wtorek, 31 maja 2011

OBOP: Polacy za związkami. PO: who cares

Według najnowszego sondażu TNS OBOP przeprowadzonego dla "Gazety Wyborczej" aż 54 procent badanych jest za wprowadzeniem ustawy o związkach partnerskich. Przeciw jest 41 procent, a 6 procent nie ma zdania na ten temat. Dla porównania - gdy w 2010 roku CBOS zapytał Polaków i Polki o związki, za było 45 procent.

Rozwiązanie to poparło ponad trzy czwarte zwolenników SLD, ale też dwie trzecie wyborców PO. Co na to politycy? Sondaż skomentował dziś w radiu TOK FM szef doradców premiera Michał Boni:

Procesy kulturowe w Polsce zachodzą jednak dość powoli, trzeba dostosować przepisy prawa do tego, czy my je akceptujemy czy nie (...). Te wyniki badań oczywiście pokazują w jakim punkcie jest społeczeństwo, chociaż zawsze można dyskutować o skali badań.

Zapytany przez Dominikę Wielowieyską, czy PO poprze ustawę, gdy poparcie dla niej wzrośnie do 70 procent, wywinął się:

To nie chodzi o to, żeby patrzeć na wyniki. Ja używam takiego pojęcia w wielu dziedzinach: jest taka masa krytyczna społecznej akceptacji i myślę, że potrzebne jest toczenie otwartej dyskusji, pokazywanie argumentów, a nie tylko ściganie się o to, czy już jakieś rozwiązanie ma wejść czy nie.

Jasne. Tu nie chodzi o to, żeby patrzeć na wyniki, a nawet nie o to, by iść za głosem swoich wyborców. Tu chodzi o to, by tak rozmydlić debatę, żeby złowić trochę głosów zwolenników PiS-u, trochę SLD, nie stracić tego, co się już ma i utrzymać się na wygodnym rządowym stołku z elegancką pensyjką ufundowaną przez społeczeństwo, w tym również tę jego część, której postulatów się nie realizuje. Mam szczerze dość tych gładkich politycznych gadek obliczonych na to, by nikt przypadkiem nie poczuł się urażony, powoływania się na opinię społeczeństwa, gdy jest to wygodne (czy tak samo było z reformą emerytalną? A z podwyżką VAT-u?), i ignorowania jej, gdy nie jest zgodna z taktyką partii. A najgorsze jest to, że i tak nie ma co liczyć na to, że ktoś tym państwu pokaże w najbliższych wyborach palec, bo my mamy ten głupi zwyczaj głosowania na "mniejsze zło", narzekania post factum i powtarzania w następnych wyborach dokładnie tego samego ruchu.

Ciekawostką z sondażu "Wyborczej" jest to, że najbardziej konserwatywne okazały się osoby po 60. roku życia oraz w przedziale 18-29 lat (blisko 50 procent opowiedziało się przeciw związkom). Można to interpretować w kategorii backlashu czy oddziaływania giertychowskiej edukacji, choć ja bym stawiała raczej na brak pracy, trudną sytuację materialną i ogólne zagubienie w rzeczywistości, które nie sprzyjają otwartości na innych. Potwierdzają to chociażby najnowsze badania Gallup Europe, z których wynika, że młodzi Polacy (15-30 lat) należą do najmniej aktywnych w Europie jeżeli chodzi o działalność w organizacjach, jeżeli już angażują się w wolontariat, to zazwyczaj po to, by dostać za to papierek, a ich aktywność obywatelska ogranicza się do udziału w wyborach, bo na więcej nie mają ani czasu, ani chęci. Nie oszukujmy się, liberalizm światopoglądowy łatwiej przychodzi społeczeństwom zamożnym. W końcu co mnie obchodzi, że jakieś lesby się żenią, skoro ja właśnie jadę swoją nową BMW-icą na weekend w pięciogwiazdkowym hotelu.

poniedziałek, 30 maja 2011

Garnitur na fejsie

Stało się. Długo się wahałam, bo prywatnych stron na Facebooku mamy już trzy (Barbie Girls, Gosia & Ewa in the Air i Gosia & Ewa - Final Countdown), do tego każda z nas ma na głowie po kilka profili związanych z działalnością zawodową, ale w końcu i nasz blog dorobił się swojej strony w "nowym internecie" (jak, chyba słusznie, nazywa fejsa znajoma z pracy). Tak że jak ktoś chce nas dodatkowo polubić, to zapraszam tu.

Fejs mnie tyleż fascynuje, co przeraża. Można go nie lubić, można nie mieć tam konta, ale trudno sobie wyobrazić jakąkolwiek internetową inicjatywę, która się nim nie podpiera. Przykład z mojej działki - w maju ubiegłego roku wśród źródeł ruchu na blogu królował Google, inne blogi i portale (Facebook był dopiero na ósmym miejscu). Teraz jest to Facebook. Jasne, że ma to trochę wspólnego nie tylko z coraz większą popularnością tego serwisu, ale też z wdrożeniem przycisku "Lubię to" i z intensywniejszą promocją treści z bloga na fejsie, ale też nie ma co się oszukiwać, że niszowe inicjatywy mają wiele innych możliwości pokazania się w sieci.

W 2005 roku, po tym, jak policja spacyfikowała Marsz Równości w Poznaniu, napisałyśmy z Bożeną Umińską-Keff i Gosią list otwarty, w którym zaprotestowałyśmy przeciw brutalnej akcji policji i łamaniu wolności zgromadzeń. Przez kilka dni zbierałyśmy pod nim podpisy - głównie obdzwaniając znane (jedna z nich opowiedziała nam bardzo ciekawą historię o Jarosławie Kaczyńskim, ale szczegóły zdradzę tylko prywatnie) i mniej znane osoby. Efekt to blisko 3 tysiące podpisów w zaledwie kilka dni i spory oddźwięk medialny - list opublikowała "Gazeta Wyborcza" oraz większość dużych portali. Co zabawne, z naszej trójki internet w domu miała wówczas jedynie Bożena. Co ciekawe, jeszcze przez kilka lat po tym, jak nasz protest szczęśliwie stracił na ważności, przychodziły do nas maile od osób, które chciałyby go wesprzeć.

Jak taka akcja wyglądałaby dzisiaj? Cóż, prawdopodobnie powstałaby kolejna strona na fejsie, ileś tam osób kliknęłoby "Lubię to" (i natychmiast o wszystkim zapomniało), zaprzyjaźniony dziennikarz wrzuciłby notkę na Gazeta.pl, pod którą znalazłoby się (o ile sprawa przebiłaby się na stronę główną) ileś tam hejterskich komentarzy i na tym by się skończyło. Rzecz jasna nie odkrywam Ameryki - o tym, że internetowe akcje mają niewielkie przełożenie na rzeczywistość, wiadomo nie od dziś. Trudno też zaprzeczyć, że fejs ułatwia promocję tego typu inicjatyw, choć mam też wrażenie, że wspiera bezrefleksyjność i nie tyle angażuje, co, do pewnego stopnia, tworzy ułudę zaangażowania. Nie żebym miała coś przeciw osobom, które piszą setki komentarzy, inicjują powstawanie kolejnych listów, protestów. Tyle że czasami przeradza się to w wyścig między protestującymi i ich oponentami - kto zbierze i wyśle szybciej i więcej. Co jest bardzo fajne, jeżeli chodzi o aspekt marketingowy, ale niekoniecznie wspiera wydarzenia, w których nie chodzi o największą liczbę odsłon, głosów, like'ów czy sprzedanych egzemplarzy. Polska to nie Tunazja czy Iran, zresztą i tak wpływ mediów społecznościowych na ruchy protestu w tych krajach jest nadal dyskusyjny.

sobota, 28 maja 2011

Nie moje małpy?

"Skoro przed pójściem na Paradę nie powstrzymują nas homofoby, to tym bardziej nie dajmy się organizatorom" - napisał timofieusz w jednym z komentarzy na blogu Wojtka. I choć w pierwszym odruchu się z nim zgodziłam, to dość szybko mi wyszło, że tak naprawdę dużo bardziej niż homofobia nazwijmy to zewnętrzna ruszają mnie różne niefajne zagrywki "wewnętrzne". I chyba nie tylko mnie, sądząc chociażby z tego, które teksty z tego i zaprzyjaźnionych blogów budzą największe emocje, czyli dorobiły się największej liczby odsłon, odsyłaczy czy najbardziej zaangażowanych komentarzy. Odpowiedź? Te, które poświęcone są działaniom osób LGBTQetcetera z różnych powodów budzącym kontrowersje - jak plakat POMADY, hasło "Nie lękajcie się" promujące ubiegłoroczne EuroPride, wewnątrzśrodowiskowa nietolerancja wobec osób niewpisujących się w "normy" (nie tylko lesbijek typu butch, ale też np. wierzących osób nieheteroseksualnych), działania Grupy Inicjatywnej ds. Związków Partnerskich czy, ostatnio, wypowiedzi osób przygotowujących tegoroczną Paradę Równości. Rzecz jasna zdaję sobie sprawę, że czytelniczki i czytelników owych blogów trudno uznać za grupę w jakikolwiek sposób reprezentatywną. Nie zmienia to jednak faktu, że ileś tam osób również uważa te kwestie za ważne i warte dyskusji. A to wystarczający powód, by się nimi zajmować.

Nie mam wątpliwości, że głównym problemem i przyczyną tego, co się dzieje wewnątrz, jest homofobia (czy, szerzej: brak akceptacji dla osób nienormatywnych). Ta jak najbardziej "zewnętrzna", w której wzrastamy i którą nasiąkamy niemal każdego dnia. Ale też jestem przekonana, że, niekoniecznie świadomie, większość osób oczekuje, że ci z nas, którzy robią coś "dla nas" w przestrzeni publicznej, nie będą działali przeciw nam. Jasne, że właściwie każde działanie może być tak odczytane - marsze są złe, bo to "obnoszenie się ze swoją seksualnością", Biedroń jest zły, bo "wspiera stereotypy" itp. I czasami bardzo trudno ocenić, ile w takiej krytyce czyjejś działalności jest uwewnętrznionej homofobii, ile uzasadnionego lęku, że ktoś lub coś może negatywnie wpłynąć na nasze życie, a ile obiektywnie słusznych zarzutów. Bo jak to tak naprawdę sprawdzić? W końcu niemal każde działanie czy intencje można zinterpretować na wiele sposobów. I nie pomogą czyjeś zapewnienia, że on/ona robi to dla sprawy, że tak trzeba, że to najlepsza droga, bo i tak ileś tam osób stwierdzi, że to autolans, parcie na szkło, działanie wyłącznie we własnym interesie. Jedyne kryterium oceny, jakie mi przychodzi do głowy, to kierowanie się opinią większości. Nie tej rzeczywistej, bo ona zazwyczaj milczy, ale tej, która się w jakiejś sprawie wypowiada - w tekstach lub komentarzach na blogach, forach, portalach.

Nie jestem idealistką. To znaczy jestem o tyle, że wierzę, że działanie nawet jednej osoby ma sens i wartość, a nie jestem o tyle, że nie wierzę, że każdy ma dobre intencje. Nawet jeżeli jest aktywistą/aktywistką, działa pro bono, poświęca temu mnóstwo czasu i energii. Z drugiej strony absolutnie nie oczekuję, by aktywistki czy aktywiści byli kryształowo uczciwi i nie kierowali się w tym, co robią, również osobistymi pobudkami. Wręcz przeciwnie, jeżeli ktoś jest skuteczny, to naprawdę mnie nie obchodzi, jak osiąga swoje cele (no chyba że robi to, łamiąc prawo, krzywdząc drugiego człowieka itp.). Wiem też doskonale, że nigdy nie będzie tak, że coś mi się będzie w stu procentach podobać, nawet jeżeli sama przyłożę do tego rękę (bo zawsze łatwiej zachwycać się własnymi pomysłami). Ale nawet przy tych wszystkich zastrzeżeniach najbardziej mnie rusza nie homofobia jednego czy drugiego posła idioty (bo niczego lepszego się po nim nie spodziewam), ale to, jak, nieważne, z jakich pobudek, nie liczymy się ze sobą wzajemnie. I, tak jak napisałam na początku, mam wrażenie, że nie tylko ja tak mam. W końcu to "środowisko, które nie istnieje" ma być dla iluś tam osób enklawą tolerancji, miejscem bezpiecznym, w którym mają szansę poczuć się "u siebie", które ma je chronić i im pomagać. I jeżeli to z jego strony dostają sygnał, że ich sprawy i odczucia się nie liczą, to nic dziwnego, że nie chcą mieć tymi czy innymi działaniami nic wspólnego. Jasne, że nie da się pogodzić wszystkich potrzeb i interesów. Ale czasami warto spróbować.

Mimo wszystko jednak (nawiązując do ostatnich wydarzeń) uważam, że lepiej jest próbować coś zmienić, a nie rezygnować z działania. Dlatego też, podobnie jak w ubiegłych latach, i w tym będę na Paradzie w grupie osób skupionych wokół żądania wprowadzania ustawy o związkach partnerskich. Wszystkich, którym bliska jest ta idea, ponownie zapraszam 11 czerwca, na godzinę 12 pod Sejm (Parada rusza godzinę później). Na przybyłych czekają gadżety, które pomogą w promowaniu idei związków partnerskich, nie tylko podczas Parady. Szczegóły tu. A dzień wcześniej malujemy transparenty.

piątek, 27 maja 2011

Senat wspiera homofobię

Wczoraj Senat przegłosował zgłoszoną przez senatora PiS Piotra Kaletę poprawkę do ustawy o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej, zgodnie z którą osoba homoseksualna nie może stworzyć rodzinnego domu dziecka ani rodziny zastępczej:

Rodzinę zastępczą lub rodzinny dom dziecka tworzą małżonkowie lub osoba niepozostająca w związku małżeńskim, u których umieszczono dziecko w celu sprawowania nad nim pieczy zastępczej (...) Pełnienie funkcji rodziny zastępczej oraz prowadzenie rodzinnego domu dziecka może być powierzone osobom, które: (...) 
5) są zdolne do sprawowania właściwej opieki nad dzieckiem, co zostało potwierdzone zaświadczeniami o braku przeciwwskazań zdrowotnych do pełnienia funkcji rodziny zastępczej lub prowadzenia rodzinnego domu dziecka, wystawionymi przez lekarza podstawowej opieki zdrowotnej.
5a) nie są osobami o orientacji homoseksualnej.

Zareagowały organizacje, wydając oświadczenie, w którym możemy przeczytać między innymi, że:

Proponowana poprawka jest niezgodna z konstytucyjną zasadą równości wyrażoną w art. 32 Konstytucji, zapewniającą osobom o orientacji homoseksualnej prawo do równego traktowania we wszystkich dziedzinach życia politycznego, społecznego, gospodarczego, m. in. w życiu rodzinnym.
Ponadto, przyjęta poprawka stoi w sprzeczności z aktami prawa międzynarodowego oraz międzynarodowym dorobkiem orzecznictwa w zakresie ochrony praw człowieka. (...)
Sformułowanie "nie są osobami o orientacji homoseksualnej" jest przykładem pełnej uprzedzeń homofobicznej mowy nienawiści prowadzącej do bezpośredniej dyskryminacji osób LGB. Przyjęta poprawka narusza godność osób o orientacji homoseksualnej oraz jedno z podstawowych praw człowieka, tj. prawo do życia rodzinnego.

W (na szczęście niejednogłośnie przyjętym) pomyśle posła PiS szokuje właściwie wszystko: nieznajomość prawa, ogrom uprzedzeń, wspieranie najbardziej chyba obrzydliwego stereotypu na temat osób nieheteroseksualnych, jakoby były one niebezpieczne dla dzieci, absurd sprawdzania czyjejś orientacji seksualnej (bo niby jak to zrobić -  na wzór Czech, które potwierdzają orientację starających się o status uchodźcy, puszczając im filmy pornograficzne? A może na zasadzie donosu sąsiedzkiego?). Projekt ustawy uniemożliwia też ewentualne uregulowanie sytuacji dzieci, które już są wychowywane przez osoby nieheteroseksualne. Bo jej przyjęcie tak naprawdę oznacza, że po śmierci biologicznego rodzica dziecka druga wychowująca je osoba nie będzie mogła się starać o status rodzica zastępczego i trafi ono do obcych ludzi. Dodatkowo nie pozwala on powierzyć opieki nad dzieckiem homoseksualnym członkom rodziny przez na przykład ich rodzeństwo, nawet jeżeli byłoby to zgodne z jego wolą.

Nie sądzę, by Sejm przyjął poprawkę Kalety, narażając się tym samym na skierowanie całej ustawy do Trybunału Konstytucyjnego lub Trybunału w Strasburgu. Jeżeli tak się stanie, to ucierpią nie tylko dzieci wychowywane przez pary jednopłciowe, ale też wszystkie, których sytuację miałaby poprawić owa ustawa, bo przecież oznacza to, że jej wejście w życie się opóźni. Nie chcę też wyobrażać sobie dyskusji nas nią w Sejmie, pytań, czy ci, którzy są za odrzuceniem poprawki, opowiadają się za tym, by osoby homoseksualne wychowywały dzieci. Choć właściwie chcę. Bo i tak jest nieunikniona, a może przy okazji będzie możliwość uświadomienia paru osobom, że osoby nieheteroseksualne mają i wychowują dzieci i po prostu trzeba coś z tym zrobić. Swoją drogą, jest w tym pewna ironia, że temat pojawił się zaledwie kilka dni po tym, jak SLD zgłosiło swój projekt ustawy o związkach partnerskich, w którym rzecz jasna nie ma słowa o przysposobieniu dziecka (nawet jeżeli jest to dziecko partnera/partnerki). Bardzo mnie ciekawi, co posłowie i posłanki tego ugrupowania teraz zrobią. Choć, jak znam życie, nie zrobią nic, a jeżeli pomysł upadnie, to ze względów prawnych, a nie dlatego, że ktoś uzna go za rażącą dyskryminację.

środa, 25 maja 2011

Nowy wymiar opieki nad zwierzętami

Jako że niektórzy narzekają, że w naszej blogosferze ostatnio jest nudno i monotematycznie, a konkretnie w większości miejsc "leje się (...) potok jadu, żalu, goryczy, złości, frustracji, cynizmu i degrengolady", dziś coś z pogranicza religii i rozrywki. Jak może wiecie, w minioną sobotę, 21 maja miał być koniec świata, przynajmniej według ewangelickiego kaznodziei Harolda Campinga. Jako że, jak większość mieszkańców Ziemi chyba zauważyła, świat się jakoś nie skończył, wielebny zmienił swoje nauki i ogłosił, że ów koniec właśnie się rozpoczął, a ostateczna likwidacja świata nastąpi 21 października.

Camping ma kłopot nie tylko z ustaleniem daty tego wydarzenia, ale też z wyjaśnieniem, jak to właściwie będzie wyglądać. Jego pomysł, że przez nasz glob przetoczy się seria trzęsień ziemi (rozpoczną się w każdym punkcie punktualnie o godzinie 18 czasu lokalnego), nie zyskał uznania fizyków. Jest też inna opcja, wiarę w którą zdaje się podzielać całkiem sporo osób - otóż kiedy w końcu ten dzień nadejdzie, wszyscy wierzący zostaną automatycznie przeniesieni w inny wymiar.

Jako że bycie wierzącym nie obejmuje zwierząt, bo, jak "wszyscy" wiedzą, zwierzaki nie mają duszy, grupa ateistów stworzyła organizację Eternal Earth-Bound Pets, której celem jest zaopiekowanie się zwierzakami, które utracą swoich opiekunów po tym, jak ci doznają odkupienia. "Poświęciliście swoje życie Jezusowi. Wiecie, że zostaniecie odkupieni. Ale kiedy to nadejdzie, co się stanie z waszymi zwierzętami, które kochacie, a które będziecie musieli porzucić? Zdejmiemy wam ten ciężar z barków" - piszą na swojej stronie internetowej. Jak ich pomoc wygląda w praktyce? Wierzący, którzy chcą mieć pewność, że ich pupile nie zostaną bez opieki, podpisują kontrakt z organizacją i za jedyne 135 dolarów za pierwsze zwierzę i 20 za każde kolejne zyskują nowe rodziny dla swoich podopiecznych. Póki co oferta skusiła około 300 osób.


Eternal Earth-Bound Pets Video from Svetkin on Vimeo.

Kontrakty są ważne przez 10 lat - to na wypadek, gdyby 2012 z kalendarza Majów miał wypalić. A jakby ktoś chciał, by zaopiekować się jego samochodem czy domkiem letniskowym, gdy już go z nami nie będzie, niech da znać w komentarzach. A, domek może być z pieskiem. Nie ma problemu.

wtorek, 24 maja 2011

Ci sami, tak samo, o tym samym

Jakiś czas temu dostałyśmy z Gosią zaproszenie do programu Tomasza Lisa. Nie pamiętam, o czym miała być dyskusja (może o Radziszewskiej, może o ustawie antydyskryminacyjnej, może o związkach partnerskich), ale w każdym razie naszym adwersarzem miał być Tomasz Terlikowski. Odmówiłyśmy, wyjaśniając, że nie widzimy sensu w dyskusji z kimś, z kim się nie da dyskutować. Wtedy miła pani z TVP zapytała, czy może być ktoś inny o odmiennych niż nasze poglądach (taa...). Powiedziałam, że jak najbardziej tak, byleby był to ktoś, kto rozmawia, zamiast głosić prawdy objawione. I na tym się sprawa skończyła, bo najwyraźniej posadzenie naprzeciw osób nieheteroseksualnych kogoś bardziej lajtowego niż Terlik czy inny Korwin było za mało medialne.

Zgodnie z zasadą, że inne poglądy równe są skrajnym poglądom, wczoraj u Tomasza Lisa jako jedna z osób zaproszonych do rozmowy o związkach partnerskich oczywiście pojawił się naczelny Frondy (do obejrzenia tu). Tak nie do końca wiadomo, jako kto, bo oprócz niego zaproszeni zostali jedynie politycy i polityczki - Katarzyna Piekarska, Beata Kempa, Bartosz Arłukowicz i Krystian Legierski. Czy Terlikowski robił tam za przedstawiciela mediów? Cóż, śmiem twierdzić, że jest wiele bardziej znaczących środków przekazu niż Fronda. A może za głos społeczeństwa? Równie dobrze można by zaprosić przypadkową osobę z ulicy, byłaby dokładnie tak samo reprezentatywna. Rzecz jasna te dywagacje są tak naprawdę bezprzedmiotowe, bo nie o reprezentatywność tu chodzi czy o sensowny dobór gości, a o to, że skoro mamy przedstawiciela osób nieheteroseksualnych, to musi się też znaleźć ktoś skrajnie homofobiczny. Jak w tych relacjach z marszy, o których pisałam w poprzednim poście - nie chodzi o rzetelność, chodzi o kontrast. Geje i NOP. Środa i Najfeld. Legierski i Terlikowski. I nikogo tak naprawdę nie obchodzi, że zrównuje się ze sobą osoby dyskrymionowane i tych, którzy są za utrzymaniem tego stanu rzeczy, bo w ich światopoglądzie nie mieści się oczywista oczywistość, że ktoś, kto jest inny niż oni, też powinien mieć równe prawa.

Odpuszczę sobie komentowanie owego programu u Lisa, bo wiadomo, co kto powiedział - Terlik, że ustawa to tylko krok do adopcji, Kempa, że każde dziecko chce mieć mamę i tatę, Arłukowicz, że ustawa to zagrywka przedwyborcza itd. Znacznie bardziej mnie ciekawi, co by się wydarzyło, gdyby zamiast polityków i Terlikowskiego w studiu telewizyjnym znalazły się mniej lub bardziej przypadkowe osoby, które byłyby zainteresowane zawarciem związku partnerskiego i po prostu opowiedziały o tym, dlaczego takie rozwiązanie jest im potrzebne. Czy byłoby mniej ciekawie? Nie mam pojęcia, choć mam wrażenie, że naprawdę mało kogo kręci ciągłe patrzenie na te same twarze i słuchanie tych samych tekstów. Czy widzowie mieliby szansę dowiedzieć się czegoś więcej na temat tego, po co nam w ogóle ta ustawa? Z pewnością tak. Tak jak i więcej by się dowiedzieli o naszych potrzebach, gdyby relacje z marszy nie były wciąż budowane na zasadzie, że my tam szliśmy, a ktoś szedł na nas (w najlepszym wypadku, bo bywa i tak, że my też idziemy na kogoś).

Mam wrażenie, że dopóki nasza obecność w mediach będzie się sprowadzać głównie do szukania sensacji i okazji do pyskówki tam, gdzie jej nie ma, dopóty będziemy postrzegani jako byty mające równie realne problemy co "celebryci" z Pudelka. Jasne, że nie da się być do końca obiektywnym, zaprezentować całego spektrum poglądów, zapytać o zdanie każdego, ale fajnie by było częściej pokazywać, że oprócz bieli i czerni istnieje jeszcze nieskończenie wiele odcieni szarości.

Dla kontrastu (ale i ku pokrzepieniu serc) wrzucam (podebrany z komentarzy u Sylwka) jeden z odcinków programu "What would you do?" produkcji telewizji ABC, który stokroć więcej mówi o tym, co sobie "społeczeństwo" myśli (tutaj o homorodzicielstwie, ale inne odcinki też są ciekawe) niż wszystkie Terlikowskie i Kempy razem wzięte. Niestety to społeczeństwo teksańskie, ale ja wierzę i w polskie. Może media też kiedyś uwierzą.

niedziela, 22 maja 2011

Marsz kontra marsz

W zeszłym tygodniu Łódź, w tym tygodniu Kraków. Znowu Marsz Równości i znowu kontra agresywnych wyrostków, którzy, gdyby nie policja, z pewnością nie poprzestaliby na okrzykach o zakazie tego i owego. Bilans? Czternastu zatrzymanych NOP-owców i jeden uczestnik Marszu w szpitalu. Miał pecha, dorwali go po demonstracji.

Czytam relacje z Marszu w mainstreamowych mediach i jak zwykle szukam czegoś, czego w nich nie będzie. Że to nie było starcie dwóch grup o odmiennych światopoglądach, żadne tam "geje kontra NOP", tylko po prostu atak chuliganów na pokojową demonstrację. Żałosne to, szczególnie w kontekście wojny, jaką miłościwie nam panujący premier Tusk ponoć wydał stadionowym bandytom. Albo takich historii jak ta: dwa dni temu w Katowicach kibole jednej drużyny próbowali pobić metalowymi rurami kibola drugiej. Prawdopodobnie w odwecie za to, że kibole tej drugiej kilka dni wcześniej wycięli na twarzy kibola tej pierwszej klubowe emblematy. Straszne, prawda? Pewnie, że straszne. I nikt nie ma co do tego wątpliwości, również śląska policja, która pod wpływem tych wydarzeń wzięła się za opracowanie strategii walki ze stadionowymi bandytami. Dlaczego więc w przypadku gdy grupy ekstremistów atakują już nie siebie nawzajem, a kogoś, kogo uważają za swoich przeciwników światopoglądowych (i kto im się raczej nie odwinie), ani media, ani władze nie widzą, że coś tu nie gra?

Gdy tydzień temu zadałam to samo pytanie na Facebooku, dowiedziałam się, że jestem naiwna. Wszak "wiadomo", że "lewackie manifestacje" są tak samo niepożądane jak kibolskie ekscesy, rząd nie ma żadnego interesu w walce z homofobią, a poza tym to liczy się siła - my jesteśmy grzeczni i spokojni, więc nie ma sensu się nami przejmować, wszak nic się na tym nie ugra. I pewnie to wszystko prawda, tyle że ja nadal nie rozumiem, co takiego wydarzyło w ostatnich latach w Polsce, że nagle staliśmy się zakładnikami tych, co głośniej krzyczą i mocniej biją. Pamiętacie, jak w 2004 roku swoje przerażenie agresją wobec krakowskiego Marszu Tolerancji artykułowali nie tylko "lewacy", jak Czesław Miłosz, Wisława Szymborska czy ks. Adam Boniecki, ale też chociażby twórcy portalu Kosciol.pl? A kojarzycie równie zdecydowane głosy w ostatnich latach? Ja pamiętam tylko jeden, kiedy to w listopadzie ubiegłego roku Antifa starła się w Warszawie z nacjonalistami. I wtedy jakoś wszyscy byli zgodni (nawet media, które początkowo wsparły Antifę), że tak nie wolno, że odpowiadanie agresją na agresję jest po prostu złe. Zgadzam się, jest, tylko czemu oburzenia nie budzi również sytuacja, gdy agresywna jest tylko jedna strona? Czy tylko ja mam poczucie, że coś tu jest bardzo nie tak?

No dobrze, dość przemocy, czas na wieści o pochodzie, o którym, choć nie do końca wiadomo, jaki będzie, to na pewno wiadomo, że będzie bezpieczny i nie wzbudzi większych protestów. Nie miałam o tym pisać i byłam przekonana, że podczas mojej nieobecności w sieci ktoś zdąży już się zająć tematem, ale wychodzi na to, że nieszczęsna ustawa o umowie związku partnerskiego (czy jakoś tak) to jednak ciekawszy temat dla naszej blogosfery niż Parada Równości 2011. Zgadzam się, ciekawszy. Ale mimo wszystko wrzucam odpowiedź na zadane w poprzednim poście pytanie, czy różowy baner z hasłem "Żądamy ustawy o związkach partnerskich" zostanie zaproszony na czoło Parady. Otóż nie, nie zostanie, bo, jak czytamy w relacji z ostatniego posiedzenia komitetu organizacyjnego na Gaylife:

Ta propozycja wzbudziła jednak szereg zastrzeżeń ze strony innych członków komitetu, tak merytorycznych jak i logistycznych. Ze względów bezpieczeństwa postanowiono ostatecznie, że przed pierwszą platformą nie będzie w ogóle ludzi – pojazd z Komitetem Honorowym będzie otwierał przemarsz i dopiero za nim znajdą się piesi.

Więcej o powodach odrzucenia wniosku możecie posłuchać tu i tu. A ja mimo wszystko chciałabym zaapelować do organizatorów Parady, żeby jednak wpuścili ludzi przed pierwszą platformę, a choćby i z transparentem z hasłem całego zgromadzenia, czyli "Wszyscy chcą kochać". Albo chociaż dykes on bikes, choć nie wiem, czy przygotowują w tym roku coś specjalnego. Bo jakoś trudno mi sobie wyobrazić, by czołem Parady miała być platforma, nawet jeżeli będzie ona piętrowa i na dodatek obwieszona najpiękniejszymi hasłami. Ale może to tylko kwestia moich prywatnych niedostatków - fantazja już nie ta czy coś w tym stylu.

Ruszyło się też coś w kwestii politycznych postulatów podczas Parady. Trochę o tym we wspomnianej już relacji na Gaylife:

Komitet zdecydował, by powierzyć misję przygotowania projektu swoistego "programu politycznego" Parady Równości 2011 Krystianowi Legierskiemu – członkowi Komitetu Honorowego, radnemu m. st. Warszawy wybranemu z listy SLD, członkowi partii Zielonych 2004. Skierowano już do niego w tej sprawie prośbę.

A nieco więcej na Innej Stronie - tu i tu. Najciekawszy (w kontekście rozważań o polityczności wydarzenia) fragment wypowiedzi rzeczniczki Parady to:

Mówiąc więc, że celem Parady Równości nie jest walka o rejestrowanie jednopłciowe związki partnerskie miałam na myśli to, że nie jest to ani cel jedyny ani najważniejszy dla wszystkich idących w marszu. Wydaje mi się, że niewielkie zamieszanie, jakie potem się wywiązało wynikało z tego, że użyłam nieprecyzyjnego sformułowania (jak to w komentarzach internetowych bywa) i poczynionej przez to nadinterpretacji. Parada Równości była, jest i będzie wydarzeniem politycznym. Nie zmieni tego ani właściwie ani źle interpretowany komentarz jakiejś Jej Perfekcyjności, ani nawet celowe działanie, gdyby ktoś chciał je podejmować. Jedyne, co pozostawiam do rozważenia to pytanie czy zabawa może być polityczna. Moim zdaniem: tak.

Hm. No w porządku, niech będzie: tak, zabawa może być polityczna.

poniedziałek, 16 maja 2011

Ile trzeba, by nas wkurzyć?

Opuszczam was na co najmniej tydzień (trzymajcie kciuki, nieważne, za co, ważne, że 19 maja, ale mocno trzymajcie, serio to piszę), więc chcę was zostawić z czymś optymistycznym. Pierwsza dobra wiadomość jest taka, że nie napiszę jutro (kiedy już znane będą wszystkie szczegóły) o tym, jak beznadziejny ochłap rzuciło nam w ramach przedwyborczej miłości dla naszych głosów SLD. Napiszę za to dzisiaj, że:

Projekt autorstwa SLD zakłada, że osoby będące towarzyszami życiowymi - partnerami, będą mogły zawrzeć u notariusza umowę o związku partnerskim. By była ważna, trzeba będzie ją zarejestrować w urzędzie stanu cywilnego. Projekt przygotowano wspólnie z organizacjami gejowskimi. (za Gazeta.pl)

Komentować nie będę, zrobił to za mnie Hyakhintos:



i forumowicze Gazeta.pl:

Proponuję wszystkim homoseksualnym Polakom i Polkom zrobić zadymę pod Sejmem z paleniem opon, racami i rzucaniem butelek z benzyną. Za kilka miesięcy będziemy mieć ustawę o związkach partnerskich z poparciem PiS-u.

Ja też myślę, że pedały są za grzeczne. Gdyby jeden z drugim opluł jakąś rodzinę z dzieckiem, ustawił na Krakowskim pomnik fallusa i bronił go do upadłego, uruchomił jakąś społeczną rozgłośnię i lżył Polaków i innych polityków, to miałby większe szanse na to, ze będą szanowani. Zatem ciotki, kamienie w rękę i do dzieła, bo w tym polakowie inaczej się rozmawiać nie da.

Nie, nie nawołuję do plucia na rodziny z dziećmi i rzucania kamieniami. Po prostu zastanawiam się, ile jeszcze trzeba upokorzeń, by nas w końcu wkurzyć.

Nie napiszę też jutro (ani w następnych dniach), jak brzmi odpowiedź na pytanie, czy różowy baner z napisem "Żądamy ustawy o związkach partnerskich" zostanie zaproszony na czoło tegorocznej Parady. A skąd w ogóle pomysł, by miało się tak stać? Ano z komentarzy Jacka Adlera pod tym tekstem. Na wypadek, gdybyście nie chciały i nie chcieli się przebijać przez całą dyskusję, zdominowaną przez rozważania nad tym, czy jesteśmy, czy nie jesteśmy z Gosią oszustkami matrymonialnymi (serio, serio), wklejam najważniejszy dla tego wątku tekst:

Jestem gorącym zwolennikiem wprowadzenia do polskiego systemu prawnego instytucji związków partnerskich. Dlatego, niezależnie od dotychczasowego - wybitnie niechętnego - stosunku środowiska SOFy do mnie i do reszty komitetu - wznosząc się ponad prywatne animozje - w najbliższy poniedziałek 16 maja złożę wniosek, aby puścić różowy transparent całkiem z przodu, przed platformą organizatorów. Ale to cały komitet rozpatrzy ten wniosek i w demokratyczny sposób podejmie decyzję.

No i super, zaczynam czuć, że rozmawiamy, czego mi dotąd wybitnie brakowało. I tak mnie to cieszy, że nawet odpuszczę sobie dywagacje, czy mamy do czynienia z prywatnymi animozjami, czy z podyktowaną zrozumiałym zainteresowaniem całokształtem Parady krytyką posunięć, które budzą, delikatnie mówiąc, niepokój. A przy okazji, skoro już w temacie jesteśmy, to dementuję pogłoski, które do mnie niedawno dotarły: jestem absolutnie przeciw bojkotowi tego wydarzenia, przeciwnie, uważam, że, jako że Parada to jej uczestnicy i uczestniczki, a nieobecni głosu nie mają, to należy przyjść jak najliczniej i wyartykułować, na czym nam zależy. A tych, którym przypadkiem zależy na związkach partnerskich, zapraszam 11 czerwca na godzinę 12 pod Sejm (Parada rusza o 13 z tego samego miejsca). Szczegóły tu.

Z rzeczy naprawdę wesołych mamy za to biedaczka Węgrzyna (tak, tego, co sobie lubi popatrzeć), który stwierdził, że jeżeli PO nie umieści go na listach wyborczych, to będzie to świadczyć o tym, że środowiska homoseksualne mają większe niż on wpływy i...



A teraz ci i te, którzy i które usłyszeli "przyrodzenie", łapka w górę!

Ostatnia dobra wiadomość jest taka, że na czas, kiedy ja nie będę mogła pisać, zostanie z wami, zwana ostatnio Ciocią Samo Zło, druga opiekunka tego bloga. I bardzo proszę ją wspierać, bo dla niej to nie będzie łatwy czas.

sobota, 14 maja 2011

Łódź: równe prawa - wspólna sprawa

Sobota minęła nam pod znakiem dwóch ważnych wydarzeń w Łodzi. Pierwsze to zapowiadany już tu panel poświęcony mniejszościom seksualnym podczas międzynarodowej konferencji "Łódzkie Dni Pielęgniarstwa. Pielęgniarstwo ponad granicami". Drugie to oczywiście pierwszy Łódzki Marsz Równości.

Na panelu miałyśmy okazję zaprezentować doświadczenia, którymi się z nami podzieliłyście, oraz kilka historii z naszego życia. Były jeszcze dwa inne wystąpienia, podczas których Wojciech Nyklewicz, jeden ze współorganizatorów konferencji, tłumaczył, dlaczego opieka nad osobami nieheteroseksualnymi jest ważna w pielęgniarstwie oraz opowiedział o oczekiwaniach gejów wobec ochrony zdrowia. Potem było trochę czasu na pytania i refleksje. Największe emocje wzbudziła kwestia niepozwalania osobom nieheteroseksualnym na odwiedzanie ich partnerek i partnerów w szpitalu i nieinformowania ich o stanie zdrowia ich najbliższych. Uczestniczki i uczestnicy konferencji byli naprawdę oburzeni historiami, które przedstawiłyśmy, i podkreślali, że taka sytuacja nie może mieć miejsca, ponieważ przed pobytem w szpitalu każdy wypełnia formularz, w którym wskazuje, kto może za niego podejmować decyzje o leczeniu i kogo w pierwszej kolejności należy informować, co się z nami dzieje (oczywiście nie dotyczy to nagłych wypadków). Pojawiły się też głosy, że zdarza się, że osobie leżącej w szpitalu czy jej bliskim wydaje się, że zostali potraktowani niewłaściwie, bo na przykład wyproszono ich z oddziału. Taka decyzja może być jednak podyktowana po prostu względami proceduralnymi. I choć zdaję sobie sprawę, że i wśród pielęgniarek zdarzają się osoby, które w kontakcie z osobami nieheteroseksualnymi nie potrafią przemóc swoich uprzedzeń i zachować się po prostu profesjonalnie, to jednak jestem przekonana, że i my (pacjentki, pacjenci, ich bliscy) nie zawsze potrafimy właściwie ocenić sytuację i zdarza się nam zagalopować w oskarżeniach. I że czasami, zamiast wyciągać pochopne wnioski, warto się upewnić, z czego dane zachowanie czy decyzja wynika. Bo nie oszukujmy się, praca pielęgniarki czy położnej jest po prostu trudna, męcząca i stresująca. Nie warto więc każdego przejawu zmęczenia czy złego humoru odczytywać jako wyrazu uprzedzeń.

Najciekawsze rozmowy miały miejsce, jak to zwykle bywa, w kuluarach. Tam też pojawił się temat rodzicielstwa osób nieheteroseksualnych, któremu wiele miejsca poświęcił w swojej prezentacji Wojciech Nyklewicz i który został podjęty, jeszcze w części oficjalnej, przez jedną z uczestniczek konferencji, położną pracującą w Austrii. Przyznam szczerze, że, jako że homorodzicielstwo wzbudza najwięcej kontrowersji ze wszystkich okołohomiczych zagadnień, byłam zaskoczona tym, jak wiele poświęcono mu miejsca i w jak otwarty sposób zostało przedstawione. Jak to zwykle bywa, porozmawiałyśmy sobie też o różnorakich stereotypach, ale zdarzyły się i tematy "lifestyle'owe" - kto kogo podrywa, jak się rozpoznajemy itd. itp. Nie napiszę, że byłam zaskoczona bardzo ciepłym przyjęciem czy otwartością osób, z którymi rozmawiałyśmy, bo byłaby to nieprawda. Nie byłam zaskoczona, wszak już sam fakt, że zdecydowały się wziąć udział w tym panelu, świadczy o tym, że są zainteresowane naszymi problemami i że są one dla nich ważne. I jestem bardzo wdzięczna organizatorom konferencji, że zdecydowali się na niej poruszyć właśnie ten temat, bo to kolejny mały kroczek w kierunku tego, byśmy się wszyscy wreszcie poczuli po prostu równi.

Szczęśliwie nasz panel został wyznaczony na godziny przedpołudniowe, więc miałyśmy okazję załapać się również na pierwszy Łódzki Marsz Równości. Dołączyłyśmy do niego akurat w momencie, kiedy na przechodzących posypały się jajka i kamienie ze strony kontrmanifestantów zebranych pod hasłem "obrony tradycyjnej rodziny". Nieco mnie to zdeprymowało, ale szybko dałam się wkręcić w pozytywną atmosferę Marszu. Mimo że chuligani próbowali dwukrotnie zablokować pochód na ulicy Piotrkowskiej, udało się przejść całą zaplanowaną trasę - ze Starego Rynku do ul. Traugutta i z powrotem. Marsz był polityczny, co chwila padały hasła takie jak "Równe prawa - wspólna sprawa" czy "Żądamy ustawy o związkach partnerskich", również transparenty skupiały się wokół kwestii prawnych i równościowych. Nie zabrakło też chyba stałego punktu wszystkich marszy - samby. I mimo że demonstracja zdołała przyciągnąć zaledwie około 200 osób (w większości, co ciekawe, kobiet), a protesty były momentami bardzo ostre, to mam wrażenie, że bardzo pozytywnie zapisała się w świadomości łodzian. Bo, poza filmującymi Marsz jednostkami i chuliganami próbującymi go zablokować, zauważyłam bardzo niewiele osób, które przyglądały mu się inaczej niż z sympatią czy ciekawością. Oddźwięk medialny też jest całkiem spory, bo już dziś zdążyły o nim napisać praktycznie wszystkie mainstreamowe portale (choć niektóre tytuły, jak "Geje i lesbijki kontra tradycjonaliści" na MM Łódź, powalają; gdybym była tradycjonalistką, to bym się obraziła).

Co mi się niesamowicie podobało, to, oprócz politycznego przesłania i bardzo profesjonalnej organizacji (porządkowi chodzący wzdłuż marszu i przekazujący dalej hasła krzyczane przez megafon oraz informujący na bieżąco, co się dzieje, że będzie zwężenie, że mamy wejść na chodnik itd.), brak flag czy transparentów partii politycznych. Bo politycy byli - ale tylko prywatnie. I jeszcze jedno: wiem, że już kilka razy o tym pisałam, ale nie zaszkodzi jeszcze raz. Ilekroć mam okazję uczestniczyć w jakichś pozawarszawskich wydarzeniach "środowiskowych", tylekroć bardzo mocno odczuwam, że my, mieszkańcy i mieszkanki Warszawy, jesteśmy jednak mocno oderwani od rzeczywistości. Warszawskie Parady czy Manify są wszak niemal zupełnie bezpieczne (choć zdarzają się incydenty), a protestujący przeciw nim nieliczni i słabo zorganizowani. Warto czasami wybrać się do jakiegokolwiek innego miasta, żeby zobaczyć, jak skrajne reakcje może budzić korzystanie przez nas z prawa do obecności naszych postulatów w przestrzeni publicznej.

A na koniec - kilka fotek z Marszu:
To była pierwsza (i ostatnia) manifestacja Absika. Choć był niesamowicie grzeczny i dzielny, bez mrugnięcia zniósł huk bębnów, a nawet zakochał się w jednej z sambiarek, to jednak tego typu zgromadzenia nie są dobrym miejscem dla zwierzaków. Ale tym razem nie miałyśmy go z kim zostawić.
Czoło Marszu
Energetyczna samba (to właśnie dziewczyna z największym bębnem zauroczyła naszego psa)
Dziewczyny z Łodzi, chłopaki z Warszawy
Policja przy Starym Rynku. Bez nich byłoby naprawdę bardzo źle.

wtorek, 10 maja 2011

No jak nie wyklucza, skoro wyklucza

Przyznaję bez bicia, lubię te wszystkie queerowe bajdurzenia (jak chcą niektórzy) o wkluczaniu, płynności, niepewności, performatywności, subwersywności itd. itp. Kręcą mnie niejednoznaczności związane z płcią czy orientacją, nie lubię szufladek, granic, klasyfikowania, wartościowania, dzielenia i rządzenia. To nawet nie jest fascynacja intelektualna (do tego mi daleko, moją krótką przygodę z filozofią zakończyłam dobre parę lat temu i raczej nie zapowiada się, bym miała czas do niej wrócić), to coś emocjonalnego, takie poczucie, że to jest po prostu bliskie mojemu pojmowaniu rzeczywistości. Że nie trzeba szukać jakichś absolutnych tożsamości, że nie ma czegoś takiego jak modelowy reprezentant czy reprezentantka, kobieta czy mężczyzna, że wszystkie tożsamości seksualne i płciowe są tak samo wartościowe.

Od jakiegoś czasu jednak coś mi w tym wszystkim zaczyna zgrzytać. Parę miesięcy temu zastanawiałam się nad bezrefleksyjnym wpychaniem w szufladkę "homofobia zinternalizowana", czyli de facto wykluczaniem osób niehetero, które mają konserwatywne poglądy. W końcu jak różnorodność, to różnorodność i nie ma co się obrażać, że nie wszyscy są inni we "właściwy" sposób. Nie że nawołuję do afirmacji poglądów o obsceniczności Parad czy sensie głosowania na PiS (i zawsze będę z nimi dyskutować), ale kurczę, osoby mające takie poglądy mają do nich pełne prawo i tak samo jak inni mogą je głosić, uważać za wartościowe, jedyne słuszne itd. itp. I nie ma w tym nic niedojrzałego, to nie jest żadna faza przejściowa czy efekt braku myślenia nad tym, kim się jest. Teraz dla odmiany okazało się, że wykluczaniem jest również postulowanie wprowadzenia ustawy o związkach partnerskich. Rzeczniczka tegorocznej Parady to, że wśród jej celów nie ma związków, wyjaśnia w komentarzu pod poprzednim postem tak:

Ustalenie takiego celu uważamy za zbyt wykluczające. Są wśród osób w Komitecie Organizacyjnym - a więc i w środowisku LGBTQ! - osoby przeciwne takim rozwiązaniom i chcemy to uszanować. Umiłowanie do równości, tolerancji i otwartości są podstawowym warunkiem uczestnictwa w marszu 11 czerwca 2011.

Dla niezorientowanych dodam, że owa rzeczniczka jest przy okazji współtwórczynią organizacji studenckiej Queer UW i w ogóle często się do teorii queer w swoich wypowiedziach odwołuje. Czyli z queerowaniem jest najwyraźniej bardziej za pan brat niż pisząca te słowa. Więc może rzeczywiście tak jest, że owa queerowa otwartość jest jedynie otwartością na tych, którzy są inni we "właściwy" sposób (ciekawa jestem, swoją drogą, czy osoby, które nie chcą legalizacji związków, bo uważają, że godzi to w świętość instytucji małżeństwa, też są mile widziane na tej Paradzie). Może tylko się łudzę (tak, nadal się łudzę), że w tym wszystkim chodzi o coś więcej. Nie, nie o związki. O rozwalenie rzeczywistości, o zmianę, o działanie, a nie uzasadnianą szacunkiem (?!) do mniejszości apolityczność sprowadzaną do zabawy w piaskownicy.

O tym, że queer to nie zabawa, mogliśmy się chociażby przekonać, słuchając wystąpienia Judith Butler podczas ubiegłorocznej CSD w Berlinie. Dlaczego więc w naszym, polskim, wydaniu jest inaczej? Dlaczego u nas polityka jest be? I dlaczego równość generalnie jest w porządku, ale już równość wobec prawa jest wykluczająca? I kogo właściwie wyklucza? Czy przypadkiem nie samych uczestników i uczestniczki? Szczerze, nie pojmuję takiego queeru. Chyba że to ów słynny "queer białych nieheteroseksualnych mężczyzn z klasy średniej". Ewentualnie taki nasz swojski, przaśny odpowiednik tej filozofii, tak samo podobny do oryginału jak "Na dobre i na złe" do "Ostrego dyżuru" czy "Magda M." do "Ally McBeal". Szczerze, nie wystarczy powiedzieć:

Parada Równości 2011 jest otwarta na środowisko LGBTQ w całej jego różnorodności. Chcemy, by szły w niej osoby wspierające rejestrowane związki partnerskie par jednopłciowych, małżeństwa par jednopłciowych, rejestrowane związki poliamoryczne, jak i takie, które w ogóle uważają taką formę formalizacji za niepotrzebną. Chcemy, by szły w niej drag queen, transy, kobiety, mężczyźni, osoby niezidentyfikowane płciowo. Chcemy by szły "butch", "femme", "przegięte cioty" i "męscy kolesie".

by nie wykluczać.

poniedziałek, 9 maja 2011

Celem Parady nie jest walka o związki

Wśród głosów na temat plakatu promującego Paradę Równości 2011 pojawiły się i takie, że ma się on nijak kwestii związków partnerskich czy ogólnie walki o nasze prawa. To prawda, ma się nijak i, zgadnijcie co, to było zamierzone. Dziś na Gaylife znalazł się artykuł wyjaśniający przesłanie plakatu, a pod nim taki oto komentarz rzeczniczki Parady:

Celem Parady Równości NIE jest "przekonanie spolecznosci "heteryków" do tego, że mamy prawo do związków partnerskich"! Celem Parady Równości jest świętowanie i promowanie otwartości, tolerancji i równości. Na pewno nie jest nim walka związki partnerskie - choć wiele osób idzie właśnie dlatego - tym, co nas zbiera 11 czerwca 2011 jest umiłowanie do tych trzech wartości, a nie cel polityczny. W samym nawet Komitecie Organizacyjnym są osoby, które związkom są przeciwne, ale wspierają nadal te trzy wartości i dlatego idą w Paradzie Równości. 

Jestem w stanie się zgodzić z koncepcją polityka plus zabawa, bo bez zabawy trudniej wyciągnąć ludzi z domów. Ale kompletnie nie rozumiem, po co nam, osobom nieheteroseksualnym, duplikat Love Parade. Nie wiem też, jak można promować równość, będąc jednocześnie przeciwnym związkom partnerskim. Oraz jak się ma wielokrotnie deklarowany przez organizatorów wkluczający charakter tej imprezy do tego wykluczającego sporą rzeszę jej uczestników oświadczenia (chodźcie z nami, choć nie w waszej sprawie tu idziemy). Do dziś byłam przekonana, że mimo wszystko na ową Paradę pójdę, tak jak zawsze chodziłam. Teraz już nie jestem pewna, co robić. Abiekt pyta, czy nie lepiej w takiej sytuacji zarejestrować osobny marsz. Tylko czy to naprawdę najlepsze wyjście? Czy już czas, by w Warszawie, jak w Berlinie, były dwie parady, bo ta oficjalna po prostu przestała odzwierciedlać potrzeby części jej uczestników i stała się bezrefleksyjną komercyjną zabawą? Czy może wręcz przeciwnie - trzeba zebrać na Paradzie jak największą liczbę ludzi, którzy chcą jednak coś tym marszem powiedzieć, i wspólnymi siłami przyćmić to całe deklarowane festyniarstwo?

Swoją drogą nic dziwnego, że politycy tak łatwo żerują na naszej naiwności. Sami im na to pozwalamy. Ot, w komitecie honorowym Parady jest piękna reprezentacja lewicy. Po całym wydarzeniu będą mogli spokojnie powiedzieć, że wszak oni są z nami, też są za równością (bez równości), otwartością i tolerancją. A związki? Skoro nawet w komitecie organizacyjnym największej imprezy w Polsce organizowanej przez osoby nieheteroseksualne są osoby im przeciwne, skoro nie ma ich w celach Parady (nie mówiąc już o jej głównym przesłaniu), to najwyraźniej wcale ich nie potrzebujemy. Bo chodzi nam o to, żeby się pokazać, czyż nie?

Dotychczas tłumaczyłam osobom przeciwnym paradom, że ich celem jest m.in. wywołanie szumu medialnego wokół naszych spraw, bo, nie oszukujmy się, wyjście na ulice to jeden z niewielu sposobów na przyciągnięcie uwagi mainstreamu i powiedzenie, co nas boli i czego potrzebujemy. Teraz wychodzi na to, że mamy w ten sposób coś świętować. Nie lubię malkontenctwa (naprawdę!), ale zdecydowanie wolałabym opcję przeciwną: pokazanie, że nie mamy się z czego cieszyć. I że może w końcu czas postarać się o prawdziwe powody do zabawy.

sobota, 7 maja 2011

Różowy plakat i co z niego wynikło

Coś nie mamy szczęścia do paradowych i okołoparadowych plakatów. W zeszłym roku postrach siało hasło "Nie lękajcie się" i jego jajeczna wizualizacja oraz (choć z zupełnie innych powodów) plakat Pomady. Organizatorzy tegorocznej Parady Równości zaprezentowali za to wczoraj takie coś:
Początkowo reklamowane jako plakat Parady, a kilka godzin później jako "Plakat informujący środowisko LGBTQ o Paradzie Równości 2011". Gdy to nie osłabiło głosów krytycznych (o nich za chwilę), organizatorzy stwierdzili, że przecież w zeszłym roku były kontrowersje wokół plakatu EuroPride, a poza tym nie ma co oczekiwać cudów z takim budżetem, jaki mają. To już mnie trochę zaniepokoiło, ale naprawdę mnie strzeliło, gdy zobaczyłam na Gaylife (teraz, w świetle stwierdzenia Jacka Adlera w facebookowej dyskusji o różowym posterku, że trzeba czytać Gaylife, bo tam jest więcej szczegółów, już chyba można uznać ów portal za oficjalne medium Parady, mimo wcześniejszego dementi - w komentarzach tu - że nie należy tej strony komitetem organizacyjnym utożsamiać) taki oto komentarz:
Pomijając już, że znowuż nie czuję się "nasza", bo mnie to nie zachęca, to no jak to? Przecież jeszcze parę miesięcy temu panowie z komitetu Parady tak oto opisywali swój wyjazd do Berlina na spotkanie z organizatorami CSD:

Nie musimy przy tym dziadować. Delegacja komitetu podróżuje z Warszawy do Niemiec i porusza się w Niemczech wygodnym nowiutkim wielkim samochodem (pokażemy go w reportażu z następnego miasta niemieckiego). Podczas podróży samochodem możemy korzystać z mobilnego internetu dostępnego w tablecie. Delegacja komitetu spożywa posiłki w dobrych restauracjach i mieszka w specjalnie wynajmowanych apartamentach w centrach miast. (...) Jak to możliwe? - Wszystko to zapewnia firma Gepon będąca sponsorem.

A niecały miesiąc temu planowali, na potrzeby poparadowego miasteczka równości, wyremontować Warszawiankę! I nagle co - problemy z kasą na grafika i paręset plakatów do rozwieszenia na mieście? No ludzie, toż to koszt jednego noclegu w owym specjalnie wynajmowanym apartamencie! Żeby nie było - nie czepiam się tego, na co poszły pieniądze organizatorów. Ich kasa, ich priorytety, a mnie nic do tego. Ale użalanie się na brak pieniędzy w sytuacji, gdy jeszcze niedawno się nimi szastało i deklarowało nie wiadomo jakie wydatki, wygląda słabo.

No dobrze, wróćmy do głosów krytycznych, bo są ciekawe - szczególnie na oficjalnej stronie Parady na Facebooku, u Abiekta i na Gierkach w mówionego. Spora część to, moim zdaniem jak najbardziej słuszne, czepianie się estetyki i wartości informacyjnej plakatu. Pojawiło się też jednak sporo głosów o... No, zgadnijcie, o czym. Tak, o utrwalaniu szkodliwych stereotypów. Że to potwarz, policzek dla naszego PR-u, sprowadzanie walki o równe prawa do śmieszności itd. itp. Też wolałabym, aby Parada nie była festyniarską imprezą z kakofoniczną muzyką, a po prostu politycznym marszem, którego głównym celem byłaby prezentacja naszych postulatów. Ale z drugiej strony nigdy nie zrozumiem żądań, by chować w szafie tych, którzy są bardziej nienormatywni. Przecież to też jesteśmy my i nie ma co się tego wstydzić czy bać. Nie musimy upodabniać się do "większości" (czymkolwiek jest). Możemy być sobą, jakkolwiek owo "sobą" by nie wyglądało.

+ 10 do lansu

Jakiś czas temu obiecałam pochwalić się tekstem, który zabrał mi kilka wieczorów poświęcanych zazwyczaj prowadzeniu bloga. Jako że w końcu się ukazał, to nie mogę zrobić nic innego, jak się polansować. Otóż w najnowszym numerze magazynu "K MAG", jeżeli wierzyć wstępniakowi, możecie przeczytać m.in. "kolejne ostre słowa znanej feministki Ewy Tomaszewicz pod adresem zaślubin". A konkretnie pokusiłam się o prześledzenie, jak przez wieki w kulturze Zachodu zmieniało się postrzeganie małżeństwa i partnerstwa. Analiza mocno niepełna i oparta niemal wyłącznie o przykłady z popkultury (od mitologii i Biblii, przez Jane Austin, "Wielkiego Gatsbiego" i "Przeminęło z wiatrem" po "Smażone zielone pomidory", współczesne komedie romantyczne i "The Kids Are All Right"), ale rzecz jasna polecam.

Całego numeru jeszcze nie przeczytałam (bo wbrew pozorom jest tam trochę tekstów, choć zdjęć rzecz jasna więcej), ale z tego, co ogarnęłam, warta uwagi jest ironiczna rzecz o muzycznych hitach promujących znane komedie romantyczne oraz przegląd najgłupszych filmowych historii miłosnych. No i jest przynajmniej jedna fajna sesja zdjęciowa - "Kiss, kiss, kiss" Remiego Kozdry i Kasi Baczulis, która trafiła również na okładkę. Cieszy oko, naprawdę. Miłego oglądania i czytania.

czwartek, 5 maja 2011

Rowery na Placu Czerwonym

Dawno, dawno temu, czyli jakieś pół roku wstecz, aby móc wstąpić w nierozerwalny związek małżeński na pokładzie samolotu lecącego ze Sztokholmu do Nowego Jorku, musiałyśmy z Ewą (zgodnie z Ustawą z dnia 29 września 1986 r. Prawo o aktach stanu cywilnego, rozdział 8 art. 71) postarać się o dokument stwierdzający, że jesteśmy stanu wolnego. Niestety, kiedy okazało się, że ja się chcę ożenić, sprawa się nieco skomplikowała. W sukurs została wezwana kierowniczka Urzędu Stanu Cywilnego, która stwierdziła, że druk mogę złożyć, ale ona, zgodnie z art. 1 §1 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, nie będzie mogła wyrazić zgody na wystawienie odpowiedniego dokumentu. Czasu było niewiele, więc żeby nie chodzić po sądach, posłuchałam rady kierowniczki i złożyłam podanie o wydanie pełnego odpisu aktu urodzenia z przypiskiem (tak to się nazywa, serio), że urzędy Rzeczpospolitej Polskiej twierdzą, iż jestem stanu wolnego.

Jako że nie my pierwsze miałyśmy taki problem, nasz ustawodawca raczył go w końcu zauważyć i oto nagle pojawiło się oświadczenie, że MSWiA odejdzie od pomysłu wpisywania danych osoby, z którą ślub za granicą chcemy zawrzeć, i w ten sposób załatwi sprawę. KPH i parę innych organizacji odtrąbiło sukces. Niemalże brzmiały fanfary, był szampan, czerwony dywan i kwiaty.

Oczywiście owym pomysłem zainteresowały się media, między innymi "Dzień Dobry TVN" i prowadzący Dorota Wellman i Marcin Prokop. Nie wiadomo czemu (tak pokokietuję) do programu postanowiono zaprosić Ewę i mnie. Zaproponowano termin 5 maja. Jako że dla głosu rozsądku w naszym związku czas to niezbyt fortunny (praca), z dwugłowego potwora zwanego przez życzliwych "GosiąiEwą" zostałam im tylko ja. Redaktorka wydania zaplanowała, że w programie stawię się ja i jakiś urzędnik z MSWiA. Już zacierałam łapki z radości, ostrzyłam sobie kły i czułam się jak Zwierzak spuszczony z łańcucha, aż tu 2 maja telefon od miłego pana Marka z redakcji, że niestety do spotkania nie dojdzie, ponieważ nikogo z ministerstwa nie będzie. A nie będzie dlatego, że oni jeszcze muszą przemyśleć, jak nowy druk ma wyglądać i kiedy go wprowadzić. Jak mawiała moja koleżanka ze studiów: słabo?

Chociaż jestem za ułatwianiem obywatelom i obywatelkom naszego pięknego kraju nad Wisłą życia i zmniejszaniem nadmiernej biurokracji, pomysł zmiany druków wydaje mi się chybiony. Pomijając nawet fakt, że oprócz drobnego ułatwienia, nic on nie zmienia, a jeszcze bardziej spycha nas w niebyt, to, co ciekawe, w ustawie Prawo o aktach stanu cywilnego nie ma wyraźnego zakazu wydawania odpowiednich zaświadczeń w przypadku zawarcia małżeństwa jednopłciowego za granicą. Czyli chociaż Konstytucja wspomina, że małżeństwo ma coś wspólnego ze związkiem kobiety i mężczyzny, nic nie stoi na przeszkodzie, aby taki druczek osobie chcącej wziąć ślub z kimś tej samej płci wydać. Czyli urzędnicy albo źle interpretują przepisy, albo są nadgorliwi. Zamiast więc narażać państwo na niepotrzebne wydatki, MSWiA mogłoby po prostu wydać rozporządzenie, w którym jasno i wyraźnie napisane by było, że potrzebny dokument do zawarcia zagranicznego ślubu należy wydawać wszystkim zainteresowanym, niezależnie od płci przyszłego współmałżonka czy współmałżonki. I po sprawie.

A Zwierzak spuszczony z łańcucha wygląda tak:

wtorek, 3 maja 2011

Ja, szkodliwe ekstremum

Parę dni temu dowiedziałam się (z komentarzy pod już polecanym tekstem o SLD na Homikach), że moje poglądy kwalifikują mnie do kategorii "szkodzące środowisku ekstrema". Choć lubię o sobie myśleć jako o radykałce, to, gdy się nad tym głębiej zastanowić, ani nie piszę, ani nie robię nic szczególnie ekstremalnego (bo chyba trudno za takie uznać zwyczajowe czepialstwo czy udział w tak grzecznych akcjach jak "Miłość nie wyklucza"). Autorowi wspomnianego komentarza chodziło zapewne o moje (śmiem twierdzić, że nieszczególnie oryginalne) podejście do polityki, a konkretnie o brak zaufania do SLD i postulat, by nie chować głowy w piasek, gdy przedstawiciele tej partii robią coś przeciw nam, a wręcz przeciwnie - krytykować, zwracać uwagę, domagać się wyjaśnień, słowem pokazywać, że jesteśmy, wymagamy i nie damy się omamić ładnymi słówkami czy PR-owymi zagrywkami jak wywieszanie tęczowej flagi na ratuszu w dzień Parady Równości czy obecność różnych komitetach honorowych. Co zabawne, taki - uniżony - stosunek do partii, której działalność na naszą rzeczy ogranicza się (głównie i ostatnio, bo trzeba rzecz jasna oddać sprawiedliwość takim osobom jak Izabela Jaruga-Nowacka, Joanna Sosnowska czy Maria Szyszkowska) do pustych deklaracji, nazywa się pragmatyzmem. Jak dla mnie to nie pragmatyzm, a... no, nieważne, jak zwał, tak zwał, pytanie, skąd taka postawa się bierze.

Pomysł numer jeden - z optymizmu. Bo choć mnie, starej cyniczce, trudno uwierzyć w jakiekolwiek, nawet dość proste w realizacji, obietnice składane przez polityków, to z pewnością istnieje ileś tam osób, które głęboko wierzą, że oni chcą dobrze i naprawdę zależy im na ich wyborcach, a nie jedynie na ich głosach. I oby mieli rację, naprawdę, w tym przypadku niczego nie chciałabym bardziej niż się mylić. Numer dwa - ze strachu. O tym już kiedyś pisałam, i to pewnie kilka razy - strach to potężna siła napędowa i usprawiedliwienie nawet zupełnie irracjonalnych decyzji. Ze strachu przed Kaczyńskim wybraliśmy "mniejsze zło" w postaci obecnego prezydenta. Ze strachu, że SLD nas "opuści", odpuszczamy sobie głośną krytykę tego ugrupowania. Ze strachu, że społeczeństwo nas "znielubi", protestujemy przeciw naszej własnej obecności w przestrzeni publicznej (vide krytyka parad czy akcji "Miłość nie wyklucza" w samym "środowisku"). Numer trzy - z lenistwa. Bo najłatwiej jest nie robić nic. Uznać, że od stanowienia prawa są politycy, od walki o zmiany organizacje pozarządowe, a nasza rola ogranicza się od okazjonalnego postawienia krzyżyka na karcie do głosowania i przeznaczenia procenta od podatku na szczytny cel. Numer cztery - z poczucia bezsilności i braku wiary w to, że możemy coś zdziałać. Bo co może jednostka w blisko czterdziestomilionowym państwie? Albo i sto czy dwieście jednostek. Co można zrobić bez pieniędzy, mediów czy szerokiego poparcia społecznego? Numer pięć - z obojętności. Skoro mnie, jednostce, jest w sumie dobrze, to tak naprawdę nie zależy mi na zmianach. Jasne, że może być lepiej, ale ja sobie i tak poradzę i mogę spokojnie, z założonymi rękami, na owo "lepiej" poczekać.

A tych pomysłów jest ze czterdzieści (że sparafrazuję poetę), wszystko jednak sprowadza się do jednego - bierności. Różnie usprawiedliwianej, albo nawet i zupełnie nieusprawiedliwianej, bo przecież to rzecz jak najbardziej zwyczajna i nie ma się z czego tłumaczyć. Ewentualnie jeszcze można dać tym, co to nie chcą być bierni, kilka dobrych rad. Zróbcie to inaczej. Zaangażujcie się gdzieś indziej. Nie szkodźcie, nie krzyczcie, nie wychylajcie się. Lub się odciąć: nie w moim imieniu. Nie ukrywam (prawda?), przechodzę ostatnio renesans fascynacji pojęciem "postawy obywatelskiej". Rozumianej jako poczucie odpowiedzialności za to, co się dzieje w społeczeństwie, w którym żyję. I, szczerze mówiąc, nie widzę w tym nic ekstremalnego, za to czymś przedziwnym jest dla mnie uznawanie takiego podejścia za niebezpieczne. Zarozumiałe - być może. Śmieszne - czemu nie? Naiwne - zapewne. Mimo wszystko jednak jest mi to bliższe niż bycie niczym ci carscy chłopi ze słynnego już felietonu Sierakowskiego.