sobota, 30 kwietnia 2011

Świata nie zbawię

Dzisiaj nie będzie rozrywkowo, dzisiaj będzie bardzo serio, bardzo smutno i troszkę osobiście.

Pyszczek - znaleziony na ulicy. Od 4 lat
Za Tęczowym Mostem.
Kiedy byłam bardzo mała, mój ojciec powiedział: "Jeśli masz miękkie serce, będziesz musiała mieć twardą dupę". Mądrość tych słów pojęłam troszkę później, kiedy zrozumiałam, że jak tak dalej pójdzie, to całe życie będę musiała spędzić na stojąco. Rozglądając się po otaczającym mnie świecie, patrząc na ludzi i zadając naiwne pytania, na które odpowiedź zazwyczaj brzmiała : „Takie jest życie, świata nie zbawisz”, nauczyłam się cynicznie podchodzić do otaczającej mnie rzeczywistości. Przykład: kiedy usłyszałam, że zawaliło się Word Trade Center, radośnie rzuciłam do mojej ówczesnej, że Empire State Building znowu będzie najwyższym budynkiem w Nowym Jorku. Owszem, nie wiedziałam, że zginęło tyle osób, ale wiadomość o tym może nie spłynęła po mnie jak woda po kaczce, ale nie przytłoczyła mnie specjalnie. W krajach afrykańskich każdego dnia ginie dużo więcej ludzi, a zamieszania wokół tego jakby znacznie mniej. Wszak to codzienność, nieprawdaż? Ta śmierć nie krzyczy do nas przez miesiąc z nagłówków gazet. Nie epatuje, jest cicha i bezimienna.

Dżinks - wyrzucony z pseudohodowli na pewną śmierć.
Od 15 lat z nami.
Tycjan - szczęściarz, krótko po urodzeniu trafił z ulicy
do domu tymczasowego. Od 4 lat z nami.
Absik - prawdopodobnie wyrzucony z samochodu
w lipcu 2006 roku. Od 5 lat z nami.
Jest jednak coś, w stosunku do czego nie potrafię być cyniczna i obojętna. Coś co często nie pozwala mi zasnąć, co wyciska resztki łez z moich oczu. Los zwierząt domowych. Bitych, poniewieranych, torturowanych, głodzonych, traktowanych gorzej niż rzecz. Każdy dzień przynosi nowe zdjęcie, nową wiadomość o ludzkim bestialstwie. Każdego dnia dowiaduję się o kolejnym okrucieństwie, widzę następną skrzywdzoną istotę. Istotę myślącą i czującą. Jedynie niepotrafiącą mówić językiem ludzi. Istotę, której miłość jest bezwarunkowa. Istotę, która jeśli nas pokocha, zniesie wszystko i zrobi wszystko, co w jej mocy, aby nam tę miłość okazać. I wszystko nam wybaczy. Nie żąda od nas wiele - ciepłego kąta do spania, pełnej miski, odrobiny uczucia. Zadowoli się choćby i okruchem. Słowem: naszym spojrzeniem. I nie opuści nas aż do końca. Będzie nam wiernie towarzyszyć bez względu na to, dokąd nas los zaprowadzi. Zadowoli się skąpą racją żywnościową i kawałkiem wolnego miejsca do spania.

Byleby być z nami. Przy nas. Kiedy ją zostawiamy, tęskni. Często nie je, zrywa się na najlżejszy odgłos kroków. I zawiedziona kładzie się z powrotem, bo to nie te kroki. Czeka dalej. Kiedy w końcu wracamy do domu… nie, tej radości nie podejmuję się opisać. Tego uczucia i tego niemego wyrzutu. Jak mogłaś mnie zostawić, ale już jesteś i będziesz, prawdą? Zostaniesz ze mną, prawda? Bez ciebie nie jest tak samo, to właśnie ty nadajesz sens mojemu życiu. Ty, mój człowiek. Może opuścić nas rodzina, mogą odwrócić się od nas przyjaciele, ale ta najczęściej futrzasta istota nie zna słowa zdrada. Nie obrazi się na nas, czasem może strzeli focha. Ale jest i możemy mieć pewność, że będzie, i nadzieję, że bardzo, bardzo długo.

Dlaczego więc ci bandyci, którzy wydają się być zwykłymi ludźmi, którzy pragną być kochani, tak traktują tych, którzy im to uczucie dają za nic? Dlaczego nie potrafią, nie chcą zrozumieć, że zwierzęta czują, po prostu czują? Dlaczego zabicie, często ze szczególnym okrucieństwem, zwierzęcia jest społecznie akceptowalne, o czym świadczy chociażby brak odpowiedniej kary? Dlaczego nawet ludzie, którzy nie są bestiami, dziwią się, że ktoś może tak głęboko przeżywać odejście swojego czteronożnego przyjaciela?

Wiem, takie jest życie i świata nie zbawię.

czwartek, 28 kwietnia 2011

My tylko chcemy ci pomóc!

Tekst z "Małego Gościa Niedzielnego", obok księdza egzorcysty, to jeden z największych hitów Facebooka ostatnich dni. O ile do cyklu filmików o "lekkim i mocnym" okultyzmie można podejść z przymrużeniem oka, o tyle odpowiedź na list "Licealistki" jeży włosy na głowie.

Dziewczyny "są razem"

W mojej klasie są dwie dziewczyny, które „są razem”. I wcale się z tym nie kryją. Nie widzą nic złego w homoseksualizmie. Męczy mnie ich zachowanie, ale nie wiem jak, ani czy w ogóle zwrócić im uwagę. Reszta klasy też nie jest zachwycona tą sytuacją, ale dotąd nikt nie zareagował. Co robić? 
Licealistka 

Droga Licealistko, 
Znajomy ksiądz, będąc jeszcze klerykiem, pracował kiedyś w czasie wakacji przy świniach w gospodarstwie seminaryjnym. Któregoś dnia, po porannym karmieniu zwierząt kolega poszedł po bułki do pobliskiego sklepu. Była duża kolejka, a on przyszedł z zakupami dziwnie szybko, do tego roztrzęsiony. Podstawił mojemu znajomemu rękę pod nos. 
– Czujesz coś? – zapytał. 
– Nie. 
– Ja też nie, a ludzie puścili mnie bez kolejki. 
Dlaczego? Bo śmierdział. Ale tego nie czuł. A nie czuł, bo przebywając dłuższy czas w chlewie, przyzwyczaił się. Uważaj, to jest to słowo: Przyzwyczajenie. O to chodzi ludziom, którzy wmawiają dziś całemu światu, że homoseksualizm jest czymś normalnym. Chodzi o to, żeby wszyscy oswoili się z myślą, że dwóch panów lub dwie panie to takie same pary jak kobieta i mężczyzna. I że można to zrównać z małżeństwem, a nawet pozwolić takim "parom" adoptować dzieci. W ten sposób zło zostanie uznane za dobro. Sama skłonność homoseksualna nie jest wynaturzeniem – to jest problem, tak jak problemem jest każdy inny defekt lub choroba. Wynaturzeniem jest uleganie takiej skłonności. 
Człowiek przebywający dłuższy czas w smrodzie, przestaje go czuć i można mu aplikować następną dawkę. I nawet nie poczuje, że go otumaniono. 
Niestety, w wielu krajach takie zatruwanie odnosi skutek. Tam już ciągną po sądach nawet duchownych, którzy przypominają, że uleganie skłonności homoseksualnej to wielki grzech. Urzędnik, który odmówi "ślubu" dwom panom lub dwom paniom, straci pracę, a hotelarz, który nie przyjmie takiej "pary" do hotelu, zapłaci grzywnę. Stało się tak dlatego, że gdy jeszcze można było wyrażać sprzeciw, prawie nikomu nie chciało się tego robić. Ludzie łykali truciznę sączącą się z gazet, z telewizorów i internetu, i niepostrzeżenie zmieniali poglądy. Niektórzy jeszcze niedawno rozumieli, że różnice w budowie ciała kobiet i mężczyzn są po to, żeby ona mogła być mamą, a on tatą, dziś uważają to za głupotę. Ci, którzy nawet nie pomyśleli, że osoby tej samej płci mogą zawierać małżeństwo, dziś oburzają się na "nietolerancję", gdy ktoś nie chce tego nazwać małżeństwem. 
W Polsce, na szczęście, nie jesteśmy na takim etapie. I od nas zależy, czy będziemy. Twoi koledzy i koleżanki jeszcze nie zwariowali, bo zachowanie tych dwu dziewczyn im się nie podoba. I bardzo dobrze. Powinno się nie podobać. I dobrze by było, żeby te dziewczyny wiedziały, że tego nie akceptujecie. 
Ale ważna rzecz. One muszą wiedzieć, że jeśli zwracacie im uwagę, to dlatego, że chodzi Wam o wspólne dobro. Nie tylko wasze, ale również ich. Oddychamy tym samym powietrzem i trucizna szkodzi im tak samo jak i nam. One muszą wiedzieć, że je szanujecie. Mało tego – że są wam drogie. I właśnie dlatego, nie zgadzacie się na zło, w które się pakują. 
Mędrzec Dyżurny 

Jako że jestem na etapie przypominania sobie książek, które poczytywałam naście lat temu, ostatnio sięgnęłam po "Ten wspaniały dzień" Iry Levina (tego od "Dziecka Rosemary" i kompletnie skopanego w wersji filmowej "Slivera"). Rzecz z gatunku antyutopii, nieszczególnie oryginalna czy błyskotliwa, ale zgrabnie napisana. Taka łagodniejsza wersja "Roku 1984" - zamiast Wielkiego Brata mamy Unikomp, zamiast Policji Myśli - comiesięczne "zabiegi" (czyli po prostu wstrzykiwanie odpowiednich dawek narkotyków), dzięki którym obywatele i obywatelki świata (identyczni i identycznie myślący), mimo że nie mają żadnej kontroli nad własnym życiem, a wszelkich wyborów dokonuje za nich komputer, czują się szczęśliwi i spełnieni, pracując dla Rodziny. Na koniec wszystko okazuje się rzecz jasna oszustwem, za Unikompem bowiem stoją Programiści, niepoddawani "zabiegom", w pełni świadomi i radośnie pławiący się w luksusach, na które pracuje cała ludzkość.

Jak to w takich historiach bywa, mamy też bohatera, który odkrywa, że jego Bracia i Siostry są otumanieni i bezwolni, i ucieka przed wszechwładzą Programistów. Gdy przeczytałam odpowiedź na ów list do "Małego Gościa Niedzielnego", a szczególnie ostatnie dwa akapity, przypomniała mi się scena, w której Rodzina urządza na niego obławę - przepełnieni miłością i chęcią pomocy (czytaj: otumanieni prochami) otaczają go, co rusz powtarzając, że jest chory, a oni chcą mu pomóc. Udaje im się, zostaje poddany "zabiegowi", po którym oczywiście dziękuje tym, którzy go schwytali i przeprasza za to, co zrobił. A po jakimś czasie budzi się ponownie i udaje mu się zniszczyć Unikomp. Paralela mam nadzieję jasna.

Emmm, czy to, co właśnie napisałam, podpada pod nawoływanie do przemocy? Nie, chyba nie...

wtorek, 26 kwietnia 2011

Gościnnie na Homikach o problemach z SLD

Przy okazji ostatnich wyborów prezydenckich promowałam ideę oddawania nieważnych głosów. Trochę mi się za to oberwało, ale nadal (nawet w obliczu szaleństwa Kaczyńskiego) nieszczególnie mnie to rusza. Bo uważam, że spełniając "obywatelski obowiązek", czy też, jak chcą inni, wybierając "mniejsze zło", nie tyle nawet ograniczam swój wpływ na to, co się dzieje w moim kraju, do minimum, co się owego wpływu pozbawiam. Jasne, że nie mam supermocy, nie mówiąc już o jakiejś miażdżącej liczbie czytelniczek i czytelników, którzy na dodatek podzielają moje poglądy, ale mimo wszystko uważam, że jakiekolwiek działanie w kierunku zmian jest lepsze niż godzenie się na rzeczywistość, która mi nie odpowiada. I o tym tak naprawdę jest mój tekst "Problem z Sojuszem", który pojawił się dziś na Homikach. Nie o tym, że SLD jest złe i w ogóle nielewicowe (choć jest), a o tym, że najgorsze, co możemy zrobić (w ogóle i w szczególe), to położyć uszy po sobie i nie reagować, gdy robią coś przeciw nam. Konkluzja tekstu wygląda tak:

Pytanie tylko, czy patrzenie przez palce na wybryki przedstawicieli tej partii tylko dlatego, że przecież oficjalnie deklaruje się ona jako przyjazna osobom nieheteroseksualnym, jest aby na pewno najlepszą taktyką. W końcu to nie jest tak, że wyborcy są dla polityków, wręcz przeciwnie, to politycy mają służyć wyborcom. A skoro tak, to mamy nawet nie tyle prawo, co obowiązek patrzeć na ręce naszym przedstawicielom, protestować, gdy działają przeciw nam, i w końcu pokazać czerwoną kartkę, gdy nie wykazują chęci poprawy. Przymykając oko na wypowiedzi Łazarskiego czy Zaręby oraz na brak zdecydowanej reakcji kierownictwa Sojuszu na ich pomysły i oddając po raz kolejny swój głos na Sojusz tylko dlatego, że jako jedyny wspomina o naszych prawach, tak naprawdę pokazujemy, że akceptujemy status quo. Że wystarczą puste słowa, by kupić nasze głosy. Czy w tej sytuacji można się spodziewać, że za słowami pójdą czyny? Nie sądzę. Może zatem, zamiast po raz kolejny narzekać, że "znowu nas oszukali", czas po prostu pokazać, że muszą się z nami liczyć. Moim zdaniem najlepszą rzeczą, jaką mogą zrobić dla siebie nieheteroseksualni zwolennicy Sojuszu, jest wywieranie jak największej presji na "swoją" partię, aby liczyła się z ich potrzebami. Chowając głowę w piasek, "bo co my biedni zrobimy, jak jedyna przyjazna nam partia nas opuści" przyczyniamy się tak naprawdę do tego, że nasze postulaty zawsze będą traktowane tak samo poważnie jak zwykle. Czyli jako kiełbasa wyborcza.

Całość do przeczytania tu. Zapraszam do komentowania.

PS Sylwek donosi, że w najbliższych wyborach raczej nie zobaczymy Ruchu Poparcia Palikota. O jakżesz mi przykro.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Wiedźmin 2: Zabójcy Królów

Czekając na "Wiedźmina 2" pogrywam sobie w "Wiedźmina 1", radośnie przez fanów "Wieśkiem" zwanego. Gierkę ową wrzuciłam sobie z kilka powodów. Jednym z nich była chęć sprawdzenia, jak się będzie sprawować na moim pięknym nowym komputerku. Sprawdza się nieźle (i w tym miejscu podziękowania dla Pabla, jesteś wielki). Następny powód to chęć przekonania się, czy będzie zachwycać tak jak przed laty. Czy spędzę przed komputerem noce i dnie (z nielicznymi przerwami na czynności służące podtrzymaniu życia). Niestety, już nie zachwyca. Dialogi wydają się naciągane. Mój jak na razie ulubiony cytat to słowa Triss, która po chwileczce zapomnienia z głównym bohaterem (a dodać należy, że rzecz owa miała miejsce tuż po tym, jak Merigold niemalże zmartwychwstała) mówi: "Geralt, byłeś wspaniały jak zwykle". "Jak zwykle?" - pada odpowiedź Geralta. Na to czarodziejka: "Ty faktycznie nic nie pamiętasz". Postacie tzw. bn-ów nadal mało urozmaicone, a i zarzut, że wcielić się można tylko w Geralta, ma coraz więcej sensu. Bo skoro na potrzeby gry w cudowny sposób ożywiono białowłosego, to czemu by nie ożywić miłości jego życia, fiołkowookiej Yennefer pachnącej bzem i agrestem? Czemu by nie wprowadzić postaci, która wszak przeżyła, czyli Ciri?

Skoro wielkie firmy już od lat dają możliwość grania postaciami płci różnych, czemu rodzimy twórca gry jakoś na ten pomysł nie wpadł? Wszak wśród miłośników Sapka znajdują się również kobiety. Więcej, wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że one również w gry RPG grywają. Ja rozumiem, że pomysł przeniesienia postaci Geralta w świat gier powstał lat temu dwanaście, kiedy to podobno gry komputerowe były li i jedynie męską domeną. Ale od pomysłu do realizacji minęło siedem lat, i w tym czasie nawet najbardziej mizoginistyczny mizogin powinien był zauważyć, że kobiety nie tyle chętniej grają (bo zawsze grały), ile chętniej się do tej czynności przyznają. Tak na marginesie, to owo siedem lat to swoisty rekord, jeśli chodzi o czas tworzenia gry.

O mizoginii wszechobecnej w grze można by dysertację napisać. W książce o Wiedźminie Sapkowski ujął mnie swoim, właśnie tak, feminizmem. I nie ukrywam, że była to dla mnie nowa jakość w fantasy pisanej przez mężczyznę. W grze nic lub prawie nic z tego nie zostało. Owszem wprowadzono niezwykle istotne dla fabuły postacie kobiece. Ale z dwóch niezależnych silnych kobiet, którymi w pierwowzorze były Shani i Triss Merigold zrobiono, hm, stereotypowe kobietki. Uprzejmie wątpię, że którakolwiek z nich postawiłaby komukolwiek ultimatum w rodzaju "albo ona, albo ja". No proszę was. Kto czytał, ten wie.

Kolejna sprawa. Geralt mnichem nie był. Uciechy cielesne lubił i niespecjalnie się od nich wymigiwał. Jednak nie czynił z tego igrzysk, nie nanosił karbów na pasie, czy też mieczu. W grze jest to, oprócz gry w kości, kolejna minigierka, za którą zdobywa się kolejne punkty, a także specjalne karty prezentujące akty panien, z którymi nasz bohater spędził upojne chwile (aż się dziwię, że nie wprowadzono tutaj postaci Filippy Eilhart, czy też Francescy Findabair, aby udowodnić, że ich lesbianizm to nic innego jak fiksacja tych, co chłopa dawno nie miały i żeby "męscy" gracze poczuli się jeszcze bardziej "męsko").

Podsumowując, z sagi o Wiedźminie w grze zostały postacie i kilka cytatów. Nie udało się twórcom przenieść czegoś, co przynajmniej do trzeciego tomu, stanowiło o niezwykłości tej powieści, czyli klimatu. Jasne, fabuła nie jest najgorsza, wyzwania w miarę ciekawe, ale jak na tyle lat przygotowań można poczuć gruby niedosyt.

Na część drugą przyszło nam czekać lat tylko cztery. Podobno, piszę podobno, bo z producentem gry nigdy być pewnym niczego nie można, będzie miała ona premierę 17 maja. Z szumnych zapowiedzi, że trafi ona również na PS3, wyszło to, co zawsze tej firmie najlepiej wychodzi, czyli szumne zapowiedzi. Czepiając się radośnie dalej firmy, której nazwy, z powodu urazy osobistej, specjalnie nie wymieniam, zapowiedzi są ich najmocniejszą stroną. Bez cienia wstydu bowiem chwalą się oni wprowadzanymi do gry jakoby nowymi rozwiązaniami. Sęk w tym, że te "nowości"(jak np. nieliniowa narracja, postaci z krwi i kości, każda z własnymi motywacjami i zamiarami, większa interakcja z otoczeniem) już gdzieś ktoś zastosował.

O "Wiedźminie 2: Zabójcy Królów", można między innymi przeczytać, że jest to gra przeznaczona dla graczy dojrzałych. Nie będzie to wyłącznie bezmyślna rąbanka, ale zabawa, w której gracz staję przed poważnymi wyborami moralnymi. I bardzo dobrze, wszak o to w grach RPG również chodzi. Jednak patrząc się na sposób promocji, zaczynam zastanawiać się, co twórcy rozumieją pod pojęciem "gracz dojrzały"? Czyż taka reklama jak na poniższym obrazku nie jest wyraźnie skierowana do "pryszczatych nastolatków" (w różnym wieku), którzy grać będą jedną ręką?
Niepokoi również fakt, że Sapkowski nawet w niewielkim stopniu nie uczestniczył w tworzeniu drugiej części. Nie przyłożył do niej również ręki Tomasz Bagiński.

Ale grę i tak kupię, chociażby po to, aby po raz kolejny pomarudzić, że to jednak nie to.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Nieobywatele

Mam chyba tydzień wkurzających komentarzy na temat "Miłość nie wyklucza". Z jednej strony SLD sadzi takie oto kwiatki:

Problem w tym, że cała ta akcja niczemu nie służy. Znamy mieszkańców Suwałk i wiemy, że oni nie chcą tych plakatów. Pracujemy przecież dla nich, a nie przeciwko nim. Katolicy, prawosławni, Białorusini, Tatarzy i Polacy od wieków żyją tutaj w zgodzie. Homoseksualiści też mogą tu z nami mieszkać, ale po co przekonywać innych do swojego stylu życia? (szef podlaskiego SLD dla Rzepy)

Skoro homoseksualiści wybrali sobie taką drogę, to niech żyją, jak chcą. Tylko czy muszą się z tym obnosić w Suwałkach? (ten sam pan dla Wyborczej)

Regulamin zabrania umieszczania plakatów, których treść mogłaby naruszyć cudze uczucia. Suwalczanie to w 90 procentach katolicy. Na pewno poczuliby się dotknięci. (Tomasz Łazarski z SLD dla Współczesnej)

Dla porównania - Adamski z PiS o "Żywej bibliotece" w Radomiu:

Nasze społeczeństwo jest tolerancyjne, potrafi rozumieć pewne zachowania, ale powinno się to przeżywać w sferze nie takiej ostentacyjnej, nie takiej publicznej.

Z drugiej błyszczą sympatycy (!) MNW (komentarze ze strony akcji na FB):

Lewicowość to przede wszystkim sprawy solidarnościowe, a dopiero później walka o prawa mniejszości. Oburzyliście się, bo doszło do jednego incydentu. Sami też nie jesteście w porządku - myślicie tylko o swoich prawach, a zapominacie, że są też tak istotne sprawy jak walka z biedą i z wykluczeniem poprzez nędzę...

Działalność lewicy nie polega jedynie na dochodzeniu praw mniejszości seksualnych. To jest raczej problem nieco dalszoplanowy i do rozwiązania dopiero wtedy, kiedy w parlamencie pojawi się odpowiednia większość, która stworzy odpowiednie regulacje prawne. Trzeba cierpliwości, a beton partyjny się skruszy i problemów nie będzie.

Pojawiło się też takie coś na Kobiety Kobietom (argument z cyklu "dlaczego nie podoba mi się MNW"):

Ja w ogóle jestem za tym, aby były tylko małżeństwa. Nie rozumiem, po co tworzyć związki partnerskie, które są "niby-małżeństwami", czymś połowicznym, takim na pół gwizdka. Jeśli mam się z kimś związać, to ze wszystkimi przynależnymi prawami i obowiązkami, a jeśli nie - to nie sankcjonuję tego prawnie.

Czyli tak: SLD łaskawie pozwala nam mieszkać w Suwałkach (bo rzecz jasna nie odnotowano osoby nieheteroseksualnej, która tak z urodzenia tam mieszka, o nie, tego to w Suwałkach nie mamy), o ile oczywiście nie będzie nas widać, ale jak najbardziej pracuje dla mieszkańców Suwałk, którymi nie jesteśmy. Ale to w sumie nic złego, bo lewicowym priorytetem jest solidarność (kogo, czego?), a nie równość (a ja głupia zawsze myślałam, że to się łączy). A my mamy walczyć albo o ową solidarność bez równości, bo wtedy, jak będziemy wystarczająco cierpliwi, to nasze prawa z problemu dalszoplanowego staną się pierwszoplanowym (jedzie mi tu czołg?), albo o zrównanie naszych związków z małżeństwami, bo inaczej ta nasza walka nie ma sensu. Nie ukrywam, że to drugie "albo" jest mi bliskie, ale jego kategoryczność już nie. Bo choćby tych kilka przywołanych we wpisie cytatów pokazuje, w jakiej rzeczywistości żyjemy.

Wniosek? Róbmy swoje. A SLD niech mnie pocałuje w dupę.*
Kiss My Ass / Ruby Persson

*I tak jedna z niepisanych reguł tego bloga "zero wulgaryzmów" zmieniła się w "jeden wulgaryzm".

wtorek, 19 kwietnia 2011

Are we just consumers?

Kiedy na jesieni ubiegłego roku startowaliśmy z akcją "Miłość nie wyklucza", plany były skromne - kilka billboardów/słupów w Warszawie, strona www, strona na Facebooku - wszystko dzięki niewielkim dotacjom od zaprzyjaźnionych firm i klubów. Do tego manifestacja i oczywiście trochę wiadomości w mediach. Ot, akcja informacyjna na miarę naszych skromnych możliwości. Po kilku tygodniach okazało się, że nasze plakaty chcą ugościć miasta z całej Polski i że znalazło się trochę osób prywatnych, które wspierają akcję. Efekt: pojawiliśmy się m.in. w Łodzi, Kołobrzegu, Przemyślu, Inowrocławiu, Wałbrzychu (akcja wałbrzyskiego oddziału KPH), odmówiono nam za to miejsca w autobusach w Ełku i na słupach w Suwałkach, za to teksty o akcji pojawiły się w tamtejszej prasie. Swoje trzy grosze dołożyły też media z Kędzierzyna-Koźla, w którym pierwotnie miało nas nie być. W najbliższych miesiącach będziemy też w Jeleniej Górze, Zamościu, Piasecznie, Zakopanem, Żywcu, Sandomierzu i Pile (plakaty pojawią się albo w formie ogłoszeń w prasie lokalnej, albo w outdoorze). Wybór mniejszych miast jest nieprzypadkowy, bo to właśnie tam najmniej się dzieje w naszych sprawach i najwięcej jest i nieprzekonanych, i po prostu niedoinformowanych.

Ale to wszystko już pewnie wiecie i czytaliście o tym po wielokroć. Dlaczego więc znowu się biorę za MNW? Bo wciąż nie mogę wyjść z podziwu, że to wszystko się tak udało. Że nie skończyliśmy po miesiącu czy dwóch, że wiele się jeszcze wydarzy, że możemy już spokojnie planować i wielki finał, i dalsze - jak chwilę odpoczniemy - działania. Oczywiście ogromna w tym zasługa osób najbardziej w nią zaangażowanych - i jako organizatorzy i organizatorki, i jako sympatycy i sympatyczki. Szczególnie tych i te ostatnie chciałabym tym wpisem jakoś uhonorować. Bo, choć nadal dominuje postawa "zróbcie, a ja skorzystam lub nie", to jednak ta akcja pokazała (i nadal pokazuje), że w walkę o związki/małżeństwa może się włączyć każdy/każda z nas. Że działanie niejedno ma imię. I że jest jakieś grono osób, może nieduże, ale jednak jest, które robi to, co dotąd jakoś się nie udawało (a może nikt tak naprawdę tego nigdy nie zaproponował?) - zamiast dawać dobre rady i czekać, aż ktoś zrobi coś za nich (i dla nich), po prostu finansuje akcję, która im się podoba i w której widzą sens. Czyli najzwyczajniej w świecie bierze w niej udział. Z konsumentów zmienia się w obywateli, ludzi, którzy chcą zmian i działają w ich kierunku.

Wiem, że już o tym pisałam. Zdaję też sobie sprawę, że nie każdego stać, by przekazać choćby symboliczne 10 złotych, i że jest ileś tam osób, które wspierają nasze organizacje jednym procentem od podatku. Czyli robią coś, czego dla odmiany nie robię ja, po trosze dlatego, że ów jeden procent uważam za swoiste alibi, w końcu tak naprawdę nie idzie on z naszych kieszeni, za to daje poczucie, że wsparliśmy słuszną sprawę i zwalnia od martwienia się o to przez kolejne dwanaście miesięcy, a po trosze dlatego, że lubię wspierać konkretne akcje, a nie niekonkretne działania statutowe (tak na marginesie, to w tym roku wyjątkowo odstąpię od dorocznego wspierania inicjatyw prozwierzęcych, bo i tak w ciągu roku zawsze znajdzie się kilka zwierzaków, na które robię przelewy, i przekażę swój jeden procent na leczenie Huberta). Tyle że akcja "Miłość nie wyklucza" pokazała, jak wiele można zrobić, gdy kilkoro działaczy nagle (teraz, już, nie raz na rok!) otrzyma wsparcie od kilkudziesięciu "niedziałaczy". Jak wiele daje zaangażowanie kolejnych dwóch, trzech, pięciu osób. Wyobrażacie sobie, co można by zrobić, gdyby to nie było kilkadziesiąt, a kilkaset czy kilka lub kilkanaście tysięcy. Jasne, że to "tylko" akcja plakatowa i że nawet pojawienie się na wszystkich billboardach w całej Polsce nie sprawi, że za miesiąc dostaniemy związki. Tyle że jak nic nie będziemy robić, to też nic się nie zmieni. A na dodatek, śmieszna rzecz, ale mam wrażenie, że wspieranie naszych inicjatyw (niekoniecznie MNW) daje też po prostu satysfakcję. Czyż nie miło jest wybrać się na przykład się na przykład do Sopotu, spojrzeć na taki obrazek:
 
i pomyśleć: "To moja zasługa"? Kurczę, naprawdę fajnie jest dołożyć swoją cegiełkę, przybliżyć choćby o milimetr dzień, w którym w naszym kraju poczujemy się równi i równe.

Agitka mi wyszła, wiem. To na zakończenie jeszcze bardziej poagituję. Po pierwsze nadal można wesprzeć MNW i wejść w posiadanie na przykład takiego zestawu gadżetów:
Szczegóły tu. A po drugie można zgłosić postulat związków partnerskich samemu... premierowi. Informacje, jak to zrobić, znajdziecie tu, a samą formatkę na stronie premiera tu. A po trzecie można zrobić jeszcze tysiąc dwieście innych rzeczy (kilka pomysłów tu), w których niekoniecznie zawiera się zostawienie na kolejnej stronie komentarza spod znaku "zróbcie, a ja ewentualnie poprę". To co? "Are we just consumers or are we citizens?" (że zacytuję moją ulubioną bardkę)

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Free Tibette!

Długo, bardzo długo musiałam na niego czekać (blisko półtora roku), ale w końcu jest - pierwszy odcinek drugiego sezonu kanadyjskiego serialu internetowego "Seeking Simone" pojawił się w internecie. O pierwszej serii trochę pisałam tu, a mój wywiad z twórczynią serialu Rosemary Rowe i z odtwórczynią tytułowej roli Renée Olbert ukazał się w drugim numerze "Furii" (niestety nie jest dostępny online). Tak więc tylko skrótowo napiszę, że jest to partyzancka produkcja robiona przez grupę wariatek i wariatów, którzy w przerwie między zajęciami, za które im płacą, postanowili zrobić lesbijską komedię o szukaniu miłości przez internet. Rzecz bardzo oszczędna w środkach, kręcona w pomieszczeniach udostępnionych przez ekipę i dobrych ludzi i takimż sprzętem, za to, jak dla mnie, przezabawna.

Sezon drugi zaczął się od starego dobrego trzęsienia ziemi. W odcinku "Free Tibette!" dostało się Lady Gadze (serio, ona jest kobietą? Myślałem, że to drag queen czy coś) oraz "The L Word" (a szczególnie "modelowej" parze Bette i Tinie), a Simone dorobiła się stalkerki i najwyraźniej zamierza z tego powodu zapić się na śmierć. Zresztą zobaczcie same i sami:



Wiem, że sieciowych seriali jest mnóstwo, i to znacznie lepiej obdarzonych budżetowo niż "Seeking Simone", ale od jakiegoś czasu żaden, oprócz tego jednego, nie zdołał przykuć mojej uwagi na dłużej niż kilka pierwszych odcinków. Nie mam pojęcia, na czym polega polega jego magia. Na przeuroczej Renée, to jasne, a poza tym pewnie na umiejętności wygrania uwagi widzów nie pięknymi wnętrzami, strojami czy buźkami, a humorem, dobrymi dialogami, luzem i spontanicznością. Rzecz wbrew pozorom rzadka i cenna - w epoce dętych "L Wordów" i "Lip Service'ów" dystans do siebie jest naprawdę ożywczy, nawet jeśli zarazem jest tak niszowy.

A na deser coś z brytyjskiego humoru, a konkretnie piosenka "Everybody Loves a Lesbian" z serialu "Mongrels" wyprodukowanego przez BBC Three.



Uśmiechnijcie się, już prawie wtorek!

piątek, 15 kwietnia 2011

Ogniem i mieczem

Do napisania tego tekstu natchnęło mnie kilka rzeczy. Fatalna msza za duszę zmarłej "Jedynej", komentarze pod wpisem "Papamobile" na zaprzyjaźnionym blogu Scenki, "Posmoleński Słownik Polityczny" Magdaleny Środy (a szczególnie hasła: Kościół – zobacz: państwo; Państwo – zobacz: Kościół), długotrwałe i wytrwałe ściganie przez policję twórców krzyża zrobionego z pustych puszek po piwie "Lech" przyniesionego prawie rok temu pod Pałac Prezydencki oraz oczywiście nieodłączne spacery (w deszczu!) z psem.

W dziwnym kraju przyszło mi żyć. W kraju wyznaniowym, który oficjalnie jest świecki, a przynajmniej tak twierdzi jego Konstytucja. Ta sama, w której naczelną rolę przyznano jednej jedynej religii. Katolickiej. Wiele osób stara mi się udowodnić nadrzędność owej racją historyczną. Przyznaję, z historii jestem noga, ale wiem, że decyzja o przyjęciu takiego, a nie innego wyznania przez pierwszego oficjalnego władcę Polski była w istocie polityczna. A katolicyzowanie, bo nie napiszę chrystianizacja (gdyż Chrystus nieodmiennie kojarzy mi się z postacią Ha-Nocri z pewnej powieści, która to postać z przyjętymi sposobami narzucania wiary nic wspólnego mieć nie mogła) naszego pięknego kraju trwało, jak podają niektóre przekazy, nawet do XVII wieku. Co ciekawe, kraj nasz do czasów obecnych nie był jednolity, jeżeli chodzi o wyznanie. Pewnego dnia jednak coś się zmieniło. Nie, nie w ostatnich latach.

Lat temu kilkadziesiąt zostałam ochrzczona. Twierdzę, że to dlatego, iż chodzić jeszcze nie umiałam. W wieku lat siedmiu miałam objawienie. Buntowniczym tonem ogłosiłam (bo rodzina raczej niewierząca), że chcę chodzić na religię. Wpływ na taką decyzję miał zapewne fakt, że w mojej klasie tylko trzy osoby (na trzydzieści!) na takową nie uczęszczały. Jedną z nich była, tak jak i ja, córka oficera LWP (Ludowego Wojska Polskiego) i tłumaczyła się (sic!), że tata miałby kłopoty w pracy, druga zaś była innego wyznania. Mój bunt spalił na panewce, kiedy ojciec spokojnym głosem powiedział: "ależ proszę cię bardzo" i zaprowadził mnie do salki katechetycznej (dla młodszych czytelniczek/ów - kiedyś tam właśnie uczono o dzieciątku). Po czterdziestu pięciu minutach odebrał dziecko nieco zamyślone i przygaszone. W końcu dziecko zapytało: "Tato, a dlaczego za wiarę stawiają oceny?". Tatę pytanie lekko zaskoczyło, ale że w młodości był ministrantem, a nawet zwiał z seminarium (tłumacząc matce swojej, że pociąg do sukienek to on owszem ma, ale do nieco innych), próbował berbeciowi sprawę rzeczowo wyjaśnić. Berbeć wysłuchał, przemyślał i stwierdził: "To ja nie chcę już chodzić".

Życie dziecka, nawet w tamtych czasach, w których podobno Kościół był prześladowany, nie było łatwe. Bo było ono, to dziecko, inne, dziwne i wytykane palcami. Zegarka na komunię nie dostało, a całkowicie potępione zostało, kiedy to nie chcąc się zbytnio wyróżniać przy wizycie w kościele (wycieczka klasowa, serce Chopina), co prawda się przeżegnało, tylko jakoś na odwrót i na dokładkę lewą ręką. To wydarzenie uświadomiło mi, czym tak naprawdę jest dla większości wiara katolicka. Zbiorem pustych regułek, dziwnych ćwiczeń gimnastycznych, całkiem podobnych do tych na PO (przysposobienie obronne, nie mylić z czymś innym), czyli padnij - powstań. W liceum osobie nieutożsamiającej się z jakimkolwiek wyznaniem było łatwiej. Chociaż przyznaję, że osłupiałam, kiedy panna z krzyżem wielkości szybowca (bez pilota) na piersi zarzuciła mi, że afiszuję się ze swoim ateizmem, gdy grzecznie, aczkolwiek stanowczo podałam powody, dla których nie chcę wstąpić do Oazy. Przygód z katolicyzmem miałam więcej, ale najbardziej rozczulił mnie ksiądz krzyczący do mnie na ulicy "Przeklinam cię!". Fidrygałki ze swojego życia przytaczam, bo są śmieszne i żeby pokazać, że moja niechęć do religii wszelakich, w tym katolickiej, ma długoletnie korzenie.

Jednak, pomimo że Ewa mówi o mnie per "moja ty katolożerczyni", oprócz gadania praktycznie nie zrobiłam nic, aby powstrzymać zawłaszczanie przestrzeni publicznej przez Kościół katolicki. Nawet mój akt apostazji, choć już wypisany, czeka nie wiadomo na co. Chyba na zmiłowanie. Ale czy tylko ja tak mam? Niedawno dowiedziałyśmy się, że istnieje coś takiego jak zjazd apostatów. Jakoś tak cicho się zjeżdżają. Na marsz ateistów nawet bym się wybrała, ale słowa rzeczniczki "Jest wśród nas sporo osób, które zdecydowanie odrzucają antyklerykalną retorykę. Im po prostu jest nie po drodze z Kościołem, ale nie są od razu zwolennikami aborcji czy eutanazji. Marsz 10 października ma pokazać, że ludzie bezwyznaniowi mają normalne poglądy" (Ewa pisała o tym tu) skutecznie zniechęcił mnie do udziału w tym wydarzeniu. Jasne, ja wiem, że ateiści są różni. Ale, aż chciałoby się napisać "na litość boską", czemu tak grzecznie kładą uszy po sobie i zachowują się jak geje i lesbijki w akcji "Niech nas zobaczą"? Czemu znakomita większość z nich chrzci swoje pociechy i wysyła je na religię? Dlaczego nie domagają się respektowania swoich praw? Głośno i wyraźnie. Ot, chociażby zamiast podpisywać zgodę na udział dziecka w lekcjach religii, co odważniejsi zgadzają się na sytuację odwrotną - to oni piszą oświadczenia, że nie zgadzają się na udział ich pociech w tej szopce. A przecież prawo stanowi inaczej. Gdzie do cholery byliśmy, kiedy podpisano konkordat, wprowadzono religię do szkół, a następnie na świadectwa? Jak to możliwe, że godzimy się na to, aby ustawy antydyskryminacyjne akceptowane były najpierw przez biskupów czy innych takich?

Brakuje mi oporu na masową skalę. Takie walnięcia pięścią w stół i powiedzenia: "Dość, do diabła!". Ups, napisałam "do diabła"?

środa, 13 kwietnia 2011

Dragon Age II - blaski i cienie

Cierpiąc na klęskę urodzaju (przygotowuję bowiem jeden poważny i jeden mniej poważny wpis), z przerażeniem zauważyłam, że na garniturku zabrakło informacji na temat drugiej części gry "Dragon Age".

Gra zadebiutowała na rynku już prawie miesiąc temu i oczywiście weszłam w posiadanie jej wersji na na PS3 na dzień przed jej oficjalną premierą. Pożegnawszy się ze światem i snem na jakieś dwa tygodnie, zasiadłam do gry. Niestety, ku mojemu żalowi i rozpaczy, nasz telewizor nie sprostał zadaniu.

Gra przygotowana jest tak, jak lubię - w wersji kinowej. Nie ma dubbingu. Są napisy. I właśnie o te napisy się rozchodzi. Są nieczytelne. Telewizorek, skądinąd wspaniały, zawiódł na całej linii. Wiem, trzeba było uczyć się języków obcych. Trochę się poduczyłam, ale niestety nie na tyle, żeby ze słuchu wyłapać, o co tak naprawdę chodzi. A bez tego ani rusz, bo to, co powie postać, w którą się wcielam, ma ogromne znaczenie dla przebiegu gry.

No i zaczęły się problemy. Ja, nie mogąc zaspokoić swojej manii oraz chęci odcięcia się od problemów dnia codziennego, robię się poirytowańsza (moja żona twierdzi, że poirytowana jestem cały czas. Przy okazji polecam książki Davida Eddingsa o Sparhawku, skąd to ładne stwierdzenie zostało zapożyczone). A Ewa niedługo na tekst: "Ja chcę plazmę!" zacznie dostawać białej gorączki.

I to nie tak, że ona ma coś przeciw zakupowi owej, ale mój wrodzony rozsądek (to przypadek, że wpisując te dwa słowa, zrobiłam chyba z 10 błędów) nie pozwala mi na takie szaleństwo. Nieprawdą jest również to, że stałam ostatnio piętnaście minut w sklepie, wpatrując się z zachwytem w obiekt moich marzeń, głośno i rozpaczliwie wzdychając oraz tocząc walkę ze sobą. Również nieprawdą jest, że wyszukuję coraz lepsze oferty cenowe na telewizory plazmowe, które z dumą prezentuję Ewie. A gra leży na półce i woła do mnie przejmująco.

"Dragon Age II", podobnie jak i część pierwsza, nie jest grą wybitną. Trochę jej brakuje do "Baldur’s Gate", której to miała być następczynią. Na dokładkę twórca gry, firma Bioware, nieco uprościł ją właśnie w wersji dialogowej, dodając ikonki informujące, czy bohater/ka właśnie żartuje, robi za twardziela, czy też za jednostkę szlachetną. Grafika również nie powala na kolana. Ale mimo tych mankamentów gra spełnia podstawowe założenia RPG, a ponadto nie jest to gierka, którą można skończyć w cztery godziny.

Maniacy gier RPG nie tylko przepadają w wyimaginowanym świecie na długie godziny (twierdząc, że to świat realny jest tym wyimaginowanym), ale także utożsamiają się ze swoja postacią. I "Dragon Age", zarówno jedynka (o której pisałam tu), jak i dwójka osobom nieheteroseksualnym pozwalają na to w pełni.
Koniec z odganianiem się od umizgów umięśnionych byczków, marzycielskich bardów oraz cynicznych magów płci męskiej. Nie narażę się również na wzgardę pań wykonujących wyżej wymienione profesje. A poza tym niektóre sceny są naprawdę ciekawe.



Ja chcę plazmę!

wtorek, 12 kwietnia 2011

Teleswizja

"Teleswizja" to trzeci i ostatni program kabaretu Barbie Girls. Najbardziej spójny i przemyślany, ale też najdłuższy (w pierwotnej wersji trwa chyba dwie godziny), dlatego na potrzeby niedawnego występu w Bielsku zdecydowałyśmy się go trochę zmodyfikować i skrócić. Wypadł wywiad z działaczem i "Cela wolnych myśli", zamiast programu muzycznego zagrałyśmy "Wokalistkę", zamiast dobranocki - "Lokomotywę", ale za to na bis poszła "Terapia" (wszystkie trzy z drugiego programu). Tyle tytułem wstępu, a post jest z tej okazji, że po raz pierwszy w historii mamy cały występ nie tylko nagrany, ale też pięknie zmontowany i wyczyszczony, a na dodatek można go już obejrzeć na You Tube (w przeciwieństwie do części skeczy z poprzednich programów). A to wszystko dzięki Markowi - niniejszym jeszcze raz bardzo, bardzo dziękujemy! Swoją drogą jest w tym jakaś ironia losu, że musiałyśmy się rozpaść i reaktywować specjalnie na ten występ, żeby w końcu doczekać się tak pięknego nagrania. Z ciekawostek - na jednej z prób przed występem przyszło nam do głowy, że właściwie mogłyśmy się nazwać znacznie zabawniej, np. Barbie Grills albo wręcz Brabie Grills. Ale cóż, na najlepsze pomysły wpada się czasami zbyt późno, zresztą może to i dobrze, bo gdy wyobrażam sobie ilustrację nazwy Barbie Grills, to włosy mi się jeżą na głowie. Ciekawostka numer dwa - w zajawce najnowszej "Repliki" (z Furją na okładce!) znalazło się takie to zdanie: "Na okładce Agnieszka Weseli, która w wywiadzie opowiada m.in. o tym jak była żoną, dlaczego rozpadło się Barbie Girls i czym jest Pomada". Przeczytawszy wywiad, mogę stwierdzić, że raczej nie opowiada o tym, jak była żoną i dlaczego rozpadł się nasz kabaret, ale cóż, reklama dźwignią handlu!

No ale dobrze, dość dywagacji, zapraszam do oglądania i odnotowywania wpadek (dla ułatwienia - jedna z nich tłumaczy, dlaczego w części trzeciej w pewnym momencie nie mogę się powstrzymać od śmiechu). Ja naliczyłam co najmniej pięć, ciekawe, ile wy zauważycie!















poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Muzyka i polityka

Mamy nowego bohatera. Ma 17 lat, nazywa się Piotr Wolwowicz i dostał cztery "nie" od jury polsatowskiego reality show "Tylko muzyka. Must be the music". Chłopak zaśpiewał "Pytasz mnie" Rosiewicza, usłyszał kilka słów od Zapendowskiej o koszmarnych patriotycznych, bogoojczyźnianych piosenkach i o tym, że ma nie iść tą drogą, złożył publiczną deklarację, że i tak był najlepszy, emigracja jest zła, a Polska najważniejsza i tyle. W efekcie dorobił się ponad dwóch tysięcy fanów na Facebooku, a w sieci mamy petycję, której sygnatariusze domagają się przeprosin za obrazę ich, patriotów, uczuć. Odpuszczę sobie oczywiste oczywistości, że nieodłącznym elementem tego typu programów jest obrażanie uczestników i uczestniczek, czy dywagacje na temat tego, co Zapendowska miała na myśli - tematykę piosenki czy jej kiczowatość. Generalnie każdy może sobie interpretować takie rzeczy, jak mu wygodniej, jak dla mnie jury nie było bardziej żałosne niż zwykle. Bo w końcu w mainstreamie liczy rozrywka, kolorowe stroje, lekka tematyka i skoczne rytmy, czyli przeciętność, jakiej pełno w polskiej muzyce. Nie, nie uważam, że to dobrze, generalnie wkurza mnie, że wszelkie programy mające na celu wyłanianie nowych talentów służą tak naprawdę lansowaniu tandety (może i czasami błyskotliwej, ale jednak tandety), ale też wyznaję zasadę, że jak mi się coś nie podoba, to staram się nie narażać na obcowanie z tym. W przypadku telewizji to na szczęście dość łatwe.

Ale nie o telewizji będzie dziś, a o muzyce politycznej. Dla mnie muzyka musi być jakaś, i w tym "jakaś" jak najbardziej mieszczą się kwestie społeczne. To chyba taka skaza z dzieciństwa, bo polityki w naszym domu było zawsze sporo, a więc było i miejsce na zaangażowanych wykonawców, jak choćby Kaczmarski. W naszej płytotece był też i ówczesny pieszczoch systemu (tak!) Rosiewicz, którego, co przyznaję z niejakim wstydem, jako dziecko nawet lubiłam. Nie mam pojęcia, jaka byłaby reakcja jury, gdyby Wolwowicz sięgnął po nadal zaangażowany, a za to mniej przaśny repertuar, a przy okazji włożył w swoje wykonanie mniej zadęcia, a więcej serca. Może i taka sama, wszak owo jury do najmądrzejszych nie należy. Mnie tak naprawdę w tej historii uderzyło co innego - że współczesna polska muzyka polityczna kojarzy się głównie z chóralnymi zaśpiewami z Krakowskiego Przedmieścia. I w tym kontekście doskonale rozumiem stwierdzenie, które padło w jednym z komentarzy pod moim postem o rankingu SheWired, że muzyka powinna być wolna od polityki. No bo skoro polityczność ma być równoznaczna z kiczem, to ja również za nią dziękuję. Nie żebym miała coś przeciw gromadnemu wyrażaniu uczuć (jakichkolwiek) za pośrednictwem muzyki. Chodzi mi wyłącznie o jej jakość. Kurczę, przecież naprawdę mamy pod tym względem porządną historię. Co się więc stało po drodze, że bohaterem staje się chłopak, który wziął z tej historii to, co najgorsze (lepiej uściślę: muzycznie najgorsze)?

W internecie jest mnóstwo zestawień najlepszych piosenek politycznych. Niestety zazwyczaj niepolskich, choć jedno polskie też udało mi się znaleźć - królują w nim stare rzeczy Brygady Kryzys, Kultu, Kazika, Dezertera, Piersi, a z współcześniejszych piosenek pojawia się właściwie jedynie "Jest super" T.Love i kilka rzeczy Maleńczuka i Waglewskiego. Poza tym polityką artyści, o których cokolwiek słychać, zajmują się najwyraźniej jedynie okazjonalnie (np. nagrywając album na rocznicę powstania warszawskiego). Nie mam pojęcia, jaka jest w tej chwili kondycja jedynego naprawdę mocno społecznego nurtu, który zyskał popularność w ostatnich latach, czyli hip-hopu (oczywiście wiem, jak wygląda jego mainstreamowa, spauperyzowana odmiana, pytanie, czy zeżarła już swoich twórców, czy też ci jeszcze dychają). Ze współczesnych bardów znam właściwie jedynie Martina Lechowicza, a to tylko dlatego, że najpierw poznałam go prywatnie. Kojarzę też jakieś zaangażowane zespoły z czasów, kiedy UFA jeszcze miała siedzibę i czasami organizowała koncerty. I właściwie tyle. Jasne, że skoro tak naprawdę nie mamy społeczeństwa obywatelskiego, to nie ma co się spodziewać, że niezadowolone z rzeczywistości grupy dorobią się swoich bardów czy bardek, którzy wyśpiewają ich uczucia, no ale efekt jest taki, że najbardziej słyszalnym głosem jednej z takich społeczności nagle staje się właśnie taki Wolwowicz śpiewający Rosiewicza.

Tak więc w ramach kontry (i w końcu dochodzę do właściwego powodu, dla którego powstaje ten tekst) dziś u mnie kilka naprawdę mocnych, politycznych, a zarazem po prostu dobrych rzeczy. Czyli mały wyimek z tego, co znalazłam (i czego nie znalazłam) w zagranicznych zestawieniach politycznych kawałków.

Na początek absolutna klasyka, czyli Billie Holliday. Mamy Stany Zjednoczone, lata 30. ubiegłego wieku. I Abla Meropoola, nauczyciela z Bronxu, który, prawdopodobnie pod wpływem fotografii Lawrence'a Beitlera przedstawiającej dwóch zlinczowanych w Indianie Afroamerykanów, pisze wiersz, opublikowany później przez magazyn "The New York Teacher". I tak powstaje jeden z najsłynniejszych protest songów wszech czasów ("Time" określił go jako najważniejszą piosenkę XX wieku), wymierzony w rasizm "Strange Fruit".



Trudno sobie wyobrazić jakiekolwiek polityczne zestawienie bez Boba Dylana. Choć najczęściej w tym kontekście przywołuje się "The Times they are a-Changin'", mnie najbardziej urzeka "Hurricane", inspirowane biografią Rubina "Hurricane" Cartera, czarnoskórego boksera skazanego w 1967 roku na dożywocie. Carter został oskarżony o potrójne morderstwo w restauracji New Jersey. Proces opierał się na poszlakach i zeznaniach kryminalisty oraz dwojga ludzi, którzy widzieli dwóch Afroamerykanów wchodzących do baru. Skazanie Cartera została uznana za przejaw rasizmu i za zemstę za jego walkę o prawa Afroamerykanów. Nagrany w 1976 protest song Dylana przyczynił się do nagłośnienia sprawy boksera, a w efekcie do jego uniewinnienia w 1985 roku.



Jak polityka i Ameryka, to oczywiście nie tylko rasizm, ale i wojna. Największy antywojenny ruch społeczny to rzecz jasna ruch hippisowski, który, jak chyba żaden inny, ma na koncie tysiące albumów, które w sporej części są nie tylko mądre, ale i znakomite muzycznie. Wystarczy zresztą spojrzeć, jakie piosenki padają współcześnie ofiarami wielbicielek i wielbicieli psucia idiotycznymi beatami tego, co dobre, czyli "autorów" coverów. Odpuszczę sobie tutaj "przypominanie" Lennona czy The Doors, bo ich chyba nadal nikomu przypominać nie trzeba. Zamiast tego coś, co też prawdopodobnie dobrze znacie, bo występuje w ścieżkach dźwiękowych z niezliczonych filmów (i to nie tylko antywojennych), czyli "For What It's Worth" grupy Buffalo Springfield. Antywojenny, ale też chyba uniwersalny hymn każdego młodego pokolenia buntowników. Klipu z chłopcami z grupy nie będzie, bo strasznie zabawni byli, będzie za to Wietnam.



Z rzeczy ciut współcześniejszych - kojarzycie wesołą piosenkę o 99 czerwonych (jak chce wersja angielska) balonikach, czyli (jak chce oryginalna wersja niemiecka) "99 Luftballons" Neny? To chyba największy fenomen w stawce - prosty tekst, w którym wypuszczone dla zabawy w niebo napełnione helem balony ukazują się na radarach i zostają uznane przez ZSRR i USA za atak nuklearny, i chwytliwy refren złożyły się na jedyny wielki hit niemieckiej wokalistki i jeden z bardziej znanych protest songów. Ja wolę oryginały, więc będzie po niemiecku.



11.09.01. Początek wojny w Iraku i początek końca Busha. O 11 września i wojnie w Iraku pisał i śpiewał prawie każdy, kto w Ameryce pisać i śpiewać potrafi (albo myśli, że potrafi). U mnie kawałek chyba mniej oczywisty, bo pochodzący z nagranego w 2008 "Detours" Sheryl Crow "God Bless This Mess". To taka mała, słodka piosenka folkowa o poważnych sprawach - traumie wojennej i prezydencie, który poprowadził naród na wojnę opartą na kłamstwach.



I w końcu coś z nurtu feministycznego. Do muzyki określanej jak głos feminizmu prawdopodobnie jeszcze będę tu nie raz wracać, więc póki co odpuszczę sobie jej historię i udowadnianie, że to dobra rzecz (i że nie ma nic wspólnego z skądinąd chwytliwym "Bitch" Meredith Brooks czy nie wiedzieć czemu uznawanym za feministyczne "You Oughta Know" Alanis Morissette). A dziś tylko "Amandement" Ani (niespodzianka!), która znajdzie się na jej nowej płycie, na którą czekam już od jakiegoś czasu (i stanowczo zbyt długo). Jedna z najmocniejszych rzeczy, które kiedykolwiek słyszałam, z wieloma słowami, które ponoć niełatwo się śpiewa - jak aborcja, prawa kobiet, nietolerancja, związki partnerskie.



Jak się to wszystko ma do tego, od czego zaczął się ten tekst, czyli nowego facebookowego bohatera? Ano ma, i to bardzo. Bo nawet w kontekście tych kilku wykonawców widać, że tak naprawdę żaden z Wolwowicza kontestator. Lub też, nawet jeżeli ma na niego zadatki, to już nim nie będzie, bo kontestacja nie domaga się przeprosin i nie czuje się urażona, po prostu wali swoimi racjami między oczy i generalnie ma gdzieś krytykę. Swojego czasu obraził się na rzeczywistość Rosiewicz, teraz mamy kolejne tysiące obrażonych. Tyle że ruchy społeczne nie powstają na obrażalstwie, a na wierze w swoje ideały, umiejętności ich pokazania i przekonania do nich innych.

piątek, 8 kwietnia 2011

Mało w nas wad?

Mój tekst o mizoginii doczekał się, jak się okazało, drugiego i trzeciego życia. Drugie możecie prześledzić na Homikach w komentarzach pod tym artykułem. Też uważam, że to przedziwne miejsce, ale co tam, zawszeć to zaprzyjaźniony portal, więc chyba zostanie mi wybaczone, szczególnie że inicjatywa nie moja. Trzecie to Facebook, gdzie między innymi pojawiła się taka opinia: "Ja się zajmuję tropieniem homofobii, a nie mizoginii u chłopaków z branży czy mizoandrii u dziewczyn z branży. Mało w nas wad? Musimy ich więcej szukać?". Ha! Chciałabym musieć szukać, naprawdę. Kłopot w tym, że to samo w oczy włazi. Nie jestem idealistką, naprawdę. Wiem, że bycie osobą nieheteroseksualną nie działa jak szczepionka przeciw wykluczaniu i nie uwrażliwia na problemy innych. Tyle że to, że mam taką świadomość, nie sprawia, że wszelkie -ginie, -andrie, -fobie i inne przestają mi przeszkadzać. Tak jak wkurza mnie to, co się dzieje na wielu naszych forach, choć doskonale wiem, jak działa poczucie anonimowości i że wiele tych odważnych bezimiennych osób w realu robi za słodkie misiaczki i misiunie, których nikt by nie powiązał z ich mniej lub bardziej pomysłowymi ksywkami.

Swojego czasu pisałam o listach Polles i o tym, jak ważną rolę odegrały na przełomie wieków w życiu wielu kobiet. Znalazł się pod tym wpisem i taki komentarz, że było to towarzystwo wzajemnej adoracji i że wcale nie było tam tak fajnie, jak mi się wydaje. Może i tak było, może na tyle zachłysnęłam się swoim wirtuanym coming outem i możliwością spędzania czasu (a choćby i w wirtualu) z tak wielką grupą kobiet, że idealizuję tamte czasy. Nie wiem, na ile się ma klimat Pollesu do tego, co się teraz dzieje w internecie, ale mimo wszystko mam wrażenie, że aż tak źle tam nie było. Pierwszy przykład z brzegu (i teraz moi "fani" z forum Homików mogą odetchnąć) - forum Kobiety Kobietom. Zaglądam tam jeszcze czasami - trochę z przyzwyczajenia, trochę z researcherskiej ciekawości - i niemal za każdym razem się zastanawiam, po co mi to. Nie zrozumcie mnie źle - nie przeszkadza mi wzajemne podgryzanie się foremek. Bywa nawet zabawne, choć na dłuższą metę nużące. Kłopot w tym, że oprócz stałych bywalczyń co rusz trafiają tam nowe osoby. I choć świetnie zdaję sobie sprawę, że tematy w stylu "właściwie to nie wiem, czy jestem lesbijką, ale zakochałam się w koleżance z roku i nie wiem, co z tym zrobić, poradźcie coś" pojawiają się tam pewnie kilka razy w tygodniu i dla tych, co siedzą na tym forum od paru dobrych lat, mogą być irytujące, to mimo wszystko nie rozumiem cynizmu i złośliwości w stosunku do osób, które trafiają tam z takimi problemami. Tak jakby ktoś nagle zapomniał, jak to jest, gdy robi się ów pierwszy, bardzo nieśmiały i niemal anonimowy coming out. Ja nigdy tego nie zapomnę. I ilekroć natrafiam na wątek, w którym taka "nowicjuszka" jest praktycznie zżerana, robi mi się autentycznie przykro. Pewnie, że po drugiej stronie czasem usiądzie nie zagubiona istota, która nie ma z kim porozmawiać o swoich dylematach, a "prowokatorka" czy "prowokator", ale mimo wszystko lepiej chyba wyjść na idiotkę niż powiedzieć komuś na wejściu coś w stylu: "może i myślisz, że jesteś taka jak my i znajdziesz w nas wsparcie, ale tak nie będzie. Czemu? Bo my się tu durnymi małolatami i ich problemami nie przejmujemy, mamy ciekawsze zajęcia". Cóż, może jednak jestem idealistką.

Nie chcę nikogo wychowywać. Od tego są moderatorki i moderatorzy, zazwyczaj pracujący społecznie, więc nie ma co po nich oczekiwać nie wiadomo jakich wysiłków. Zresztą forumowe piranie są wszędzie, więc nie ma ani powodu, ani możliwości, by i u nas ich nie było. I jak ktosia chce dyskutować, to znajdzie sposób na ich omijanie. Tyle że mam wrażenie, że te wszystkie, już wspomniane, -fobie, -andrie, -ginie i inne biorą się między innymi właśnie z takiego braku wrażliwości, o którym piszę wyżej. Bo czasami jest to kolejna zagubiona dziewczyna, a czasami morderstwo na Sołaczu, wokół którego też było trochę "żartów", a "żartownisie", upomniane, nie widziały w tym, co robią, nic złego. No a skoro to ich nie rusza, to trudno, aby przejęły się jakimiś "Innymi", "wykluczonymi", "prawami kobiet" i podobnymi wymysłami "entelektualistek". Nie mówiąc już o zrobieniu czegoś dla nich (a więc tak naprawdę dla siebie, ale kto by się przejmował takimi niuansami).

Na koniec: wiem, że trochę marudzę. I na KK (i w innych miejscach) zdarzają się dobre dyskusje (a to, że wydaje mi się, że kiedyś było lepiej, to pewnie objaw gwałtownego starzenia się), a te niedobre po prostu najbardziej widać i najsilniej zapadają w pamięć.

I tak naprawdę na koniec (i w nawiązaniu do komentarza o "szukaniu wad"): jestem przekonana, że nie da się osobno rozpatrywać homofobii, mizoginii, mizoandrii, rasizmu, ksenofobii itd., itp. Dziwi mnie brak wrażliwości w ogóle, ale jeszcze bardziej dziwi mnie wrażliwość wybiórcza.

środa, 6 kwietnia 2011

Taki list podpisałam

Jak może pamiętacie, w marcu (chyba tego roku, choć już sama nie wiem, bo i w zeszłym coś miało być) SLD miało przedstawić projekt ustawy o związkach partnerskich. Tradycyjnie na obietnicach się skończyło (kolejny termin to połowa kwietnia), tak że nadal wiemy tyle, co dotąd, to znaczy że coś zostało przygotowane na bazie bardzo wstępnych założeń, które w czerwcu ubiegłego roku Grupa Inicjatywna ds. Związków Partnerskich przekazała na ręce Sojuszu. Uważam, że nie może być tak, że na kształt projektu ustawy nie mają wpływu sami zainteresowani. Zdaję sobie sprawę, jak działa polityka i że to niestety nie my podejmujemy ostateczne decyzje, z drugiej jednak strony trzeba przynajmniej postarać się o to, by uwzględniono nasze postulaty. Dlatego też podpisałam się pod takim oto listem do Katarzyny Piekarskiej:

Jak donoszą media, Sojusz Lewicy Demokratycznej przygotowuje projekt ustawy mającej na celu instytucjonalizację związków osób tej samej płci. Wiadomość ta nas cieszy, jednakże chcemy zwrócić uwagę na fakt, że projekt nie został skonsultowany z osobami działającymi aktywnie na polu walki o prawa osób LGBT, a Grupa Inicjatywna, która występuje niejako "z ramienia społeczności LGBT", nie przeprowadziła rzetelnej debaty nad projektem, m.in. unikając konsultacji i wyciągania wniosków z krytycznych opinii wobec swojego pomysłu ustawy.

Od czasu gdy SLD ogłosiło, że wraz z Grupą pracuje nad projektem ustawy, pojawiły się różnorodne inicjatywy mające na celu promocję idei związków partnerskich. Niestety twórcy tych inicjatyw zostali wykluczeni z jakichkolwiek prac nad projektem. Żadna wiążąca wersja opracowywanego projektu (poza wstępnymi założeniami) nie została również upubliczniona.

Wyrażamy chęć uczestnictwa w konsultacjach społecznych projektu. Mając świadomość, że w chwili obecnej podobna ustawa ma małe szanse na wejście w życie, uważamy, że warto nad nią pracować wspólnie, tak by wybrane rozwiązania były bliskie potrzebom osób LGBT, a rezultat prac stanowił trwały consensus. Tak wypracowany projekt ustawy pozwoli na kontynuowanie batalii o jej wprowadzenie w kolejnych kadencjach Sejmu.

Prosimy o przeprowadzenie takich – otwartych dla wszystkich – konsultacji. Ze swojej strony gwarantujemy podjęcie merytorycznej i konstruktywnej debaty.

Wbrew pozorom naprawdę nie zależy mi na deprecjonowaniu prac Grupy Inicjatywnej. Wręcz przeciwnie - doceniam ich działania i cieszę się, że lobbują za ustawą w środowisku, które wcale do niej przekonane nie jest (aby się o tym przekonać, wystarczy spojrzeć na sejmową aktywność SLD w debatach dotyczących naszych spraw, która jest, cóż, praktycznie zerowa). Przede wszystkim jednak zależy mi na ustawie. Na tym, by odzwierciedlała postulaty jak największej liczby osób, których przecież bezpośrednio będzie dotyczyć. Oraz by politycy choć trochę zainteresowani naszymi sprawami (i znacznie bardziej naszymi głosami) nie mieli wrażenia, że na związkach zależy jedynie tym kilku osobom, które mają póki co największą siłę przebicia.

Z drugiej strony nie podobają mi się niektóre komentarze pod tekstem o liście na Homikach, których główne przesłanie jest takie, że trzeba coś w końcu zrobić z GI czy KPH, które tradycyjnie ma być winne temu, że kwestia związków partnerskich nie została jeszcze w naszym kraju rozwiązana. Środowisko działaczy jest naprawdę niewielkie i tym, którzy oczekują cudów, radzę, by, zamiast dawać dobre rady ("Zbierzcie 100 tys. podpisów!" jest moją ulubioną) czy postulować rewolucję, po prostu włączyli się w działania na rzecz naszych spraw. W końcu im nas więcej, tym większy nacisk na polityków i tym większe szanse, że kwiecień nie zmieni się nagle we wrzesień, a wrzesień w marzec któregoś tam, bliżej nieokreślonego jeszcze roku.

wtorek, 5 kwietnia 2011

O segregacji w kontekście rankingu SheWired

Po ciut przydługiej przerwie, na którą złożyło się świętowanie moich kolejnych już urodzin (przy okazji - jak ktoś szuka inspiracji, jak zorganizować komuś urodziny-niespodziankę, polecam zwrócenie się do drugiej autorki tego bloga) i praca nad dość obszernym tekstem, którym się pochwalę, jak się już ukaże, wracam do pisania.

Przez ostatni miesiąc portal SheWired.com karmił nas kolejnymi odsłonami rankingu 100 najwspanialszych lesbijskich albumów wszech czasów. Redaktorki portalu poprosiły zaprzyjaźnione miłośniczki muzyki o wytypowanie 10 płyt, które odegrały największą rolę w ich życiu. I tak powstało zestawienie, które można obejrzeć tutaj: 1-25, 26-50, 51-75, 76-100. Do rankingu załapały się i legendarne już Ferron, Edith Piaf, Grace Jones, Cris Williamson, Janis Joplin, Joan Jett, Kate Bush, Janis Ian, Eurytmics, Joan Armatrading, Alyson Moyet, The Pretenders czy Patti Smith, i trochę już zapomniane artystki i grupy, które akurat w mojej muzycznej edukacji odegrały ogromną rolę, czyli m.in. Aimee Mann, Joan Osborne, The Breeders, Sheryl Crow i Garbage, i wciąż popularne Melissa Etheridge, Melissa Ferrick, Ani DiFranco, k.d. lang i Brandi Carlile (chyba najmłodsza z przeze mnie wymienionych). Nie zabrakło też GaGi czy Pink, ale to akurat nie moja bajka. Na szczycie znalazły się Sarah McLachlan, Tracy Chapman i Sophie B. Hawkins, co może nie jest aż tak szczególnie zaskakujące, w końcu Ameryka kocha klimatyczne nudziary, a przynajmniej pierwsze dwie panie można do tej kategorii zaliczyć (nie żebym ich nie lubiła, szczególnie Tracy, która na koncertach bynajmniej nudziarą nie jest). W sumie najbardziej mnie zaskoczyła tak wysoka pozycja Sophie B. Hawkins, u nas już praktycznie zapomnianej, ale najwyraźniej szczerość, mocny charakter i brak pokory popłacają.

Rzecz jasna w takich rankingach zawsze kogoś brakuje i pewnie każda z nas ułożyłaby trochę inny. I tak mi zabrakło grupy Scarlett (czy ktoś jeszcze pamięta "Independent Love Song"?), Lindy Perry, Jill Sobule, z nowszych rzeczy Chris Pureki i duetu Tagan and Sara, a z absolutnie podstawowych Alix Dobkin, która w 1973 roku nagrała pierwszą płytę otwarcie skierowaną do kobiet nieheteroseksualnych "Lavender Jane Loves Women". No i oczywiście uważam, że jedna płyta AniDifranco w zestawieniu to stanowczo za mało. Oraz że wybrano niewłaściwy album. Najbardziej za to ucieszyło mnie przypomnienie tej grupy:



To, obok Sonic Youth, The Pixies i Jane's Addiction, jedna z moich fascynacji z czasów licealnych, więc przywołała wiele miłych wspomnień.

Ranking został zauważony i przez polskie portale. Jako pierwsze doniosły o nim niezawodne Lesploty, trafił też na Inną Stronę. I to na tej drugiej pojawiły się pod nim komentarze, które mnie, cóż, zaskoczyły. Że robienie tego typu zestawień ma równie wiele sensu co robienie zestawień ulubionych potraw, napojów czy mebli osób nieheteroseksualnych i że segregacja to nie najlepsza droga do tolerancji. Oraz że muzyka nie ma orientacji, więc nie ma sensu jej w ten sposób dzielić. Z obiema tezami pozwolę się sobie nie zgodzić. Otóż muzyka jak najbardziej ma orientację (choć nie zawsze jedną), podobnie jak ma poglądy polityczne, społeczne, swoją filozofię i sens. Rzecz jasna nie każda i nie zawsze, bo trudno się doszukiwać którejkolwiek z tych rzeczy w pięciozdaniowych rytmicznych piosenkach nagranych z myślą o szybkim podbiciu dyskotek czy list przebojów i równie szybkim z nich zniknięciu, ale akurat w przypadku tych artystek i artystów, którzy trafili do rankingu, z pewnością tak nie jest. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że niektórzy traktują muzykę jako kompletnie obojętne tło i zasłyszane przypadkiem w radiu rasistowskie, homofobiczne, seksistowskie czy po prostu głupawe popisy różnych "gwiazd" nie robią na nich żadnego wrażenia, jednak pewnie nawet oni mają jakieś swoje ulubione kawałki, które są dla nich zarazem jakąś częścią ich osobistej historii - czy to ze względu na słowa, czy muzykę. I właśnie taką zbiorową, choć zarazem subiektywną, historię opowiadają takie rankingi.

Choć, jak już kilka razy pisałam, nigdy nie sięgnęłabym po coś tylko dlatego, że jest w zamyśle skierowane do osób nieheteroseksualnych, to z drugiej strony doskonale rozumiem, dlaczego takie rzeczy powstają i nie widzę w tym żadnej segregacji. Muzyka jest muzyką, książka książką, film filmem, tyle że chyba jeszcze nikomu nigdy nie udało się stworzyć dzieła skierowanego do wszystkich. Przeciwnie - to zupełnie naturalne, że twórca czy twórczyni zawsze myśli o jakiejś - szerszej lub węższej - grupie odbiorców. A odbiorcy z kolei szukają czegoś, z czym mogliby się, w mniejszym lub większym stopniu, zidentyfikować, odnaleźć kawałek siebie, swojej wrażliwości, przeżyć. Osoby nieheteroseksualne nie są pod tym względem inne. W końcu istnieje iluś tam twórców i ileś twórczyń, których najwierniejszą i często najbardziej okazałą grupą fanów są osoby nieheteroseksualne. I nie dzieje się tak przypadkiem, po prostu ich dokonania trafiają szczególnie silnie właśnie do tej grupy (co oczywiście nie oznacza, że każda osoby z tej grupy gustuje akurat w tym konkretnym artyście czy artystce). Jasne, że mogę z przyjemnością obejrzeć dobry film z heteroseksualnymi bohaterami, ale nie widzę powodu, by z tego względu nie było obrazów, których bohaterami są osoby nieheteroseksualne. Podobnie z muzyką i książką. Oraz, skoro już są, by o nich nie pisać, nie zestawiać ich, czy nie doceniać. W końcu kto ma to robić, jak nie my?

A kto by się znalazł w waszym rankingu?