie temu, że ponoć największą wadą tego filmu jest to, że jedna z bohaterek ma romans, bynajmniej nieplatoniczny, z mężczyzną. No bo to przecież niemożliwe, żeby lesbijka z własnej nieprzymuszonej woli poszła do łóżka z facetem! A skoro już poszła, to jest co najwyżej biseksem i jako taka w ogóle nie powinna się wiązać na stałe z kobietą. Kto mnie czyta od jakiegoś czasu, ten wie, że nie trawię wszelkiego rodzaju etykiet. I nie wierzę w istnienie czegoś takiego jak archetyp lesbijki, kobiety, mężczyzny czy kogokolwiek bądź. Postać grana przez Moore irytuje mnie z paru względów, ale akurat w tym wątku nie widzę niczego złego. Bo tak naprawdę nic by się nie zmieniło w wymowie filmu, gdyby na miejscu tego gościa była kobieta. Jules nie poleciała na niego dlatego, że był mężczyzną, ale dlatego, że czuła się zagubiona, niedowartościowana i szukała (może i głupio, ale to inna rzecz) remedium na swoje problemy. I tyle, nie ma co mieszać do tego jej orientacji czy orientacji samej reżyserki. Jest jeszcze jeden wątek, w którym osoby krytykujące "The Kids Are All Right" doszukują się jakiegoś ataku na siebie (czyli te archetypy, których nie ma) - otóż obie bohaterki lubią gejowskie porno, no a przecież prawdziwe lesbijki nie mogłyby się ekscytować widokiem nagich mężczyzn. Cóż, obawiam się, że seksualność nie jest jednak aż tak prosta i jednoznaczna, choć rozumiem, że niektórzy i niektóre chcieliby, żeby była.

Ze smutnych wieści, swój żywot zakończyła klubokawiarnia Amsterdam. O jej powstaniu pisałam tu i naprawdę miałam nadzieję, że temu klubowi uda się przełamać złą passę, która jak dotąd nie pozwoliła utrzymać się w Warszawie żadnemu miejscu nastawionemu na kobiecą klientelę, ale, jak widać, nie udało się. Amsterdam nie był może superekskluzywnym miejscem, ale na pewno był najciekawszym i najlepiej prowadzonym z dotychczasowych. Tak że wielka szkoda, że już go nie ma.

Już za kilka dni, a konkretnie 25 lutego rusza festiwal "Rewolucje kobiet", którego punktem kulminacyjnym będzie dwunasta już Manifa. Tym razem maszerujemy 6 marca pod hasłem "Dość wyzysku! Wymawiamy służbę!". Tegoroczna Manifa zogniskowana będzie wokół praw pracowniczych, bezrobocia i nieodpłatnej pracy kobiet, a festiwal wokół zachęcania kobiet do szeroko rozumianej aktywności i rozwoju. Trochę mi brakuje w tym roku postulatów obyczajowych, z drugiej jednak strony polityczność i jasny, wyraźny przekaz zawsze były siłą Manif, więc może nie ma co się rozdrabniać.

W międzyczasie SLD zapowiedziało powrót do debaty nad projektem ustawy o świadomym rodzicielstwie, przygotowanym we współpracy z organizacjami kobiecymi w 2005 roku. Hm, wybory blisko?

Na koniec - wieści w sprawie zatrzymania Roberta Biedronia podczas antyfaszystowskiej demonstracji 11 listopada ubiegłego roku. Otóż póki co sąd uznał, że zatrzymanie było legalne, choć przeprowadzone niezgodnie z zasadami - w protokole zatrzymania znalazły się nieprawdziwe informacje. Trwają też przesłuchania świadków zgłoszonych przez Roberta. W miejscu stoi za to śledztwo przeciwko niemu (jest oskarżony o naruszenie nietykalności cielesnej policjanta). Choć wszystko wskazuje na to, że sprawy wytoczone przez Roberta i przeciw niemu jeszcze trochę potrwają, to i tak postępują znacznie szybciej niż Nasza Sprawa 2. W której, gdy w końcu odbyła się pierwsza rozprawa, wyszło na to, że sąd nie wie nawet, kto jest pozwanym, a kto pozywającym. Współczuję pozywającym. Naprawdę.

wtorek, 15 lutego 2011

Nie ma co liczyć na szkołę

Co jakiś czas wraca temat podręczników do wychowania do życia w rodzinie. Najczęściej wtedy, gdy ukazuje się nowa edycja najpopularniejszego z nich - "Wędrując ku dorosłości" pod redakcją Teresy Król - który wprawdzie z wydania na wydanie się zmienia, ale zawsze można w nim znaleźć jakieś kwiatki, jak np.:

Dziewczyna powinna zdawać sobie sprawę, że więcej niż chłopiec płaci za nietrafny wybór [partnera seksualnego], bo nie ma równości w naturze. On jest dawcą życia, "siewcą", natomiast jej ciało "glebą", w której będzie wzrastało nowe życie. Postawa chłopców, którzy stają się ojcami, bywa różna.

Dla niektórych osób homoseksualizm jest wyborem orientacji seksualnej, czyli świadomą decyzją. Dobrowolnemu przechylaniu się na stronę homoseksualną (...) towarzyszą różnego rodzaju uzasadnienia wyrażające wyższość stanu homoseksualnego nad heteroseksualnym. (cytaty z najnowszego wydania)

W poniedziałek w portalu GazetaEdukacja.pl ukazały się wyniki badania podręczników do wychowania do życia w rodzinie oraz samego przedmiotu. Podsumowanie tu, więcej szczegółów tu, a u mnie kilka ciekawostek. Pierwsza - chyba optymistyczna - mimo że podręcznik pani Król rzeczywiście jest najpopularniejszy, to z samych podręczników (nie są obowiązkowe, tak jak i przedmiot) korzysta zaledwie 12 procent gimnazjalistów (a tylko 5 procent z "Wędrując ku dorosłości", ale to niekoniecznie dobra wiadomość, bo pozostali autorzy, poza Alicją Długołęcką, wcale nie są lepsi od pani Król). Druga - przebadani rodzice i uczniowie uważają, że lekcje w.d.ż. są potrzebne, ale też większość z nich nie jest zadowolona z tego, jak są prowadzone i jakie tematy są na nich poruszane. Czemu trudno się dziwić, bo naprawdę rzadko się zdarza, by lekcje te prowadzili specjaliści - psychologowie czy seksuologowie - a tego by chciała większość ankietowanych. Znacznie częściej są to nauczyciele wiedzy o społeczeństwie czy historii, czyli w sumie ludzie z łapanki. Trzecia - i uczniowie, i ich rodzice (choć ci pierwsi mniej) są znacznie bardziej liberalni, niż chcieliby tego autorzy dopuszczonych do użytku szkolnego podręczników. Czyli oddziaływanie ich nie zawsze mądrych wywodów jest na szczęście nikłe.

Tyle dobrych wieści, bo rzeczywistość (w tym przypadku szkolna, pozaszkolną praktykę młodzieży w dziedzinie seksualności prezentują m.in. niedawne badania firmy Bayer - do poczytania tu) przedstawia się mniej wesoło. Do prowadzących z łapanki i kiepskich podręczników, z których prawie nikt nie korzysta, dochodzą również lekcje, które w teorii istnieją, ale w praktyce w wielu szkołach ograniczone są do jednorazowej pogadanki (często to wystarczy, aby dyrekcja zadeklarowała w papierach, że temat został przerobiony, a zgodności tych deklaracji z rzeczywistością nikt nie sprawdza). Nie ma żadnych szans, by w.d.ż. stało się przedmiotem obowiązkowym (o co zabiega od lat chociażby Ponton), bo Ministerstwo Edukacji nie chce się narazić tym rodzicom, którzy nie życzą sobie, by ktoś ingerował w wychowanie ich dzieci. Nie ma też moim zdaniem żadnych szans, by nastąpiła jakaś znacząca przemiana w samych podręcznikach do tego przedmiotu. Dlaczego tak myślę? W poniedziałek miałam okazję obserwować debatę na temat edukacji seksualnej zorganizowaną w siedzibie "Gazety Wyborczej". Wśród panelistów - Tomasz Garstka (autor bodaj najlepszego i zarazem odrzuconego przez MEN podręcznika "Kim jestem?" - więcej o tej historii tu), Teresa Król, Zbigniew Izdebski, Józef Augustyn SJ (ksiądz, recenzent ministerialny), pani z grupy Ponton, Tomasz Leonowicz (ginekolog i seksuolog). Na sali panie z Ministerstwa i ZNP. Debata gorąca (przy takim zestawie panelistów nie mogła być inna), ale dla mnie najciekawsze było to, co się działo niejako poza nią. Otóż nie dało się nie zauważyć, że, choć nie lubię słowa "układ", właśnie coś takiego w kwestii w.d.ż. istnieje. Pani Król jest bardzo zaprzyjaźniona z paniami z Ministerstwa (w którym kiedyś sama pracowała) oraz z Józefem Augustynem (przypominam, recenzentem ministerialnym!). Książkę Tomasza Garstki, która została za niezgodną z Konstytucją (sic!), między innymi dlatego, że stawia relacje osób nieheteroseksualnych na równi z relacjami osób heteroseksualnych, recenzował właśnie Józef Augustyn, który podczas debaty powiedział wprost, że wiedza nie może być przekazywana w oderwaniu od światopoglądu i moralności (a że większość Polaków to ponoć katolicy, to...) i w ten sposób zbijał argumenty, że to, czego się naucza, powinno być przede wszystkim zgodne z nauką. Nie muszę chyba dodawać, że te stwierdzenia o zgodności podręczników z moralnością, nie z nauką, nie zrobiły wrażenia na paniach z MEN-u, no bo przecież recenzent to recenzent, one na nim polegają, on musi się znać, a jak twierdzi, że książka jest niezgodna z prawem, to tak jest i tyle.

Oczywiście wiem, że prochu to nie odkrywam i że wszędzie (więc czemu nie w edukacji?) są układy i układziki. I że w sumie w świetle przedstawionych badań nie ma co się martwić bzdurami, które można znaleźć w podręcznikach czy usłyszeć podczas lekcji w.d.ż., bo młodzi nie z nich czerpią wiedzę. Kłopot w tym, że na szkole świat się nie kończy, takie grupy jak Ponton od lat alarmują, że nastolatki o swojej seksualności mają pojęcie raczej marne, a na dodatek wielu rodziców wolałoby, żeby szkoła przynajmniej po części zdjęła im z głów ciężar edukowania ich dzieci w tym zakresie (albo w ogóle nie dopuszczają do siebie, że ich dzieci mogą TO robić). Ale wychodzi na to, że mogą sobie chcieć i alarmować, a i tak nie po ich stronie leży decyzja, co zrobi MEN. I jedyne, co mogą, to zintensyfikować działania oddolne, bo na "górę" jak zwykle nie ma co liczyć.

niedziela, 13 lutego 2011

A hasło Parady Równości to...

Komitet organizacyjny Parady Równości 2011 jakiś czas temu ogłosił konkurs na hasło tej imprezy. Z mailowych propozycji wybrał pięć, które poddał pod głosowanie w internetowej ankiecie. Koniec głosowania już jutro, ale zanim przedstawię aktualne wyniki, najpierw obrazek z 8 lutego (pożyczony od Abiekta):
I mniej więcej tak wyglądała kolejność haseł przez wszystkie dni (tylko liczba głosów na nie oddanych rosła), aż do (chyba) dzisiejszego poranka, kiedy to nagle lawinowo zaczęły przyrastać głosy oddane na zdecydowanie najdziwniejsze hasło w tej stawce, czyli "Chodź z nami po nierównościach". Sytuacja z godziny 14.20:
I z 14.33:
Oczywiście może być tak, że autor/autorka tego hasła właśnie rozpoczęła intensywną kampanię na jego rzeczy (w końcu za hasło, które wybiorą internauci, komitet zapłaci bodaj 300 złotych), obawiam się jednak, że wyjaśnienie fenomenu, który właśnie obserwuję, może być też inne: otóż jak dla mnie to strona Parady właśnie pada ofiarą ataku złośliwców (nie wiem, z której strony barykady), którzy postanowili zabawić się kosztem organizatorów. Dlatego na wszelki wypadek, jak już "Chodź z nami po nierównościach" zwycięży w głosowaniu, radzę sprawdzić, skąd pochodził ruch na stronie w ostatnich dniach. I bardzo jestem ciekawa, co zrobi komitet Parady, gdy się okaże, że było to np. forum Kibice.net.

Na zakończenie - screenshot z 14.43:
To co, za godzinę będziemy już spacerować po nierównościach?

czwartek, 10 lutego 2011

Przepraszam i żałuję, ciociu, że jesteś głupia

No i proszę, poseł Węgrzyn przeraził się reakcji partyjnych kolegów (ci z Opola posunęli się nawet do wyrażenia chęci usunięcia go z partii) na swój jakże błyskotliwy "żart" o lesbijkach i "przeprosił", wydając takie oto oświadczenie:

W związku z moją wczorajszą wypowiedzią w TVN 24 chciałbym oświadczyć, że moje przekonania dotyczące związku dwojga ludzi są niezmienne i konserwatywne, jednak z tego powodu nie jestem ani homofobem ani nie dyskryminuję kogokolwiek. Ubolewam, że przytoczony przeze mnie żart został wyjęty z całości mojej rozmowy z Redaktorem TVN 24. Przepraszam, jeśli kogokolwiek ten żart uraził, bo rzeczywiście mógł zabrzmieć seksistowsko, jednak nie było to moim zamiarem. (...)

Aż się przypomina stary dowcip o Jasiu:

- Jasiu, przeproś ciocię za to, że powiedziałeś, że jest głupia.
- Przepraszam i żałuję, ciociu, że jesteś głupia.

Pomijając jakość owych "przeprosin", to, jak dla mnie, pan poseł nie miał za co przepraszać, w końcu powiedział to, co on i pewnie spora rzesza jego partyjnych kolegów myśli i o czym swobodnie rozmawia w kuluarach. A jedyną jego winą, tak jak komentatorów sportowych wyrzuconych niedawno z BBC za seksistowskie wypowiedzi (na temat sędziny liniowej i koleżanki ze studia) było tak naprawdę to, że dał się na seksizmie złapać. I za to powinien przeprosić - swoich kolegów. No bo przecież oni chcą uchodzić za liberalnych i europejskich, a tu taka wpadka. Umówmy się, nie ma możliwości, by nic wcześniej nie wiedzieli na temat kiepskiego poczucia humoru pana Węgrzyna (któremu zresztą dawał publicznie wyraz już wcześniej, ostatnio oceniając strój posłanki Kempy, a w 2009 roku mówiąc do innej posłanki PiS, Marzeny Wróbel: "Proszę, aby wcześniej pójść sobie do jakiegoś klubu, potańczyć, może na rurce się pani chwilkę pokręci"), a skoro wiedzieli, to najwyraźniej im nie przeszkadzało. Tak więc publiczne linczowanie posła voyeurysty to jedynie gra sondażowa (a jest o co grać, bo PO ostatnio pięknie w sondażach spada), a nie wyraz rzeczywistego oburzenia jego poglądami. W końcu jego "żart" to prawdziwa gratka dla tych, którzy chcą tanim kosztem powalczyć o elektorat LGBTQetcetera. Wystarczy pokrzyczeć, pogrozić i już, plakietka przyjaciela nieheteroseksualnych wyborców przypięta. Nie trzeba mówić o związkach partnerskich, konstruować i przepychać ustaw, w końcu ktoś, kto tak ślicznie broni biednych znieważonych lesbijek, nie może być zły, nieprawdaż?

Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, dla mnie dużo autentyczniejsza jest reakcja redaktora Terlikowskiego na ową aferkę, który co prawda Węgrzyna broni (a konkretnie jego poglądów odnośnie "nieobnoszenia się"), ale przy okazji stwierdza, że tekst o lesbijkach był niesmaczny. I ja mu wierzę, że naprawdę tak myśli. Nie wierzę natomiast "oburzonym" państwu z PO czy PiS, choćby dlatego, że oni akurat o kontekście, w jakim padły owe słowa (pytanie o związki partnerskie), nawet się nie zająknęli.

Wnioski? Pan Węgrzyn się poobnosił ze swoimi upodobaniami seksualnymi, państwo z PO ze swoim liberalizmem i otwartością, a w naszych sprawach i tak nic się nie zmieni. Ale może ktoś się przy okazji dowiedział czegoś nowego o kulturze politycznej w naszym kraju i następnym razem dwa razy pomyśli, nim postawi krzyżyk na karcie do głosowania, by wybrać, którego buraka będzie przez najbliższe cztery lata utrzymywał i płacił mu za popisywanie się kulturą osobistą w telewizji. Choć, bądźmy szczere, fantazje takich Węgrzynów na temat lesbijek chyba nieszczególnie ich wyborców obchodzą.

środa, 9 lutego 2011

Z gejami dajmy sobie spokój...

Kampania wyborcza najwyraźniej tuż-tuż, bo nie tylko SLD zapowiada, że już za chwileczkę, już za momencik ujrzymy ustawę o związkach partnerskich (tak, tę samą, która zgodnie z deklaracjami Napieralskiego złożonymi podczas II Kongresu Kobiet miała być gotowa w lipcu ubiegłego roku), ale i PO rusza w umizgi do nieheteroseksualnych wyborców. "Niektóre sprawy, m.in. kwestie podatkowe, dziedziczenia w takich związkach, wymagają uregulowania" - stwierdziła Małgorzata Kidawa-Błońska. Na szczęście PO ma również posła Roberta Węgrzyna, który błysnął w TVN24 wyjątkowo błyskotliwą wypowiedzią: "Z gejami to dajmy sobie spokój, ale z lesbijkami, to chętnie bym popatrzył. (...) Natura ludzka i człowiek jest tak skonstruowany, że powinien on żyć w związku partnerskim zgodnie z naturą. Jak ktoś chce inaczej, to jest jego problem, ale niech się z tym nie obnosi". Nie wiem, w jaki sposób można połączyć postulat "nieobnoszenia" z chęcią "popatrzenia", no ale, jak widać, można. Tak jak i da się połączyć bycie burakiem z byciem posłem. Swoją drogą, nie mam pojęcia, co niektórzy mają z głowami, że im się na myśl o związkach partnerskich z miejsca film pornograficzny włącza, no ale może nie o głowy tu chodzi.

Nasz wywiad dla "Polityki" jest już dostępny online, a pod nim mamy dość zabawną dyskusję. Zabawną, bo jakaś pani stwierdziła, że złości ją fakt, że część kobiet nieheteroseksualnych uważa się za feministki, no a co my możemy wiedzieć o kobietach i feminizmie. Za co została dosłownie zadziobana, chyba nie muszę dodawać, że jak dla mnie słusznie. Ciekawe swoją drogą, że w Polsce nadal mamy mamy cały przekrój feministek - od tych drugiej fali, które rzeczywiście chciały wykluczać ze swoich szeregów osoby niewystarczająco normatywne, przez trzecią, po zwolenniczki teorii queer, która stara się włączyć każdego.

Z rzeczy ciekawych, organizowany przez KPH okołowalentynkowy festiwal Równe Prawa Dla Miłości po raz pierwszy w historii doczekał się dofinansowania z urzędu miasta. Mój ulubiony prawicowy portal oczywiście grzmi, że jak to, że Hanna Gronkiewicz-Waltz wydaje nasze (znaczy ich) pieniądze na wspieranie lobby gejowskiego, że Duch Święty niedługo o niej zapomni, jak będzie tak dalej postępować itd., itp. Bardzo lubię słowo "lobby" i ową wybiórczą troskę o to, na co idą pieniądze podatników, w końcu, wrzucone w jedno zdanie, dają nieograniczone możliwości żalenia się, jak niesprawiedliwie jest się traktowanym. W efekcie, jak się już skończą tematy, zawsze można będzie ponarzekać na homolobby, które spaceruje po chodnikach czy jeździ pociągami wyremontowanymi za nasze (znaczy ich) pieniądze. A tak serio to nie wiem, czy dofinansowanie festiwalu to przełom (jak chce KPH), ale na pewno pokazuje, że o pieniądze z miejskiej kasy starać się warto, bo, jak widać, czasami się je dostaje.

A na koniec dwa filmiki, które od jakiegoś czasu krążą w sieci. Pierwszy to uznana za superotwartą scena z serialu TVP "Rodzinka.pl" (rzeczywiście, jak na TVP jest nieźle):



Drugi to odcinek serialu internetowego "Pomydleni". Jak widać, nie tylko poseł Węgrzyn ma kłopot z odróżnieniem pornografii od rzeczywistości. I to ma być serial młodzieżowy...

niedziela, 6 lutego 2011

Galeria potworów - część druga

Słowo się rzekło, czas na kolejną odsłonę "Galerii potworów" (ideę tego zestawienia opisałam tu). Na początek małe wyjaśnienie - otóż niestety nie jestem w stanie opisać wszystkich osób, które zgłaszaliście i zgłaszałyście w komentarzach. Powód jest prosty: sieć o nich (prawie) milczy, a ja sama również niewiele o nich słyszałam. Nie ma jednak przeciwwskazań, by swoją cegiełkę do tej "encyklopedii" dołożyli sami zgłaszający i zgłaszające. Tak że, jeżeli macie ochotę podzielić się swoimi spostrzeżeniami, na swoje biogramy czekają (wymienieni w komentarzach do pierwszej części): Michał Pawlęga, Krzysztof Kliszczyński, Paweł Fischer-Kotowski i Mirka Makuchowska.

Ale dość wstępów, czas na nagą prawdę. Miłej lektury!

Marta Abramowicz – współzałożycielka KPH, następczyni Roberta Biedronia na stanowisku prezesa tej organizacji. Swoją funkcję pełniła nieco ponad rok, by zrezygnować z niej w niewyjaśnionych okolicznościach. Znając jej twardy charakter, trudno podejrzewać ugięcie się pod naciskami z zewnątrz, dlatego można z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że na jej decyzję wpłynęło jakieś wydarzenie, o uczestnictwo w którym nikt by jej nie podejrzewał.

Tomasz Bączkowski – osławiony szef Fundacji-Od-Jednej-Imprezy. Miłośnik zagadek i suspensu, znany z tego, że datę, trasę i hasło każdej kolejnej Parady Równości potrafił trzymać w tajemnicy dosłownie do ostatniej chwili (prawdopodobnie dlatego, że sam ich nie znał). Specjalista od strzelania fochów w kluczowych momentach (np. na dzień przed przemarszem). Do dziś nie udało się ustalić, w jaki sposób udało mu się tak długo piastować swoją funkcję. Chyba że za dobrą monetę uznać tłumaczenia, że nie dało rady znaleźć nikogo lepszego.

Adam Biskupiak (vel Księgowy) – prawa ręka Tomasza "Focha" Bączkowskiego, jedyny człowiek skłonny bronić go w każdej sytuacji, co czyni z niego wyjątkowo podejrzaną jednostkę. Specjalista od finansów, oskarżany o rozliczne malwersacje. W sumie nie wiadomo, co jest gorsze – owe pogłoski czy lansowana przez niektórych wersja, zgodnie z którą nigdy nie udało mu się wyjść z Parady na plusie.

Katarzyna Formela – miłośniczka ślubów/związków partnerskich, spraw sądowych mających na celu legalizację w Polsce różnych aspektów zawartych przez nią związków, petycji internetowych i własnych komentarzy (zazwyczaj zostawia je, w niezmienionej formie, w co najmniej kilkunastu miejscach). Misja: zarazić swoimi pomysłami na życie jak największą liczbę osób.

Magdalena Okoniewska – znana z tego, że nie udało jej się zostać znaną z tego, że jest znana. Autorka koszmarku "Mój świat jest kobietą. Dziennik lesbijki", w którym z ekshibicjonistyczną przyjemnością niewspartą talentem literackim opisała swoje podboje, niedoszłe podboje i fantazje na temat podbojów (zapewne niedoszłych). W zeszłym roku próbowała wrócić na usta wszystkich z drugą częścią książki, gdy się nie udało, zamilkła, by ostatnio objawić się jako członkini komitetu Parada Równości 2011.

Jej Perfekcyjność – specjalistka od lansu i baunsu. Do perfekcji opanowała argumenty uzasadniające, że bynajmniej nie o lans i bauns chodzi. Upiera się, że jej imię brzmi "Jej", a nazwisko "Perfekcyjność", choć w życiu zawodowym funkcjonuje pod zupełnie innym mianem. Obecnie rzeczniczka prasowa komitetu Parady Równości 2011 i prezeska koła naukowego Queer UW. Mimo zamiłowania do wkluczających inicjatyw bardzo sobie chwali doświadczenie bycia selekcjonerką nieistniejącej już Utopii, która bynajmniej nie z otwartego charakteru słynęła.

Karolina Skowron - tęczowy filar Zielonych. Z uporem maniaka wciska nazwę "Zieloni" w każdą akcję. Nadmiernie ambitna złodziejka stanowisk. Nie wie, co to praca u podstaw, wszystko robi z rozmachem, żeby być na siłę gwiazdą. Pseudoentuzjastyczna i na pozór kochająca cały swiat, a tak naprawde chorobliwie uparta i nieustępliwa, gdy ktoś jej zajdzie za skórę. Przechwala się swoim brytyjskim wykształceniem. (biogram nadesłany przez samą bohaterkę)

Przemysław Szczepłocki (vel Multilicus) – zwany też Różową Eminencją. Określa się jako bezwzględny, marudny, arogancki, niesprawiedliwy, złośliwy, impertynencki i apodyktyczny. Nie wiadomo, czemu NIE określa się jako przemądrzały, gadatliwy i irytujący. Obnosi się ze swoim zamiłowaniem do koloru różowego. Unika publicznego komentowania cudzej działalności, co każe go zaliczyć do grupy osób, które wstydzą się swoich rzeczywistych poglądów. Dodatkowa okoliczność obciążająca: sam o sobie stara się mówić jak najgorzej. Członek zarządu Stowarzyszenia Pracownia Różnorodności.

Krzysztof Śmiszek (vel Tajemnica Poliszynela) – szef grupy prawnej KPH, na pozór sympatyczna i pracowita druga połowa pierwszego geja III RP. Swoją prawdziwą twarz pokazał jakiś czas temu w rozmowie z pewną pełnomocniczką w pewnym programie śniadaniowym, po której obraził się za publiczne wyjawienie jego nieheteroseksualności.

Anna Urbańczyk – niegdyś koordynatorka KPH Trójmiasto, obecnie wiceprezeska KPH. Choć przedstawia się jako dziennikarka, aktywistka i animatorka kultury, najbardziej znana jest z walki o uznanie Sheryl Crow królową Polski. W gruncie rzeczy konserwatywna, zasłynęła sprzeciwem wobec badań nad orientacją psychoseksualną postaci historycznych.

Część pierwsza "Galerii potworów" tu.

Gdzie są femki?

Na początek ostrzeżenie: to będzie wpis z serii głupawych (na poważne rzeczy jakoś nie mam nastroju). W najnowszej "Replice" (numer jubileuszowy, magazyn niedawno obchodził piąte urodziny) znalazł się między innymi tekst o imprezach kobiecych w Trójmieście i we Wrocławiu, zilustrowany taką oto fotką:
O nieformalnym dress kodzie uwidocznionym na tym zdjęciu napisała VN tu, mnie urzekło ono z trochę innego powodu - otóż jako żywo nie dostrzegłam na nim modelowej femme. Oczywiście, jako że na tych imprezach bawią się setki kobiet, możliwe, że akurat ten typ po prostu się na to ujęcie nie załapał, ale mimo wszystko, patrząc na nie, poczułam się dość reprezentatywna (choć od czerni wolę niebieski). Jeżeli po tym wstępie ktoś spodziewa jakiejś teorii co do procentowej zawartości femme w społeczności LGTQetcetera, to niestety muszę go rozczarować. Otóż nie, o procentach pisać nie będę, za to podzielę się niedawnym odkryciem, które te, które się czują niedoreprezentowane na owej fotce i w ogóle, powinno ucieszyć. Kilka dni temu na Gaylife pojawiła się relacja ze spotkania komitetu organizującego Paradę Równości 2011:
Widzicie to, co ja? Tak, na zdjęciu ilustrującym tekst są trzy długowłose kobiety. Dwie z nich mają nawet spódnice! Niniejszym znalazłam odpowiedź na postawione w tytule posta pytanie - femme organizują Paradę Równości 2011. Co więcej, od czasu, kiedy pisałam o bardzo męskiej Paradzie, w samym komitecie organizacyjnym pojawiły się już cztery kobiety (sądząc z fotek, same femme) - Katarzyna "Kapsyda" Kobro, wiceprezeska Stowarzyszenia Ruch Poparcia Palikota, Magdalena Okoniewska (pisałam o niej tu, trafi też do kolejnej odsłony "Galerii potworów"), Katarzyna Ewa Żak oraz Marietta Wróblewska z SdPL. Tak więc już niedługo czeka nas prawdziwa bomba wizerunkowa, która, jak mniemam, na zawsze rozstrzygnie wszelkie wątpliwości odnośnie tego, czy wygląd reprezentujących (lub "reprezentujących", w zależności od preferencji reprezentowanych) ma jakieś znaczenie dla walki o równe prawa, czy nie. Nie wiem, jak wy, ale ja już się nie mogę doczekać odpowiedzi na to pytanie.

środa, 2 lutego 2011

Wsadzamy kij w mrowisko?

W najnowszej "Polityce" mamy piękną fotkę a'la "Zakochany kundel", a poza tym trochę się produkujemy na ulubione tematy. Ciekawa jest sama historia wywiadu, bo pani dziennikarka zadzwoniła do nas z propozycją takiej szczerej rozmowy, w której się pozwierzamy, jak to się nam w życiu wiedzie (w domyśle rozmowy o różnych smutnych i trudnych sprawach). Na to my, że wywiad bardzo chętnie, ale jeśli chodzi jej o jakąś martyrologiczną historię, to trafiła pod zły adres, bo my naprawdę mamy na koncie głównie szczęśliwe historie. Pani przemyślała sprawę i stwierdziła, że w takim razie może pogadamy o dystansie do siebie. Efekt można zobaczyć w wydaniu papierowym, a u nas, na zachętę, kilka fragmentów.

A może w Polsce będąc gejem albo lesbijką wciąż jednak trudno być szczęśliwym (...)?
Ewa: Dlaczego niby trudno jest być szczęśliwym?
(...) Chyba samopoczucie trochę zależy od tego, czy człowiek jest akceptowany.
Ewa: Dla niektórych może zależy. Ja widzę to tak: rodzice to ważne osoby, ale przecież niejedyne na świecie. Czy akceptacja ze strony sprzedawczyni w sklepie, albo, nie daj Boże, pani minister od dyskryminacji powinna mieć dla mnie znaczenie? Jeśli ktoś z powodu ich opinii czuje się źle, to ma kłopot przede wszystkim ze sobą. Owszem, niektórzy żyją w strachu: co się stanie, gdy inni się dowiedzą, że jestem gejem czy lesbijką. Ale jeśli coś ich unieszczęśliwia, to – w moim  przekonaniu - właśnie ten strach. Nie brak akceptacji, tylko to, co się dzieje w ich głowach. Potem, kiedy człowiek już powie, jest jak ten chłopak, który do nas napisał: cierpi, ale mimo wszystko czuje się szczęśliwy, bo już się nie boi. A gdy tak cholernie się boisz, to trudno mieć dystans do siebie. 

(...) Naszym rysem jest raczej to, że nie mamy czegoś takiego jak gay pride - wspólnoty, społeczności, zbudowanej wokół dumy gejowskiej, czy lesbijskiej.
Orientacja seksualna to powód do dumy?  
Ewa: Chodzi o dumę rozumianą raczej jako brak wstydu z powodu tego, kim się jest. U nas tego nie ma. Dlatego na parady przychodzi kilka tysięcy osób, a nie kilkaset tysięcy. 
Parada to chyba właśnie manifestacja dumy, a nie celebracja cierpienia? 
Ewa: Ależ to się łączy! Które parady były najbardziej udane? W 2005 r., gdy w Warszawie Lech Kaczyński zakazał jej organizowania, a w Poznaniu marsz równości został spacyfikowany. Biją naszych? No, to idziemy. To jest nasza martyrologia. W tym sensie funkcjonujemy bardzo po polsku – najlepiej zbieramy się, gdy trzeba wystąpić przeciw.
Małgorzata: Tyle że gdy przyglądam się sobie uczciwie, muszę sama siebie zapytać: o co ci chodzi? Masz dziewczynę, a nawet żonę, którą twoi rodzice zapraszają na obiad, masz fajną i dobrze płatną pracę, masz świetnych przyjaciół i znajomych. W zaprzyjaźnionych sklepach w sąsiedztwie twojego domu sprzedawcy licytują się, kto da ci kredyt, jeśli chwilowo tracisz płynność finansową. Jaka martyrologia? 
Owszem, równe prawa dla homo i heteroseksualistów są bezdyskusyjnie konieczne. Ale jeśli chodzi o atmosferę, klimat wokół nas, to przykrości mogą człowieka spotkać z różnych powodów – bo na przykład jest ateistą, albo nie jest ateistą. To jest wliczone w ryzyko życia. I chyba nie ma co nawet od tego ryzyka uciekać. Czytuję fora internetowe; gdy pod informacjami o nas pojawiły się  komentarze, że jesteśmy brzydkie, że jeden z drugim "kijem od szczotki by takiej nie tknął", najpierw zrobiło mi się przykro. Ale po chwili dotarł do mnie absurd tego, co tam wypisują. Gdyby mi się chciało, odpisałabym: ciesz się, że wzięłyśmy ślub, bo już żadna z nas nie zastawi na ciebie sideł.  
Ewa: Nam, oczywiście, łatwiej jest mieć dystans, bo mamy mnóstwo szczęścia. Żyjemy w Warszawie, powiedzieć można  enklawie tolerancji. Podejrzewam, że kogoś z małego miasta nasze opowieści mogą wkurzyć. Ale też po naszym udziale w konkursie od wielu osób dostałyśmy sygnały, że dajemy im wsparcie  mają nadzieję, że kiedyś im też tak się ułoży jak nam. Bo przecież wciąż bardzo wiele osób homoseksualnych żyje w przeświadczeniu, że nigdy nie zrobi coming outu i nigdy nikogo nie znajdzie. Myślę, że lepiej, jak zobaczą nas – uśmiechnięte, żartujące  niż działacza opowiadającego o tym, jak go pobili, wybili mu okno, wyzwali od pedałów. 

wtorek, 1 lutego 2011

"Rzeczpospolitej" wolność do obrażania

Na początek organizacyjnie - jeżeli dożyję weekendu (co jest raczej pewne, ale jako że chyba nie wszyscy bohaterowie i bohaterki poprzedniego posta zdążyli i zdążyły się z nim zapoznać, więc lekkie obawy mam), to w niedzielę pojawi się kolejna odsłona "Galerii potworów". Propozycji na razie nie ma zbyt wielu, tak że jeżeli ktoś wam jeszcze przychodzi do głowy, możecie o tym napisać w komentarzach. Przy okazji mam małe postscriptum do mojego opisu samej siebie - otóż ostatnio ktoś trafił tutaj, wpisując w Google frazę "nonszalancka, arogancka blogerka lesbijka". Podoba mi się, biorę!

Tymczasem już (w końcu!) za dwa tygodnie pierwszy proces w Naszej Sprawie 2. O co w niej chodzi, można sobie przypomnieć, czytając ten tekst i śledząc koleje pozwu przeciw "Rzeczpospolitej" na oficjalnej stronie akcji. Oczywiście nie trzeba było długo czekać na reakcję na zbliżający się proces jednego z pozwanych - ulubionego przez wszystkich redaktora Tomasza Terlikowskiego. W tekście napisanym dla portalu Fronda.pl przedstawia całą historię jako próbę kneblowania go za to, że śmiał wyrazić wątpliwości odnośnie tego, czy związki osób nieheteroseksualnych są równe związkom osób heteroseksualnych. Rzecz jasna nie odnosi się clou owych "wątpliwości", którym było porównanie homoseksualizmu do zoofilii, dużo za to pisze o opiniach środowisk medycznych, z którymi ma prawo się nie zgadzać, czy o wykluczaniu i prześladowaniu wszystkich myślących inaczej. Najbardziej jednak w jego tekście bawi mnie chęć udowodnienia (wyrażone już w tytule "Homolobbyści w natarciu"), że oto właśnie padł ofiarą jakiejś wszechpotężnej różowej międzynarodówki, dysponującej nieograniczonymi nakładami finansowymi, której jedynym celem jest uprzykrzanie takim osobom jak on życia. A bawi, bo nawet jak się o tym nie wie, to można dość łatwo (czytając informacje na stronie Naszej Sprawy 2) dowiedzieć, że cała akcja jest dziełem garstki zapaleńców, którzy sami zebrali dość ograniczone fundusze na jej przeprowadzenie. No ale skoro i my sami mamy niewielkie pojęcie o tym, jak finansowane są nasze kampanie czy wydarzenia, to może nie powinnam tego od pana redaktora wymagać. W końcu kogo obchodzi taki przeżytek jak rzetelność dziennikarska.

Najlepsze jest to, że tego procesu mogło w ogóle nie być. Bo jego autorzy tak naprawdę chcieli tylko jednego - aby ktoś ich przeprosił. Podobnie jak tylko przeprosin chciał swojego czasu Ryszard Giersz, który pozwał swoją sąsiadkę za wielomiesięczne nękanie na tle homofobicznym. A dopiero gdy się ich nie doczekał (bo pani uznała, że jak najbardziej miała prawo go nękać, w końcu to "tylko pedał"), poszedł do sądu. Ale chyba właśnie tu jest główny powód, dla którego takie sprawy są potrzebne - że nadal bardzo wiele osób uważa, że nie ma za co przepraszać. Że osoba nieheteroseksualna, której nie bawi porównywanie jej do zoofila, jest po prostu przewrażliwiona, no bo to przecież takie śmieszne. Że w tym przypadku nie ma czegoś takiego jak "obraza", są tylko "odmienne poglądy". Że istnieje niepisane prawo, zgodnie z którym po niektórych grupach można jeździć bardziej niż po innych.

Żeby nie było - tak, jestem zwolenniczką wolności słowa. Ale jednocześnie uważam, że jeżeli ktoś się czuje czyjąś wypowiedzią urażony, ma prawo dać temu wyraz i domagać się przeprosin (i tak, zgodnie z tą zasadą pan Terlikowski może się domagać przeprosin od twórców grupy "Odebrać dzieci Terlikowskiemu i oddać parze homoseksualnej!!!"). Czyli wolność wolnością, ale liczy się też odpowiedzialność za to, co się mówi. A tu tego elementu zabrakło.