niedziela, 31 lipca 2011

Niekonserwatywna płciowo "Replika"

Kilka dni temu w końcu dotarła do mnie nowa "Replika". Na ten numer czekałam naprawdę z ogromną niecierpliwością, a wszystko za sprawą pana z okładki - działacza trójmiejskiej KPH, a zarazem sołtysa liczącego sobie zaledwie 1600 mieszkańców Leśniewa (tak na marginesie, to podoba mi się zwrot "Repliki" ku okładkom nie z gwiazdami - choć ta z Dancewicz była naprawdę zjawiskowa - a ze zwykłymi ludźmi), wywiadu z którym byłam bardzo ciekawa. Historia Marcina okazała się naprawdę budująca, bo w końcu o osobach nieheteroseksualnych z mniejszych miejscowości słychać zazwyczaj niewiele, a jeżeli już, to raczej w kontekście homofobii. A tu proszę: jawny gej został sołtysem, działa prężnie i z otwartą homofobią się jak dotąd nie spotkał (co najwyżej z "pewnym dystansem"). No i nie zapominajmy, że jego wybór miał miejsce w tym samym czasie, w którym Krystian Legierski zdobył mandat radnego Warszawy. Chyba nie muszę dodawać, które z tych wydarzeń uważam za bardziej przełomowe.

Mój osobisty hit numeru to jednak nie wywiad z Marcinem, a absolutnie fantastyczny artykuł Wiktora Dynarskiego "Transsex w wielkim mieście". Wiktor obala w nim sporo stereotypów na temat osób transpłciowych - jak ten, że zawsze dążą one do jak najwierniejszego odwzorowania zachowania, wyglądu zewnętrznego czy cech charakteru uznawanych za typowe dla płci, którą się czują. Opowiada o swoich doświadczeniach z wizyt u psychologa, podczas których skrzętnie ukrywał swoją biseksualność i głęboko chował swoje wyluzowane, przegięte "ja", a za to podkreślał wagę stereotypowo rozumianej męskości, bo tego się niestety oczekuje od osoby dowodzącej swojej płci. Pisze też o seksualności osób trans, wspominając rozliczne sytuacje, w których odmówiono mu randki, bo to, co ma w spodniach, kłóciło się z wyobrażeniem potencjalnych randkowiczów na temat mężczyzn, i zastanawia się nad tym, czy naprawdę orientację psychoseksualną warunkują wyobrażenia na temat genitaliów osób, które uznajemy za atrakcyjne. Z całego tekstu dla mnie osobiście najlepszy jest ten fragment:

Żyjemy w świecie binarnych oczekiwań. W "Wielkiej księdze cipek" nie przeczytasz o transchłopcach zadowolonych ze swoich genitaliów - jakiejkolwiek orientacji seksualnej by nie byli. Podobnie "Wielka księga siusiaków" nie pokaże szczęśliwych transkobiet niepotrzebujących waginoplastyki. I nic dziwnego, przyzwyczailiśmy się myśleć o osobach transpłciowych (choć w większości myślimy o medycznie zdefiniowanych osobach transseksualnych) jako chcących całkowicie wtopić się w płciową normę, także na poziomie cielesnym i seksualnym. Mało ludzi zdaje sobie sprawę, że to akceptacja genderu jest najważniejsza - zawartość majtek już nie tak bardzo. 

(...) Transowy aktywizm uprawia większość z nas - nie tylko w przestrzeni LGB - i to w dodatku wbrew własnej woli. Ludzie sądzą, że skoro otwarcie mówimy o sobie, stajemy się publiczną własnością. Dlatego i dziennikarze, i przypadkowe osoby pytają nas o operacje, seksualność i genitalia. Wymykamy się oczywistemu, i to w najgorszy dla heteronormy sposób - samym swoim byciem kwestionujemy tożsamości, które dla wielu osób są ostoją ich całego życia.

Kolejny ciekawy tekst z tego numeru to "Płeć Wenus" Bartka Reszczaka poświęcony androgyniczności w modzie, a konkretnie robiącym ostatnio prawdziwą furorę androgynicznym modelom i modelkom jak Lea T., Andrej Pejic, Sarah Whale czy Freja Beha (na obrazku po lewej), którzy i które występują na wybiegach i okładkach czasopism w kreacjach i stylizacjach niekoniecznie zgodnych z ich płcią metrykalną. Bartek przypomina też, że bazujący na genderowych niejednoznacznościach trend w modzie nie pojawił się dziś i wspomina stylizacje Marleny Dietrich, Antoine'a, Annie Lennox, Boya George'a, Davida Bowie czy muzyków z KISS. Tak swoją drogą, to w tym kontekście zabawne jest zdziwienie czy wręcz zgorszenie, jakie nadal wśród co poniektórych budzą Madox czy Michał Szpak. W końcu moda nie ma płci już od dobrych kilkudziesięciu lat i naprawdę nie ma czym się gorszyć czy ekscytować.

Fajnym dopełnieniem tych dwóch tekstów jest fotorelacja z pierwszych polskich wyborów Miss Trans. Mnie szczególnie urzekła obcięta na jeżyka drag queen VANESSA, no ale ja lubię takie niestereotypowe postacie.

Kompletnie za to rozwalił mnie wywiad z pisarką Ewą Schilling, z którego dowiedziałam się między innymi, że jeżeli już w Bielsku-Białej (miejsce zamieszkania Schiling) są kobiety nieheteroseksualne, to skrzętnie to ukrywają i że rzeczą absolutnie niemożliwą jest, by istniały tam wieloosobowe paczki lesbijek (choć byłam tam dopiero dwa razy, odniosłam zupełnie inne wrażenie), oraz że bohaterki Jeanette Winterson ciągle romansują z mężczyznami (serio?), więc trudno nazwać jej literaturę "lesbijską" i uznać, że jakoś odpowiada na nasze potrzeby. Co do klasyfikacji prozy Winterson, to akurat się zgadzam, tylko niby dlaczego miałoby to czynić jej powieści mniej atrakcyjnymi dla kobiet nieheteroseksualnych? Literatura przede wszystkim ma być dobra, by ktoś chciał po nią sięgnąć, a "lesbijskość" bynajmniej synonimem jakości nie jest (pamiętacie "Życie rodzinne świstaka" czy "Moją les"?). Swoją drogą takie a nie inne podejście pisarki do tematu jest w sumie dość symptomatyczne dla wszystkich, którzy nie lubią płciowych niuansów, rozważań nad którymi i w tej "Replice", i ostatnio na naszym blogu czy na forum Kobiety Kobietom (tak, w moim "ulubionym" wątku) jest całkiem sporo. Czyli że mam nowy objaw płciowego konserwatyzmu do kolekcji.

Reasumując, lipcowo-sierpniowa "Replika" zrobiła mi kilka naprawdę miłych prezentów. Co rzecz jasna nie znaczy, że wybaczę jej absolutnie irytujące podsumowanie dotychczasowej działalności Grupy Inicjatywnej ds Związków Partnerskich, w którym zabrakło choć słowa odniesienia do głosów krytycznych wobec projektu czy wzmianki o tym, że szum wokół związków w ostatnich miesiącach to nie tylko zasługa GI (choć również).

środa, 27 lipca 2011

Naprawdę jesteśmy takie szlachetne?

Dziś sejmowe Komisje Praw Człowieka i Polityki Społecznej i Rodziny obradowały nad ustawą o umowie związku partnerskiego. Relację na żywo można przeczytać u Wojtka, w każdym razie efekt jest taki, że projekt nie został odrzucony w pierwszym czytaniu i trafi do podkomisji nadzwyczajnej. Choć raczej nie ma szans na to, by ustawa trafiła pod głosowanie w tej kadencji Sejmu, jest to na pewno krok naprzód i przynajmniej szansa na porządną dyskusję o kształcie projektu (czyli również rozpatrzenie wniosków o jego uzupełnienie), szczególnie że zrezygnowali z uczestniczenia w pracach nad nim posłowie PiS.

Podczas dzisiejszej debaty nie zabrakło oczywiście głosów (ze strony jego przeciwników), że ten projekt to tylko początek drogi, a celem jest pełna równość z prawem do adopcji (nie tylko dziecka partnera/partnerki, ale też zewnętrznej) włącznie. Nie ma co ukrywać, że tak jest (zresztą czy ktokolwiek kiedykolwiek to ukrywał?), od dość dawna zastanawia mnie za to demonizowanie tej kwestii. Nie wiem, co sobie wyobrażają przeciwnicy i przeciwniczki tego rozwiązania. To znaczy potrafię się domyśleć, że w hołdują przekonaniu, że tuż po wejściu ustawy w życie wszyscy jak jedni mężowie i żony popędzimy do domów dziecka i zażądamy natychmiastowego wydania sierotek. Pomijając nawet fakt, że polskie prawo, delikatnie mówiąc, nie ułatwia potencjalnym rodzinom adopcyjnym starania się o dzieci, taki scenariusz jest bardziej niż fantastyczny.

Kiedy byłyśmy w Nowym Jorku, poznałyśmy między innymi reżyserkę Gretę Olafsdottir, która trochę opowiedziała nam o obyczajach tamtejszych lesbijek (jakkolwiek by to miało nie brzmieć). Między innymi o gay baby boom, przejawiającym się w gromadnych przeprowadzkach świeżo upieczonych mamuś z Manhattanu na bardziej przyjazny maluchom Brooklyn. Gretę, która do dzieciolubek zdecydowanie nie należy, najbardziej oburzało to, że, skoro już owe mamusie zdecydowały się na powiększenie rodziny, żadna z nich nawet nie pomyślała o tym, by, wzorem Angeliny i Brada, zaopiekować się dzieckiem z któregoś z krajów trzeciego świata. Nie, one muszą mieć własne, choć jest na świecie tyle dzieci, które potrzebują domów! Jakkolwiek te zarzuty brzmią dość absurdalnie, to trudno mi się z nimi nie zgodzić co do reguły. Bo prawda jest taka, że osoby nieheteroseksualne (w ogóle, bo nie sądzę, by mieszkanki Nowego Jorku były pod tym względem wyjątkowe) nie są jakimś specjalnym gatunkiem ludzi, i, podobnie jak większość osób heteroseksualnych, wcale nie chcą adoptować dzieci z domów dziecka. Nie, my chcemy mieć własne. I mamy je. A adopcja? Dziecka partnera/partnerki jak najbardziej. Inna? Nieliczni i nieliczne się na to zdecydują.

W dyskusji o adopcji lubimy wyciągać argument o tym, że przecież dziecku będzie lepiej z dwójką kochających je rodziców niż w domu dziecka czy dysfunkcyjnej rodzinie, i rzecz jasna trudno z tym twierdzeniem polemizować. Tyle że danie nam prawa do adopcji specjalnie w opróżnianiu bidulów nie pomoże. Wątpicie? To odpowiedzcie sobie szczerze na pytanie, czy na pewno chcecie wychowywać kilkunastolatka z dysfunkcyjnej rodziny, który potrzebuje znacznie więcej niż kochających go rodziców, a nawet owo "znacznie więcej" może nie wystarczyć. Albo, gdy macie szczęście zaadoptować go w młodszym wieku, czy chcecie, gdy dorośnie i zaczną się (odpukać) problemy, cały czas się zastanawiać, czy to wina genów, czy efekt waszych błędów wychowawczych (zapewne tego drugiego, ale czy ziarno niepewności nie pozostanie?). Pewnie, że są jednostki, które nie mają takich wątpliwości (a przynajmniej aż tak się nimi nie przejmują), ale - no właśnie - to są jednostki. Większość, nawet jeżeli się do tego nie przyzna, gdzieś tam głęboko uważa, że nie ma to jak własne geny. Choć nie brzmi to najlepiej, to w sumie jest to dobra wiadomość. Bo oznacza, że na adopcję zewnętrzną zdecydują się tylko ci i te, którzy i które naprawdę mają i odpowiednią motywację, i predyspozycje. Ewentualnie najbardziej zdesperowani (w końcu i dla większości osób heteroseksualnych adopcja nie jest pierwszą, a ostatnią z rozważanych opcji).

Wiem, że snucie takich rozważań to trochę strzelanie sobie w kolano, ale z jednej strony wkurza mnie demonizowanie kwestii adopcji (bo skoro zdecydują się na nią ci naprawdę do tego przygotowani, to nie ma czego demonizować), i opowieści o przepełnionych domach dziecka - bo mimo wszystko potencjalnych rodzin adopcyjnych jest całkiem sporo, to nasze prawo kuleje. A my jako my żadnym cudownym remedium na owo przepełnienie nie jesteśmy.

Jasne, że w tej całej dyskusji chodzi też o przeświadczenie iluś tam osób, że osoby nieheteroseksualne są w jakiś sposób groźne dla dzieci. Tyle że, po tym, jak Sejm ostatecznie zdecydował, że możemy prowadzić rodzinne domy dziecka, nie powinien to być żaden argument, a już na pewno nie argument o czymkolwiek przesądzający. Może więc uczynienie dyskusji o adopcji bardziej ludzką i porzucenie opowieści o patologicznych rodzinach i przepełnionych domach dziecka wcale nie jest taką najgorszą opcją? W końcu nie chodzi o to, że dzieciom będzie u nas lepiej niż tam, ale o to, że będzie im u nas po prostu dobrze.

niedziela, 24 lipca 2011

Oddajmy róże i cekiny kobietom!

Zdarzyło wam się kiedyś wejść do tureckiego sklepu LTB Jeans? Ma on prawdopodobnie największy wybór T-shirtów, które są zarazem odjechane i fajnie skrojone. Przyznaję, jestem fanką koszulek z ciekawymi grafikami i napisami mówiącymi coś więcej niż "I kissed a girl" czy "Jestem grzeczną dziewczynką... czasami". Do niedawna mogłam je znaleźć jedynie w sieci, teraz mogę kupować również "na żywo". Poza nietuzinkowym asortymentem (i "dwuznaczną" nazwą) LTB ma jeszcze jedną, dość typową dla konglomeratów odzieżowych właściwość. Otóż gdy jest się tam po raz pierwszy, nie sposób na pierwszy rzut oka stwierdzić, na których półkach są rzeczy z kategorii "dla mężczyzn", a na których - "dla kobiet". I jest właściwie tylko jeden sposób, by się o tym przekonać: sprawdzić najmniejszy rozmiar wybranego na chybił trafił modelu. Powód jest chyba oczywisty - nie ma już wzorów i kolorów, które przypisane są wyłącznie do jednej płci, co więcej, te najbardziej do niedawna oczywiste - róże, fiolety - nagle zaczęły dominować w dziale "dla mężczyzn". Nie brakuje tam też cekinów, kwiatowych wzorów i innych "dziewczyńskich" aberracji. Najzabawniejsze jest jednak coś innego - otóż przy tym wszystkim nadal nie ma półek "unisex" (chyba nigdzie, ale chętnie się dowiem, że jest inaczej), nie, chłopcy kierowani są na prawo i w głąb, dziewczynki na lewo i bliżej wejścia. Teoretycznie więc mężczyzna może założyć delikatną koszulkę z cekinowym fioletowo-różowym kogucikiem czy białą koszulę w ogromne jaskraworóżowe kwiaty (opis autentycznych rzeczy znalezionych w dziale męskim), pod warunkiem że weźmie je z właściwej półki. Kobieta może sięgnąć po prostą koszulę w paseczki czy szarą bluzę z kapturem, o ile znajdzie ją po swojej stronie. Oczywiście w praktyce wygląda to zupełnie inaczej - obie płcie mogą szukać czegoś dla siebie w całym sklepie (i robią to). Ale podział być musi. Bo liczy się etykieta.

I tak współczesna moda urosła do poziomu metafory naszego przywiązania do binarności płci. Możemy brać z obu płci niemal wszystko i dowolnie to mieszać, coraz mniej cech uznawanych jest za typowo męskie czy typowo kobiece i nie jest to ani nowe, ani dla nikogo specjalnie szokujące (bo czy kogoś jeszcze w Polsce szokuje np. kobieta na kierowniczym stanowisku czy mężczyzna z wózkiem dziecięcym?). I wszystko jest w porządku, dopóki będziemy (choć symbolicznie) udawać, że tak naprawdę nadal utrzymujemy jedyny słuszny podział. Co ciekawe, bardzo silną potrzebę udawania czują niekiedy osoby, których nie można uznać za "typowe" kobiety czy mężczyzn z tego prostego powodu, że pociągają ich i je osoby tej samej płci. Tak więc w czasach, gdy konserwatywna Kluzik-Rostkowska oburza się na sugestię, że z racji tego, że wychowuje małe dzieci, nie może być dobrą polityczką, na jednych z najbardziej zażartych obrońców konserwatywnego podejścia do ról płciowych wyrastają ci i te, z którymi przynajmniej polski konserwatyzm nie chce mieć nic wspólnego. Paradoks? Chyba tylko pozornie.

Gdy czytam te wszystkie wątki o kobiecości i męskości, mam czasami wrażenie, że tu wcale nie chodzi o szukanie w swoim gronie tych innych, mniej "normalnych", i dowartościowywanie się ich kosztem, ale o pokazanie samym sobie, że to my jesteśmy "normalni" i "normalne". No dobrze, jestem gejem, lesbijką, ale tak naprawdę niczym się nie różnię od osób heteroseksualnych. A nawet jestem bardziej heteroseksualny/a niż one, bo wspieram podział, który w "heteroświecie" coraz bardziej się zaciera. Ja nie chcę nosić różowych sweterków (choć niektórzy moi heterokumple je noszą), nie dbam o siebie wzorem tych "zniewieściałych metro", będę fukać na szerokie portki (choć i moje heterokoleżanki je mają), ze mną jest wszystko w porządku. Oczywiście - są granice poświęcenia. Ciuchy ciuchami, kosmetyki kosmetykami, ale niekoniecznie będziemy się pchać do "typowo" kobiecych czy męskich zawodów. Ale to tak na marginesie. Ważniejsze jest to, że gdzieś w tym wszystkim odbijają się mniej lub bardziej wyimaginowane oczekiwania społeczne (mniej lub bardziej, bo mimo wszystko nadal mam wrażenie, że polskie społeczeństwo jest znacznie bardziej wyluzowane, niż myślimy) - byśmy byli po prostu "normalni" i "normalne", a skoro już nie potrafimy, to przynajmniej się z naszą  "nienormalnością" nie obnosili. Kłopot w tym, że tego, co stanowi o owej "nienormalności", nie da się zmienić, ubierając się czy zachowując w określony sposób.

Wydaje mi się, że w takim przykrawaniu siebie do sztywnych ról jest jeszcze jeden paradoks (oprócz tego, że nie mamy co się przykrawać, bo i tak odstajemy). Oto na zacieranie się granic między tym, co "męskie", a tym, co "kobiece", ogromny wpływ mieli i nadal mają właśnie tacy odszczepieńcy jak my, którzy kwestionowali i kwestionują role płciowe - feministki, lesbijki, geje, osoby biseksualne, transgenderowe itd., itp. Czyli tak naprawdę ileś tam osób protestuje przeciw czemuś, co jest w dużej mierze ich (no, nie dosłownie ich) własnym wynalazkiem i co już na dobre zadomowiło się w naszej kulturze.

Ciekawa jestem, swoją drogą, dokąd ów konserwatyzm prowadzi. Kiedyś już pisałam, że tak naprawdę, w dobie osłabienia więzi rodzinnych, nie ma nic bardziej konserwatywnego niż dążenie do prawa do zawierania małżeństw. Całkiem niedawno, że coraz większa emancypacja osób nieheteroseksualnych może oznaczać (dla niektórych) chęć przemierzenia tej samej drogi, która doprowadziła osoby heteroseksualne (bardzo teraz uogólniam, proszę nie krzyczeć) do miejsca, w którym są teraz. Więc co? Taka mała konserwatywna rewolucja w wydaniu LGBT, ze wszystkimi jej implikacjami (stawianie się na pozycji obrońców i obrończyń moralności, robienie za przedmurze czegoś tam itd., itp.)? Niebieski dla chłopców, różowy dla dziewczynek, kobiety do garów i dzieci, mężczyźni do kopalni, a geje niech natychmiast wyprują cekiny z torebek?

PS Tak, słyszałam o homonacjonalizmie.

wtorek, 19 lipca 2011

Z życia homoseksualistek: narcyzm czy uzasadniona obawa

Sezon ogórkowy w pełni, szczęśliwie moje ulubione forumowiczki z Kobiety Kobietom nie próżnują. Mój ukochany wątek, który był inspiracją do dwóch poprzednich wpisów, jest niestety w fazie schyłkowej, ale, wraz z trochę późną w kontekście całej dyskusji próbą zdefiniowania "kobiecości", pojawił się w nim od ostatniego razu przynajmniej jeden piękny tekst:

Kobiecość to coś nieuchwytnego, niedającego się zmierzyć czy wyliczyć, a jednak bez problemu można ją wyczuć - raz w ubraniu, raz w gestach, raz w sposobie myślenia, ale to tylko przejawy, bo w istocie swojej to bardziej energia, którą się emanuje, a cała reszta jest tylko pochodną tej kobiecej wibracji, pierwiastka yin czy jak to jeszcze nazwać.

Zaintrygowana, pogoogle'owałam w poszukiwaniu owej energii, co to ma być istotą kobiecości, i proszę, jest:
Niniejszym polecam wszystkim, co to za mało emanują, w związku z czym kobiecości u nich wyczuć się nie da. Tylko nie przedawkujcie. A, nie wiem, jak działa na niekobiety, jak ktoś sprawdzi, proszę się pochwalić.

Tych i te, którym właśnie zrobiło się smutno, że oto nie będzie już dywagacji o kobietach, które różnią się od mężczyzn li i jedynie brakiem penisa, od razu pocieszam - wczoraj pojawił się kolejny wątek o zbliżonej tematyce pod jakże pięknym tytułem "Być kobietą. Być mężczyzną" (wprawdzie zaczyna się mądrze, ale to tylko początek). A na dodatek czytelniczka podesłała mi linka do grupy Stowarzyszenie Lesbijek i Bi Prawdziwie Kobiecych na Innej Stronie, tak że jak trochę ochłonę po przeczytaniu tego, co tam znalazłam, z pewnością pokuszę się o jakąś głębszą analizę.

A póki co rzecz z zupełnie innej bajki, czyli dywagacje o przyczynach homofobii. U ich źródła stoi opowieść o tym, jak to siostra pewnej forumowiczki wyznała jej, że w towarzystwie geja czułaby się w miarę komfortowo, ale lesbijki wolałaby obok siebie nie mieć, bo ta z pewnością by ją podrywała. I tu pojawia się pytanie, czy taka postawa nie jest przypadkiem wyrazem narcyzmu, bo skąd owych hetery(cz)kach, co to tak boją się bycia obiektem naszych westchnień, przekonanie o swojej niesamowitej dla nas atrakcyjności. Niestety komiczny potencjał wątku zostaje natychmiast zabity takim oto porównaniem:

Wyobraź sobie, że jesteś w publicznej toalecie i nagle do środka wchodzi jakiś facet. Nie to, że cię od razu gwałci czy coś, po prostu jest, sika sobie czy tam myje ręce i czasem spojrzy na ciebie. Mimo, że jesteś les (czy tam bi) to raczej czułabyś się przy nim skrępowana?

No pewnie! Poszłabym nawet dalej - gdyby do owej toalety weszła jakaś kobieta, nie, że od razu gwałciłaby mnie czy coś, po prostu sikałaby sobie i czasem na mnie spojrzała, czułabym się skrępowana jak cholera.

Potem robi się jeszcze straszniej. Oto okazuje się, że ludzie tak reagują, bo się nas boją (no w sumie to nie dziwne, skoro ich chcemy w publicznych toaletach podglądać), ale to nie nasza wina, a, no, zgadnijcie, czyja? Heteroseksualistów! A konkretnie heteroseksualnych mieszkańców Warszawy płci męskiej, którzy, uległszy modzie na bycie homoseksualnymi, obnoszą się na ulicy w swoich kolorowych ciuchach i chodzą do gejowskich klubów, oszukując tym samym samych siebie, swoje partnerki i oczywiście gejów. Tak, wiem, że to niemal równie skomplikowane jak dywagacje nad przyczynami niechęci butchek do femek z poprzedniego wpisu z serii, ale zyskuje głęboki sens, gdy połączymy fakty. Otóż to owi udający gejów heteroseksualiści z pewnością, gdy się tylko nie obnoszą na ulicy i w klubach, podglądają kobiety w publicznych toaletach i stąd się bierze przekonanie osób heteroseksualnych, że te nieheteroseksualne z pewnością zawsze zainteresowane czymś więcej niż tylko rozmową. Logiczne? No ja myślę!

Niestety później robi się trochę nudnawo, bo dyskusja schodzi na to, czy sytuacja, w której lesbijka mówi heteroseksualnemu kumplowi, że nie życzy sobie, by ją podrywał (gdy ten nie czyni żadnych ruchów w tym kierunku), jest analogiczna do sytuacji, w której to heteryk mówi do kumpla geja, że może sobie być, kim chce, byleby się do niego nie dobierał. I czy w drugim przypadku mamy do czynienia z narcyzmem (pewnie!), homofobią (no co ty!), czy z uzasadnioną obawą (hm). Rzecz jasna głosy za tą trzecią opcją są najciekawsze, pozwolę więc sobie na chwilę się nad nimi pochylić.

Zwolenniczka owego podejścia próbuje je umiejscowić w kontekście socjologicznym. Otóż przywołuje podejście do osób nieheteroseksualnych we Francji, Holandii czy niektórych stanach USA i stwierdza, że u nas jest inaczej wcale nie dlatego, że Polacy są jakoś szczególnie ciemni czy zacofani (no nie są). Nie przemawia do niej stwierdzenie, że większa akceptacja może wynikać z trochę innej historii, dłuższej tradycji ruchów równościowych, feminizmu czy doświadczenia walki z segregacją rasową. Otóż nie. Problemem są polskie homiki. A konkretnie nasza nachalność, wyuzdane parady (tak, to o Polsce!), atakowanie członków społeczeństwa swoją innością. A przecież moglibyśmy dla odmiany pokazać, że potrafimy się mieścić w społecznych ramach, a nasza miłość może być czymś pięknym, a nie tylko "zbereźnym pociągiem do własnej płci, odwrotnie niż bozia kazała". Która to strategia (pokazywania piękna miłości), jak się domyślam, doskonale się sprawdziła we Francji, Holandii czy w niektórych stanach USA.

Wbrew pozorom w owym chaotycznym wątku jest pewna logika, a wyznacza ją heteroseksualizm, do którego odwołują się co ciekawsze uczestniczki dyskusji. Pytanie tylko, czy jest on owym potworem, który sprawia, że heterycy boją się korzystać z publicznych toalet, tfu, boją się znaleźć z nami w sytuacji towarzyskiej, czy też punktem dojścia (bo chyba tylko tak można odczytać apel o niepokazywanie, że naszą domeną jest "zbereźny pociąg do osób tej samej płci"). Pozwolicie, że pozostawię je otwarte.

niedziela, 17 lipca 2011

Hipermarket miłości

Piotr Szarota, autor "Anatomii randki", deklaruje we wstępie do owej książeczki, że nie ma nic przyjemniejszego niż pisanie o rzeczach niepoważnych. Szczególnie że tak błaha tematyka, jaką zdaje się być randkowanie, to świetny pretekst do przedstawienia najważniejszych przemian i trendów XX wieku - demokratyzacji, laicyzacji, rewolucji seksualnej, feminizmu, globalizacji, konsumeryzmu czy w końcu emancypacji osób nieheteroseksualnych. I choć, z racji tego, że "Anatomia randki" nie jest publikacją naukową, a raczej historyczno-rozrywkową, pozostawia spory niedosyt (szczególnie rozdziały poświęcone Japonii, Indiom i Nigerii), to z co najmniej kilku powodów warto do niej sięgnąć. Bo dobrze się czyta, bo daje sporą dawkę obyczajowych obserwacji, bo poświęcona jest czemuś, co dotyczy większości ludzi. Ciekawie jest więc się dowiedzieć, skąd się wzięły takie a nie inne zwyczaje czy jak i dlaczego "robią to inni".

Dla mnie najciekawsze były rozdziały poświęcone amerykańskiemu datingowi i francuskiemu randez-vouz (oba narodziły się w latach 40. ubiegłego wieku). Pierwszy model relacji jest fascynujący z racji swojej sztywności i konwencjonalności oraz paradoksalnego (bo pozornie sfera uczuciowa jest czymś trudno kodyfikowalnym) rozpowszechnienia w kulturach Zachodu. Jakkolwiek dziwnie by to nie wyglądało, randkowanie było uznawane za niemal obowiązek nie tylko przez amerykańskich nastolatków i nastolatki, ale też ich rodziców i szkołę (powstawały nawet filmy edukacyjne i poradniki mające pomóc młodzieży w umawianiu się z rówieśnikami, a do randkowania zachęcano już jedenastolatki). Podział ról na randce (traktowanej zazwyczaj jako wstęp do wspólnego życia) był wyraźnie określony - mężczyzna miał być "męski", czyli pewny siebie, dominujący, zdecydowany, opiekuńczy, kobieta - "kobieca", w którym to określeniu zawierało się nie tyle to, co jej wolno, ile rzeczy, których nie wolno robić, by nie zostać uznaną za agresywną (co w odniesieniu do mężczyzn było komplementem, a w przypadku kobiet - towarzyskim pocałunkiem śmierci). Kobiecie nie wolno było więc przejawiać inicjatywy, składać zamówienia w restauracji czy wydawać poleceń taksówkarzowi i robić czegokolwiek, co sprawiłoby, że mężczyzna w jej towarzystwie poczuł się niezręcznie. Oczekiwano za to, że to ona będzie prowadzić rozmowę, ale w taki sposób, by mężczyzna zawsze czuł się od niej mądrzejszy. Jej głównym obowiązkiem było dbanie o swój wygląd i eksponowanie atrybutów, które podobają się mężczyźnie oraz przyjęcie odpowiedzialności za seks: nie wolno było być zbyt oziębłą, ale z drugiej strony trzeba było uważać, by nie przylgnęła do ciebie etykietka "puszczalskiej". Żeby było jeszcze ciekawiej, nie znano pojęcia "gwałtu na randce" i uważano, że jeżeli doszło do stosunku, to kobieta musiała go sprowokować, w związku z czym to ona była odpowiedzialna za ewentualną ciążę. Brzmi znajomo? Niestety chyba tak.

Zupełnie odmienny jest model francuski. Randka to po prostu sposób na miłe spędzenie czasu, bez określania, czy ktoś ma być partnerem/partnerką na dłużej, czy na jeden raz. Flirt jest na porządku dziennym, a umawianie się z kimś, kto nas nie pociąga, nie wchodzi w grę. Nie ma reguł postępowania (słynne amerykańskie dzwonienie dopiero po trzech dniach czy seks na trzeciej randce), liczy się luz, spontaniczność i oczywiście sztuka uwodzenia. Nie ma miejsca na na wystudiowane gierki, wzajemne testowanie, skomplikowane strategie. Druga strona medalu jest taka, że osoby mniej błyskotliwe czy śmiałe mają po prostu trudniej - skodyfikowany model amerykański zapewniał, przynajmniej teoretycznie, równość szans. Tyle że ta równość oznaczała tak naprawdę reprodukowanie tych samych wzorców - wpierw narzeczeńskich, później małżeńskich, bez oglądania się na takie drobiazgi jak indywidualizm czy różnice między ludźmi, bynajmniej niesprowadzające się do różnicy płci.

Kolejny arcyciekawy rozdział dotyczy internetu. O ile w jego początkach randkowanie przez sieć uznawane było za ostatnią deskę ratunku dla tych, którzy nie potrafili sobie poradzić w rzeczywistym świecie, o tyle dość szybko stało się towarzyską rozrywką umilającą życie milionom ludzi na całym świecie. Ta część "Anatomii randki" jest moim zdaniem dla osób nieheteroseksualnych znacznie ciekawsza niż rozdziały konkretnie poświęcone specyfice kontaktów między nimi, przede wszystkim dlatego, że, przynajmniej w Polsce, internet odgrywa ogromną rolę w emancypacji osób LGBTQetcetera, a więc też, siłą rzeczy, ma znacznie większy wpływ na kształtowanie wzorców postępowania niż w przypadku osób heteroseksualnych, za którymi stoją dziesiątki lat jawnego spotykania się w realu. Szarota zwraca uwagę na specyfikę sieci, która z jednej strony pozwala na niemal nieskrępowany wybór (nie musimy się już ograniczać do swojej dzielnicy, miasta, kraju) i szybsze pogłębianie relacji (związane z pozorną anonimowością, a więc i większym poczuciem bezpieczeństwa), z drugiej sprawia, że poszukiwanie partnera/partnerki bardziej przypomina robienie zakupów (oto określamy niemal wszystko - od wzrostu, wagi, wymiaru biustu i koloru oczu po charakter i zainteresowania - i dopiero z tej puli wybieramy osobę, z którą chcemy nawiązać kontakt) czy pracę w przemyśle reklamowym, bo to, czy i ile propozycji otrzymamy, zależy tak naprawdę od tego, jak potrafimy się zaprezentować. Pomysłowi Amerykanie nie oparli się oczywiście pokusie skodyfikowania zasad internetowego randkowania i stworzenia setek poradników dla tych, którzy chcą zwiększyć swoje szanse w sieci.

Pod koniec tego rozdziału Szarota zastanawia się, czy randkowanie w internecie jest nadal jedynie środkiem do osiągnięcia celu, jakim jest relacja w realnym świecie, czy też celem samym w sobie. Ja natomiast ciekawa jestem, na ile internet nie tyle wpłynął, co ustalił wzorce relacji osób nieheteroseksualnych i czy to całe skupienie na zewnętrzności, które opisuję w tekstach wizerunkowych, nie ma przypadkiem czegoś wspólnego z tym, że częściej niż osoby heteroseksualne korzystamy z owego hipermarketu miłości, jak autor "Anatomii randki" określa sieć, oraz z tym, że, nie mając za sobą specjalnej tradycji, chętniej szukamy jej w popkulturze i łatwiej przyswajamy lansowane przezeń wzorce. Rzecz jasna w epoce konsumeryzmu nie jest to wyłącznie nasza domena, ale fakt faktem, że wybór między Judith Butler a popkulturą nie jest żadnym wyborem. To, czego, jak mi się wydaje, najbardziej nam brakuje, to różne odcienie szarości, których mamy szansę się dorobić dopiero za jakiś czas. Pytanie tylko, ile jesteśmy w stanie wyprodukować na przekór pudełkom, w które sami/same się radośnie wtłaczamy i jak nośne mogę być takie kontrkulturowe usiłowania. Oraz czy - paradoksalnie - nie będzie oznaczać to powrotu do kulturowego konserwatyzmu i okopania się na pozycji obrońców i obrończyń moralności. Nie da się ukryć, że nasz czas walki o prawo do zawierania małżeństw zbiegł się w czasie z osłabieniem i coraz większą kompromitacją tej instytucji. W sumie więc pójście o krok dalej i przemierzenie wstecz tej samej drogi, którą przeszły osoby nieheteroseksualne, nie wydaje się aż tak niemożliwe.

A wracając do samej "Anatomii randki" - warto poczytać, choćby po to, by zdać sobie sprawę, że większość modeli relacji międzyludzkich i związanych z nimi ról i specyfiki zachowań przypisanych płciom ani nie jest tak odwieczna, ani tak naturalna, jak by się to mogło wydawać. I, choć niewątpliwie podążanie za nimi ułatwia porządkowanie rzeczywistości, to niekoniecznie ma coś wspólnego ze spontanicznością czy dokonywaniem indywidualnych wyborów.

wtorek, 12 lipca 2011

Nie taka głupia "prowokacja"?

Fronda schodzi na psy. Otóż dziś, ku uciesze całkiem sporej rzeczy użytkowników i użytkowniczek Facebooka, opublikowała wyniki przeprowadzonej niedawno "dziennikarskiej prowokacji". Używając tej metody pozyskiwania informacji, o ile dobrze kojarzę, zazwyczaj ujawnia się niewygodne dla kogoś fakty, demaskuje prawdziwe intencje, kompromituje działania itd., itp. I rzeczywiście, odkrycie dokonane przez nieustraszonych reporterów Frondy jest szokujące - otóż działacze i działaczki LGBTQetcetera chcą pełnej równości. Małżeństw. Adopcji. Przerażające!

Jak frondyści do tego doszli? Otóż - uwaga - wysłali do kilku organizacji dwa maile. W pierwszym podszyli się pod licealistę, który pisze pracę na temat ruchu na rzecz praw osób nieheteroseksualnych w Polsce i poprosili o pomoc w zebraniu materiałów, które pokażą nasze cele oraz pomogą odeprzeć argumenty przeciwników równouprawnienia. W drugim przedstawili się jako działacz z Hiszpanii i wezwali do walki o małżeństwa i prawo do adopcji dzieci. Odpowiedziało im - bardzo ciekawie! - kilka osób - Przemek Szczepłocki z SPR, Anna Urbańczyk i Maciej Kirschenbaum z KPH oraz Wiktor Dynarski z Trans-Fuzji. Z ich wypowiedzi zlepiono opatrzony przewidywalnym wstępem i zakończeniem (Kłamali! Mówili, że nie chcą, a chcą! Powstrzymajmy ich!) tekścik, który, gdy wyjąć dodatki od redakcji, jest niewątpliwie jednym z najlepszych (jeżeli nie najlepszym), jaki się tam kiedykolwiek ukazał. Jak ktoś się chce przekonać, zapraszam tu.

Nie chce mi się hejterzyć na warsztat dziennikarski autorów Frondy (wszak, by dokonać owych "odkryć", wystarczyło pochodzić trochę po naszych stronach) czy na komentarze pod ową kompilacją (choć są całkiem smaczne, polecam). Tak naprawdę najciekawsze w tej historii jest to, że dzięki niej poza nasze media wyszły głosy, które rzadko mają taką okazję (ba, również "nasze" portale nieczęsto o nich piszą!). Chociażby słowa Wiktora Dynarskiego:

Warszawska Parada Równości miała być wydarzeniem dla całego środowiska LGBTQ, jednak organizatorzy odnoszą się tylko do gejów i lesbijek. To jest również złe w naszym kraju i jego polityce. LG nie są tożsami ani z B, ani z Trans w wielu aspektach. Wciąż nie rozumiemy, że ludzie trans mogą być homoseksualni lub biseksualni. (...)

Domagam się nie tylko prawa do małżeństwa, ale również zmian w ustawie o rodzinie. Nie tylko w sprawie adopcji – tłumaczę to aktywistom LGB. Geje, lesbijki i biseksualiści mają wiele możliwości, by mieć własne, biologiczne dziecko. Tymczasem osoby trasseksualne musiały poddawać się sterylizacji, by ich płeć została uznana. Prawa LGB dotyczą także osób trans. I my – jako aktywiści LGBT – powinniśmy o nich pamiętać.

Jaki z tego morał? Już parę razy chyba o tym pisałam. W mainstreamie widzimy praktycznie cały czas te same twarze i słyszymy te same poglądy. I często utyskujemy, że ani nie są to nasi reprezentanci, ani nasze poglądy. Na "prowokację" Frondy odpowiedziały osoby zdecydowanie mniej znane, mówiące trochę innym językiem i mające czasami zupełnie inne spojrzenie na rzeczywistość, ale fajne, mądre i kompetentne. Może więc, skoro na mainstream mamy wpływ nikły, pokazywać tych mniej znanych chociażby w naszych mediach? Nie po to, by ich wynieść do telewizji (bo to niestety nie tak działa, że pokazuje się, kto chce, to media pokazują, kogo chcą), ale po to, by pokazać różnorodność w naszym, aktywistycznym gronie. Bo w sumie nie ma nic dziwnego w tym, że tak wiele osób czuje się niereprezentowanych (a więc nie ma też chęci wspierania działań organizacji czy grup nieformalnych), skoro znają tylko parę osób ze świecznika, a o reszcie nie mają szansy się dowiedzieć nawet z (tych większych) "branżowych" portali. To śmieszne, że trzeba było "prowokacji" Frondy, by w końcu poczytało ich całkiem sporo osób ze środowiska LGBTQetcetera (tak, wiem, i nie tylko).

niedziela, 10 lipca 2011

Moja świętość, M. i zgniły kompromis

Moje pierwsze zetknięcie z tematyką aborcji datuje się na w miarę wczesną podstawówkę, czyli czasy, kiedy prawo dopuszczało przerywanie ciąży ze względów społecznych. Obejrzeliśmy wówczas na religii słynny antyaborcyjny fake "Niemy krzyk", potem katecheta wygłosił odpowiednią pogadankę. Po tej lekcji nie miałam wątpliwości, że aborcja jest czymś potwornym i, tak samo jak prawdopodobnie wszystkie dzieci, które uraczono tym traumatycznym pokazem, byłam na "nie" niezależnie od okoliczności zewnętrznych. I to uczucie przetrwało znaczne dłużej niż moja wiara jako taka, bo do ostatniej klasy liceum. Wtedy to poznałam M., która najpierw zaszła w ciążę z nieodpowiednim facetem, a potem ją usunęła. Pamiętam, że byłam zaszokowana jej decyzją i zaocznie uznałam ją za koniec naszej znajomości (która, tak na marginesie, nie była jakoś szczególnie bliska). Zaocznie, bo gdy kilka tygodni później przypadkiem się spotkałyśmy, okazało się, że ani ona się nie zmieniła, ani moja sympatia do niej nie jest mniejsza. Ba, nawet wzrosła, bo w toku rozmowy okazało się, że jej facet bynajmniej księciem z bajki nie był, przeciwnie - dołożył swój kamyczek do jej i tak już przepełnionego ogródka.

Gdyby M. zaszła w ciążę kilka lat wcześniej (przed zaostrzeniem ustawy w 1993 i, ponownie, w 1997 roku), bez problemu zakwalifikowałaby się do grupy kobiet, które mogły usunąć ciążę z przyczyn społecznych. Praktycznie nie miała dochodów. Mieszkała w kawalerce z bezrobotnym ojcem alkoholikiem, który ubarwiał sobie życie, znęcając się fizycznie i psychicznie na przemian to nad nią, to nad jej matkę. Jej chłopak, który miał być nadzieją na lepsze życie, gdy tylko dowiedział się o ciąży, okazał się być podobnym do jej ojca sadystą. Nie mam pojęcia, czy w jej otoczeniu był ktoś, kto, podobnie jak ja, był przeciw prawu do wyboru, wiem za to, że mimo moich poglądów nawet mi nie przyszło do głowy, że może potrzebować pomocy. Że decyzja o urodzeniu dziecka nie jest decyzją neutralną, że oznacza określone konsekwencje, które nie każdy może ponieść. Że aby urodzić, potrzebowała jakiegokolwiek wsparcia, minimalnego poczucia, że potem czeka ją jeszcze jakaś przyszłość, która będzie choć trochę lepsza od jej teraźniejszości. Oczywiście mam piękne usprawiedliwienie dla swojej postawy - byłam młoda, w centrum moich zainteresowań była wówczas matura, a najpoważniejsze dylematy etyczne, z jakimi miałam wtedy bezpośredni kontakt, to wybory w rodzaju napić się czy nie napić na imprezie lub powiedzieć czy nie powiedzieć koleżance, że jej wybranek kręci również z innymi. Krótko mówiąc - brzuch i problemy M. nie były w centrum moich zainteresowań.

Oczywiście nie tylko M. usuwają ciąże. Parę lat temu miałam okazję obserwować zupełnie inną historię. Znajoma chciała mieć dziecko. Z gościem, z którym wówczas chodziła, choć niekoniecznie chciała je wspólnie z nim wychowywać. Tak przynajmniej mówiła. Zaszła w ciążę, wybranek ją zostawił, ona usunęła. Nie dlatego, że nie miała warunków, nie było jej stać, by urodzić, po prostu zmieniła zdanie. Nie podobało mi się to. Ale też uznałam, że miała do tego prawo. Zresztą moja opinia i tak nie miała i nie powinna była mieć żadnego znaczenia. Poburczałam sobie pod nosem o nieodpowiedzialności i tyle w tym było mojego.

Te dwie historie łączy efekt finalny, ale poza tym dzieli właściwie wszystko. Pierwsza pokazuje, że kobieta w niechcianej ciąży nie ma co oczekiwać jakiejś realnej pomocy ze strony przeciwników prawa do wyboru. Nawet jeżeli owa ciąża oznacza nie tylko pogorszenie jej już i tak fatalnej sytuacji życiowej, ale też zrujnowanie jej zdrowia. W którymś z wywiadów Alicja Tysiąc opowiadała, że wśród tych setek ludzi, którzy potępiali jej walkę o prawo do aborcji, nie znalazł się nikt, kto by zapytał, czy nie potrzebuje pomocy po tym, gdy została zmuszona do urodzenia dziecka, co zrujnowało jej i tak już kiepskie zdrowie. Wygłaszanie antyaborcyjnych tyrad jest proste - wiem, bo sama to robiłam. Tyle że ja byłam wówczas jedynie dość uzdolnioną erystycznie nastolatką. Tu grzmią ze swoich ambon dorośli ludzie, którzy teoretycznie powinni mieć więcej rozumu i empatii niż wychowana na "Niemym krzyku" młodzież. Grzmią, ale nie pomogą. No bo przecież są "okna życia". Są domy samotnej matki. Może urodzić i oddać do adopcji. To takie proste, nieprawdaż? Ciekawa jestem tylko, ilu przerażonym nastolatkom czy mającym już po kilka pociech bezrobotnym kobietom z zapadłej wsi owi domorośli kaznodzieje dotychczas pomogli. Tak realnie, dając pieniądze, zatrudnienie, zapewniając opiekę prenatalną. Jakoś nie udało mi się znaleźć (a jetem wierną czytelniczką "Frondy") choć jednej takiej opowieści.

Druga historia jest o tym, że to nie do końca jest tak, że aborcja zawsze jest ostatecznością, że nigdy nie jest traktowana jako antykoncepcja, a jeżeli już, to takie przypadki są bardzo rzadkie. Bynajmniej, z pewnością jest całkiem sporo świadomych, dobrze sytuowanych kobiet, które podchodzą do aborcji instrumentalnie. Chcę dziecka - zachodzę w ciążę. Rozmyśliłam się - usuwam. Zabezpieczam się albo i nie, najwyżej zrobię aborcję. Wiem, wyciąganie takich przypadków przez kogoś będącego za wyborem wydaje się być z lekka samobójcze. Tyle że w tej całej dyskusji nie chodzi o pokazanie, kto jest lepszy, świętszy i bardziej za życiem. Tak jak w debacie na temat praw osób nieheteroseksualnych nie idzie o to, że jesteśmy fajni, mili, a jak już zrobimy coś brzydkiego, to na pewno mieliśmy ku temu BARDZO WAŻNE powody. Chodzi o równe prawa - w tym przypadku o prawo do decydowania o swoim życiu i zdrowiu - dla wszystkich. Również tych wrednych, niemoralnych i złych.

Zgadzam się z Magdaleną Środą, że jest przynajmniej jeden plus w owym "obywatelskim" projekcie ustawy całkowicie zakazującym aborcji. Dzięki niemu jest szansa porozmawiać nie tyle o i tak nieprzestrzeganym "kompromisie" z 1993 roku, a o pełnej liberalizacji ustawy. Bo nie ma sensu dyskutować o wyjątkach. Dla przeciwnika prawa do wyboru aborcja jest niedopuszczalna w każdej sytuacji. I nie ma co go pytać, czy chce w takim razie, by rodziła jego zgwałcona dwunastoletnia córka czy żona, dla której urodzenie dziecka równa się śmierci. On odpowie, że tak, bo "nie można karać dziecka za grzech ojca", a "oddanie życia za dziecko jest największym bohaterstwem". Nieważne, co zrobi pokątnie, w zaciszu swojego domu czy dzielnicy, oficjalnie będzie święty, bo taka gadana świętość nic nie kosztuje. Dlatego, choć jestem zwolenniczką rozmawiania o tym, w czym się nie zgadzamy, tu nie ma pola do dyskusji. Tu można jedynie powkurzać tych, którzy i które głosowali za skierowaniem owego strasznego projektu do komisji takimi obrazkami:
(tak na marginesie, to bardzo mi się podobają tłumaczenia posłów i posłanek, że te obrazki to manipulacja, ewentualnie dyskryminacja ze względu na poglądy) i właściwie tyle. Nie bagatelizuję tego, co się stało w Sejmie. To, że ta ustawa nie ma szans na wprowadzenie, nie zmienia faktu, że tak wiele osób zagłosowało za tym, by nad nią pracować. I dowiodło, że, wbrew gadkom o równouprawnieniu, pozycja kobiet w naszym społeczeństwie jest tak niska, że nasi sejmowi oportuniści nie muszą się przejmować takimi drobiazgami jak to, że wspierają rozwiązanie zagrażające czyjemuś życiu i zdrowiu. Są przekonani, że w ten sposób nie stracą, wręcz przeciwnie, ukradną kilka głosów konkurencji, i prawdopodobnie właśnie tak będzie.

Wracając do tematu, nie ma co debatować nad tym, w jakich przypadkach aborcja powinna być dopuszczalna i bronić zgniłego "kompromisu". Pewnie, że lepiej jest, gdy kobieta ma jakiekolwiek prawa, niż gdy nie ma żadnych, tyle że praktyka pokazuje, że są to prawa tylko w teorii i nie obejmują tych, które ich najbardziej potrzebują - takich M. właśnie. Czy Alicji Tysiąc. Aby je objęły, aborcja powinna być prywatną sprawą kobiety. Każdej, nie tylko żon czy córek panów posłów i pań posłanek, których ten problem po prostu nie dotyczy. Bo stać ich na to, tak jak było stać moją znajomą, by ciążę usunąć i by nikt ich przy tym za rękę nie złapał.

PS Jest jeszcze jeden plus w tym całym projekcie ustawy. Otóż jeżeli kiedykolwiek jeszcze przyjdzie mi się zastanawiać nad tym, czy przypadkiem nie zagłosować na PO (nie, żeby aż tak bardzo mi to chodziło po głowie), wystarczy, że przypomnę sobie, co się wydarzyło w Sejmie 1 lipca 2011 roku. I od razu mi przejdzie.

środa, 6 lipca 2011

Co motywuje lesbijkę do działania?

Dziś tekst na specjalne zamówienie, które pojawiło się po tym, jak na naszym fejsbuku opublikowałam odpowiedź Jacka Adlera na zadane mu na czacie Onetu pytanie "Dlaczego tak mało kobiet (les) działa w środowisku LGBT? Są niedopuszczane, czy po prostu nie są zainteresowane swoimi prawami?":

Mogę mówić tylko o organizacji, w której jestem: komitet organizacyjny Parady Równości od samego początku był otwarty na wszystkich chętnych, wielokrotnie zapraszaliśmy na nasze spotkania, przez wiele miesięcy na początku samo przyjście na spotkanie było traktowane jako przystąpienie do komitetu. I cóż: właściwe wszystkie kobiety, które zostały członkiniami komitetu, to heteryczki. Żadna lesbijka nie przyszła i nie chciała z nami pracować. Na pierwsze spotkanie przyszły wprawdzie Monika Czaplicka (członkini KPH i Fundacji Równości) i Anna Urbańczyk (z zarządu KPH). Ale przyszły ten jedyny raz i potem już nigdy się nie pojawiły. Na tej podstawie stwierdzam, że lesbijki nie chcą po prostu uczestniczyć w długofalowych projektach.

Adam, jeden z czytelników naszego bloga, zaproponował, by w odpowiedzi na te słowa napisać poradnik, jak zmotywować lesbijkę do działania. A jako że również mnie, czemu kilkakrotnie dawałam wyraz, boli nieobecność kobiet nieheteroseksualnych w obecnym gronie organizatorów i organizatorek Parady, oto i on. Może pomoże.

Przede wszystkim, aby zmotywować lesbijkę do działania, należy wiedzieć o tym, że jest lesbijką. Jak to rozpoznać? Wbrew pozorom nie jest to takie proste, co pokazują chociażby wszelkie dyskusje wizerunkowe. Ale w wielkim uproszczeniu można założyć, że jeżeli jakaś kobieta określa się jako lesbijka, a dodatkowo jeszcze jest autorką książki zatytułowanej na przykład "Mój świat jest kobietą. Dziennik lesbijki", w której, jak twierdzi, zamieszcza swoje własne wspomnienia, to jest lesbijką. O, na przykład ta pani z komitetu organizacyjnego tegorocznej Parady całkiem nieźle do tego opisu pasuje:
A jednak, jak widać w powyższym cytacie, nie została zidentyfikowana. Szkoda, bo, jak pokażę za chwilę, pomogłoby to w czynności motywowania do działania.

Jak już rozpoznamy lesbijkę, co, jak wspomniałam, nie jest łatwe, przed nami kolejny trudny krok: musimy ją zauważyć. Lesbijki są zazwyczaj mniejsze (choć niekoniecznie szczuplejsze) od gejów i, jak sądzę, dla tych drugich znacznie mniej atrakcyjne niż mężczyźni, więc aby je dostrzec w tłumie przystojniaków, trzeba się czasami nieźle wysilić. Dodatkowe utrudnienie jest takie, że niektóre lesbijki, z racji zamiłowania do portek i krótkich fryzur, mogą się z owym tłumem stopić. Jedyna rada: patrzeć uważnie, a w razie wątpliwości pytać. Jeżeli nadal nie udało nam się żadnej znaleźć, może to oznaczać, że znajdujemy się w utopiopodobnym miejscu, do którego lesbijki wstęp mają, ale tylko w teorii. Wtedy należy miejsce pobytu zmienić i zacząć zabawę od nowa. Do skutku.

Po rozpoznaniu i zauważeniu nadchodzi najbardziej niebezpieczna faza: otóż trzeba delikwentkę zmotywować do długofalowego działania. Choć wymaga to sporo wysiłku, to mogę zapewnić, że się opłaci: zmotywowana lesbijka potrafi działać kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat. Taka Roma Cieśla na przykład, która niedawno animowała protest przeciw nieobiektywnemu pokazywaniu krakowskiego Marszu Równości w mediach, działa już od 1987 roku (o ile Gosi pamięć nie myli). Trochę później, bo w latach 90. ubiegłego wieku, swoją działalność rozpoczęła chociażby Monika Komoda. Ba, działających lesbijek było wówczas już tak wiele, że powstała grupa Lambda Bilitis. A Yga Kostrzewa to już w ogóle wydaje się działać od zawsze. No ale porzućmy przykłady i wróćmy do motywowania. Lesbijka, jak wiadomo, jest istotą przewrażliwioną na punkcie swojej tożsamości, więc nie najlepszym pomysłem jest pisanie na swoim portalu o tym, że w wiszącym w toalecie nieistniejącego już klubu 69 napisie "Lesbijko, jesteś silna i męska, ale zostaw armaturę w spokoju!" było sporo prawdy. Dobrze jest za to co jakiś czas podkreślać, że osoby nieheteroseksualne to nie tylko geje i że, przynajmniej w ramach projektu, który prowadzimy, wszystkie literki niekończącego się skrótu LGBTQetcetera są sobie równe. I najlepiej zrobić to nie tylko słowem, ale też czynem. Tak, wiem, ciężka sprawa. Bo pula gratisów z działalności, jak zagraniczne wycieczki czy lans w mediach, jest ograniczona. No ale jak chcemy motywować, to trzeba się czasami posunąć. Nawet na rzecz osoby, która jest mniej efektowna i elokwentna.

I tu przychodzi czas na uwagę natury ogólnej. Otóż, jak chyba nie raz udało mi się pokazać, to nie jest tak, że akurat lesbijki są jakąś szczególnie mało aktywną grupą. Prawidłowa odpowiedź na pytanie zadane na czacie brzmi: to nieprawda, że mało kobiet działa w nieistniejącym środowisku osób LGBTQetcetera. Po prostu są mniej widoczne. I większość z nich, zamiast walczyć o widoczność, woli spełniać się w bardziej niszowej działalności, która może i nie daje splendoru, ale pozwala na działanie na rzecz zmian w przyjaznym gronie. Z warszawskich przykładów pokazują to choćby UFA, Damski Tandem Twórczy, LOT i aktywność kobiet nieheteroseksualnych w Porozumieniu 8 Marca. Tak że pytanie, które posłużyło za tytuł tego posta, tak naprawdę powinno brzmieć: "Jak sprawić, by lesbijka dołączyła akurat do mojego projektu?". Odpowiedź jest prosta: trzeba się postarać, bo lesbijskie aktywistki mają naprawdę dużo ciekawych projektów na głowie.

I na koniec disclaimer: jako że ów wpis ma charakter półżartobliwy, celowo nie ujęłam w nim rozważań na temat braku motywacji do działania w ogóle oraz nie wymieniłam tych kobiet nieheteroseksualnych, które jak najbardziej w mainstreamie działają (poza Ygą oczywiście). Celowo też używam głównie wykluczającego inne kobiety LBTQ słowa "lesbijka". Wiem też, że niewidoczność kobiet nieheteroseksualnych wynika ze splotu przyczyn, z których postawa działaczy - mężczyzn nieheteroseksualnych wcale nie jest najważniejsza, a wręcz jest już na tyle marginalna, że zacytowane słowa jednego z organizatorów Parady są swoistym skansenem. Niemniej jednak, jako że ten sposób myślenia (traktowanie kobiet i mężczyzn niehetero jako dwóch kompletnie odrębnych bytów i wynikający z tego zupełny brak wzajemnego zrozumienia i chęci poznania, co jest tak naprawdę niezbędne przy jakichkolwiek wspólnych działaniach) jest chyba nadal dość powszechny i wśród mężczyzn, i wśród kobiet (ot, niedawno na forum KK znalazłam światłą myśl, że jedną z cech charakterystycznych lesbijek jest niechęć, a wręcz wrogość w stosunku do mężczyzn), temat wydał mi się wart rozwalenia. Chociaż wstępnego.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Z życia homoseksualistek: naturalne kobiety

Jako że ostatnio w realu jest coś niewesoło (co pięknie obrazują zdjęcia profilowe sporej części moich fejsbukowych znajomych), czas na odrobinę humoru, czyli kolejną odsłonę nieregularnika dokumentującego życie homoseksualistek z forum Kobiety Kobietom.

Na wypadek, gdybyście zdążyli i zdążyły już zapomnieć, pierwsza odsłona zakończyła się na tym, że właściwie nie da się co do włosa na głowie i szerokości spodni powiedzieć, kogo właściwie można określić mianem butch. Wyraziłam wówczas nieśmiałą nadzieję, że może to oznaczać krok w kierunku fazy bezetykietkowej. Niestety, ostatnie dwa tygodnie dyskusji, którą dla was śledzę, przyniosły spory regres, z licytowaniem się, która którą bardziej obraziła i okładaniem się torebkami włącznie. Szczęśliwie znalazło się w niej kilka stwierdzeń, które sprawiły, że stała się warta zachowania dla potomności. Nim do nich przejdę, kilka wątków z rodzaju "bezsensowne acz dające spore pole do hejterzenia".

Wątek numer jeden: Dlaczego femki nie lubią butchy, a butche nie lubią femek?

Odpowiedzi: Dlaczego femki nie lubią butchy? Bo uważają, że butche mają coś nie tak z głową, skoro jako kobiety noszą męskie ciuchy (co jest, jak wiadomo, jednym z głównych powodów, dla których się kogoś nie lubi). Bo butche próbują przekonać "resztę", że nadal są kobiece, a przecież nikt nas nie przekona, że czarne jest czarne, a białe jest białe (no, to jest dopiero powód, by kogoś nie lubić!). Bo zazdroszczą butchom, że nie muszą podkreślać swojej kobiecości, by być kobiecymi (no a zazdrość to już naprawdę jest jednym z głównych powodów, dla których kogoś się nie lubi).

A dlaczego butche nie lubią femek? Bo nie cierpią mężczyzn, więc z automatu nie cierpią kobiet, które się podobają mężczyznom. Lubią tylko te, które się owym nie podobają, bo w rzeczywistości nie lubią kobiet (zawiłość tego rozumowania sprawia, że tym razem nie jestem w stanie kategorycznie stwierdzić, że to również jeden z popularniejszych powodów nielubienia kogoś). Oraz - bo zazdroszczą femkom ich kobiecości (uff, tu nie mam wątpliwości - tak, zazdrość naprawdę jest jednym z głównych powodów, dla których kogoś się nie lubi).

Wątek numer dwa: Co to znaczy "kobieca"? (Tak, wiem, w TYCH  dyskusjach to nie tyle wątek poboczny, co podstawowy, ale tym razem pojawiło się kilka naprawdę niesamowitych rzeczy.)

Odpowiedzi: "Kobiece jest to, co się podoba facetom, a męskie to, co kobietom." Uwielbiam to stwierdzenie, naprawdę! A już szczególnie ukrytą w nim sugestię, że jeżeli przypadkiem uważasz się za mężczyznę, a przy okazji podoba ci się to, co męskie, to de facto nie jesteś mężczyzną. Ewentualnie że, jeżeli będąc kobietą, czujesz miętę do innych kobiet, to powinnaś ją czuć jedynie do... butchek, bo inaczej kobietą nie jesteś. Ale przejdźmy dalej, bo jest uszczegółowienie tego pomysłu, a konkretnie wyjaśnienie, co się dokładnie podoba mężczyznom. A zatem jest to... naturalność! Co oczywiście nie oznacza androgyniczności czy aseksualności (z definicji nienaturalnych). Ale nie oznacza też bycia przerysowanymi, sztucznymi laluniami, które w rzeczywistości często mają zerowy seksapil i są karykaturami kobiet (określenia nie moje, proszę się nie obrażać). Hm. No ale, skoro "każdy normalny mężczyzna mi to powie" (tak stoi na KK, nie żartuję), to ok.

Tak na marginesie, to z czystej ciekawości wpisałam w Google frazę "naturalna kobieta", żeby się dowiedzieć, na czym dokładnie owa naturalność polega, i wyszło mi, że albo na niepoprawianiu swojej urody (prostowanie zębów, powiększanie biustów i inne botoksy), albo na niegoleniu pach i nóg, niefarbowaniu włosów itp., albo na używaniu kosmetyków czy farby do włosów wyłącznie w naturalnych kolorach lub takich, w których się naturalnie wygląda (cokolwiek by to miało nie znaczyć - doczytałam się na przykład, że pasemka są bardzo naturalne).

Wątek numer trzy: O co biega w tej dyskusji takim dewiantkom jak ja (serio, serio, pojawiam się tam)?

Odpowiedź: O to, że butch są jakimś specjalnym, lepszym gatunkiem kobiet, które mają odwagę olewać kulturowe schematy, w przeciwieństwie do zindoktrynowanej reszty (określonej tu dla odmiany mianem idiotek). A dorównać im mogą ewentualnie jedynie transki m/k, bo naturalne (czyli kobiece, czyli takie, które podobają się normalnym mężczyznom) kobiety to ofiary patriarchatu. Od siebie mogę dodać, że naturalne z odpowiedzi na wątek numer dwa, a konkretnie te spod znaku drugiego "albo" z moich poszukiwań przez Google, zdecydowanie nie są ofiarami patriarchatu i prawie dorównują butchom w swej doskonałości. A poza tym tak, oczywiście, o to mi chodzi.

A teraz obiecane perełki.

Miejsce pierwsze: Prawdziwa kobieta nigdy nie będzie lesbijką. Z prostego powodu: bo prawdziwe kobiety nie lecą na inne kobiety. Każdy normalny mężczyzna wam to powie.

Miejsce drugie: Prawdziwa kobieta to Matka Polka. I nawet hiperkobieca bezdzietna lesbijka wysiada przy butchowatej heteryczce z dziećmi. Bo ta druga dzieci rodzi, kocha i spełnia się w opiece nad nimi. I każdy normalny mężczyzna wam to powie. Choć jedna z orędowniczek oceniania kobiet z punktu widzenia mężczyzn (a konkretnie autorka stwierdzenia "Kobiece jest to, co się podoba facetom, a męskie to, co kobietom") ma na ten temat ciut inne zdanie. Przytoczę, bo padłam, więc i wy miejcie tę przyjemność: "To, że większość ma jakieś wspólne zdanie, nie oznacza, że ma ono jakikolwiek sens, bo jeżeli dla kogoś oznaką kobiecości jest to, czy się kocha dzieci czy nie, czy chce się je posiadać czy nie... Dla mnie to już w ogóle jest jakaś farsa i coś, czym nie ma co sobie głowy zawracać". Ojej, to nagle zdanie większości mężczyzn przestało się liczyć? Bu.

Miejsce trzecie: Należy się aż trzem osobom, które wzięły udział w takim oto dialogu:
- Śmiem podejrzewać, że po części winne jest wychowanie nas w takiej a nie innej kulturze.
- No, gdybyśmy się urodzily w plemieniu Mentawai na Sumatrze, to wszystkie byśmy sobie piłowały zęby w trójkąty, żeby być atrakcyjne.
- To tamtejsze femki, a babochłopy?
Zamiast mojego komentarza cytat z naszego fejsa: "A jeśli w jakimś kręgu kulturowym atrakcyjne dla mężczyzn będą kobiety, które u nas są uznawana za butch, to czy nasza femme na wakacjach automatycznie stanie się jak ich femme, czyli naszą butch?". No właśnie, stanie się?

A na deser polecam wszystkim wielbicielkom i wielbicielom dyskusji wizerunkowych komentarze pod tekstem "Co z nami będzie?" na Homikach. Pojawia się tam sporo wątków, o które warto się pokłócić, a które dawno się na KK nie pojawiały - np. dlaczego feminizm walczy z różnicą płci i że tym, do czego feminiści i feministki dążą, jest społeczeństwo androgynów. Dyskusja niestety niespodziewanie się urywa, ale może warto się pokusić o jej kontynuację w jakże doborowym gronie naturalnych kobiet i facetów o kobiecych imionach.