środa, 30 marca 2011

Przyjemny i rozpoznawalny(?) kłopot

Znamy już wyniki ankiety ewaluacyjnej dotyczącej akcji "Miłość nie wyklucza", przeprowadzonej wśród osób LGBTQetcetera. O szczegółach ewaluacji pisze Wojtek, w każdym razie ankieta nie była rozprowadzana "oficjalnymi" kanałami akcji, respondenci nie wiedzieli też, kto ją przygotował, a pytania dotyczyły różnych kampanii społecznych - m.in. "Razem bezpieczniej" (KPH) i "Zgłaszam problem" (Lambda Warszawa). Szczegółowe wyniki tu, generalnie optymistyczne, bo okazało się, że "Miłość nie wyklucza" jest najbardziej rozpoznawalną kampanią z wymienionych w ankiecie - kojarzy ją aż 80 procent respondentów (ciekawe, co na to Anna Laszuk, która niedawno pisała, że "Miłość nie wyklucza" to akcja znana wyłącznie użytkownikom i użytkowniczkom Facebooka?). Dla mnie najciekawsze jednak było ostatnie pytanie ankiety, w których sprawdzano, z jaką akcją respondenci kojarzą... Gosię i mnie. A konkretnie pokazano nasze zdjęcie i zapytano, w której akcji (do wyboru były: "Miłość nie wyklucza", "Niech nas zobaczą", konkurs SAS, żadna/inna) wzięłyśmy udział. Skąd w ogóle pomysł, by a ankiecie zapytać o nas? Wojtek tłumaczy to tak:

Na koniec - pewnym "kłopotem", choć przyjemnym był dla kampanii konkurs linii lotniczych SAS - wzięły w nim udział nasze bohaterki i dzięki zmasowanej ekspozycji w mediach wygrały konkurs. Czy po tym panie są kojarzone z kampanią "Miłość nie wyklucza"? Na to próbowaliśmy znaleźć odpowiedź.

Odpowiedź brzmi tak:
Niniejszym dementujemy, w "Niech nas zobaczą" (w przeciwieństwie do waszych lodówek i wanien) nas nie było. A która grupa najbardziej nas kojarzy?
Niespodzianki nie ma - osoby identyfikujące się jako lesbijki.

Nie mam pojęcia, czy to wynik "dobry", "zły" czy "taki sobie", zresztą nie ma co go chyba w takich kategoriach interpretować. Z pewnością pokazuje, że konkurs SAS najbardziej dotarł do lesbijek, w innych przypadkach różnice procentowe między osobami kojarzącymi nas z konkursem SAS i MNW są niewielkie. W każdym razie doświadczenie bycia obiektem "badania rozpoznawalności" ciekawe. Tym bardziej, że chyba po raz pierwszy takie badanie dotyczy kogoś z LGBTQetcetera.

Swoją drogą takie badania powinno się robić częściej - sprawdzać widoczność poszczególnych osób oraz akcji robionych przez organizacje. I ze względów promocyjnych, i po to, aby się przekonać, które grupy są "niedoinwestowane", gdzie nie docieramy, gdzie powinniśmy zintensyfikować działania. W końcu organizacje nieraz muszą odpierać zarzuty, że ich działania mają na celu jedynie wydanie pozyskanej z grantów kasy, a tak naprawdę nikt o nich nie słyszał i nikt się nimi nie przejmuje. Warto zobaczyć, jak jest w rzeczywistości.

poniedziałek, 28 marca 2011

Lekcja czwarta: Ciało miała miętkie jak galaretka

Po pierwsze ostrzeżenie: poniższy wpis może zawierać treści przez niektórych uznane za erotyczne (autentyczny cytat z jakiegoś portalu randkowego).Tak że aby przeczytać ten wpis, musisz mieć ukończone 18 lat. Teraz niech każdy i każda sobie odpowie, czy ma lat to 18 skończone. Jeśli tak, może czytać sobie dalej. Jeśli nie, niech omija ten wpis z daleka.

Na wstępie dla tych, co lubią fakty, dwa sprostowania do poprzedniej lekcji w jednym: z Sigmy wyrzucono nas przed rejestracją stowarzyszenia, a niedługo po nakręceniu filmu dla Channel4 (nie BBC Channel 4), czyli w 1989 roku. I oświadczenie: niniejszym wyżej podpisana oświadcza, iż nieprawdą jest, jakoby w tamtych czasach każda spała z każdą. A przynajmniej nic wyżej podpisanej o tym nie wiadomo.

Mamy rok 1990, grupa zapaleńców po dokonaniu malwersacji pieniędzy Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Grup Lambda celem zakupu czajnika dzielnie uczęszcza na szkolenia. Jesteśmy tak zdolni, że psycholog zastanawia się, czy jest ktoś, kto przyjmie go na terapię. Powód: Monisi w trakcie odgrywania różnego rodzaju scenek udaje się doprowadzić mnie do skoczenia z mostu. Wczułyśmy się w rolę. Ale łyk ciepłego napitku (kawa lub herbata) stawia nas do pionu.*

A Stowarzyszenie, a co za tym idzie i „przestępcza” Lambda Warszawa chronicznie cierpi na brak pieniędzy. Wydawać by się mogło, że geje, lesbijki i inne osoby nieheteroseksualne wesprą swoją organizację nie tylko regularnie wpłacanymi składkami, ale także mniej lub bardziej skromnymi datkami. Nic bardziej mylnego. Już wtedy, a należy pamiętać, że był to rok 1990, wiele osób uważało, że organizacja, jaką była OSGL, jest zbędna. Bo co właściwie ci działacze robią poza defraudowaniem kasy, która ponoć szerokim strumieniem płynęła z zagranicy? Jaka walka o równe prawa, z jaką dyskryminacją? Przecież możemy żyć otwarcie, mamy własne miejsca spotkań (nawet siedziba Monaru dzięki Byczkowi, wspaniałemu barmanowi, i oczywiście czajnikowi zamieniła się w nielegalny, ale uroczy pubik), nikt nas nie prześladuje, no i mamy swoją prasę. Znacie te argumenty?

No dobra, pomyśleli ci niedobrzy, nawiedzeni i skorumpowani działacze, działać nie chcecie, ale bawić się lubicie i zorganizowali dyskotekę. Dochody z biletów w całości przeznaczone zostały na działalność Lambdy Warszawa. Impreza na cel szczytny odbyła się rzecz jasna w Warszawie, przy ulicy Marszałkowskiej 2 w knajpie Pod Dwójką. Pomysł chwycił. Była kontynuacja. I co to były za imprezy... Ech, rozmarzyłam się.

A co z lesbijkami? Ano w kolejnym moim występie w prasie podałam adres naszej skrytki pocztowej. Listy (a były ich dziesiątki) odbierała i odpisywała na nie Danka, której pracy wtedy nie potrafiłam docenić, czego do dziś się wstydzę (zważcie, że były to czasy przedinternetowe, więc nie tylko trzeba było po listy do skrytki pójść, ale, po odpisaniu, wpakować je do kopert, zaadresować, nakleić znaczki i wrzucić do skrzynki). Danusiu, dziękuję i przepraszam. Dzięki tej pozytywistycznej pracy robiło nas się więcej i więcej. Zaczęłyśmy nawet dzielić się na podgrupy. Moje marzenie się spełniło!

Gdzieś w połowie roku dobiła do nas Joanna Garnier. Wspominam o tym dlatego, że okoliczności naszego rozpoznania się (bo poznanie nastąpiło trochę wcześniej) były dość zabawne. Pracowałyśmy razem w bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego. Kiedy już poznałyśmy się ciut lepiej, Asia w drodze powrotnej z poczty rzuciła w przestrzeń: "Chciałabym poznać lesbijkę". Zatkało mnie. Tak, drodzy czytelnicy i drogie czytelniczki, był w moim życiu taki okres, w którym również ja byłam skrytką. O swoim zerwaniu mówiłam, że odszedł ode mnie ktoś ważny, osoba, z którą byłam itd. itp. I bałam się. Ale przełamałam strach i tak Lambda zyskała kolejną działaczkę.

Spotykałyśmy się gromadnie raz w tygodniu. Dyskutowałyśmy na różne tematy i współdzieliłyśmy egzemplarze takich czasopism jak "Inaczej" czy "Filo". Tak, wiem, że wychodziły wtedy inne, ale tam o lesbijkach nie pisano prawie wcale (a i my się w nich nie udzielałyśmy). Swoją drogą, kupując "Inaczej", wykazywałyśmy się niezłymi skłonnościami masochistycznymi, gdyż pierwsze numery tego pisma obfitowały w męskie akty. Kobietom poświęcone były cztery strony. Najczęściej pojawiały się tam opowiadania. Zdarzały się niezłe, dobre, znośne, ale bywały i takie, w których trafić można było na perełki językowe w rodzaju: "ciało miała miętkie jak galaretka" czy "z czułością dotknęła jej maleńkiej grudki przypominającej konsystencją tę z kaszki mannej" (czy jakoś tak). Dziwne, że po takich opisach nie obrzydło nam życie seksualne.

Przesądy i stereotypy mówią, że życie erotyczne lesbijek jest nudne (dlatego zupełnie nie rozumiem Roberta W.). Ale nie wierzcie temu. Do dzisiaj z rozczuleniem wspominam imprezę, na której gospodyni po nieudanych próbach zapanowania nad rozpasaniem seksualnym hordy lesbijek w końcu machnęła ręką i rzuciła się w wir uciech. Co tam się wyrabiało! Sodomia i Pogoria, jak mówi stare żeglarskie przysłowie. Ale milcz, serce moje. Nadmienić należy, że żadna z bohaterek nie była w związku. Kiedy bowiem wstępowało się w związek, to człowiek pozostawał wierny na zawsze. No, może do pierwszej nadarzającej się okazji.

I to właśnie w tym szalonym roku 1990 w związku z tym, co mogło przerodzić się w związek, ale się nie przerodziło, zaczęła się moja niechęć do gejów, a wówczas pedałów. Otóż wyobraźcie sobie taką oto sytuację. Sobotni wieczór, balanga u Włodka Antosa (nieżyjącego już wydawcy jednego z pierwszych pism gejowsko-lesbijskich "Okay"). Podochocona grupa imprezowiczów postanawia udać się na balety do działającej już wówczas Rudawki. Dwie osoby (ja i ta moja wymarzona) nie wyrażają ochoty do wyjścia, co reszta przyjmuje z ulgą, gdyż martwili się, co stanie się z dopiero co wstawioną golonką. Pouczone, ile czasu jeszcze świńska noga powinna się gotować, zostajemy w końcu same. Półmrok, nie wiem, czy nie była zapalona jakaś świeczka, w tle Kora szemrze "Kocham cię, kochanie moje", moja głowa na jej kolonach, jej usta już prawie stykają się z moimi, kiedy rozlega się dzwonek do drzwi. Z obydwu młodych piersi jednocześnie wyrwało się słowo, którego użyć tu nie mogę. Dzwonek próbowałyśmy zignorować, ale niestety stojący za drzwiami był uparty. Po trzech minutach poddałyśmy się. Wściekłe otworzyłyśmy. Za drzwiami stała młoda i niezwykle przegięta "cioteczka", która słodkim głosem spytała, czy jest Antos. Naszej odpowiedzi nie przytoczę, ale chyba wiem, skąd się biorą opowieści o agresywnych lesbijkach. Spłoszony chłopiec sobie poszedł, a razem z nim zniknęła romantyczna chwila.

Przynajmniej uratowałyśmy golonkę, która już zaczęła się przypalać.

*Nauki nabyte na szkoleniu starałam się wykorzystać kilka lat później. Moja przygoda z telefonem zaufania w Ośrodku "Rainbow" , z którego wyrosła obecna Lambda Warszawa, była jednak krótkotrwała. Przyznaję bez bicia, przerosła mnie odpowiedzialność za drugiego człowieka.

sobota, 26 marca 2011

Internet jest konserwą?

To, że niektórzy mogą mieć problem z tym, że Maria Konopnicka była związana z Marią Dulębianką, jestem w stanie jakoś zrozumieć. W końcu niektórzy potrzebują co najmniej zdjęć przedstawiających kogoś w niedwuznacznej sytuacji, by do nich dotarło, że coś jednak musi być na rzeczy. To, że panie przez dwadzieścia lat były praktycznie nierozłączne, że Konopnicka od momentu, gdy związała się z Dulębianką, nie pisała już listów jako "ja", ale jako "my", że w końcu jej "Pietrka" pochowano z nią w jednym grobowcu to najwyraźniej za mało. Zupełnie za to nie jestem zrozumieć, jak ktoś może mieć problem z zaliczeniem osoby walczącej o prawa kobiet do kategorii "feministki i feminiści". Że w tamtych czasach nie było brzydkiego słowa "feministka"? Było za to "sufrażystka" i "emancypantka", które w "feministki i feminiści" się mieszczą. Przynajmniej według Wikipedii, bo o niej mowa. A jednak ani Konopnicka, ani Dulębianka do niej nie trafiły, a przynajmniej nie na długo. Niedawno na Facebooku ktoś zwrócił uwagę, że autorzy Wiki uparcie wyrzucają Dulębiankę z szufladki "feministki i feminiści" - dyskusja tu, wielce pouczająca. Równie ciekawe rzeczy dzieją się wokół biogramu Konopnickiej. Póki co wygrywa opcja "zachowawcza" i obawiam się, że tak zostanie. Wniosek? Statystyczny wikipedysta jest konserwatywny. A jeśli dodamy do tego, że jest to jedna z największych internetowych społeczności, to możemy dojść do ciekawych wniosków. Szczególnie gdy dołożyć do tego kolejny potężny serwis społecznościowy Wykop.pl, również dość łatwo identyfikowalny pod kątem opcji światopoglądowej preferowanej przez jego użytkowników.

Nie mam pojęcia, czy ktoś kiedykolwiek sprawdził orientację polityczną statystycznego polskiego internauty, jednak mam wrażenie, że jeśli chodzi o społeczności (blogi, fora i inne serwisy oparte na treściach generowanych przez użytkowników), to zdecydowanie bardziej skonsolidowane, prężniejsze i bardziej opiniotwórcze są środowiska konserwatywne. Jasne, że bez problemu mogę wymienić pewnie z setkę mądrych i ciekawie prowadzonych miejsc bliższych mi światopoglądowo, jednak nie potrafię na przykład znaleźć przeciwwagi dla Frondy. Cechy oczekiwane: radykalizm poglądów połączony z wysoką cytowalnością (co przekłada się niestety na opiniotwórczość właśnie). Oczywiście wiem doskonale, że swoją cytowalność Fronda zawdzięcza w dużej mierze różnym absurdalnym czy wręcz kłamliwym (jak ten on agenturalnej przeszłości Geremka) newsom, ale mimo wszystko jest to sieciowy ewenement. Podobnie jak Salon24 czy blog Korwina-Mikke.

Czy więc polski internet (a przynajmniej ci, którzy robią w nim coś więcej poza czytaniem/słuchaniem/oglądaniem) jest konserwatywny? Czy też, co można zaobserwować na przykładzie prezydenta internautów Korwina-Mikke (i Frondy), chodzi nie tyle o konserwatyzm, co o radykalizm, wyrazistość poglądów i, nie oszukujmy się, brak kultury, przynajmniej w pewnych sferach? Czy właśnie na tym polega problem liberałów i lewicy, że są po prostu w większości za grzeczni i przez to zbyt mało interesujący (porównajcie choćby, bądźmy szczerzy, nudny portal Lewica.pl czy poważne Krytykę Polityczną i Feminotekę  z blogiem Wojtka Orlińskiego - kogo wolicie czytać?). A może jesteśmy (my, niekonserwatyści) zbytnimi indywidualistami (w sumie miło tak pomyśleć), by łączyć się w duże stada? Lub trudniej nam przejść do porządku dziennego nad tym, co nas różni, by skupić się na tym, co nas łączy (to już mniej miły pomysł)?

Oczywiście brak silnych internetowych skupisk środowisk lewicowych czy liberalnych (ale takich naprawdę liberalnych, nie po korwinowsku) jeszcze o niczym nie świadczy, a w każdym razie o niczym niepokojącym. W końcu nie ma obowiązku bywania na Salonie, a im więcej ciekawych, różnorodnych miejsc, tym większa szansa, że znajdziemy w sieci swoją niszę. Bo że oglądalność nie świadczy o jakości, to widać choćby po blogu "czołowego polskiego blogera" Kominka. Gorzej, gdy rzecz dotyczy choćby takiej Wikipedii, która, nie oszukujmy się, dla bardzo wielu osób jest podstawowym źródłem wiedzy. Czy jesteśmy więc zbyt leniwi (czytaj: zbyt cenimy sobie indywidualizm), by coś z tym zrobić, czy też bynajmniej, robimy, ale po prostu jest nas mniej?

środa, 23 marca 2011

"Tęczowa rewolucja"? Jestem na tak

Na początku kwietnia ukaże się zbiór wywiadów z magazynu "Replika" pod jakże chwytliwym tytułem "Tęczowa rewolucja". Notka o książce ukazała się już na większości portali, zaocznie wyrazili co do niej wątpliwości blogerzy - LGBTeka i Abiekt. Rzeczywiście zapowiedź nie brzmi jakoś superszałowo:

"Tęczowa rewolucja" to zbiór wywiadów Mariusza Kurca i Krzysztofa Tomasika z ludźmi, dla których seksualność - również ich własna - nie jest tematem tabu. Geje i lesbijki, znane postacie życia publicznego opowiadają o tym, co znaczy być "odmiennej" orientacji seksualnej w Polsce początku XXI wieku. Jest też miejsce dla osób biseksualnych i transpłciowych. Wtórują im przyjaźni idei równości heterycy i heteryczki, bez których tęczowa rewolucja nie byłaby możliwa. 

W pierwotnej wersji zapowiedzi na stronie wydawcy było też i takie zdanie: "Tęczowa rewolucja" to zbiorowy coming out znanych osób życia publicznego. Ale szczęśliwie już go nie ma. Główne zarzuty (wobec książki, której jeszcze nikt nie widział): po co po raz kolejny wydawać coś, co jest dostępne bezpłatnie (w druku i w sieci) oraz co to za rewolucja i co to za zbiorowy coming out, skoro rozmowy są z ludźmi, którzy wyoutowali się już jakiś czas temu.

I teraz uwaga: ja dla odmiany tej książki zaocznie (bo też jej nie czytałam, choć nie znaczy to, że jej nie znam) pobronię. Z kilku powodów, z których ten, że jestem związana (choć ostatnio bardzo luźno) z "Repliką" od początku jej istnienia i w związku z tym w książce będą trzy moje wywiady (jeden zrobiony wspólnie z Gosią), jest najmniej istotny. Najmniej, bo, jakkolwiek może to zabrzmieć dziwnie, moje zaangażowanie w książkę i poziom zainteresowania tym, co się w niej znajdzie, był do niedawna praktycznie zerowy. A to dlatego, że informacja o tym, że jest planowana, spadła na mnie w samym apogeum konkursu SAS. Tak że mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone.

Najpierw kilka rzeczy, których (niestety!) w dotychczasowych informacjach o książce zabrakło. Pełna lista bohaterek i bohaterów: Tomasz Raczek, Anna Laszuk, Michał Sieczkowski, Jacek Poniedziałek, Anna Grodzka, Michał Piróg, Jakub Janiszewski, Bartosz Żurawiecki, Krystian Legierski, Rafalala, Małgorzata Rawińska, Michał Głowiński, Izabela Filipiak, Paweł Fijałkowski, Tadeusz Olszewski, Marcin Szczygielski, Tomasz Tyndyk,  Marta Konarzewska, Kuba Kowalski, Karol El Kashif, Edward Pasewicz, Błażej Warkocki, Paweł Leszkowicz, Maciej Michalski, Ireneusz Krzemiński, Ania i Greta Parobczyk, Dominika Buczak i Mike Urbaniak, Michał Zygmunt, Tomasz Basiuk, Igor Stokfiszewski, Magda Mosiewicz, Kinga Dunin, Marzanna Pogorzelska, Piotr Pacewicz i Magdalena Środa (w sumie 37 wywiadów plus wstęp). Autorzy i autorki wywiadów: Mariusz Kurc, Krzysztof Tomasik, Magda Pocheć, Ewa Tomaszewicz, Małgorzata Rawińska, Maciej Kucharski, Maciej Kirschenbaum, Bartosz Reszczak i, w bonusie, Katarzyna Bielas (jak dla mnie mistrzyni wywiadu prasowego). Do tego zdjęcia m.in. Oiko Petersena, Moniki Rakowskiej i Marcina Szczygielskiego.

Nieźle? Nieźle! Oczywiście można by się przyczepić, że zamiast w ilość, można było pójść w jakość - i taki był jeden z moich pierwszych komentarzy do tej publikacji. Że fajnie by było niektóre opowieści poszerzyć, spotkać się z bohaterami jeszcze raz, bo w "Replice" zawsze brakowało nam miejsca i wywalczenie przestrzeni na tekst dłuższy niż dwie strony momentami graniczyło z cudem. Tyle że można tę książkę potraktować też jako dokument, ilustrację niezłego kawałka historii (wszak "Replika" istnieje już od 5 lat!), pokazanie, co w naszych sprawach działo się w, powiedzmy, mainstreamie, kto się ujawnił jako osoba nieheteroseksualna, a kto jako friendly, jak się zmieniała nasza świadomość i odbiór naszych coming outów. I chyba głównie takie podejście przyświecało autorom publikacji:

Zbiór wywiadów z osobami LGBT, postaciami polskiego życia publicznego - pisarzami i pisarkami, dziennikarzami i dziennikarkami, aktorami, naukowcami/czyniami itd. - które/rzy mówią otwarcie o własnej "odmiennej" orientacji seksualnej jeszcze kilka lat temu byłby niemożliwy. A w każdym razie byłby bardzo cienki, bo takich osób do niedawna było dużo, dużo mniej. Na tym polega ta polska "tęczowa rewolucja", która dokonywała się - i nadal dokonuje - w ciągu ostatnich lat. Książka jest jej swoistą kroniką. Przy tym należy dodać, że ta rewolucja nie byłaby możliwa bez wsparcia ze strony LGBT-friendly heteryków i heteryczek - stąd wśród 37 bohaterow/ek "Tęczowej rewolucji" znalazło się 5 osób hetero - napisał mi dziś Mariusz Kurc.

Może rzeczywiście nie jest to AŻ TAKA rewolucja, ale jednak trudno mi się z Mariuszem nie zgodzić. Wprawdzie o liście stu najbardziej wpływowych LGBTQetcetera z polskiego życia publicznego możemy sobie na razie tylko pomarzyć, ale mimo wszystko ostatnie lata obrodziły w coming outy. I to jest dobra wiadomość, szczególnie dla tych, co lubią narzekać, że przecież od lat nic się nie zmienia. Zmienia się!

Jest jeszcze jeden powód, dla którego moim zdaniem warto było tę książkę wydać. Otóż to nie jest tak, że wszyscy te "Repliki" mają w domu, a nawet jak nie, to i tak wszystko można znaleźć w sieci. Pierwszych numerów w sieci nie ma (i niestety nie będzie, a szkoda, bo są momentami zabawnie nieporadne, choć redakcyjnie niezłe), a spora część jest dostępna jedynie w wersji pdf. Poza tym książka to jednak książka i nawet najlepsza strona www (hm, i kto to pisze) jej nie zastąpi. I tak już zupełnie osobiście - bardzo lubię wywiady Mariusza, szczególnie te wcześniejsze (tak, wiem, że nie tylko one tam będą, ale ich będzie najwięcej). I jak dla mnie chociażby one zasługują na to, by wydać je w postaci książki.

A poza tym kupcie "Glamour". Dają kupony zniżkowe do fajnych sklepów:)
Fot. Jacek Poremba, sesja dla "Glamour"

niedziela, 20 marca 2011

Mizoginia z maślanką

Pomysł, bo spróbować się tu jakoś rozprawić z gejowską mizoginią czy, mniej dosadnie, z lekceważeniem kobiet, chodzi mi po głowie już od dość dawna. A właściwie to pojawia się, ilekroć czytam na którymś z "naszych" portali komentarze w rodzaju:

Ale walczcie sobie, feministki. Będzie sobie potem same lizać te wasze kudłate cipki. 

Niestety elokwencją toś nie błysnęła. Co najwyżej kokieterią... to takie kobiece. (oba pod newsem o Manifie)

Co złego było w moim usuniętym komencie, żeby podstarzała lesba zajęła się swoim potomstwem, a nie grasowała po gieel po nocy? (pod relacją ze spotkania komitetu organizującego tegoroczną Paradę Równości)

Czyli dość często, niestety. Rzecz jasna, problem nie w samych komentarzach, a w tym, z czego wynikają. Nie, bynajmniej nie zamierzam się zajmować rozważaniem, czy tego typu teksty wynikają z kiepskiego poczucia humoru, czy po prostu z braku kultury piszących, wszak to, że (pozorna) anonimowość nie sprzyja zachowaniu poziomu w sieci, to żaden news. I w toczącej się od paru lat dyskusji o tym, czy w walce z chamstwem w internecie należy posuwać się do takich działań jak cenzura, jestem zdecydowanie po stronie wolności słowa, niezależnie od tego, jak beznadziejnymi wypowiedziami by się ona nie przejawiała. Chodzi mi o rzeczywistość, której jednym z wyrazów są przywołane komentarze. Bo to nie brak kultury jest głównym problemem.

W ostatni piątek w klubie 1500 m2 do wynajęcia miała miejsce impreza poświęcona Darii Chmielewskiej. W zaproszeniu na nią znalazły się między innymi takie słowa: "bez problemu wchodzą panie, transki, trasboye, all transgender, bio-faceci wchodzą w asyście koleżanek, najlepiej dwóch". Abiekt na swoim oficjalnym profilu na Facebooku skomentował je tak: "rozumiem, że stypa, ale że selekcja? (...) absurd". To nie był pierwszy raz, kiedy zetknęłam się z tego typu opinią na temat imprez nastawionych wyłącznie/głównie na kobiety. Choć jest ich niewiele, niemal zawsze przy ich okazji pojawiają się komentarze w rodzaju "ale dlaczego nie mogę przyjść z kolegą?", "a czy jak założę perukę i sukienkę, to będę mógł przyjść? Nie? To dyskryminacja!". Co jest w tego typu wypowiedziach nie w porządku? Brak symetrii. Brak refleksji, że tego typu selekcja jest tak naprawdę normą, tyle że dotyczy głównie kobiet. Nie jest tajemnicą, że większość "naszych" klubów nastawiona jest przede wszystkim na męską klientelę. Niektóre, jak Fantom, wpuszczają wyłącznie mężczyzn, inne, jak Toro czy Galeria, są wprawdzie teoretycznie otwarte na wszystkich, ale w praktyce albo nie wpuszczają kobiet, gdy w klubie jest ich już "zbyt wiele", albo są one w nich mile widziane wyłącznie wtedy, gdy pojawią się... w asyście kolegów. To głównie z tego powodu Daria robiła to, co robiła - czyli imprezy wyłącznie dla kobiet. Chciała stworzyć przestrzeń, w której kobiety czułyby się dobrze, nie były traktowane jako gorsze klientki i miały poczucie bezpieczeństwa (tak, nadal są dziewczyny, które po prostu nie czują się dobrze, bawiąc się w męskim towarzystwie). Więcej o genezie imprez kobiecych opowiadają Katarzyna Szustow, Suzi Andreis i Megi Farat w audycji "Lepiej późno niż wcale", którą można odsłuchać tu.

Nie twierdzę, że mężczyźni powinni coś z tym zrobić, walczyć z selekcją czy o większą partycypację kobiet na imprezach. Proszę jedynie o odrobinę refleksji. W tekście o warszawskich klubach Abiekt tak pisze o Toro:

Najbardziej klasyczny klub gejowski w Warszawie. O ile górny poziom z tańcami i hulankami to nie jest klimat, w którym dobrze się czuję, to dolny bar z bliskością darkroomu i spokojniejsza muzyką (oraz bez kobiet - w tej kwestii jestem mizoginem) sprawdza się całkiem nieźle. 

I w porządku. Zabawa to zabawa i jak ktoś woli wyłącznie męskie towarzystwo, to niechże w nim przebywa do woli. Kłopot w tym, że skoro imprezy nastawione na mężczyzn nikogo nie dziwią i nie oburzają, to nie powinny też dziwić i oburzać te skierowane głównie do kobiet. Co tak naprawdę było nietypowego w przywołanym zaproszeniu na pożegnanie Darii? To, że ktoś napisał wprost to, co jest standardem - że na imprezie preferowana jest jedna płeć. Tyle że, inaczej niż zazwyczaj, tym razem chodziło o kobiety, i to wystarczyło, by nagle ktoś uznał, że mamy do czynienia z dyskryminacją. Nie przeczę, że była to dyskryminacja. Nie widzę jednak powodu, by na nią utyskiwać, no chyba że ktoś utyskuje również na rozrywki tylko dla mężczyzn.

No dobrze, zostawmy imprezy, choć to równie dobra ilustracja tematu jak każda inna. Swojego czasu przywołałam tu tekst Izy Filipiak o tym, dlaczego nie wybrała się na Paradę Równości 2008. Generalnie chodziło jej o to, że, obejrzawszy stronę internetową wydarzenia, nie czuła, że jest ono skierowane do kobiet. Odezwał się wtedy jeden z organizatorów Parady (wtedy jeszcze zajmowała się tym Fundacja Równości), że rzeczywiście czasem brakuje im wyczulenia na potrzeby kobiet, ale spróbują o nie zawalczyć. I rzeczywiście, niezależnie od wszystkich usterek, które nie raz tu wytykałam, nasze EuroPride, również w części organizowanej przez Fundację, mogło się pochwalić sporą liczbą atrakcji nastawionych (również) na kobiety. O tym, jak bardzo brakuje mi kobiet wśród obecnych organizatorów Parady, pisałam tu. W odpowiedzi dostałam informację, że komitet organizacyjny jest jak najbardziej otwarty na wszelką różnorodność, i rzeczywiście wkrótce zaczęły się w nim pojawiać kobiety. Jak się to przełożyło na działanie? Trudno powiedzieć, bo zarówno w filmowych relacjach z posiedzeń komitetu, jak i w sprawozdaniu z wyjazdu organizatorów do Berlina, gdzie spotkali się z twórcami CSD, kobiet po prostu nie ma. Zresztą w tej wycieczce z przedstawicielek płci żeńskiej brała udział jedynie maślanka:

Po rozmowach z Niemcami przyszedł czas na odpoczynek w naszym apartamencie. Jacek jako abstynent pił maślankę, a pozostali - czerwone wino Bordeaux Medoc, rocznik 2005 oraz mocniejsze trunki.

Nie ukrywam, że wybór akurat tego cytatu z całego sprawozdania wynika z mojej złośliwości. Ale nie mogłam sobie tego odmówić - ten fragment jest po prostu zbyt zabawny, by go nie upamiętnić. To tak na marginesie, oczywiście.

Co z tego wszystkiego tak naprawdę wynika? Że między teorią (podkreślanie różnorodności, otwartości na wszelkie wykluczane grupy) a praktyką (dawanie jej wyrazu) istnieje ogromna przepaść. I to niewynikająca ze świadomej niechęci do kobiet. Nie podejrzewam o nią żadnej z osób, które tu przywołałam, choć z pewnością zdarzają się przypadki świadomej mizoginii wśród mężczyzn nieheteroseksualnych, tak jak i są kobiety, które nie kryją swojego negatywnego nastawienia do mężczyzn. W opisanych przeze mnie przypadkach chodzi raczej o zakorzenione w (nie tylko) naszej kulturze mniej poważne traktowanie kobiet i ich potrzeb. Przywołane na początku tekstu komentarze to niestety jedynie wierzchołek góry lodowej. Niestety, bo tu można szukać wyjaśnienia po prostu w braku kultury piszących. Gorzej, gdy brakuje nie kultury, a potrzeby refleksji nad tym akurat aspektem różnorodności. Tak jakby potrzeba równości kobiet i mężczyzn była czymś tak oczywistym, że nawet nie zauważamy, że, choć o równość dbamy, to jednak nie do końca.

czwartek, 17 marca 2011

Lekcja trzecia: A Lambda Warszawa kupiła czajnik

Zanim przejdę do kolejnej lekcji, korzystając z okazji, informuję wszystkich, którzy czekają na ciąg dalszy "Znaku smoka" ,że rozdział drugi już mam w głowie w całości, co oznacza, że jest szansa, że w ciągu dwóch, no może trzech tygodni pojawi się na blogu.

A teraz drogie dzieci posłuchajcie, jak to drzewiej bywało.

Tak jak pisałam w poprzednim odcinku, w 1989 roku Channel 4 nakręciło film dokumentalny o niewesołej sytuacji polskiego geja, jeszcze wtedy pedała, i, o dziwo, również polskiej lesbijki. Udało się to chyba tylko dlatego, że producentka była kobietą, a czy lesbijką, tego nie wiem. Za to niejedna, a raczej na pewno jedna (i nie byłam to ja) marzyła, żeby prowadząca się nią okazała. Niestety, byłyśmy zbyt młode i nieśmiałe, żeby pogłębić temat. W każdym razie w należącym jeszcze wtedy do ZSP klubie Sigma, którego szefem był wtedy nie kto inny, jak łamacz niewieścich serc Jarek Ender, odbyło się wówczas spotkanie działaczy, a po nim dyskoteka. Nie pomnę, czy stało się tak z okazji kręcenia dokumentu, czy Channel 4 akurat natrafiło na taką gratkę. Stawiałabym jednak na powód nr 2.

Co zabawne, nie tylko brytyjskie media pojawiły się wówczas w Sigmie. Podczas dyskoteki niewielką, ale silną część żeńskich uczestniczek zafascynowały pewne nogi. Ładne, żeby nie było wątpliwości. Okazało się, że owe nogi należą do dziennikarki "Na przełaj". Litościwie pominę jej nazwisko, a dlaczego, to się wyjaśni w dalszej części. Dziennikarka owa chciała napisać coś o gatunku lesbijka polska. Gatunek ten stawił się na spotkaniu z nią w liczbie sztuk sześciu. Powstał z tego artykuł pod jakże ciekawym tytułem "Brzoskwinki w sosie własnym". Tak, wiem, jak to brzmi. Ale tytuł wziął się, jak twierdziła autorka tekstu, od moich brzoskwiniowych policzków, które bardzo ją zachwyciły. O, jaka ja była głupia, że na głaskaniu obiektów zachwytu się skończyło. A najgorsze jest to, że owa kobieta uczyniła wówczas następujące wyznanie: "Kiedy budzimy się z przyjaciółką po upojnie spędzonej nocy, patrząc sobie głęboko w oczy, mówimy, że my nie jesteśmy lesbijkami". Racja, były biseksualne.

Dwa lata później owa dziennikarka popełniła kolejny tekst o lesbijkach. Niestety, artykuł ów opisywał patologie w lesbijskich związkach. Nie, nie twierdzę, że takowe się nie zdarzały i nie zdarzają, chodzi o to, że ona nie dotarła do takich związków. Po prostu wypaczyła swój pierwszy, wyżej wspomniany tekst. Po publikacji "Brzoskwinek" trafiłyśmy jeszcze z M. do "Zapraszamy do trójki", gdzie rozmowę z nami przeprowadziła bodajże Beata Michniewicz. W trakcie programu udało nam się przemycić informację, gdzie i kiedy spotykają się lesbijki. Dzięki temu z 16 zrobiło nas się już 30.

Ale przejdźmy do pamiętnego roku 1990, kiedy to pod koniec lutego, w jednym z najcieplejszych dni zimy (plus16 stopni Celsjusza) zostało zarejestrowane Ogólnopolskie Stowarzyszenie Grup Lambda. Do sądu szłam w niezbyt radosnym nastroju i 12 kilo chudsza niż dwa tygodnie wcześniej, kiedy to rozstałam się z M. Niejaki Werter przy moich cierpieniach wymiękał. Ale ad rem. Niemal nie da się zliczyć, ile razy członkowie założyciele musieli stawiać się w sądzie, poprawiać dokumenty i wykonywać wiele innych czynności prawnych, aby licznie zebrani na małej salce sądowej mogli w końcu usłyszeć: "Ogólnopolskie Stowarzyszenie Grup Lambda zostaje wpisane do rejestru itd. itp." (czy jak to się mówi). To był naprawdę piękny dzień. W końcu przestaliśmy być nielegalni. W końcu mogliśmy mówić pełnym głosem. W końcu polskie prawo zaakceptowało nasze istnienie. A to już tylko krok do uznania naszej miłości, związków i praw. Uwierzcie, ta chwila była dla mnie prawie równie piękna jak ta, w której mogłam mojej ukochanej powiedzieć: "Yes, I do". Oczywiście myliliśmy się w owych optymistycznych szacunkach co do związków, ale o tym mieliśmy się przekonać dużo, dużo później.

Na początku działalności straciliśmy lokal udostępniany nam przez ZSP. Przyszło nowe, a dokładnie NZS, które przejęło pomieszczenia po poprzednim, już niesłusznym, zrzeszeniu. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że NZS-owi najpierw służyły one za magazyn, a później zostały podnajęte prywatnym (znajomym oczywiście) podmiotom gospodarczym. W trakcie naszej wyprowadzki obecny przy tym członek (i to jeszcze jaki) NZS, a teraz znany polityk (i to nie z PiS) rzucił tekstem: "Wypier... pedały". Po tak miłym pożegnaniu ze strony ludzi walczących o wolność i inne takie znaleźliśmy swoje miejsce w Alejach Jerozolimskich w pomieszczeniach Monaru. Służyło ono li i jedynie działalności. Miejsca na rozrywkę musieliśmy poszukać gdzie indziej.

Bodajże w marcu lub kwietniu Grzesiek W. wpadł na pomysł, aby zorganizować dyskotekę w pomieszczeniu klubu osiedlowego na Służewiu nad Dolinką. Później klub osiedlowy zmienił się w pierwszą polską knajpę gejowską Cafe Fiolka. Jednak pierwsza dyskoteka w tym miejscu była całkowicie prywatną inicjatywą, zorganizowaną z pomocą krewnych i znajomych królika, którzy bardziej społecznie niż zarobkowo zajęli się obsługą imprezy. Za barem stanęła B., która niejednej pannie zawróciła w głowie śpiewem i gitarą, nad barem w czynie społecznym młoda G., którą można opisać słowami "Bo we mnie jest seks" trzepała pięknymi długimi włosami, a pisząca te słowa zajmowała się tym, co w rękę wpadło, głównie stojąc na zmywaku.

Tam też poznałam niezwykle ważną osobę, zarówno w moim życiu prywatnym, jak i społecznikowskim, Monikę Komodę. Otóż pojawiła się na imprezie wielka przyjaciółka gejów (i wszystkich innych odszczepieńców od normy), kobieta o blond włosach, czerwonych jak krew ustach, w minispódniczce i wyraziła chęć poznania jakiejś lesbijki. Monika nie miała nic złego na myśli, ale kiedy jeden z jej wielkich admiratorów Krzysiek Garwatowski przekazał mi tę prośbę, odebrałam to jako chęć poznania dziwoląga. Na swoje wytłumaczenie mam tylko tyle, że byłam młoda, zbuntowana i ciągle cierpiąca po stracie swojej pierwszej miłości. Niewiele myśląc, zamaszystym krokiem podeszłam do tej panny (jak wtedy o niej myślałam), pocałowałam ją w rękę i przedstawiłam się: "lesbijka Małgorzata R.". Monisia była lekko skonsternowana moją, hm, nie ma co się oszukiwać, agresją, ale szybko zrozumiała, o co chodzi, i udało nam się jakoś dogadać. Dość szybko dołączyłam do grona jej wielbicieli i na długie lata została moją muzą.

Oprócz pojawienia się Moniki, jeszcze dwa wydarzenia z tej imprezy utkwiły mi w pamięci. Pierwsze to moment, w którym na dyskotece pojawiła się M. wraz ze swoją nową dziewczyną i polały się me łzy, nie wiem, czy czyste, ale na pewno rzęsiste, a geje wyrywali mnie sobie z rąk, aby utulić "biedną" w żalu. Zwyciężył wspomniany już Krzyś, który wyrwał mnie z rąk kolejnego pocieszyciela z okrzykiem "Wy nie umiecie jej pocieszyć, ja wiem, jak to zrobić". Długo wspominał, podobno z dumą, jak to miał mokry rękaw koszuli. Drugie było niezbyt przyjemne. O imprezie dowiedziała się miejscowa chuliganeria, która w ramach rozrywki wieczorno-sobotniej postanowiła bić pedała. Zamiar się powiódł. Zaplecze gastronomiczne przemieniło się w ambulatorium, gdzie opatrywaliśmy nie tylko posiniaczonych, ale i poranionych nożem poszkodowanych. Sytuacja uspokoiła się wtedy, gdy w okolicy pojawiły się nieco liczniejsze patrole policji. Poza tym wszystkim imprezę można uznać za udaną.

Chociaż zabawa stanowiła istotną część naszego życia, nie przesłaniała rzeczy ważniejszych. Mając zapewniony byt lokalowy, Lambda Warszawa postanowiła uruchomić telefon zaufania. Jako że zawód terapeuty dopiero raczkował, a znaczna część psychologów i psychiatrów miała w najlepszym razie pogląd na homoseksualizm taki, jak wspomniana przeze mnie w lekcji pierwszej pani psychiatra, więc do dyżurowania przy telefonie zgłosiła się grupa ochotniczek i ochotników (co ciekawe, kobiety stanowiły większość). Jednak aby osoba dzwoniąca po rozmowie z którymś z nas nie rzuciła się od razu z mostu, potrzebne nam były szkolenia przeprowadzone przez specjalistę. Takowy się znalazł, nawet dość znany psycholog, którego nazwiska nie przytoczę, bo pamięć już nie ta. Szkolenia ze względu na pracę ludzi z Monaru mogły odbywać się dopiero późnym wieczorem i trwały nierzadko do pierwszej lub nawet drugiej w nocy. Jako że w tamtych czasach nie było miejsc z kawą i herbatą na wynos, a zmęczeni kursanci i kursantki, aby móc skorzystać z udzielanej nauki, potrzebowali podeprzeć się kofeiną, Lambda Warszawa postanowiła z myślą o nich kupić czajnik elektryczny - rzecz wtedy rzadką i drogą. Jak postanowiła, tak też zrobiła. I to właśnie ten czajnik został głównym bohaterem zebrania Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Grup Lambda, kiedy to jeden z członków zarządu, starając się zarzucić Lambdzie Warszawa niegospodarność i szastanie wspólnymi dla całego Stowarzyszenia pieniędzmi, kilkakrotnie podczas zebrania wypowiedział słowa, które przeszły do historii : "A Lambda Warszawa kupiła czajnik".

Na dziś wystarczy. A na kolejnej lekcji dowiecie się, dlaczego do dziś mówię, że nie lubię pedałów. Będzie też o pierwszych legalnych pismach i klubach.

wtorek, 15 marca 2011

Źle się dzieje...

Miała być kolejna lekcja historii (tu znajdziecie pierwszą i drugą) i obiecuję solennie, że niedługo się pojawi (jak tylko ustalę wszystkie daty). Dzisiaj jednak chciałabym napisać o tym, co mnie w ostatnim czasie wkurzyło (tak, to jest eufemizm).

Po pierwsze historia, która wydarzyła się w związku ze śmiercią Darii Chmielewskiej. Jako że Jedyna wyznawała wiarę katolicką, grupa kobiet, chcąc uczcić jej pamięć, zrzuciła się na mszę. Moje nastawienie do instytucji zwanej Kościołem katolickim jest negatywne (to również eufemizm) i cynicznie mogłabym napisać, co zresztą niektórzy zrobili na różnych forach, że tego, co się stało podczas mszy, można się było spodziewać. Ale rozumiem, że człowiek to taka istota, która wierzy, oprócz tego, że czasem/często w jakieś bóstwo, to także i w drugiego człowieka. Że uszanuje, że zrozumie, że nawet jeśli coś nie jest zgodne z jego światopoglądem, to pominie to milczeniem. Podobno, tak przynajmniej twierdzą niektórzy, księża powinni być pod tym względem szczególni.

Piękna i wzruszająca przemowa (Ewa pisała o tym tutaj) wygłoszona przez księdza Arkadiusza Nowaka na pogrzebie niewierzącej Izabeli Jarugi-Nowackiej dawała nadzieję, że i ten ksiądz również odniesie się do dobra, które Daria Chmielewska dla swoich bliźnich niewątpliwie uczyniła. Ksiądz kasę wziął, a jakże, jednak słowa, które podczas mszy wygłosił, wołały o pomstę do nieba (samo się napisało). Co dokładnie powiedział, możecie przeczytać między innymi tu. Jego kazanie spotkało się oczywiście z ogromnym aplauzem ludzi związanych z różnymi Frondami. Bo pokazał "tym lesbom", gdzie ich miejsce. Jestem bardzo ciekawa, czy równie żywiołowo zareagowaliby, gdyby na mszy za Lecha Kaczyńskiego ksiądz zaczął mówić o cudzołóstwie, nieczystości i poczętych w grzechu dzieciach, nawiązując do ponownego małżeństwa córki nieżyjącego prezydenta. Czy też może jednak uznaliby, że nie jest to właściwy czas i miejsce na takie słowa, w końcu osoba, która dopiero co w tragicznych okolicznościach straciła kogoś bliskiego, ma prawo szukać w kościele pocieszenia, niezależnie od tego, że nie we wszystkim wypełnia jego nakazy. Oczywiście wiem, że ci ludzie, których tak raduje postawa księdza, który odprawiał mszę za Darię, uznaliby takie porównanie za nieuprawnione. W końcu to była "tylko lesbijka", a, jak powszechnie wiadomo, bliscy "takich osób" nie mają prawa do żałoby i cierpienia po ich stracie. I nie mają co szukać ukojenia w instytucji, do której tak wiele osób pogrążonych w smutku po ukojenie właśnie przychodzi.

Podobno najważniejszym przykazaniem bożym jest przykazanie miłości. Ja tego u księży (no dobrze, z nielicznymi wyjątkami) i ogromnej rzeszy wyznawców katolicyzmu jakoś nie widzę. Sztukę wygłaszania treści pełnych okrucieństwa i nienawiści w imię miłości opanowali za to do perfekcji. A od ich miłosierdzia wolałabym trzymać się jak najdalej. W czym utwierdziła mnie i ta historia.

Drugą rzeczą, która mnie ostatnio bardziej zniesmaczyła, niż wkurzyła, było zachowanie grupki kolesi, którzy szumnie nazwali się komitetem organizacyjnym Parady Równości 2011. Osoby te, chcąc (jak same mówią) zachować pełną jawność działań, wpuszczają co jakiś czas do sieci filmiki ze swoich spotkań. Fajnie, myślę sobie, nareszcie "społeczeństwo", czyli my, dowie się, z jakimi problemami borykają się organizatorzy, co planują, co już im się udało załatwić, wszak do Parady zostały trzy miesiące, więc działania powinny być już dość zaawansowane. Taka duża, a taka naiwna, chciałoby się rzec. Bo nic z tych rzeczy, moi drodzy. A nieujawnianie rzeczy ważnych spowodowane jest tym, że "Część informacji jest po prostu na razie publicznie nie podawana, by nie utrudniać prac Komitetu", jak pisze w komentarzach na blogu Abiekta rzecznik/rzeczniczka parady.

Prac komitetu na pewno nie utrudnią za to zaprezentowane w ostatnio wrzuconym filmiku (do obejrzenia tu) dość niemiłe (trzeci eufemizm w jednym wpisie, zaczynam bić rekordy) wypowiedzi organizatorów Parady na temat wszystkich innych osób i organizacji działających na rzecz LGBT (i co tam chcecie). Czego jeszcze można się z owego filmu dowiedzieć? Że pięćdziesięcioosobowy komitet organizacyjny składający się z trzech osobników płci męskiej i jednej osoby nieokreślającej się ma dobre zdanie na swój temat, uważa, że jego działania są perfekcyjnie, że oni jeszcze wszystkim pokażą (a niech pokazują), a cała reszta się nie zna, nie potrafi, zazdrości i umie tylko wyciągać kasę od miasta (tak na marginesie, to cenna umiejętność).

No ręce, nogi i biust opadają. Tym bardziej, że w przywołanych już komentarzach rzecznik/rzeczniczka bełkocze w żargonie piarowskim: "Tym, co nas łączy (organizatorów tegorocznej Parady, przyp. RDW) jest zamiłowanie do wartości takich jak równość, tolerancja i otwartość". Amen.

niedziela, 13 marca 2011

Bielsko-Anielsko

Wróciłyśmy z Bielska-Białej. Zazwyczaj po powrocie z festiwalu wystawiam laurkę organizatorom i organizatorkom. Tym razem... będzie tak samo. I to bynajmniej nie z czystej kurtuazji, zdarza mi się strzelić focha po występie, jak to było w przypadku Poznania, ale Vagina Dentata Fest nie ma u mnie szans nawet na foszka. Nie wiem, może już trochę odwykłam od wyjazdów i od tego, jak wspaniali i troskliwi potrafią być organizatorzy (w tym przypadku organizatorki) tego typu wydarzeń i stąd mam tak pozytywne wrażenia z tego wyjazdu, ale to chyba jednak nie to. Ale może od początku.

Nie jestem niestety w stanie ocenić całego festiwalu, bo na większość wydarzeń się nie załapałyśmy, ale to, co się działo wokół naszego występu, to jak dla mnie podręcznikowy przykład, jak należy tego typu wydarzenia organizować. Wszystko dopięte na ostatni guzik, na kilka tygodni przed festiwalem znałyśmy warunki techniczne i lokalowe, nie było też żadnych problemów z noclegiem dla Absika (nasz pies - to tak dla nieuświadomionych), którego właściwie wszędzie ze sobą zabieramy. Do tego doszedł jeszcze opis dojazdu do miejsca, w którym miałyśmy nocować, oraz do klubu Backstage, w którym występowałyśmy, upewnienie się w dniu występu, że wyjechałyśmy z Warszawy i wszystko jest w porządku oraz znalezienie nam miejsca parkingowego w Bielsku. Niby oczywiste oczywistości, ale naprawdę ułatwiające życie, bo, uwierzcie mi, zgubienie się w nieznanym mieście wcale nie należy do najprzyjemniejszych, szczególnie gdy do występu zostało kilka godzin, a trzeba jeszcze sprawdzić nagłośnienie, ustawić rekwizyty na scenie, zainstalować się w miejscu, w którym nocujemy, coś zjeść, chwilę odpocząć po podróży itd. itp. Gdy już dojechałyśmy (bez problemów) do domu naszych gospodyń, a zarazem organizatorek festiwalu, czekała na nas naprawdę świetna ekipa pod wezwaniem. Wspólnie pojechałyśmy do klubu, by wszystko posprawdzać. Na miejscu okazało się, że mamy piękną scenę i garderobę, ale też (tradycyjnie już) trochę kłopotów z nagłośnieniem (rozwiązywalnych). Cudowne było jednak to, że, choć odpowiedzialność za wszystkie grupy występujące tego wieczoru spoczywała na barkach właściwie jednej osoby, ani przez chwilę nie czułyśmy się pozostawione same sobie. No tak powinno być - powiecie. Może i powinno, ale diabeł tkwi w szczegółach, a w tym przypadku nie w tym, co było robione, ale jak to było robione. Jak dla mnie - wielka klasa i profesjonalizm.

Sam występ mam nadzieję udany. Inny, niż te w Warszawie, gdzie zdarzało się, że publiczność znała skecze lepiej niż my i wybuchała śmiechem przed pointą, ale każde miasto ma swój klimat i energię. A ta w Bielsku mi odpowiadała, bo na sali naprawdę było czuć pozytywne emocje (a jak mi się tylko tak wydawało, to niech się nadal wydaje). Wpadki oczywiście były (najbardziej mnie ubawił moment, gdy zapowiedziałam reklamę, w której występuje Gosia, i nagle usłyszałam z garderoby jej paniczny okrzyk "Jezu!"; i już wiedziałam, że przygotowała się nie do tego numeru, co trzeba, a ja nie mogłam dać jej więcej czasu i przeciągnąć zapowiedzi, bo akustyk już puścił muzykę), a całokształt niech ocenią ci i te, co oglądali i oglądały. Mam nadzieję, że mimo wszystko warto było nas zaprosić, ja się na pewno cieszę, że miałyśmy okazję się na ten festiwal reaktywować.

Potem wybrałyśmy się na niezobowiązujące piwo z Elą (z TĄ Elą), Markiem i Piotrem (o tym). Czyli, co tu dużo pisać, z doborowym blogowym towarzystwem (żeby było jeszcze lepiej, na występie byli również twórcy bloga Hodowla Idei, o którym powiedzieć, że go uwielbiam, to za mało). Szczegółów spotkania nie ujawnię (i teraz wszyscy, którzy pokusili się o różne co bardziej zabawne, ale też mocno osobiste wyznania mogą odetchnąć), dość, że rozmawialiśmy praktycznie do chwili zamknięcia klubu. I to jest tak naprawdę to, co najbardziej lubię w tym całym blogowaniu - możliwość poznawania ludzi, których raczej nie miałabym okazji spotkać w rzeczywistości, gdybyśmy nie znali się wcześniej z internetu.

Na tym się nasz wieczór nie skończył, bo po powrocie do domu zastałyśmy klasyczne kuchenne afterparty. A że sypnęłyśmy się, że właśnie stuknęło nam sześć lat razem, to był i szampan, i życzenia, i chóralne "Sto lat". Lepszej rocznicy w życiu chyba byśmy nie wymyśliły.

Nie raz już pisałam, że, choć media zazwyczaj patrzą na Warszawę, to tak naprawdę najciekawsze rzeczy dzieją się w mniejszych miastach. Bo nam jest naprawdę łatwiej. Nie musimy ściągać artystów i artystek spoza Warszawy, bo mamy ich dość na miejscu, mamy mnóstwo przyjaznych klubów czy galerii, w których możemy się wyżywać artystycznie. Jasne, że ta klęska urodzaju może działać i na naszą korzyść, i niekorzyść, bo gdy dużo się dzieje, trudniej przekonać ludzi, aby przyszli właśnie na twoje wydarzenie, ale mimo wszystko jak ktoś chce coś tutaj zorganizować, to nie wiem, co by się musiało wydarzyć, aby mu to nie wyszło. Dodatkowy plus robienia czegoś w dużym mieście jest taki, że wychodzi to zazwyczaj taniej - choćby dlatego, że nikomu nie trzeba nikomu zwracać kosztów dojazdu czy organizować noclegu. Jasne, że organizacja festiwalu w Siedlcach czy Bielsku-Białej nie jest czymś niemożliwym czy potwornie trudnym, ale mimo wszystko chyba trochę trudniejszym i dlatego, tak mi się przynajmniej wydaje, organizatorom bardziej się chce, co też rzutuje na całokształt wydarzenia.

Festiwal w Bielsku miał jeszcze jedną cudowną właściwość - był zorganizowany całkowicie oddolnie, bez żadnych grantów, sponsorów, z prywatnych środków kilku osób, które po prostu chciały coś zrobić (i zresztą robią tego typu wydarzenia od lat, choć w innej formie). Czyli tak, jak lubię najbardziej, bo głównym kapitałem nie jest kasa, ale zapał zaangażowanych w wydarzenie osób. Tu było go mnóstwo. Tak że chylę czoła przed świetną ekipą z Bielska. I chętnie tam nie raz jeszcze zawitam, tak już zupełnie prywatnie, bo tak w ogóle to to piękne miejsce jest.

czwartek, 10 marca 2011

Barbie Girls w Bielsku-Białej

Jak wiecie, kabaretu Barbie Girls już nie ma. Kończąc karierę, obiecałyśmy jednak, że jeżeli dostaniemy zaproszenie z miasta, w którym nie miałyśmy okazji wystąpić, to, o ile nic nam nie stanie na przeszkodzie, na pewno się tam pojawimy. I tak już w najbliższą sobotę występujemy w Bielsku-Białej, w ramach Vagina Dentata Fest. Będziecie mogli nas obejrzeć w klubie Backstage (ul. Partyzantów 15) o godzinie 18, a planujemy pokazać coś (w miarę) nowego, coś starego i coś pożyczonego.

Po nas wystąpią Rajstopy Heleny, Antidotum i Translola, a potem zagra DJ Minimalnie, więc zapowiada się niezła impreza. Zapraszamy!

A skoro już przy niezłej zabawie jesteśmy, to ostatnio w dostarczaniu mi rozrywki przoduje niejaki Łukasz Adamski z Frondy. Trudno mi było dotychczas znaleźć dla niego miejsce na tym blogu, ale jako że jego teksty idealnie wpasują się w klimat kabaretowy, nie mogę się oprzeć pokusie, by w końcu nie przytoczyć próbki jego radosnej twórczości.

Brytyjski minister sprawiedliwości orzekł, że więźniowie, którzy są transseksualni, mają prawo do innego stroju niż reszta osadzonych. Nie ulega wątpliwości, że umalowany transwestyta w kiecce paradujący po spacerniaku to łakomy kąsek dla wyposzczonych seksualnie przestępców. Może więc o to chodzi? W końcu promocja homoseksualizmu jest dziś "trendy" - alarmuje w dzisiejszym felietonie Adamski.

Zastanawiacie się, w jaki sposób udało mu się w jednym zdaniu pomieszać transwestytyzm z transseksualnością i "promocją" homoseksualizmu? To na chwilę przestańcie, bo tak naprawdę nie chodzi ani o pierwsze, ani o drugie, ani o trzecie, a o...

Wczoraj pisałem, że feministki zaczną kastrować chłopców, jak dojdą do wniosku, że ich egalitaryzm płciowy i tak nie przekreśli natury człowieka jako kobiety i mężczyzny. Promocja transseksualizmu jest wyrazem tego samego feministycznego zacietrzewienia, które walczy ze znienawidzoną naturą ludzką.

Tak, dobrze widzicie, to wszystko robota feministek. A jako jako nieugięta propagatorka homoseksualizmu, a zarazem opiekunka dwóch wykastrowanych kocurów, jestem na to najlepszym dowodem. I niech was nie zmyli, że nasz pies nadal ma swoją męskość. To kamuflaż, w domu zakładamy mu różowy kubraczek i zwracamy się do niego wyłącznie w rodzaju żeńskim.

Dyskryminacja się opłaca?

Dyskryminacja się opłaca - pisze Agnieszka Graff w ostatnich "Wysokich Obcasach", odpowiadając Tomaszowi Lisowi, który postawił niedawno tezę, że wyrównywanie płac nie ma nic wspólnego z feminizmem, to jest po prostu kwestia opłacalności, bo kobiety, zarabiając tyle samo co mężczyźni, będą też automatycznie dawały więcej społeczeństwu.

Opłaca się komuś zapłacić mniej, niż mu się należy. Bo można, bo ten ktoś nie ma tupetu albo nie ma wyjścia. Opłaca się kobiety masowo zatrudniać bez umowy o pracę, wyrzucać, gdy zachodzą w ciążę. A państwu opłaca się nie liczyć z kobietami, bo wiele naszych żądań – refundacja in vitro, walka z przemocą w rodzinie, żłobki i przedszkola – po prostu musi kosztować. (...) Wyzysk się opłaca. Podobnie było z niewolnictwem i pańszczyzną. To nie w imię "opłacalności" zostały zniesione - pisze Graff.

Czytając jej felieton, zaczęłam się zastanawiać, komu właściwie opłaca się dyskryminacja osób nieheteroseksualnych. Pomijając oczywistą oczywistość, że opłaca się politykom, bo w ten sposób zyskują piękny temat zastępczy, dzięki któremu odwracają uwagę wyborców od kwestii gospodarczych, zdecydowanie ważniejszych dla nich niż nasze istnienie, a przy okazji mają szansę na szybkie zyskanie poklasku minimalnym kosztem. Bo kreowanie milutkiej atmosfery strachu się sprzedaje o niebo lepiej niż trudne decyzje ekonomiczne. Opłaca się z pewnością wszelkiej maści prorokom i czcicielom teorii spiskowych, wieszczącym rychłą zagładę świata. W końcu straszenie homoseksualnym lobby to takie wdzięczne i niewymagające myślenia czy przytaczania racjonalnych argumentów zajęcie. A że nie od dziś wiadomo, że najłatwiej się zjednoczyć nie w obliczu wspólnej pracy, ale "walki" ze wspólnym "wrogiem", to ci, co potrzebują powodów do "jednoczenia" (równoznacznego tak naprawdę z podziałem na dobrych "nas" i złych "onych", co to są wszystkiemu winni), mają je jak na tacy. Pozornie opłaca się w końcu skarbowi państwa, bo danie nam równych praw oznacza uszczuplenie wpływów z podatków. Dlaczego piszę, że pozornie? Bo to już nie jest tak oczywiste.

Po pierwsze dlatego, że szczęśliwy i spełniony człowiek daje z siebie więcej w pracy, ma więc szansę i więcej zarobić, i płacić wyższe podatki. A trudno o to, gdy ukrywa swoją tożsamość przed współpracownikami (co nadal robi większość polskich LGBTQetcetera) i sporą część energii, którą mógłby poświęcić na pracę, trwoni na zupełnie bezsensowne tłumaczenia, półprawdy i kłamstewka. Umówmy się, te nieliczne polskie korporacje, które nie uzależniają świadczeń pracowniczych od orientacji swoich pracowników (dając na przykład możliwość objęcia ubezpieczeniem partnera czy partnerki nieheteroseksualnego pracownika) czy prowadzą aktywną politykę antydyskryminacyjną, nie robią tego dlatego, że są takie fajne i światowe. Po prostu wiedzą, że w ten sposób zaskarbiają sobie wdzięczność i lojalność swoich nieheteroseksualnych pracowników. Nic więc dziwnego, że tworzą im może nie idealne, ale przynajmniej pozbawione dyskomfortu związanego z ukrywaniem swojej tożsamości, warunki do realizacji powierzonych im zadań - w końcu po to ma się firmę, by na niej zarabiać, więc dobra forma psychiczna jej pracowników przekłada się na to, co najważniejsze.

Po drugie, wiele wskazuje na to, że w dłuższych okresach otwarte społeczeństwa rozwijają się szybciej niż zamknięte czy dyktatury. Pięć lat temu Edwin Bendyk i Jacek Żakowski popełnili dla "Polityki" tekst "Miłuj geja swego", w którym przytoczyli szereg badań pokazujących, że różnorodność jest istotnym motorem sukcesu. Najdobitniej świadczyły o tym analizy prof. Richarda Floridy, któremu ekonomia miast zawdzięcza pojęcie gay factor ("czynnika gejowskiego"), a który postanowił sprawdzić, dlaczego niektóre miasta o porównywalnym kapitale ludzkim rozwijają się słabiej niż inne.

Zdaniem Floridy kapitał twórczy budują trzy "T": Talent, Technologia i Tolerancja. Talent to liczba ludzi pracujących twórczo (naukowcy, artyści, projektanci, analitycy). Technologia to liczba zgłoszeń patentowych. Natomiast by mierzyć tolerancję, Florida zastosował Gay Index, czyli odsetek osób o orientacji jawnie homoseksualnej. Uznał, że jeśli geje i lesbijki nie obawiają się otwarcie komunikować swojej odmienności, to znaczy, że społeczność jest otwarta na szczególnie trudną do zaakceptowania odmienność i będzie też otwarta na inne odmienności, częste u osób twórczych. Otwarte środowisko nie tylko przyciąga różne twórcze osoby, ale też umożliwia im funkcjonowanie publiczne, dzięki czemu zasilają społeczność swoimi ideami i przyspieszają jej rozwój. 

Książka Floridy – "Powstanie klasy twórczej" ("The Rise of the Creative Class") – była bestsellerem w 2002 r. i rozpętała gorącą dyskusję. Z jednej strony wyjaśniała bowiem silne dysproporcje rozwoju różnych ośrodków działających w obrębie jednego państwa, a więc w podobnych warunkach ekonomicznych i prawnych, a z drugiej po uproszczeniu łatwo dawała się sprowadzić do absurdu. Gdy Florida zastosował swoją teorię w praktyce i zaczął za jej pomocą mierzyć poziom kapitału twórczego amerykańskich miast, szybko uzyskał odpowiedzi na liczne zagadki. Tempo rozwoju miast okazało się bowiem rzeczywiście na ogół proporcjonalne do odsetka gejów. Sztandarowym przykładem działania trzech "T" stało się San Francisco, słynące z doskonałych uczelni, instytutów badawczych i przemysłu komputerowego, a jednocześnie mające największy w USA odsetek homoseksualistów. 

Kłopot w tym, że te wszystkie piękne teorie zdają się nie działać, gdy zamiast osoby nieheteroseksualnej podstawimy kobietę (nieważne, jakiej orientacji). W ubiegłym roku świat obiegły francuskie badania pokazujące, że choć kobiety nieheteroseksualne zarabiają w tym kraju (zarówno w firmach prywatnych, jak i państwowych) nieco więcej niż heteroseksualne, to nadal mniej niż mężczyźni, zarówno nieheteroseksualni, jak i heteroseksualni (ci ostatni oczywiście zarabiali najwięcej). Dzieje się tak, choć we Francji pracodawcom za dyskryminację pracowników grożą naprawdę surowe kary. Naukowcom nie udało się znaleźć żadnego racjonalnego czynnika uzasadniającego różnicę w wynagrodzeniach zależnie od płci i orientacji badanych. Jedynym wyjaśnieniem były uprzedzenia pracodawców. Niewesołe wnioski płyną też z podanych dopiero co do wiadomości publicznej wyników raportu OECD, zgodnie z którym nawet w najbardziej otwartych społeczeństwach kobiety nadal poświęcają na prace domowe i opiekę nad dziećmi znacznie więcej czasu niż mężczyźni (i to niezależnie od tego, czy ci drudzy pracują, czy nie). Jednocześnie, przynajmniej w Polsce i przynajmniej według sondażu instytutu Homo Homini, ani mężczyźni, ani kobiety nie uważają, by kobiety były dyskryminowane, a w każdym razie nie według naszych standardów kulturowych. Oczywiście wyniki sondażu byłyby pewnie trochę inne, gdyby zapytano o konkrety, jak równe płace czy prawa reprodukcyjne, ale nadal prawdopodobnie wygrałaby opcja na „nie”. Dla porównania - gdy pada pytanie o dyskryminację osób nieheteroseksualnych, odpowiedź zazwyczaj brzmi „tak”.

No to jak to jest z tą dyskryminacją, opłaca się czy nie? W przypadku kobiet najwyraźniej tak (albo nikomu nie udało się jeszcze znaleźć sposobu na to, by się nie opłacała), skoro nawet w najbardziej liberalnych krajach mają statystycznie gorzej (ciekawa jestem, swoją drogą, jak na pytanie o dyskryminację kobiet odpowiedzieliby Szwedzi czy Francuzi) - w domu mają więcej obowiązków, a w pracy zarabiają mniej. Tak że opłacalność opłacalnością (i spoglądanie przez jej pryzmat wcale nie jest głupie, a już na pewno pomaga w argumentacji, bo kasa to konkret), ale tutaj trzeba czegoś więcej niż magiczna ręka rynku. No chyba że nadal synonimem niedyskryminacji ma być więcej za mniej.

niedziela, 6 marca 2011

XII Manifa za nami

Tegoroczna, XII już warszawska Manifa będzie mi się kojarzyć przede wszystkim z dwoma smutnymi wydarzeniami. Pierwsze to śmierć Izabeli Jarugi-Nowackiej, której zadedykowany był przemarsz, a którą ostatni raz widziałam rok temu, na Manifie właśnie. "Uczcijcie Izę nie minutą ciszy, ale głośnym sprzeciwem wobec dyskryminacji" - mówiła dziś do zebranych na Placu Defilad jej córka Barbara. Dzień przed Manifą zmarła po ciężkiej chorobie Daria "Jedyna" Chmielewska - działaczka i organizatorka wspaniałych imprez, dzięki którym wiele dziewczyn odnalazło się w środowisku, odważyło na pierwsze coming outy, nawiązało pierwsze przyjaźnie, a którą być może pamiętacie z tej akcji:
I ona, za sprawą jej przyjaciółek, była obecna na Manifie:
Choć sam przemarsz (tradycyjnie spod Pałacu Kultury pod Sejm), tym razem pod hasłem "Dość wyzysku! Wymawiamy służbę!", był jak zwykle dobrze zorganizowany i energetyczny, to jednak, może właśnie dlatego, że zabrakło tych dwóch jego uczestniczek, nawet bardziej niż zwykle odczułam to, o czym mówiły niedawno organizatorki Manify w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej":

Wczoraj robiłyśmy patykowce, czyli transparenty z hasłami. Na stare przyklejamy nowe i kiedy się zastanawiałyśmy, co zakleić, jedna z nas powiedziała: "A może to, co już jest nieaktualne, co udało się załatwić". To był oczywiście taki żart, bo wiadomo, że wszystkie postulaty są aktualne od pierwszej Manify do dwunastej. Nic się nie udało załatwić, bo władza nie reprezentuje, tylko rządzi. I nikogo nie słucha. I nieważne, czy się zbierze milion podpisów, czy się mieszka dwa tygodnie na ulicach w białym miasteczku. Oni to mają w nosie.

Że są powody, by co roku, jak podła by nie była pogoda (a w tym była wyjątkowo podła), wychodzić na ulice. Że to nie jest i nigdy nie była zabawa czy kolejna okazja do spotkania w miłym gronie. Że musi nas być wiele i musimy być głośne. I rzeczywiście, było nas wiele. Bo Manify odbyły się też w Gdańsku, Krakowie, Olsztynie, Poznaniu, Łodzi, Szczecinie, Katowicach, Toruniu i Wrocławiu. A ta największa, warszawska, zgromadziła około trzech tysięcy osób - reprezentantek i reprezentantów związków zawodowych, organizacji feministycznych i LGBTQetcetera i, jak to się zwykło mówić, "zwykłych warszawiaków".

Można się oczywiście spierać, czy uczynienie głównym przesłaniem Manify postulatów ekonomicznych było najlepszym pomysłem, w końcu rok wyborczy to dobra chwila na podniesienie bardziej "kontrowersyjnych" kwestii (słyszałam nawet głosy, że właśnie postulaty ekonomiczne były powodem niższej jednak niż w ubiegłym roku frekwencji), z drugiej jednak strony trudno jest wartościować problemy kobiet. Manifa opiera się na wzajemnej solidarności i nie ma co kręcić nosem, że jakieś hasła nie są wystarczająco nośne czy nas nie dotyczą - w końcu takie ZNP czy Wolny Związek Zawodowy "Sierpień '80" od lat pojawiają się na przemarszach, niezależnie od tego, co jest ich tematem przewodnim. A jako że trudno się nie zgodzić z organizatorkami Manify, że o ile zmieniają się postulaty, to katalog problemów pozostaje niezmienny, więc nie ma co się zastanawiać, trzeba im po prostu próbować im zaradzić, również tak, jak dzisiaj - po raz kolejny krzycząc, co nas boli.

Pytanie, co właściwie musiałoby się stać, żeby w końcu można było zakleić te nieaktualne hasła na patykowcach oraz kiedy pojawi się ekipa rządząca, która zamiast słuchać sondaży, zacznie słuchać ludzi, pozostaje niestety otwarte. Tak więc mogę zakończyć ten wpis tylko w jeden sposób: do zobaczenia za rok!

Odrobina narcyzmu

No dobrze. Zazwyczaj nie podobam się sobie na zdjęciach. I, poza relacjami z konkursu SAS i podróży poślubnej, chyba dość rzadko wrzucam tu nasze fotki. Ale tym razem fotografował nas Jacek Poremba, więc... Same i sami widzicie.
 Fot. Jacek Poremba, sesja dla "Glamour"

Wywiad, na potrzeby którego Jacek zrobił nam zdjęcia, ukaże najprawdopodobniej w najbliższym numerze "Glamour" (do kupienia w ostatnim tygodniu marca). Wyszło fajnie i ciepło, taką mam przynajmniej nadzieję.

sobota, 5 marca 2011

Dobro dzieci w "niekonserwatywnych" rodzinach

Tak dużo jak w ostatnich dniach o naszych sprawach chyba dawno się w kręgach ustawodawczych nie mówiło. Senat (głosami PO) ostatecznie nie przyjął poprawki do ustawy o prawie prywatnym międzynarodowym, zgodnie z którą przepisy prawa uznające związki osób tej samej płci miały nie wywierać skutków prawnych na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Przy okazji politycy PiS mieli okazję kilkakrotnie popisać się wypowiedziami, z których do historii chyba przejdzie: "Nie bójmy się tutaj opinii, że jesteśmy homofobami" Czesława Ryszki, a Włodzimierz Cimoszewicz, ten sam, który parę dobrych lat temu, gdy pełnił funkcję marszałka Sejmu, nie dopuścił do pierwszego czytania projektu ustawy o związkach partnerskich, opowiedział się za ich wprowadzeniem, w okrojonej formie, ale jednak. Tymczasem SLD zapowiedziało na marzec projekty ustaw o związkach partnerskich i mowie nienawiści. Cóż, czekam niecierpliwie na efekty. Nie, żebym wierzyła, że się tak szybko doczekam, ale pomarzyć zawsze można.

Na tapetę wrócił po krótkiej nieobecności (poprzednio pojawił się przy okazji polskiej premiery filmu "The Kids Are All Right") temat homoadopcji i homorodzicielstwa, tym razem za sprawą świeżo upieczonej blogerki Marty Kaczyńskiej. Ona dla odmiany opinii, jakoby była homofobką, jednak się boi, bo swój wywód o wychowywaniu dzieci przez osoby nieheteroseksualne zaczyna od słów:

Nie jestem homofobem. Znam ludzi o odmiennej orientacji seksualnej i zdaję sobie sprawę, że w wielu przypadkach ich życiowy wybór nie jest wynikiem demoralizacji i skrajnego zepsucia, lecz kwestią uwarunkowaną biologicznie. Tak już jest, że niektórzy z nas są homoseksualni i nie należy ich za to potępiać.

Najbardziej mnie zaciekawiło to "w wielu przypadkach". Oraz połączenie w jednym zdaniu słów "wybór" i "kwestia uwarunkowana biologicznie". Bo to oczywiście bardzo miłe, że przynajmniej części z nie należy zdaniem pani Marty potępiać, ale z drugiej strony nie mam pojęcia, jak odróżnić kogoś, kto "stał się" nieheteroseksualny w wyniku demoralizacji od kogoś, kto jest taki, bo tak wybrał ze względu na uwarunkowania biologiczne, więc w sumie nie wiem, kto zasługuje na potępienie, a kto nie (nie, żeby mi jakoś szczególnie na tej wiedzy zależało). W dalszej części tekstu nie ma rozwiązania tego dylematu, jest za to taki oto wywód:

Skoro badania naukowe i opinie ekspertów (...) wskazują jednoznacznie, że stabilność emocjonalną i prawidłową ocenę swojej tożsamości zapewnia wyłącznie wzrastanie w rodzinie o modelu konserwatywnym, to wszelkie pomysły dotyczące przyznawania prawa do wychowywania dzieci w związkach homoseksualnych uważam za naruszające ich prawa do prawidłowego rozwoju psychicznego. Wszelkie inicjatywy zmierzające do przyznawania parom homoseksualnym prawa do adopcji dzieci uważam za przejaw sprzecznego z naturą uprzedmiotowienia dziecka i ograniczenia jego swobody wyboru.

Zaczynając od końca - dzieci nie mogą też wybrać, w jakiej rodzinie się urodzą (ciekawe, tak na marginesie, że tak wiele osób zapomina, że dla osób nieheteroseksualnych pragnących zostać rodzicami adopcja nie jest jedyną, a nawet preferowaną, opcją). To jest akurat, ekhem, uwarunkowane biologicznie i jakoś nikt z tego powodu szat nie rozdziera i nie nazywa ograniczeniem swobody wyboru. Tak jak i nie określa się w ten sposób decydowania, do jakiego przedszkola posłać dziecko, jak je ubierać, jakie wartości przekazywać. Umówmy się - dzieci generalnie mają niewielką swobodę wyboru. Mogą ewentualnie odmówić jedzenia kaszki czy pocałowania cioci i na tym się mniej więcej ich wolność kończy. Wracając do początku - badania naukowe i opinie ekspertów nie wskazują jednoznacznie na żaden model wychowania. Wręcz przeciwnie, co badacz, to opinia. Jedni różdżką bić każą, inni zakazują nawet klapsów, jedni stawiają na autorytet rodziców, inni na relacje partnerskie, a i tak każda rodzina rozwiązuje kwestie wychowawcze po swojemu, nawet jeżeli bardzo pragnie trzymać się jakiegoś modelu. Oczywiście nie będę udawać, że nie wiem, o jakie badania chodzi pani Marcie i co rozumie przez konserwatywny model rodziny - bo niewątpliwie nie chodzi jej o sposób opieki nad dzieckiem (a powinna, zresztą nie tylko ona, ale wszyscy "specjaliści" od homorodzicielstwa, uwzględnić i te czynniki, bo to by nadało ich teoriom choć pozory rzetelności), a o płeć rodziców. Zła wiadomość jest taka, że tutaj też trudno mówić o jakimś wspólnym stanowisku ekspertów, dobra - że zgodnie z raportem American Academy of Pediatrics nie ma ma żadnych wiarygodnych danych naukowych ukazujących przewagę dorastania w związkach heteroseksualnych. Wyniki rzetelnych badań nad homorodzicielstwem, choć jest ich niewiele (bo po prostu od niedawna się je prowadzi) potwierdzają, że dla dzieci nie ma żadnej różnicy, jakiej płci są ich rodzice. Niedawne badania pokazują też, że nie tylko nie ma znaczących różnic między dziećmi wychowywanymi w "konserwatywnych" i "niekonserwatywnych" rodzinach, ale też, że to nie płeć rodziców, a relacje między nimi mają największy wpływ na rozwój dzieci. To dobra wiadomość również dla kolejnej stygmatyzowanej grupy, czyli samotnych ojców i matek, bo wyszło na to, że lepiej, gdy dzieci mają jednego dobrego rodzica, niż dwójkę, która się ze sobą, delikatnie mówiąc, nie dogaduje. Swoją drogą nie jest to chyba specjalnie odkrywcze, w końcu zdrowy rozsądek podpowiada dokładnie to samo.

Ale przejdźmy dalej. Swoją notkę Marta Kaczyńska kończy następująco:

Sądzę, że niektóre z państw nowoczesnego Zachodu w sprawach dotyczących omawianej kwestii przekroczyły granice wolnościowego myślenia na rzecz hedonizmu, który okaże się zgubny dla następnych pokoleń. Pozostańmy wierni naszym staroświeckim zasadom, bo ich kultywowanie nie świadczy o naszej zaściankowości, ale o mądrości, która zapewnia zdrowie naszym dzieciom.

I tu właśnie popełnia najpowszechniejszy błąd wszelkich domorosłych specjalistów od cudzych i wcale niepotencjalnych, ale jak najbardziej realnych dzieci, bo zakłada, że w Polsce nie ma dzieci wychowywanych przez "niekonserwatywne" rodziny. Nie wiem, skąd się bierze to w sumie naiwne przeświadczenie. Jasne, że niewielu homorodziców przedstawia swoje pociechy w telewizji czy w prasie, jasne, że szacunkowe 50 tysięcy takich dzieci mieszkających w Polsce jest, no właśnie, szacunkowe, nie zmienia to jednak faktu, że polscy LGBTQetcetera mają dzieci, i to nie od dziś, w końcu płodność nie ma nic wspólnego z orientacją psychoseksualną. To nie jest jakiś nowy trend czy przywieziona "z Zachodu" moda. I owa sytuacja się nie zmieni, niezależnie od tego, jak życzeniowo byśmy do tematu podchodzili i na jakich "ekspertów" byśmy się nie powoływali. Zmienić się może za to sytuacja życiowa tychże dzieci, które, choć mają dwoje rodziców, to tylko jeden z nich jest nim w rozumieniu polskiego prawa i na przykład w przypadku choroby dziecka może zawieźć je do szpitala i decydować o leczeniu. Co, jeśli go chwilowo zabraknie, bo akurat wyjedzie na kilka dni z miasta? Co, jeśli umrze? Bardzo lubię wszelkie argumenty spod znaku "dobra dziecka". Szkoda tylko, że ci, którzy je wysuwają, nie myślą o dobru dzieci, które już są na tym świecie i każdego dnia, ze względu na bezduszne prawo, narażone są na realne, nie wydumane, niebezpieczeństwa.

wtorek, 1 marca 2011

Prawo do rozmnażania podstawowym prawem człowieka

Dziś w Senacie debata na temat rządowego projektu prawa prywatnego międzynarodowego. A konkretnie tego, czy należy doń dopisać, że małżeństwo jest związkiem kobiety i mężczyzny (pomysł ten przepadł podczas głosowania w Sejmie). Z tej okazji Kancelaria Senatu zamówiła opinie prawne u pięciu specjalistów, by się upewnić, że ustawa nie umożliwia uznania niektórych skutków związków osób tej samej płci zawartych za granicą. Wypowiedział się między innymi ekspert od praw człowieka prof. Leszek Wiśniewski z Instytutu Nauk Prawnych PAN, który nie dość że chce zapisu w ustawie, że w Polsce za małżeństwo uznaje się jedynie związek jednej pełnoletniej kobiety z jednym pełnoletnim mężczyzną (a co z osobami niepełnoletnimi, które, pod pewnymi warunkami, mogą w Polsce zawierać małżeństwa?!), to za orientację seksualną uznaje między innymi pedofilię. Żeby było jeszcze ciekawiej, według niego podstawowym prawem człowieka jest prawo do zachowania gatunku, a "pary homoseksualne nie wnoszą niczego do realizacji tego fundamentalnego prawa naturalnego" (hm, doprawdy?). "Ruch homoseksualny we własnym interesie nie powinien popierać siebie, lecz heteroseksualizm, bo dzięki niemu także homoseksualiści istnieją na tym świecie" - dodaje.

Włos się jeży na głowie, gdy czyta się takie bzdury głoszone przez człowieka, który od ponad trzydziestu lat pracuje w Centrum Praw Człowieka Instytutu Nauk Prawnych PAN, habilitował się na podstawie rozprawy "Gwarancje podstawowych praw i wolności obywatelskich" i ukończył kurs International Institute of Human Rights w Sztrasburgu. O prawach człowieka uczą już w gimnazjum, a znajomością przynajmniej kilku z nich może się z pewnością pochwalić każdy maturzysta. A nawet jak nie, to wystarczy, że wpisze sobie frazę "prawa człowieka" w Google, by się przekonać, że jako żywo w ich katalogu nie ma czegoś takiego jak "prawo do zachowania gatunku", jest za to sporo o takich rzeczach jak prawo do szczęścia, decydowania o swoim życiu, prawo własności czy dziedziczenia. Bynajmniej nie chcę dowodzić, że wynika z tego prawo do zawierania związków, bo z pewnością nie jest to takie proste, ale nie zmienia to faktu, że pan Wiśniewski po prostu nie wie, o czym mówi. Lub też doskonale wie, ale słowo "człowiek" jest dla niego synonimiczne z "pełnoletnim heteroseksualnym człowiekiem". Szkoda tylko, że jego głównym prawem ma być prawo do rozmnażania, no ale co kto lubi. Swoją drogą mam nadzieję, że pan profesor z tego prawa już nie raz skorzystał, w końcu tytuł naukowy zobowiązuje.

Co zabawne, sprawą homiczych małżeństw, a konkretnie wydawania przez polskie urzędy zaświadczeń o stanie cywilnym umożliwiających parom jednopłciowym zawieranie związków za granicą, zajęła się też ostatnio nasza ulubiona pani minister od dyskryminacji Elżbieta Radziszewska. Z podania o wydanie takiego zaświadczenia miałyby zniknąć pytania o dane przyszłego małżonka/małżonki. O mały włos uwierzyłabym, że coś się pani minister odmieniło i w końcu zajmuje się tym, czym powinna (o zrobienie czegoś z tymi nieszczęsnymi zaświadczeniami od lat apelują nasze organizacje), ale na szczęście nie zapomniała (w rozmowie z "Rzeczpospolitą") "usprawiedliwić" swoich działań: "To nie są żadne drzwi do homoseksualnych małżeństw czy związków partnerskich. Urzędnik nie ma prawa odmówić wydania tego typu zaświadczenia, a do czego obywatel sobie później je chce wykorzystać, to jest sprawa obywatela". Czyli że z jednej strony puszczamy oko do nieheteroseksualnych wyborców, ale z drugiej udajemy, że nic takiego nie robimy. Ha, jak wydać wszystko jest w porządku i rządowa hipokryzja ma się dobrze.

Przyznam szczerze, że jestem już mocno zmęczona i tak samo wkurzona byciem ustawicznym przedmiotem durnych debat z jednej strony, a dwulicowych podchodów z drugiej. A jako że kampania wyborcza jeszcze się tak naprawdę nie zaczęła, nie chcę nawet myśleć, do jakiego poziomu dojdzie moje wkurzenie w dniu wyborów i co tym razem napiszę na mojej karcie do głosowania.