czwartek, 30 czerwca 2011

Tęczowy uśmiech Schetyny i żenada Palikota

No i proszę, mamy niespodziankę. Oto dziś marszałek Grzegorz Schetyna obiecał przedstawicielom "Gazety Wyborczej" i Grupy Inicjatywnej ds Związków Partnerskich, którzy wybrali się do niego z apelem o jak najszybsze skierowanie projektu ustawy do pierwszego czytania, że Sejm zajmie się nim jeszcze w tej kadencji. Schetyna powiedział, że posłał projekt do konsultacji, a po 10 lipca jest skłonny poddać go pod pierwsze obrady. Zapowiedział też powołanie dwuosobowej komisji do dalszych prac nad ustawą. Oczywiście nie ma co się łudzić, że sprawa zakończy się w tej kadencji Sejmu, ale być może oznacza to początek sejmowej debaty. Być może, bo "jest skłonny" to nie to samo, co "skieruje".

Kłopot w tym, że to wszystko dzieje się tuż przed wyborami, więc trudno nie mieć wątpliwości. W końcu deklaracji poparcia słyszeliśmy w ostatnich latach całkiem sporo i nigdy nie poszło za nimi nic więcej. Jedyny pewny plus z całej tej historii jest taki, że już nie tylko SLD, ale i PO przynajmniej udaje, że nasze sprawy są ważne. Zawsze to coś.

Zastanawiam się tylko, skąd u polityków nagłe poczucie, że jesteśmy choć trochę ważni i liczni. Pod apelem o skierowanie projektu ustawy do pierwszego czytania udało się zebrać, mimo wsparcia "Gazety Wyborczej" i portalu Gazeta.pl, zaledwie 23 tysiące podpisów. Na dzisiejszej manifestacji pod Sejmem na rzecz związków partnerskich pojawiło się kilkadziesiąt tych samych co zwykle osób. Może to i dobrze zresztą, bo całość okazała się dość żenującym happeningiem Ruchu Poparcia Palikota (z zaczepianiem wychodzących z Sejmu posłów, puszczeniem antypisowskich "hitów" muzycznych i "konkursami" książkowymi na powiedzenie wybranym posłom i posłankom, co się o nich myśli), którego jedynym jasnym punktem była możliwość spotkania zaprzyjaźnionych (i niezłomnych, bo obecnych na wszelkich tego typu wydarzeniach) manifestantów i manifestantek. Oraz ogólny brak entuzjazmu wobec przemówień nielicznych reprezentantów partii politycznych (nie ma to jak nieudany lans).

Jasne, że można się pocieszać, że warszawska Parada Równości gromadzi co roku klika tysięcy uczestniczek i uczestników, a facebookowa strona akcji "Miłość nie wyklucza" dorobiła się już ponad 9,5 tysiąca fanów i wzbudziła, mimo skromnych środków, duży oddźwięk medialny. Tyle że to wyjątki, nie reguła (spójrzcie chociażby na marsze w innych miastach czy liczbę aktywistek i aktywistów), a jak się to jeszcze porówna chociażby z liczbą podpisów zabranych w ostatnich tygodniach pod obywatelskim projektem ustawy całkowicie zakazującej aborcji (600 tysięcy!), nad którym dziś debatował Sejm, to widać, jak ograniczone mamy możliwości i jak mało się nam chce. Do tego jeszcze dochodzi zgrzyt w postaci polityków, którzy wciągają nas w swoje wojenki (nie jestem fanką PiS-u, ale nie poszłam na dzisiejszą manifestację po to, aby słuchać, jak jest beznadziejny), nie mówiąc już o rozlicznych wojnach torebkowych.

Na pocieszenie coś, dla czego mimo wszystko warto się było dziś wybrać pod Sejm. Niestety nie miało nic wspólnego z naszą manifestacją, za to sporo z pobliskim zgromadzeniem zwolenników całkowitego zakazu aborcji. Kontekst: od niedawna działa strona "Tęczowe Oko Saurona" (z pięknym okiem w logo), która zajmuje się zwalczaniem mowy nienawiści na Facebooku. Choć niekoniecznie zgadzam się z ideą blokowania nienawistników, to dzisiejszy pomysł "dołączenia" do antyaborcjonistów był świetny:
Miło, że po latach walki o nasze prawa dorobiliśmy się chociaż poczucia humoru.

UPDATE: Okazuje się, że poczucie humoru było tylko po jednej stronie. Oko było częścią pikiety antyaborcjonistów. Ale i tak zaliczam je, z racji tęczowości, na plus.

wtorek, 28 czerwca 2011

Niewidoczność blogów?

Na Homikach pojawił się tekst Wojtka o blogach LGBTQ. Nie da się ukryć, że czytało mi się go miło, szczególnie od momentu, w którym okazuje się, że nasz niespełna dwuletni blogasek zdołał już dobić do znacznie starszych i bardziej doświadczonych w tej formie komunikacji ze światem braciszków i siostrzyczek. Jest rzecz jasna w tym artykule kilka stwierdzeń, z którymi się nie zgadzam (i o nich teraz będzie, bo po co pisać o tym, z czym się zgadzam?), ale dotyczą one nie tyle opisywanych blogów, co portali.

Jednym z leitmotivów artykułów Wojtka poświęconych naszej aktywności w internecie jest kwestia niedostrzegania blogów przez portale oraz zbyt mała niezależność i krytycyzm tych drugich. Być może tak jest w przypadku polskich portali nastawionych na mężczyzn nieheteroseksualnych (które znam słabo lub wcale), ale jeśli chodzi o bardziej kobiecą stronę sieci, to trudno stwierdzić, że jest to problem. Bo albo w ogóle nie ma tam publicystyki (smutny przypadek lidera w tej kategorii, czyli Kobiety Kobietom), albo jest, i to miejscami ostra, tyle że nie wzbudza praktycznie żadnej reakcji wśród czytelniczek (przypadek naprawdę dobrego portalu W stronę kobiet, który nadal pracuje na swoją pozycję w sieci, i mam nadzieję, że ją z czasem osiągnie). Kiedyś jakieś tam emocje budziła nieistniejąca już Lesbijka.org, która w ostatnich latach działalności skupiła się wyłącznie na przeklejkach z innych portali, i to by było właściwie na tyle. Rzecz jasna co jakiś czas pojawia się w sieci miejsce, które gdzieś tam w zamyśle twórczyń ma się stać portalem dla kobiet nieheteroseksualnych (jak Fioletowa Winda czy Dżdżownica), ale kończy się niestety na pomyśle i pisaniu (lub nie) dla niewielkiego grona osób. Czyli albo mamy czasem niezłe autorskie strony, których problemem jest zasięg, albo silne inicjatywy, które może i wykorzystują swoją popularność, ale nie do komentowanie rzeczywistości, a do tworzenia przestrzeni, w której można kogoś spotkać i sobie pogadać.

I teraz pytanie: na dostrzeżeniu przez który z tych portali miałoby blogerkom i blogerom zależeć? Ten, który ma spory zasięg, ale zerową linię ideologiczną? Wówczas publikowanie tam z pewnością wiązałoby się z promocją bloga, tyle że jednocześnie w warstwie tekstowej portal powielałby idee blogującego (wyłącznie!), więc równie dobrze można by się przerzucić na dostarczanie kontentu stronie i odpuścić pisanie dla siebie. A może lepiej wiązać się z małymi stronami? Wtedy trudno mówić o promocji, to raczej współpraca równych graczy - ja wam tekścik, wy mi linka, przybywa nam mniej więcej tyle samo. I tu współpraca zresztą jest, bo z tego, co widzę, mniejsze i średnie portale (jak W stronę kobiet czy nastawione nie tylko na kobiety Homiki i Homoseksualizm.org.pl) jak najbardziej do blogów sięgają.

Problem braku współpracy (o ile rzeczywiście istnieje) dotyczy więc tak naprawdę miejsc dużych i zarazem opiniotwórczych. Ze stron nastawionych na mieszaną publikę, na które zaglądam, pod tę charakterystykę podpada właściwie tylko Inna Strona. Rzeczywiście, wraz z zamknięciem rubryki "Bloginie i blogowie" zabrakło na niej miejsca dedykowanego tej grupie, ale mimo wszystko mam wrażenie, że IS traktuje blogujących na równi z innymi osobami, które czasami mają coś do powiedzenia, zwracając się do nich z prośbą o wypowiedź równie często jak do innych mniej lub bardziej znanych osób nieheteroseksualnych. A jeśli chodzi o brak krytycyzmu czy niezależności, to od tekstów publikowanych na portalach oczekuje się chyba jednak większego obiektywizmu niż od tych na blogach. I niekoniecznie jest to prawo pisane. Ot, ilekroć zdarza mi się pisać tekst dla kogoś z zewnątrz, powstrzymuję się od co bardziej osobistych wynurzeń i staram się o trochę szerszą perspektywę. Co nie znaczy, że nie przemycam do artykułu własnych poglądów. I moim zdaniem to samo robią również autorzy i autorki Innej Strony czy Homików (co bardzo pięknie wyłapują komentujący, którzy, mimo pozornej neutralności tekstów, zazwyczaj doskonale widzą, w czym rzecz).

Jak dla mnie problem nie leży w tym, że portale nie dostrzegają blogów, a w tym, że "nasza" sieć jest nadal potwornie uboga, przynajmniej jeżeli chodzi o opiniotwórczość, bo portali randkowych czy rozrywkowych jest całkiem sporo i mają się, mam wrażenie, nieźle. Trudno też mieć pretensje do jedynego miejsca, które jest i duże, i ma potencjał opiniotwórczy, że nie jest do końca takie, jak byśmy chciały i chcieli. Tę publicystyczną lukę wypełniają blogi - i to nie tylko te wymienione w tekście Wojtka, bo przecież nasza blogosfera to nie kilkanaście blogów, a pewnie kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt tysięcy (choć większość ma charakter osobisty). Czyli tak naprawdę mamy sytuację dość (na tle zgniłego Zachodu) niezwykłą - oto portale w większości od publicystyki uciekają, skupiając się w najlepszym razie na newsach, a opinii szuka się na czasami równie mocnych jak owe portale blogach. Czy to źle? Moim zdaniem nie. A o niewidoczność blogerów i blogerek zacznę się martwić, gdy zamiast jednego dużego gracza dorobimy się co najmniej kilkunastu. Jeżeli to w ogóle nastąpi.

czwartek, 23 czerwca 2011

Co mnie obchodzi czyiś lans

Jeżeli ktoś miał nadzieję, że po Paradzie ucichną, choć na chwilę, wojny torebkowe, to się niestety pomylił. Szczęśliwie mają dość ograniczony zasięg, ale to akurat chyba jest ich cecha charakterystyczna - widzą je i przejmują się nimi tylko ci, których bezpośrednio dotykają, a reszta ma je w głębokim poważaniu. Bo kogo tak naprawdę obchodzi, że ktoś tam kogoś nie lubi, pomawia, pozywa, przypisuje najgorsze intencje, uważa, że on i tylko on działa wyłącznie ze szlachetnych pobudek itd. itp.? Zastanawialiście i zastanawiałyście się kiedyś, dlaczego taki Robert Biedroń czy Yga Kostrzewa zostali aktywistami? Rozważania o tym, czy robią to dla lansu, czy naprawdę im zależy, spędzają wam sen z powiek? Nie? Cóż, mnie też nie.

Jasne, że o tych bardziej widocznych czasami się dyskutuje. Ale nawet na moim ulubionym forum Kobiety Kobietom, gdzie roi się od gierek i wzajemnych podgryzań (ale są też, żeby nie być jednostronną, całkiem niezłe dyskusje), mało kto przejmuje się czyimiś intencjami. Dużo ciekawsze jest to, jak wygląda i jak się wysławia (słowem: jak "nas" reprezentuje), znacznie mniej - jak działa i jakie skutki te działania mają. Nie kojarzę natomiast ani grama rozważań o tym, po co ktoś to robi. No, może poza stwierdzeniami, że aktywizm świadczy z jednej strony o lekkiej paranoi (bo przecież nie jest tak źle!), a z drugiej o nadmiernym poczuciu własnej wartości (bo działania jednostek na nic się nie zdają). I właściwie tyle.

W kontekście ogólnej obojętności wobec jakże doniosłego pytania "Czy oni to robią dla lansu, czy dla sprawy?", trudno podchodzić do wszelkich wojenek podjazdowych inaczej niż jak do pewnego folkloru. Swojego czasu głośna była walka o rząd dusz między portalami Kobiety Kobietom a Lesbijka.org (której apogeum była fejkowa śmierć Kary Auchemann), teraz mamy wojenkę spod znaku Gaylife kontra "wrogowie spraw LGBTQ" w postaci Roberta Biedronia, Innej Strony, Homików i zaprzyjaźnionych z nimi blogów. Rzecz godną uwagi z kronikarskiego punktu widzenia (już sobie wyobrażam tę radochę czytelniczek i czytelników, które i którzy zapoznają się z tą historią za jakieś dziesięć lat; będzie z pewnością nie mniejsza niż w przypadku tragicznej historii Kary Auchemann) i właściwie z żadnego innego. No chyba że ktoś się przejmie tą zabawą na tyle, że zrezygnuje z aktywizmu w ogóle. Ale w kontekście wydarzeń z ostatnich lat, a szczególnie pospolitego ruszenia wokół EuroPride, kiedy to nawet niechętne Fundacji Równości osoby i organizacje wręcz prześcigały się w inicjatywach wzbogacających to wydarzenie, jest to mało realne. Po prostu widać, że dla tych, którzy chcą coś robić, personalne rozgrywki są rzeczą najmniej ważną na świecie. Bo liczy się ogólny odbiór, a nie to, że przy okazji przylansuje się ktoś inny.

A tak na marginesie, ciekawa jestem, ile uczestniczek i uczestników Parady Równości w ogóle wiedziało, że w tym roku nie organizowała jej Fundacja Równości.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Niewidzialne w łóżku

Niewidzialność kobiet nieheteroseksualnych (i kobiet w ogóle) to trudny temat. Taki wręcz niewidzialny, bo czy ktoś na przykład zauważył, że choć przemówienia podczas tegorocznej Parady Równości były liczne, to nie oddano głosu żadnej kobiecie nieheteroseksualnej (za to świetnie sprawdziły się w roli "obsługi", jak głosiły napisy na ich koszulkach), a honoru kobiet LBT broniła na platformie jedynie prezeska Trans-Fuzji Ania Grodzka? Oczywiście to pierwszy przykład z brzegu, choć dość znaczący, jeżeli uznać, że Parada to najważniejsze środowiskowe wydarzenie. Tym bardziej ucieszyło mnie, że właśnie w tygodniu przed Paradą pojawił się "lesbijski" numer "Przekroju". Okładka wprawdzie mnie nie porwała, no ale może w środku będzie lepiej, pomyślałam. Cóż, pomyliłam się.

Gdy pierwszy raz, dość pobieżnie, przeczytałam tekst "Seks w szafie", stwierdziłam, że jest taki sobie i że przed opublikowaniem go wypadało sprawdzić kilka faktów. Ponowna, tym razem już dokładna, lektura wprawiła mnie w niejakie osłupienie. Początek wbija w fotel:

Ciekawość, zauroczenie. Potem iskra, impuls i uczucie wybucha. Już ponad dwóm milionom kobiet do orgazmu nie jest potrzebny facet.

Nie wiem, czemu, ale zawsze byłam przekonana, że większości kobiet do orgazmu nie jest potrzebny facet (tak jak i facetom kobieta). Co nie oznacza, że się do tego nie przydaje, po prostu jego obecność nie jest warunkiem koniecznym.

Takie wybuchy zna już ogromna rzesza ponad dwóch milionów Polek. Tak wynika z ostatnich badań seksuologa profesora Zbigniewa Izdebskiego. – Kobiety coraz częściej próbują kontaktów homoseksualnych – potwierdza profesor. Sześć lat temu, gdy Izdebski mierzył skalę zjawiska, na sto Polek przyznawały się do tego tylko trzy. W ubiegłym roku, gdy przeprowadził badania internetowe, okazało się, że z trzech procent zrobiło się już prawie­ 17 - czytamy dalej.

Pomijając militarny język (wybuchy?!), to, że sześć lat temu do kontaktów homoseksualnych przyznawało się 3 procent kobiet, a teraz jest to już 17, świadczy jedynie o tym, że więcej kobiet przyznaje się do jakichś tam relacji z tą samą płcią, a nie o tym, że więcej je ma. Swoją drogą, jeżeli utrzymają to tempo, to za 10 lat wszystkie będziemy nieheteroseksualne.

Od statystyk przechodzimy do sytuacji społecznej. Lesbijki są niewidoczne, biseksualistki są potrójnie dyskryminowane, media piszą tylko o gejach, kluby nastawiają się głównie na męską klientelę itd., itp., smutne, ale prawdziwe. Nagle nieoczekiwany zwrot akcji i oto dr Alicja Długołęcka opowiada o fantazjach erotycznych, a konkretnie o swoich badaniach, z których wyszło, że zdecydowana większość kobiet heteroseksualnych ma fantazje homoseksualne. Dalej jest o warszawskich Dniach Cipki i gadżetach erotycznych oraz o tym, że:

O kobiecie, która nie chce być blisko z mężczyzną, wciąż można usłyszeć, że to pewnie "nienormalna", "feministka", "dziwka", "głupia lesba", koniecznie o wyglądzie chłopa: brzydka, gruba, w spodniach, z nieogolonymi nogami, niewyżyta seksualnie.

Hm, dla mnie to kolejna nowość, że "niewyżyta seksualnie" jest cechą "wyglądu chłopa" (tak jak i "brzydka i gruba" zresztą - zawsze myślałam, że zdarza się to obu płciom, podobnie jak spodnie), ale za chwilę dowiaduję się o "chłopach" ciut więcej, bo oto akapit dalej Marzena Chińcz wyjaśnia, że to faceci w obronie własnej podtrzymują takie stereotypy, bo boją się, że kobiety niehetero odbiorą im potencjalne partnerki. Po Marzenie (pierwszej wyoutowanej polityczce) przychodzi czas na Izabelę Filipiak:

Gdy w grudniu 2005 roku aktor Jacek Poniedziałek otwarcie przyznał, że jest gejem, spotkał się z uznaniem. Oto nastąpił pierwszy coming out osoby publicznej! – pisano na portalach plotkarskich, mówiono w programach informacyjnych. Nikt nie pamiętał, co musiała przeżyć pisarka Izabela Filipiak, która w lutym 1998 roku – jako pierwsza w Polsce lesbijka – wyjawiła swoją orientację seksualną, udzielając wywiadu miesięcznikowi "Cosmopolitan".

Ani Poniedziałek nie był pierwszym znanym gejem, który się publicznie wyoutował, ani Filipiak nie była pierwszą lesbijką, choć z pewnością była pierwszą znaną. Ale i tak ta drobna nieścisłość wysiada przy kolejnej:

Marzena Chińcz, która ujawniła się osiem lat temu, opowiada, że wtedy takich odważnych jak ona było może pięć w całym kraju. – Na konferencjach czy warsztatach poświęconych problemom lesbijek nie można było robić zdjęć publiczności. Do tego stopnia dziewczyny się bały – wspomina. Teraz też rzadko która publicznie przyzna się do swojej orientacji.

Osiem lat temu takich odważnych było już na tyle dużo, że pojawiły się na plakatach akcji "Niech nas zobaczą"! Szesnaście lat temu trzy nie bały się pokazać z twarzy i z nazwiska w ogólnopolskiej telewizji. Ja rozumiem, że i teraz nie jest super, ale nie udawajmy, że jest aż tak źle czy że zmiany zaczęły się w ostatnich latach. Nie zaczęły.

Po wtręcie "historycznym" wracamy do łóżka, a konkretnie do profesora Izdebskiego i (szczęśliwie!) Alicji Długołęckiej:

Lesbijki same często powtarzają, że nikt kobiecie nie zrobi tak dobrze jak druga kobieta – przyznaje seksuolog. I podkreśla, że eksperymentujące panie są mniej skrępowane niż eksperymentujący mężczyźni.

Doktor Alicja Długołęcka w ogóle nie znosi określenia "eksperymenty". – Oczywiście eksperymentowanie się zdarza, ale w przypadku kobiet to rzadkość – twierdzi. – Z reguły relacje między nimi wiążą się z zaangażowaniem emocjonalnym. Zbyt często mówi się jednak, że to chwilowy kaprys, szukanie doznań. Dominuje ton lekceważący – dodaje.

Co dalej? Nie zgadniecie - następny akapit poświęcony jest gwałtom reperatywnym i przemocy wobec kobiet niehetero. A potem następuje optymistyczne zakończenie:

Seksuolodzy, działaczki ruchów homoseksualnych i kobiety, które ukrywają swoją orientację, dobrze wiedzą, że kropla drąży skałę. Że dziś pełna akceptacja społeczna to dla nich wciąż tylko marzenie, ale już następne pokolenie nie będzie musiało chować się w szafach.

Słowem pomieszanie z poplątaniem, seks zmiksowany z sytuacją społeczną, przemoc z fantazjami erotycznymi, a to wszystko doprawione kilkoma mądrymi stwierdzeniami połączonymi z niezłą dawką niewiedzy. Tak, niewidzialność kobiet to trudny temat. Ale może następne pokolenie seksuologów, działaczek ruchów homoseksualnych i kobiet, które ukrywają swoją orientację, jakoś sobie z nim poradzi.

niedziela, 19 czerwca 2011

Geralt ma małego

"Wiedźmin 2: Zabójcy królów" zbiera w sieci recenzje graniczące czasami niemalże z ekstazą. Ach, och i w ogóle, i w szczególe, cóż za grafika, cóż za akcja, cóż za ciekawie oddane wybory moralne i wszelkie inne. Podsumowując, to już nie tylko gra roku, ale i stulecia, ba, może nawet tysiąclecia. Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam, że tak właśnie jest. Prawdę pisząc, choć zmieniłam komputer, aby nowy "Wiedźmin" mógł na nim hulać swobodnie, nie przebrnęłam nawet przez początek gry.

Grę zakupiłam jak tylko była dostępna na rynku, niemalże natychmiast (z lekkimi kłopotami, bo producenci, choć mieli cztery lata na wypuszczenie gry na rynek, jakoś nie ustrzegli się błędów) zainstalowałam i z wielkimi nadziejami przystąpiłam do rozgrywki. Na wstępie przywitała mnie scenka, w której półnagi i półżywy Geralt, mocno umięśniony i cały w bliznach (tak, wiem, walki z potworami to nie spacerek z psem, a przecież nawet z takiego spaceru można wrócić poharataną), w solidnych, widać że kosztownych skórzanych portkach przed czymś ucieka. Po eleganckim omdleniu bohatera gra przenosi nas do lochu, gdzie nad zwisającym na łańcuchach półnagim itd. Geraltem (nadal w niezłych skórzanych portkach) znęcają się strażnicy (swoją drogą, czy naprawdę więźniów nie rozbierano do bielizny?). Mękę, którą nasz bohater znosi "po męsku", przerywa śledczy, który skatowanego więźnia zaprasza na rozmowę. Nasz twardziel udaje się na nią krokiem lekkim i swobodnym, a podczas tej rozmowy ma nawet siłę dowcipkować i co więcej być zalotnym, kiedy to nagle pojawia seksowna kobieta. Nic to, że jest prawdopodobnie wojowniczką czy zabójczynią. Kłopot w tym, że owa zalotność również jest jakaś taka, hm, nie wiedźminowata. W ten sposób mógłby zachowywać się nieco podstarzały lowelas, ale Geralt!?

Po wstępnych pogaduszkach (prowadzonych lekko niczym w przydrożnej karczmie) Geralt decyduje się opowiedzieć, co sprawiło, że znalazł się w obecnym położeniu. Z listy dialogowej mogę wybrać różne etapy, ale zaczynam w kolejności chronologicznej. Wciskam odpowiedź numer 1 i oto moim oczom ukazuje się piękna naga kobieta. Ciało bez skazy, bez zbędnego owłosienia nawet w najintymniejszym zakamarku. Lekki zgrzyt estetyczny budzi wyraźnie męska dłoń obejmująca tę doskonałość. Ale co kto lubi.

Właścicielem męskiej dłoni okazuje się być oczywiście nasz bohater, który dla równowagi ubrany jest w płócienne pantalony (bo jak inaczej nazwać coś, co sięga do kolan, a w pasie i w kolonach przewiązane jest tasiemkami?). Tak więc strategiczne rejony męskiego ciała pozostają szczelnie zakryte. Hm. Z rozmów między osobami ukazanymi w tej scence wynika, że noc była gorąca, ale najwyraźniej albo nie na tyle gorąca, aby Geralt owe pantalony z siebie zrzucił (jak bowiem na szybko rozsupłać wyżej wspomniane tasiemki?), albo ma coś do ukrycia. Jedyne, co przyszło mi do głowy, to to, że penis Geralta nie pasuje do reszty wizerunku. Wniosek: Geralt ma małego, co twórcy gry skrzętnie próbują ukryć.

Jak widać, pierwsze sceny z gry wywołały u mnie silne skojarzenia seksualne, ale uciec się od tego raczej nie da, kiedy główny bohater ciągle do niego nawiązuje, przynajmniej w początkowej fazie gry. Dalej niestety nie dotarłam. Mam jednak nadzieję, że jest lepiej. A może narzekam, bo po prostu przestało mnie bawić granie? Chyba jednak nie, gdyż całkiem niedawno udało mi się dokonać tego, do czego tęskniłam tu. W majowy długi weekend wpadłam bowiem w świat "Dragon Age II", i, co tu ukrywać, w objęcia Isabeli.

W grach fantasy RPG chodzi o to, by uwolnić świat od zła. Złem w "Dragon Age II" jest zakon templariuszy czczących jedynego stwórcę. O tym, że wszystkich, ze szczególnym uwzględnieniem magów, próbują nawrócić na jedyną słuszną wiarę, wspominać chyba nie muszę. Jakże to na czasie, tak na marginesie, i jakże miło było za pomocą dwuręcznego miecza wbić im trochę rozumu do głowy i nauczyć pokory. Li i jedynie w obronie własnej, rzecz jasna. Jakżeby inaczej. Przygód w grze jest bez liku, wahań i wyborów moralnych jeszcze więcej (niestety zdecydowanie uproszczonych, ale nie będę znów narzekać). Szczęśliwie w grze dopuszczalna jest opcja bohatera może i szlachetnego , ale do wielu spraw podchodzącego z humorem i, co tu ukrywać, z nutką cynizmu. Ot, taki cytacik: "Jeden tydzień bez szaleńców. Jeden tydzień by wystarczył". A w tym wszystkim Hawke (nazwisko bohaterki) nie zapomina o uczuciach.

Moja bohaterka, co dziwne nie jest, odrzuciła wszelkich przystojniaków i swoje serce oddała komuś, kto wydawałoby się najmniej na nie zasługuje. Tak opisują tę postać twórcy gry:

Isabela jest piratką, będącą utrapieniem dwóch wybrzeży, czterech narodów oraz niezliczonej ilości desek tawern. Jest równie wykwalifikowana w posługiwaniu się sztyletem, jak i ripostą – trudno orzec, którym z nich tnie ostrzej. To osoba, która nie potrafi na dłużej zagrzać gdzieś miejsca, ale odkąd jej statek został zredukowany do rangi drewna na opał, Isabela musiała zadowolić się zleceniami, którymi miasto Kirkwall wręcz kusiło.

Co to oznaczało? Z pewnością ból głowy u rozpieszczonej szlachty i ludzi głupich na tyle, aby wejść jej w paradę. To i oczywiście niekończącą się wesołość, płynącą z ucierania nosa oponentom, którzy zarazem boją się jej, jak i pożądają. Padnij u jej ostrza lub u jej stóp – zwycięstwo to zwycięstwo, zawsze liczy się tak samo. Zaszczuta i bez okrętu, Isabela nie zdoła określić, czy została już zepchnięta do narożnika. Zwyczajnie zbyt dobrze się bawi. Jej motto to: "Wygrywam bo oszukuję, kotku. Myślałam, że to oczywiste?".

I jak tu się nie zakochać? Pierwsze spotkanie z Isabelą naprawdę robi wrażenie. Same i sami możecie zobaczyć:



A potem, czego filmik nie przedstawia, jest jeszcze gorzej, a może lepiej. Zdradza, kpi, wyśmiewa i kiedy już wydaje się, że nic gorszego od naszej ukochanej spotkać nas nie może, znika na trzy lata. Wraca. I znowu to samo. No dobrze, moja bohaterka również święta nie jest. Ale koniec końców, co widać na filmiku, Isabela jako jedyna nie opuszcza swojej miłości.

Porównując "Wiedźmina 2" i "Dragon Age", nie mogę nie dojść do wniosku, że przynajmniej w sferze romantyczno-seksualnej ta druga jest znacznie ciekawsza i subtelniejsza niż ta pierwsza. A poza tym? Nie wiem, jak kiedyś zmuszę się, by przejść "Wiedźmina", to może opiszę.

piątek, 17 czerwca 2011

Z życia homoseksualistek - część pierwsza

Dziś miało być poważnie, miały się pojawić albo rozważania na kanwie "afery adblockowej", albo tekst prostujący dość poważne przeinaczenia, które wkradły się do artykułu z "Przekroju" o niewidzialności lesbijek (no ale niewidzialność jest trudna do opisania, czyż nie?). Ale nie będzie (trudno, i tak są już nieaktualne, więc mogą jeszcze poczekać), bo jest piątek, dzień rozrywkowy, a zatem najlepszy na inaugurację nowego (równie nieregularnego, jak lekcje historii) cyklu, którego pomysł podsunął mi jakiś czas temu Sylwek. Idea nowa nie jest (inspiracja widoczna w tytule), ale cel (chyba) wart zachodu i szlachetny. Bo, jako że coraz więcej osób melduje mi, że nie są już w stanie śledzić tego, co się dzieje na forum Kobiety Kobietom, postanowiłam robić to za nie. I co jakiś czas publikować streszczenia co bardziej obiecujących wątków.

Na dobry początek coś łatwego. Otóż ostatnio z zapartym tchem śledzę (i składam z niego meldunki na Facebooku) kolejny wątek wizerunkowy. Nazywa się to to "Wielka lista buczyzmu", a powstało, bo poprzedni o tej samej tematyce zrobił się najwyraźniej zbyt długi. Zaczyna się obiecująco, od próby ustalenia listy cech "prawdziwego butcha" (krótkie włosy w "jajecznym" kolorze, szerokie spodnie, kraciasta koszula, marynarski chód...). Ale po jakichś sześciu postach zaczynają się schody, a konkretnie wątpliwości.

Wątpliwość numer jeden: Czy aby być butchem, należy spełniać wszystkie wymienione (wcześniej i później, bo potem doszło jeszcze m.in. specyficzne trzymanie papierosa, kształt okularów i "dziecinne" skarpetki) warunki?
Status: Nierozwiązana.

Wątpliwość numer dwa: Czy aby być butchem, trzeba być lesbijką?
Status: A cholera wie.
(osobiście jestem za tym, aby nie dyskryminować kobiet heteroseksualnych i biseksualnych)

Wątpliwość numer trzy: Co, jeżeli butch jest przy okazji piękną kobietą - vide Rachel Maddow?
Status: Nie no, nie o takich butchach mówimy.

Wątpliwość numer trzy i pół: Ale jeżeli owa piękna kobieta właśnie tak się identyfikuje?
Status: Nie no, nie o takich butchach mówimy.

Wątpliwość numer cztery: Czy butch to tylko wygląd, czy też charakter? A jeżeli charakter, to jaki zespół cech tworzy prawdziwego butcha? Czy chodzi o stereotypowo męskie, jak agresja, przebojowość, niezależność itp.? A jeżeli tak, to czy wystarczy je posiadać, aby być butchem? A może chodzi wyłącznie o korelację wygląd plus charakter? Tylko czy to oznacza, że butche łagodne, piskliwe i prorodzinne w rzeczywistości nie są butchami? No to może jednak chodzi tylko o wygląd? Nie, bo mażące się butche nie są prawdziwymi butchami. Kim są zatem mażące się butche?
Status: Nierozwiązana.

Wątpliwość numer pięć: Czy bycie butchem jest to etap w życiu, czy cecha permanentna? Czy o poranku można być femką, a wieczorem stać się butchem? Jak i na podstawie czego określić osoby, które są stylistycznie wielowymiarowe? Charakteru? Nie (bo: wątpliwość numer cztery).
Status: Nierozwiązana.

Wątpliwość numer sześć: Skąd się biorą butche? Na kim się wzorują w dzieciństwie? Czy jeżeli jest to mama, która była bądź nie była butchem (patrz wątpliwość numer dwa), to można nadal mówić o tym, że wzorują się na mężczyznach? Do którego pokolenia wstecz trzeba mieć w rodzinie krótkowłose kobiety bez makijażu i w spodniach, aby uznać, że stanowią kobiece wzorce? A może takie butche wzorujące się na mamach mają w rzeczywistości dwóch ojców? I co butchami wzorującymi się na Ellen, k.d. lang czy Rachel Maddow?
Status: Nierozwiązana. I nie no, nie o takich butchach mówimy.

Wątpliwość numer siedem: Co z butchami, które wzorują się na Justinie Bieberze?
Status: Za chwilę wyjaśnię.

Wątpliwości jest więcej, ale cała dyskusja sprowadza się właściwie do jednego: niemożności określenia jej podmiotu. Co jest tak naprawdę sporym przełomem w owej nieustającej i bezsensownej (może dlatego nieustającej?) debacie, choć teraz trzeba jeszcze poczekać, aż wszystkie dyskutantki (a szczególnie te spod znaku: "no ale przyznaj się, no po prostu przyznaj, że chcesz być facetem", "no ale dlaczego nie chcesz się przyznać?", "no ale to nic złego, jak się przyznasz", "no przyznaj się i porób sobie z siebie jaja, jak na osobę bez kompleksów przystało" itd.) to zauważą. Co może być dość trudne, bo cała dyskusja zaczęła się od próby zdefiniowania butcha, więc do etapu bezetykietowego jeszcze daleko (na razie pojawiają się nieśmiałe próby rozmnożenia etykietek). Tak że stay tuned, następny meldunek z frontu z pewnością nastąpi.

A póki co wszystkim z etapu postetykietowego polecam stronkę Lesbians who look like Justin Bieber. Rzecz absolutnie bez precedensu, jeżeli chodzi o rozwalanie heteronormy. Bo oto okazuje się, że nastoletnie fanki Biebera pod jej wpływem masowo zaczynają się zastanawiać nad swoją seksualnością. No bo jak zamiast jednego Biebera mają do wyboru na przykład czterech, i to ładniejszych od oryginału...

niedziela, 12 czerwca 2011

Gdzie jest Polska?

Była relacja, czas na refleksje. O ile sam przemarsz był jak najbardziej udany, o tyle (co już sygnalizowałam w tym poście) ideologiczna linia Parady, a konkretnie część inicjujących ją przemówień i gestów, zdecydowanie mi się nie podobała. Fajnie rozpoczął Łukasz Pałucki, mówiąc po prostu, że chcemy być tutaj, w Polsce, bo kochamy Polskę. Potem odegrano hymn Polski. "Bardzo ważną sprawą i wartością jest dla wszystkich Polaków pokój społeczny i solidarność narodowa. Nasz kraj będzie silny tylko wówczas, gdy wszyscy obywatele Polski będą zgodnie współpracować ze sobą dla dobra Rzeczypospolitej. Tak napominał autor naszego hymnu narodowego Józef Wybicki w czwartej zwrotce swojej Pieśni Legionów Polskich we Włoszech. Niepotrzebne nam wewnętrzne konflikty i swary. One w przeszłości doprowadziły nasz kraj do wielkich nieszczęść. Dlatego też zwracam się do wszystkich naszych rodaków, także do narodowców, także do członków i sympatyków Prawa i Sprawiedliwości oraz innych konserwatywnych partii: w imię dobra naszej wspólnej ojczyzny, naszego wspólnego domu bądźmy solidarni. Porzućmy wrogość i agresję. Starajmy się szukać tego, co nas łączy, a nie tego, co nas dzieli" - mówił chwilę później Jacek Adler. "Tu jest prawdziwa, tęczowa Polska. Weźcie się za ręce, macie prawo iść z nami" - wołał po nim z platformy do kontrmanifestantów Piotr Guział. "Chrystus dołączyłby do parady, ponieważ on zawsze był z tymi, którzy go potrzebują" - przekonywał Szymon Niemiec.

Przyznam szczerze, że mam kłopot z taką narodowo-religijną retoryką. Nie dlatego, że uważam, że nie mamy prawa posługiwać się symbolami religijnymi, polską flagą i hymnem, czy że w ten sposób kogoś prowokujemy. Jak ktoś chce poczuć się sprowokowany, to sama nasza obecność w przestrzeni publicznej w zupełności mu wystarczy. Po prostu nie sądzę, by ktokolwiek miał prawo arbitralnie stwierdzać, gdzie Polska jest, a gdzie już jej nie ma. Tak, Polska była na Paradzie. Ale tak samo była na kontrmanifestacji i ciskała petardami. Ochraniała ją, przyglądała się jej z okien i przejeżdżających tramwajów (życzliwie lub nie), była w pracy, w kościele, na polu, na pikniku, w domu, w centrum handlowym, pisała felieton na Frondę. I nie ma sensu wyrokować, kto w tym dniu (ani w jakimkolwiek innym) był bardziej Polakiem czy chrześcijaninem, kto był bardziej solidarny czy dbał o dobro wspólne.

W sporze "Słowacki czy Mickiewicz?" zawsze byłam po stronie Słowackiego i jego bezlitosnego wykpiwania konceptu "Polski - Chrystusa narodów", burzenia mitów o wyjątkowości Polaków, naszej niezwykłej solidarności, skłonności do poświęceń, krytyki znaczenia poezji, podniosłych mów i gestów itd. itp. Spór o "rząd dusz", szczególnie tych, co to się lubią odwoływać do "chlubnej" tradycji czy historii, wygrał jednak rzecz jasna Mickiewicz. Bo zawsze to milej myśleć, że jest się wyjątkowym, walecznym, lepszym niż inni, że poświęca się dla ogółu, że porażka ma głębszy, metafizyczny sens. Że często bezsensowne zrywy powstańcze to powód wyłącznie do chluby (a nie przemyśleń nad kosztami takiego bohaterstwa), że "Solidarność" rzeczywiście była solidarna, że Polska ma długą historię tolerancji i otwartości, że największą chwałą jest umrzeć za ojczyznę itd. itp.

Jak jeszcze w liceum mnie takie pojmowanie rzeczywistości dość kręciło, tak, odkąd się zorientowałam, że jest wodą na młyn wszystkich, którzy lubią się uważać za "prawdziwych Polaków", już nie kręci. Patriotyzm to dla mnie nie szukanie odpowiedzi na pytanie, kto jest bardziej polski czy po czyjej stronie stoi historia i tradycja, a działanie na rzecz zmian w kraju, w którym, z urodzenia, ale też z wyboru żyję. Co zabawne, mój patriotyzm najlepiej chyba odzwierciedlają słowa z jednego z naszych skeczy (napisanego w ramach odreagowania wywiadu dla pewnej telewizji internetowej), gdzie na pytanie, dlaczego nienawidzimy Polski (bo przecież jesteśmy lesbijkami, więc to oczywiste), odpowiadamy: "To nie jest tak, że nienawidzimy Polski. Kochamy Polskę. I właśnie dlatego chcemy ją zmieniać. Również przez ten kabaret".

Odnosząc się wprost do zacytowanych na początku przemówień - kraj, w którym chciałabym mieszkać, nie jest silnym krajem, gdzie "porzucamy spory i waśnie, by działać dla wspólnego dobra". To kraj, w którym nikt nie musi podkreślać swojej polskości i dowodzić, że jest bardziej polski niż inni. Gdzie w imię solidarności nie wzywa się kogoś do działań, które są sprzeczne z jego wartościami. Gdzie nie mówi się, że Chrystus byłby z nami, a nie z wami. Dla mnie taka retoryka, choćby nawet wykorzystana w celu, który popieram i o który walczę, jest nadal lustrzanym odbiciem retoryki ruchów, z którymi zdecydowanie się nie zgadzam. Wkurza mnie Fronda, "wojna" o krzyż i pomnik, Jarosław Kaczyński, ONR i ojciec Rydzyk. Ale z drugiej strony uważam, że mają dokładnie takie samo prawo jak my wyznawać ideały, które wyznają, i walczyć o to, o co walczą. Nie chcę stać pod transparentem z napisem "tu jest Polska". Wystarczy mi "tu też jest Polska". Jedno małe słówko, a różnica ogromna.

Parada Równości 2011: zabawa i polityka

Tegoroczna Parada Równości była szczególna pod kilkoma względami: jubileuszowa edycja odbyła się w atmosferze coraz intensywniejszej debaty o możliwości (dla niektórych: coraz bardziej oczywistej konieczności) wprowadzenia w Polsce instytucji związków partnerskich. Po raz pierwszy od kilku lat nie była firmowana przez krytykowaną w przeszłości Fundację Równości. Zawiązany do obsługi tegorocznej imprezy Komitet jeszcze przed imprezą zebrał cięgi za dalsze odpolitycznianie imprezy. Na szczęście grupa domagająca się wyartykułowania konkretnych postulatów okazała się silna, zwarta i gotowa, a organizatorzy wyciągnęli z krytyki stosowne wnioski.

Dla organizatorów akcji "Miłość nie wyklucza" Parada rozpoczęła się już o godzinie 12, gdy wraz z SPR i Lambdą Bydgoszcz zjawili się pod Sejmem i ustawili skromny kramik z darmowymi pinsami, pocztówkami, parasolami i transparentami kampanii. W ciągu pół godziny rozeszły się niemal wszystkie materiały, w tym ponad dwa tysiące ulotek dla wolontariuszy, którzy kolportowali je podczas imprezy. Oporniej brano transparenty-patykowce, ale i one w końcu znalazły opiekunów.

Jeszcze kilkanaście minut przed oficjalnym rozpoczęciem kolorowy tłumek nie imponował liczebnością. Niemal tradycyjnie już impreza rozpoczęła się ponad półgodzinnym opóźnieniem – platforma organizatorów była dekorowana na bieżąco, w tym czasie przybywali też kolejni uczestnicy i uczestniczki. Nieopodal, pod pomnikiem Polskiego Państwa Podziemnego, zebrali się narodowcy i neofaszyści w proteście przeciwko galopującej paneuropejskiej sodomii. Ich rytmiczne śpiewy niesione przez wiatr przypominały, że "prawdziwi Polacy" są blisko. Niestety, kolejne pieśni o czystości narodu urozmaicone zostały ciskaniem nie tylko jajek, ale także petard.

W rolę gospodarza platformy organizatorów wcielił się Łukasz Pałucki. Nieco opóźniony start przemarszu rozwlekły dodatkowo liczne acz zwięzłe przemówienia członków i członkiń Komitetu Honorowego imprezy, m.in. profesora Wiktora Osiatyńskiego, Ryszarda Kalisza i Janusza Palikota. Wszyscy podnosili znaczenie imprezy nie tylko dla praw LGBT, ale także dla podstawowych praw człowieka. Zdecydowanym zaskoczeniem dla wielu było odegranie z głośników hymnu narodowego, po którym Jacek Adler wygłosił manifest Parady.

O ile słowa o "tradycyjnej polskiej tolerancji" wywołały rozbawienie i okrzyki protestu, to ciąg dalszy znów zaskoczył. Jacek Adler podziękował za obecność przedstawicielom polskiej politycznej lewicy, by w następnym zdaniu wypomnieć im zaniechania wobec społeczności LGBT. Wezwał do jak najszybszego poparcia idei związków partnerskich, ale nie w obecnym kształcie (formę zawierania związku u notariusza określił jako "marne resztki z pańskiego stołu"). Zasugerował szersze konsultacje ze społecznością LGBT, a nie tylko wsłuchiwanie się w głos kilku osób. W ten sposób przyłączył się do nurtu krytykującego tak projekt ustawy w obecnym kształcie, jak i firmującą go Grupę Inicjatywną. W przeciwieństwie do bogoojczyźnianej, ta część przemówienia Adlera powitana została oklaskami.

Najbardziej przychylne reakcje wzbudziło przemówienie "tęczowego" burmistrza Guziała, który w swojej odezwie zwrócił się do narodowców, zachęcając ich, by w imię miłości przyłączyli się do tęczowego pochodu. Paradę oficjalnie otworzył jej historyczny twórca Szymon Niemiec, błogosławiąc uczestników i uczestniczki. Pokrzepiony hasłami "Polska jest tutaj" czy "Chrystus jest z nami" pochód wystartował.

Od początku obok platform, w większości w tym roku niemrawych i pustych (zdecydowanie najlepiej bawiła się czarna, tłumna, firmowana przez klub Glam), uwagę zwracały mniejsze i większe tęczowe flagi, drag queens i ich barwne stroje. Uwagę fotoreporterów przykuwały wielkie, niesione przez ochotników banery z żądaniem związków partnerskich, firmowane przez akcję "Miłość nie wyklucza": znany z poprzedniej parady i marszów jedenastometrowy różowy gigant oraz nowy, ze zmodyfikowanym hasłem "Żądamy ustawy o związkach partnerskich (a nie spółki cywilnej)".

Zaraz po starcie w wąską ulicę Piękną, gdzie do Parady dołączały kolejne wozy, tłum wymieszał się, rozdzielając banery, które jednak wkrótce - dyrygowane przez wprawnych przewodników - nieco "zorganizowały" maszerujących. Nowy baner podążał tuż za otwierającą Paradę platformą organizatorów, tworząc niejako drugie, "ludzkie" czoło marszu. Różowy gigant sunął kilkanaście metrów dalej, tuż białym transparentem "Whatever" Jej Perfekcyjności, rzeczniczki Parady, która znów zrobiła furorę, tym razem stylizacją na Marię Antoninę.

W Alejach Jerozolimskich okazało się, że banery ramię w ramię niosą przedstawiciele i przedstawicielki aż siedmiu organizacji LGBT – SPR, Otwartego Forum, KPH, Lambdy Bydgoszcz, Lambdy Warszawa, Trans-Fuzji i Fundacji Równości. Dopiero na Marszałkowskiej udało się zrealizować pierwotny plan i utworzyć z obu płacht trójkątny klin, u którego wierzchołka szedł Robert Biedroń. Mimo różnych koncepcji realizacyjnych hasło "Żądamy związków partnerskich" połączyło wszystkich i stało najbardziej widocznym postulatem Parady, nawet jeśli nie dla wszystkich znaczy to samo.

Oczywiście nie zabrakło innych transparentów i haseł, wśród których na uwagę i wyróżnienie zdecydowanie zasługują: "Nie, dupy nas nie bolą!" (nawiązanie do "słynnego" hasła kontrmanifestantów "A dupy Was nie bolą?"), "Sami sobie chodźcie do notariusza!", "W Unii żony, w Polsce przyjaciółki - ja długo jeszcze?" oraz "Jestem pedałem i mam obowiązki pedalskie". Nie zabrakło też największej tęczowej flagi w Polsce przyniesionej przez Lambdę Warszawa. Wśród flag i płacht co chwila migały białe parasolki "Miłość nie wyklucza". Atmosfera święta udzieliła się maszerującym, wśród których zwyczajowo już znaleźli się rodzice z dziećmi, spacerowicze ze zwierzakami, nie brakowało też męsko-męskich i damsko-damskich par idących za ręce. Jak zwykle też barwny pochód pozdrawiany był z okien, balkonów i zatrzymanych tramwajów - zwłaszcza na ostatnim odcinku nie brakowało gapiów. Entuzjazm gasł nieco na widok ogona Parady, w którym smętnie snuły się ostatnie cztery platformy, otoczone już nie paradowiczymi, a szpalerem zamykających kolumnę policjantów.

Huczny korowód bez przeszkód i żwawym tempem dotarł na Plac Bankowy. Tam powitać go miało szumnie zapowiadane Miasteczko Równości, którym okazały się ustawione na skraju placu... cztery namiotowe stoiska: z męską bielizną, organizacją zwierzęcą, książkami Krytyki Politycznej oraz SLD. Piąte, palikotowe, dopiero niemrawo się rozstawiało. Z platformy organizatorów, zamiast muzyki, która mogłaby jeszcze przez chwilę zatrzymać rozgrzany tłum, popłynęły kolejne przemówienia zamykające imprezę, ale też studzące atmosferę. Większe transparenty i banery od razu się zwinęły, przemawiających z platformy mówców słuchało coraz mniej osób – po krótkim czasie oczekiwania na ciąg dalszy, który coraz bardziej się odwlekał, wielu i wiele wybrało emigrację z Placu, który już o wpół do piątej niemal opustoszał.

Tegoroczna Parada nie była niestety wydarzeniem na miarę EuroPride. Podobnie jak w roku ubiegłym zabrakło tłumów, które otoczyłyby wszystkie platformy. Kłuł w oczy brak zagranicznych gości (poza parokrotnie przywołanymi przedstawicielami organizacji LGBT z Białorusi) czy zorganizowanych grup i grupek, które w poprzednich latach zjeżdżały do Warszawy specjalnie na tę okazję. Dziwi też, że organizatorzy nie wygrali w większym stopniu jubileuszowego charakteru tegorocznego marszu - wszak Parada obchodziła w tym roku swoje dziesięciolecie. Cieszy natomiast, że - mimo początkowych zapowiedzi - nie zrezygnowano ostatecznie z postulatów stricte politycznych; nie odebrało to nikomu okazji do zabawy, a radykalizm postulatów dodał dodatkowego smaczku. Szczęśliwie okazało się, że jedno wcale nie wyklucza drugiego.

Uschi Pawlik (homiki.pl), Marcin Pietras (queerpop.blogspot.com), Wojciech Szot (abiekt.blogspot.com), Ewa Tomaszewicz; fot. Radosław Cetra 

PS Fotorelacja tutaj i tutaj:

Get the flash player here:
http://www.adobe.com/flashplayer

sobota, 11 czerwca 2011

Po Paradzie Równości 2011

Na szersze poparadowe refleksje przyjdzie czas jutro - wspólną relację przygotowują Homiki, Queerpop, Wojtek i ja. A dziś tylko trochę wrażeń na gorąco i podziękowań.

Po pierwsze - wielki ukłon w kierunku wszystkich, którzy nieśli już nie jeden, ale dwa banery z napisem "Żądamy ustawy o związkach partnerskich" - drugi, nowy, zdobiło logo akcji "Miłość nie wyklucza" oraz mały dodatek:
Zarówno niesienie banera, jak i kierowanie nim (ja prowadziłam właśnie nowy - a co, pochwalę się!) to ciężka praca. Nie można odejść, bo transparent swoje waży i mógłby się okazać za ciężki dla niosących, gdyby kogoś zabrakło. Bawić można się tylko w ograniczonym zakresie. Umykają widoki, pogaduszki, szukanie znajomych, sprawdzanie, kto przyszedł. Dlatego bardzo dziękuję tym wszystkim cudownym osobom, które dźwigały banery przez ponad dwie godziny, oraz Wojtkowi i Uschi, którzy robili za przewodnika i przewodniczkę. A z ciekawostek - w pewnym momencie wśród niosących byli przedstawiciele i przedstawicielki niemal wszystkich większych organizacji - KPH, Lambdy, SPR, SOF, Trans-Fuzji i Fundacji Równości (jeżeli kogoś pominęłam, to przepraszam). Po prostu miłość nie wyklucza!

Po drugie - brawo dla wolontariuszek i wolontariuszy Parady. Choć było ich tylko około trzydziestu, to byli wszędzie i byli bardzo pomocni (to ci w różowawych koszulkach).
Po trzecie - parasolki z logiem "Miłość nie wyklucza" (rozdaliśmy prawie setkę) okazały się strzałem w dziesiątkę. Ładne, praktyczne, bo chroniły od słońca, a przede wszystkim superwidoczne. Dzięki nim byliśmy wszędzie.
Po czwarte - mój prywatny bohater Parady, czyli urzędnik gotów do poślubiania wszystkich chętnych.
Po piąte - przemówienia. Dobrze, że były (przed i po przemarszu), dobrze, że organizatorzy zwrócili uwagę na to, że zaproponowany przez SLD projekt ustawy nie odzwierciedla oczekiwań bardzo wielu osób. Zdarzyło się jednak niestety trochę kiksów (m.in. stwierdzenie, że Parada to święto gejów, lesbijek i sprzyjających im osób heteroseksualnych - a gdzie bi, trans i inni?!) oraz, co mnie najbardziej chyba ruszyło:

Tradycją Pierwszej Rzeczypospolitej, z której słynęliśmy na cała Europę była tolerancja. U nas nie było płonących stosów i wojen religijnych. Żyły spokojnie wśród nas mniejszości narodowe, religijne i inne. Powróćmy teraz do tej szczytnej tradycji polskiej tolerancji. 

- mówił Jacek Adler. Rozumiem chęć uczynienia Parady wydarzeniem patriotycznym, odwołującym się do naszej historii i tradycji. Tyle że powtarzanie mitów na temat słynnej polskiej tolerancji nie jest zbyt trafionym pomysłem. Nie musimy się bić w piersi, że i u nas płonęły stosy (i to wtedy, kiedy w innych krajach zgasły) i prześladowano chociażby arian i Żydów. Ale nie udawajmy, że tego nie było.

Po szóste - Miasteczko Równości. Świetny pomysł, by przytrzymać jeszcze ludzi parę godzin po Paradzie, niestety zabrakło atrakcji, które sprawiłyby, że chcieliby zostać - kilka stoisk i koncert z platformy organizatorów to jednak za mało. Godzinę po zakończeniu Parady Miasteczko wyglądało tak (platforma z DJ-em i nieliczni uczestnicy i uczestniczki):
Ale pierwsze koty za płoty, może za rok będzie lepiej.

I na koniec - dziękuję Kubie za piękną koszulkę z postaciami z mojego ulubionego systemu operacyjnego na smartfony:

środa, 8 czerwca 2011

Granice kompromisu

Zamiast Tygodnia Równości mamy (w mediach) dni tęczowej flagi. Zawisła w sobotę na ursynowskim ratuszu, znikła w niedzielę, a do dziś nie wiadomo, dlaczego (bo tak miało być, bo pogoda, bo protesty?) i czy wróci w dniu Parady, jak swojego czasu zapowiadał burmistrz Ursynowa Piotr Guział, czy to by było na tyle. W sumie ta cała historia mnie ani ziębi, ani grzeje, bo gesty mnie nie kręcą, z której strony by nie przychodziły (nie kręci mnie też np. nagłe poparcie Tuska dla ustawy o związkach partnerskich, bo przecież to tylko słowa). Nie widzę też nic złego w tym, że Guział ponoć dogadał się z PiS-em co do flagi, bo wcześniej zgodził się na obchody 10 kwietnia (taką teorię wysunęła PO). Nawet jeśli tak było, to taki układ jest dla mnie w porządku - dla kogoś jest ważne, by powspominać Lecha Kaczyńskiego, dla kogoś innego, by zrobić Tydzień Równości, wszystko to odbywa się w tym samym miejscu, każdy dostał, czego chciał, słowem mamy wolność i każdy robi, co chce, a innym nic do tego.

Jedyny niepokojący punkt w tej całej sprawie to podejrzenie, że Tydzień Równości został okrojony z elementów LGB, aby nie drażnić PiS-owskiego współkoalicjanta. Skąd ten pomysł? Ano z programu imprezy oraz z dzisiejszej wypowiedzi Witolda Kołodziejskiego (PiS) dla "Gazety Wyborczej", że "w programie Tygodnia Równości nie ma debat o gejach i lesbijkach". Tak, wiem, że wbrew pozorom elementów LG (bo o B chyba jak zwykle nikt nie pamięta) kilka było i jeszcze pewnie będzie. Kłopot w tym, że są, ale tak trochę po kryjomu, tak jak i owa flaga, która, cytując Guziała, "miała wisieć (...) jako symbol szeroko pojętej tolerancji, a nie tylko ruchu gejowskiego". Oczywiście może być tak, że Kołodziejski tylko udaje, że nie wie, o co chodzi, a Guział, jak to z politykami bywa, śle uśmiechy we wszystkich kierunkach, aby przypadkiem na tej całej zabawie nie stracić. I w sumie nie ma co się na to obrażać, bo na tym polega polityka. Pytanie brzmi tylko, czy warto się w takie samoograniczające gierki pakować. W zamian za ustawę jakoś bym może to przeżyła (choć nie wiem, bo gdy patrzę na spontaniczne samoograniczenia w wykonaniu Grupy Inicjatywnej ds. Związków Partnerskich, to mnie coś strzela). W zamian za nic nieznaczący gest? No nie wiem.

Wracając do samego kompromisu (impreza za imprezę), to, jeżeli odrzucić kwestię potencjalnego okrojenia Tygodnia Równości, jest to też całkiem cenna lekcja tolerancji dla panów z PiS-u (bo SLD pewnie toleruje wszelkie obchody, niezależnie od ich proweniencji). Bo, tak zdroworozsądkowo patrząc, nie ma nic złego w tym, że ktoś sobie organizuje wydarzenie, które nam się nie podoba, o ile przy okazji nie ogranicza naszej wolności. I to jest dla mnie nieprzekraczalna granica - nie wyobrażam sobie sytuacji, w której nie chodzi już o jakieś obchody, a na przykład o ustawodawstwo: wy poprzecie nas (choć się z nami nie zgadzacie), my was (choć jesteśmy przeciw) i będziemy kwita. Choć i tak bywa. No a jak w jednej partii mogą być i Arłukowicz, i Niesiołowski, to równie dobrze SLD może się dogadać z PiS nie tylko na Ursynowie, ale i na szczeblu krajowym. W końcu jest między nimi mniej więcej taka różnica jak między wymienionymi przed chwilą politykami PO. I wtedy nie chcę myśleć o tym, na jakie kompromisy pójdą (i na jakie im pozwolimy, bo tak naprawdę nie mamy w tej sprawie nic do powiedzenia - dla nas są gesty i słowa, nie decyzje). Choć tego akurat nie muszę sobie wyobrażać, bo kilka takich "kompromisów" już mamy. I SLD bynajmniej nie potrzebowało do nich współkoalicjanta.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Flashmob, badania i postulaty

Pierwsze okołoparadowe wydarzenia za nami. Bodaj największym echem odbiła się akcja najbardziej spontaniczna, a zarazem najkrótsza, czyli niedzielny flashmob w warszawskim metrze. Kilkadziesiąt osób zebrało się na stacji Centrum, by punkt o godzinie 16 zacząć się przytulać i całować w proteście przeciw wyproszeniu kilka miesięcy temu ze stacji metra dwóch mężczyzn, którzy, otwarcie okazując, co ich łączy, "zgorszyli" innych pasażerów.



Flashmob zbiegł się niestety w czasie z naszym spotkaniem "Przeżyjmy to raz jeszcze", więc nie miałyśmy możliwości w nim uczestniczyć. Samo spotkanie, choć nie tak liczne jak w ubiegłym roku, było bodaj nawet ciekawsze. W pierwszej części Alicja Długołęcka opowiadała, jak to się stało, że ponad dwadzieścia lat temu postanowiła się poświęcić badaniu gatunku lesbijka polska i jakie miała w związku z tym perypetie. Najbardziej zapadły mi w pamięć dwie historie - o tym, jak jedna z uczestniczek badań jakościowych postanowiła jej udowodnić, że potrafi w 5 minut pokazać, jakiej orientacji psychoseksualnej jest Alicja i zaczęła z nią flirtować, co przyprawiło naszą badaczkę o nielichą konsternację. Oraz o tym, jak jedna z badanych, zamiast spotkać się z nią na mieście, zabrała ją do na wpół wybudowanego domu na odludziu, przerażając ją śmiertelnie nie tylko tym pomysłem, ale też samą sobą, bo do końca nie było wiadomo, czy jest biologiczną kobietą, czy mężczyzną, który zwabił ją w ustronne miejsce, jedynie podając się za lesbijkę. Tak, badania jakościowe w czasach przedinternetowych z pewnością były emocjonujące.

Druga część dyskusji wynikła dość niespodziewanie i skupiła się wokół niewidoczności kobiet nieheteroseksualnych. Wnioski nie były chyba zaskakujące - wyszło nam, że to kwestia lekceważącego traktowania kobiet w ogóle, czy, szerzej, konfliktu płci. Nie będę się nad tym wyzwierzać, bo zrobiłam to już tu. Ale coś mam wrażenie, że ten temat będzie żywy długo po tym, jak już będziemy mieć równe prawa. Podobnie jak odwieczne dyskusja o gustach, czyli o tym, czy "męska" lesbijka ma prawo uważać się za kobietę.

W sobotę poznaliśmy w końcu cele Parady Równości. Trochę śmiać mi się chce, bo pierwsze cztery:
- uchwalenie ustawy regulującej kwestie związków nie będących małżeństwami,
- wprowadzenie do szkół rzetelnej, neutralnej światopoglądowo edukacji dotyczącej życia w zróżnicowanym społeczeństwie oraz ludzkiej seksualności,
- aktywna walka rządu z przejawami dyskryminacji wobec osób LGBT i innych mniejszości,
- zmiana kodeksu karnego poprzez poszerzenie przepisu o mowie nienawiści o kwestie tożsamości płciowej i orientacji seksualnej
to po prostu rozwinięcie postulatów, które towarzyszyły temu wydarzeniu od 2007 roku (na marginesie: cieszymy się, że mogłyśmy pomóc, bo tak się złożyło, że cztery lata temu dość aktywnie uczestniczyłyśmy w ich wymyślaniu; co nie znaczy, że to źle, że zostały powtórzone, wszak wszystko to nadal czeka na załatwienie). Do tego doszło wprowadzenie uregulowań prawnych ułatwiających proces medycznego i prawnego potwierdzenia płci osobom transseksualnym oraz nowelizacja ustawy o ochronie praw zwierząt. Choć ostatni cel może wydawać się słabo związany z dążeniami osób LGBTQetcetera, to mnie akurat jest bliski, więc nie narzekam. Szkoda za to, że, skoro zasięg haseł jest szerszy, nie załapały się żadne feministyczne postulaty. Niestety, o ile Manifa już od dawna nie ma problemu z otwartym wspieraniem osób nieheteroseksualnych, o tyle parady nie potrafią się odwdzięczyć tym samym. Kłania się niewidoczność kobiet?

sobota, 4 czerwca 2011

Dwa tygodnie z serialem wszech czasów

Jako że ostatnie dwa tygodnie spędziłam głównie w pozycji horyzontalnej (co pozytywnie odbiło się na liczbie postów), miałam okazję przypomnieć sobie pięć sezonów "Ostrego dyżuru". I po raz kolejny przekonać się, dlaczego do pewnego momentu był to jeden z najlepszych seriali wszech czasów. Do pewnego momentu, bo z czasem główni bohaterowie zostali powymieniani na młodszych (i być może ładniejszych), znikł nie tylko piękny i niepokorny doktor Ross (George Clooney, na wypadek gdyby ktoś nie pamiętał), ale też ta pani:
bez której nie było już tak fajnie. Do tego tragedie dotykające głównych bohaterów i skutecznie wymazujące ich twarze z czołówki stały się nazbyt częste i momentami wydumane (rak mózgu, atak niezadowolonego z opieki psychotyka, pożary, spadający prosto na szefa szpitala helikopter, którego śmigło parę miesięcy wcześniej pozbawiło go ręki), sytuacje powtarzalne (swojego czasu zabawiałyśmy się z Gosią liczeniem opadniętych płuc - w późniejszych sezonach występowały niemal u wszystkich pacjentów przywożonych z wypadków), a serial po prostu zaczął nudzić.

Ale początki były wręcz genialne. Niby "Ostry dyżur" toczy się w dość zamkniętym środowisku lekarzy, pielęgniarek, paramedyków i strażaków, i skupia się głównie na zagadnieniach medycznych i relacjach między wymienionymi (nie tylko zawodowych), ale liczba tematów i dylematów moralnych, które jego twórcom udało się przemycić, jest imponująca. Oprócz dość oczywistych rzeczy jak eutanazja, respektowanie życzeń pacjentów, aborcja, śmierć dzieci, opieka nad starszymi osobami, HIV/AIDS, pojawia się tam szereg kwestii związanych z uprzedzeniami - ze względu na rasę, płeć, orientację psychoseksualną, klasę społeczną, niepełnosprawność itd., itp. I choć na "prawdziwy" wątek tematyczny trzeba było czekać do ósmego sezonu (kiedy to pojawia się Elizabeth Mitchell, która swojego czasu kręciła z Angeliną Jolie w "Gii"), to nieheteroseksualni bohaterowie pojawiają się już w pierwszych odcinkach serialu. Jako pacjenci - nie tylko w kontekście HIV/AIDS (to lata 90.), ale też chociażby homorodzicielstwa - i jako pracownicy i pracownice szpitala i okolic - naliczyłam trzy lekarki, strażaczkę i strażaka oraz pielęgniarza (pełen wypas!). W momencie, kiedy robi się pełnotematycznie (czyli ruda i wredna Kerry Weaver wiąże się najpierw z psycholożką, a potem ze strażaczką), automatycznie pojawiają się też znane i lubiane tematy jak problemy z coming outem, homofobia, a potem walka o dziecko z rodziną jego biologicznej matki (po śmierci tejże).

Niesamowita (z mojego punktu widzenia, bo być może dla widzów ze Stanów było to dość zwyczajne) była otwartość "Ostrego dyżuru". Wszystko, co pozornie inne, dziwne, nienormatywne tam jest traktowane zupełnie zwyczajnie. A jeżeli są momenty, kiedy tak naprawdę nie wiadomo, czy daną sytuację czy zachowanie bohaterów interpretować na plus czy minus, to dotyczą one wyłącznie dylematów moralnych związanych z najtrudniejszymi aspektami opieki nad pacjentem, nigdy zaś rzeczy związanych z akceptacją różnorodności.

Wielka szkoda, że w Polsce nie potrafimy robić tak mądrych i dających do myślenia seriali (które przy okazji zapewniają sporą dawkę emocji i po prostu, mimo całego dramatyzmu, rozrywki). W latach 90. w jakimś tam stopniu tę rolę pełnił "Klan" - proszę się nie śmiać, mimo całej głupoty tej telenoweli zrobiła ona całkiem sporo dla oswojenia tematu HIV/AIDS czy akceptacji osób niepełnosprawnych umysłowo. Wprawdzie od paru dobrych lat nie jestem na bieżąco z naszymi telebzdurami, więc może coś mnie ominęło, ale mam wrażenie, że wiele jeszcze czasu upłynie, nim pokusimy się o produkcję nie tylko wciągającą, ale przy okazji rozwalającą ileś tam stereotypów. A szkoda, bo jak nie lubię telewizji, tak wiem, jak wiele dla kształtowania społecznych postaw potrafi zrobić.

środa, 1 czerwca 2011

Już za chwilę: będzie się działo

Już za kilka dni ruszają okołoparadowe wydarzenia. Na co się wybieram (lub wybrałabym, gdyby nie inne zobowiązania)? I co w ogóle będzie się działo?

Po pierwsze robimy z Gosią drugą odsłonę spotkania z cyklu "Wspomnień czar", tym razem pod jakże oryginalnym tytułem "Przeżyjmy to jeszcze raz". Wielbicielki i wielbicieli wspominek zapraszam już w najbliższą niedzielę (5 czerwca) na godzinę 15.30 do Planu B przy Placu Zbawiciela. Tym razem skupimy się na tym, jak wyglądały pierwsze badania prowadzone wśród polskich lesbijek, a wśród zaproszonych gościń będzie między innymi pierwsza lesbolożka RP Alicja Długołęcka. Nie spodziewajcie się formalnej atmosfery czy poważnej debaty, podobnie jak w zeszłym roku stawiamy na luźną dyskusję i klimaty gawędziarskie.

Dzień wcześniej startują pierwsze Dni HomoWarszawy. W sobotę o 13 na pl. Małachowskiego (przy Zachęcie) rozpocznie się trzeci już Spacer po Homowarszawie, a o 19 w Muzeum Sztuki Nowoczesnej będzie okazja porozmawiać o warszawskich historiach mniejszości. W niedzielę o 18 w siedzibie Lambdy o homiczych nowościach wydawniczych opowiedzą autorzy i wydawcy, a kolejne piątek i sobota upłyną pod znakiem Parady - przygotowania transparentów i dumnej ich prezentacji podczas marszu. Już teraz zapowiada się nieźle, więc mam nadzieję, że pierwsze Dni HomoWarszawy nie będą ostatnimi.

Nie zawiodła w tym roku Inicjatywa Pomada. Pełny program wydarzeń na znajdziecie tu, a mnie najbardziej zaciekawiły rzeczy organizowane przy współudziale skandalistki Emilie Jouvet (to ta od "One Night Stand") - sobotnia (4 czerwca) impreza w Resorcie i wtorkowa (7 czerwca) projekcja najnowszego filmu reżyserki w Kinotece. Do tego również 4 czerwca i również w Resorcie spotkają się poliamorści i poliamorystki, tym razem aby porozmawiać o zazdrości. Ciekawie też zapowiada się niedzielna (5 czerwca) dyskusja o kulturze les/queer w Polsce i czwartkowe (9 czerwca) spotkanie o homoseksualności w islamie. I oczywiście oficjalna impreza popomadowa 11 czerwca w 1500 m2 do wynajęcia - zagrają m.in. Rajstopy Heleny, Translola i mój ulubiony Kolektyw Laydyboy.

A co planują/reklamują organizatorzy Parady? Pełny kalendarz wydarzeń tu, najciekawiej wygląda Gothic Fetish Party (nie moje klimaty, ale fajnie wiedzieć, że i w Polsce są takie imprezy), będą też pokazy filmowe w Cafe Almond (dobra wiadomość jest taka, że będą darmowe, zła, że będą odbywać się po 22, więc to nie oferta dla wszystkich). Do tego już w ten weekend ruszy Tydzień Równości na Ursynowie oraz dwudniowa konferencja "Strategie queer" na Uniwersytecie Warszawskim.

Niestety w tym roku nie będzie żadnych wydarzeń pod auspicjami Lambdy i KPH. Trochę szkoda, bo zeszłoroczny Pride House był fantastyczny. Nie będzie też Hiacyntów, ale to mnie jakoś strasznie nie martwi. Przepraszam, jakoś nigdy nie miałam serca do tej nagrody.