czwartek, 29 września 2011

Rzecznik Praw Dziecka wspiera homofobiczną fundację

Pamiętacie Fundację Mamy i Taty? Tak, to ci, którzy przed ubiegłorocznym EuroPride zainicjowali akcję "Cała Polska chroni dzieci!" (przed homopropagandą, a jakże), a w ubiegłym roku wydali broszurkę pod jakże znaczącym tytułem "Przeciw wolności i demokracji. Strategia polityczna lobby LGTB w Polsce i na świecie: cele, narzędzia, konsekwencje". Teraz w centrum ich zainteresowania znalazły się rozwody. Spoty akcji "Rozwód? Przemyśl to!", mimo początkowych oporów Komisji ds. Kampanii Społecznych Telewizji Polskiej S.A. (która uznała między innymi, że spot jest nieobiektywny, bo sugeruje większą winę mężczyzn), po interwencji samego Juliusza Brauna hulają już w telewizji (więcej o perypetiach ze spotami można przeczytać na stronie fundacji), a samą akcję objął patronatem Rzecznik Praw Dziecka Marek Michalak:
I nie byłoby to może aż takie straszne, gdyby nie to, że akcja Fundacji Mamy i Taty bynajmniej nie ogranicza się do namawiania rodziców, aby przemyśleli decyzję o rozwodzie. Nie, jej organizatorzy chcą bardzo konkretnych zmian w prawie:

Postulujemy w przypadku małżeństw wychowujących małoletnie dzieci:
1)  obowiązkowy przed złożeniem pozwu rozwodowego kurs uświadamiający skutki rozwodu dla dzieci;
2)  obowiązkowe posiedzenie pojednawcze na co najmniej 6 miesięcy przed orzeczeniem rozwodu;
3)  zakaz orzekania rozwodu w pierwszym roku od zawarcia małżeństwa;
4)  obowiązkowy, roczny tzw. okres refleksji poprzedzający pierwszą rozprawę rozwodową.
Domagamy się podjęcia systemowych badań oraz inicjatywy ustawodawczej realizującej wymienione postulaty.

Niezłe, prawda? Szczególnie gdy się pomyśli, że już teraz są sędziowie, którzy odmawiają udzielania rozwodów parom, które mają małoletnie dzieci. Co by było, gdyby taki koszmarek wszedł w życie? Wolę nie myśleć.

Ciekawa jestem, czy Rzecznik Praw Dziecka w ogóle ma świadomość, co tak naprawdę wspiera powagą swojego urzędu. Czy też, podobnie jak w przypadku współfinansowanej przez siebie książki "Mądre wychowanie" (zamieszczonej na jego stronie), w której znalazło się między innymi coś takiego:

Irena Koźmińska: A jak brak ojca wpływa na chłopców? Czy zjawisko homoseksualizmu może być związane z brakiem ojca?
David Blankenhorn: Tak dość powszechnie uważały środowiska naukowe. Ale stał się to temat tabu. Nikt nie może teraz tego tak powiedzieć bez narażenia się na gwałtowny atak. Dla chłopca czymś najbardziej podstawowym jest pytanie: „Co to znaczy, że jestem rodzaju męskiego?”. Ojciec jest najważniejszą osobą, która pomaga chłopcu to zrozumieć. Jeśli go brakuje, chłopiec poszukuje odpowiedzi na to pytanie gdzie indziej – w grupie rówieśników lub innych miejscach, często nieodpowiednich, złych. Może wtedy zacząć uosabiać to, co jest dzisiaj postrzegane jako stereotyp męskości. Ojciec poprzez własny przykład może przekazać mu ideę, że bycie silnym mężczyzną oznacza opiekę nad słabszymi i ich obronę, branie pod uwagę potrzeb innych ludzi i traktowanie ich z szacunkiem. Widzisz, ja odnoszę się z szacunkiem do twojej matki. Chcę, abyś w taki sam sposób traktował kobiety. W ten sposób ojciec kształtuje męskość swego syna.

kompletnie nie ma pojęcia (lub udaje, że nie ma), że coś takiego poparł. Zapytany przez tvp.info, czy zgadza się, że brak ojca może być przyczyną homoseksualizmu, stwierdził, że o tym akapicie książki nie wiedział i obiecał przyjrzeć się sprawie. Czy wie, że wspierana przez niego fundacja ma równie skrajne poglądy co David Blankenhorn, którego wypowiedź najwyraźniej nie przypadła mu do gustu? Czy, podobnie jak Ministerstwo Sprawiedliwości, wycofałby się z wspierania Fundacji Mamy i Taty, gdyby to wiedział? Ha, to jest pytanie.

Oczywiście to nie jest tak, że pan rzecznik nie może mieć takich czy innych poglądów (choć zdaje się, że ma on bronić praw wszystkich dzieci, również wychowywanych przez jednego rodzica czy pary jednopłciowe). Ciekawa jestem po prostu, jakie właściwie ma. Bo na razie wygląda na to, że próbuje być trochę w ciąży, co, jak powszechnie wiadomo, nie jest zbyt zdrowe. Póki co przesłałam do niego grzecznego maila z prośbą o komentarz do postulatów fundacji i do samego jej charakteru. I niecierpliwie czekam na odpowiedź.

środa, 28 września 2011

Straszno i śmieszno. I głupio

Wczorajszy dzień w internecie upłynął dla mnie pod znakiem dwóch newsów i, szczerze mówiąc, nie wiem, który jest głupszy.

Pierwszy jest z kategorii "happeningi przedwyborcze". Oto dwóch kandydatów z ramienia Ruchu Palikota - Tomek Szypuła i Paweł Jasiński - postanowiło skopiować dość żenującą akcję "ślubną", którą parę miesięcy temu uskuteczniła we Wrocławiu Polska Lewica (o której ostatnio szczęśliwie nic nie słychać). Wówczas w role panien młodych wcieliły się modelki, co raczej tego wydarzenia nie uratowało:



Tym razem "młoda para", czyli panowie kandydaci, "pobierze się" w bardziej malowniczej okolicy, bo pod Pałacem Ślubów. Lepiej pasowałby notariusz (wszak Tomkowi nadal chodzi chyba o projekt ustawy o umowach, nazywany przez szefa jego partii "projektem Szypuły"), no ale rozumiem, że to mało medialny pomysł, a wszak to o swoje 5 minut w mediach wszyscy teraz walczą. Cóż, życzę miłej zabawy i wielu kamer wokół. Bo na innych gości raczej bym nie liczyła.

W ogóle im bardziej się palikociarni przyglądam, tym większe mam wątpliwości co do tego, czy dobrze zrobiłam, decydując się tym razem na oddanie ważnego głosu. Ostatnio dokopałam się do artykułu, w którym czarno na białym stoi, że Palikot chciałby znacząco ułatwić ludziom dostęp do broni (co jest dla mnie obrzydliwym pomysłem), niejasny jest też stosunek tej partii do adopcji dziecka partnera/partnerki w związku jednopłciowym (są za, a nawet przeciw). Do tego dochodzą populistyczne wypowiedzi na temat polskiej edukacji - nie, nie chodzi mi o edukację seksualną czy etykę, akurat tu się z kandydatami Palikota zgadzam, ale o frazesy w stylu: "Polska szkoła w ogóle nie zmienia się. Sześcioletnie dziecko, które umie obsługiwać iPoda, laptopa, wynaleźć w internecie potrzebne informacje, trafia do szkoły, w której brak jest nowoczesnych urządzeń" czy "Dzieci muszą umieć wyszukać potrzebne im informacje i ich użyć, a nie tylko wkuwać". No ja bardzo przepraszam, ale akurat pod tym względem polska szkoła w ostatniej dekadzie zmieniła się bardzo. Ciekawa jestem, swoją drogą, czy którykolwiek z kandydatów wie, jaki jest stopień informatyzacji szkół, jak teraz wygląda system egzaminów, co się zmieniło w podstawach programowych i co jest w planach na najbliższe lata. Nie, nie twierdzę, że wszystkie zmiany są super i świetnie działają (a to, co się stało ze szkolnictwem zawodowym jest wręcz przerażające), tyle że w większości przypadków winny jest zbytni pośpiech w ich wprowadzaniu, a nie same pomysły na "uzdrowienie" edukacji. Bo te w większości głupie nie są. W przeciwieństwie do zgłoszonego bodaj dziś przez RP postulatu, by studia humanistyczne były płatne.

Na odtrutkę od kampanii i moich powracających dylematów głupi news numer dwa - tym razem z "Super Expressu". Oto, proszę pań i panów, mamy przełom. Dotąd polscy eks-geje istnieli tylko w ponurych anonimowych świadectwach na stronach różnych "Odwag" i takich tam. Wczoraj jeden z nich pokazał twarz:
Sam artykuł jest jeszcze smaczniejszy niż jego tytuł. Moje ulubione fragmenty:

Dziś Pawłowi znów podobają się kobiety. Jest szczęśliwy, bo postępuje zgodnie ze swym katolickim sumieniem. A przeszłość jawi mu się jako okres mroczny i przerażający...

Problemy zaczęły się, kiedy Paweł zaczął dorastać. Nagle spostrzegł, że jest inny niż jego rówieśnicy. - Zamiast dziewczyn, podobali mi się chłopcy - opowiada. Początkowo próbował z tym walczyć. Ale zainteresowanie mężczyznami było zbyt silne. Paweł musiał mu ulec. Do tej pory mężczyzna zastanawia się, dlaczego taki się stał. Czy urodził się inny, a może wszystkiemu winien jest brak ojca? - Dominująca matka zrodziła pewnie we mnie lęk przed kobietami - przypuszcza.

(...) Na szczęście Paweł spotkał na swej drodze księdza, który mu pomógł. - Spowiedź, klęczenie całe noce przed krzyżem i korzystanie z duchowej pomocy - wylicza elementy udanej terapii Paweł. Ojciec Mieczysław Kożuch przyznaje, że modlitwa i pokuta to właściwa droga do wyzdrowienia.

A jeszcze lepsze niż ten tekst i jego tytuł razem wzięte są, delikatnie mówiąc, sceptyczne komentarze czytelników i czytelniczek Superaka, który do czasu pojawienia się "Gazety Polskiej Codziennie" uchodził za najbardziej prawicowy polski tabloid. Niecierpliwie czekam na kolejne opisy metod terapeutycznych stosowanych w walce z tym mrocznym i przerażającym schorzeniem, jakim jest "gejostwo". I na wywiad z Pawłem (49 l.) na Frondzie. Bo chyba nikt lepiej nie ośmieszy panów magików od naciągania naiwnych, niż oni sami i ich kuracjusze. Szkoda tylko, wracając do newsa numer jeden, że w kategorii "robię sobie wbrew" równie dobrze radzą sobie kandydaci partii, na którą zagłosuję. Z obrzydzeniem. I z coraz mniejszym przekonaniem, że robię dobrze. Bo jak znam swojego pecha, to jeżeli już ktoś z jej ramienia wejdzie, to ludzie, których za skarby świata nie chciałabym widzieć w Sejmie.

niedziela, 25 września 2011

Barwy kampanii: suczki i biusty

Analitycy uznali, że tegoroczna kampania wyborcza jest wyjątkowo nudna (w sumie to nie pamiętam kampanii, którą oceniliby inaczej). Dla mnie dodatkowo jest seksistowska (nie wiem, czy wyjątkowo, bo to niestety stały przedwyborczy motyw). Ale po kolei.

Zaczęło się od "aniołków" Kaczyńskiego, w sesji niczym z "The L Word" lub, jak kto woli, z katalogu z odzieżą wysyłkową:
Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Oto kandydat Platformy Dariusz Dolczewski zamieścił (i szybko usunął) na swoim profilu na fejsie taki oto klip:



Temat podchwycił też Leszek Miller z SLD, który błysnął stwierdzeniem: "Jeżeli koło partii kręcą się osoby, kobiety nieatrakcyjne, to jest coś anachronicznego, coś co odstręcza wyborców". Co ciekawe, mimo początkowego oburzenia, szybko usprawiedliwiła go Jolanta Kwaśniewska, twierdząc, że tak mu się coś "kiepsko powiedziało", ale tak w ogóle to on kobiety bardzo szanuje. Błysnął też młody kandydat z ramienia SLD Łukasz Wabnic, promując się czymś takim:



Spot nadal chodzi po internecie, a oburzenie tych wstrętnych feministek panowie koledzy Wabnica skwitowali krótkim: "Ale... o co heloł? Ten film jest śmieszny. Mało to wyborczej kiełbasy się wyrzuca codziennie? Ja się założę, że ta dziewczyna wystąpiła za darmo - bo uwielbia tego kolesia! Kto się zakłada?".

Zastanawiam się, kto jest w tym wszystkim najbardziej obrzydliwy. Paradoksalnie wychodzi mi, że wcale nie PiS, bo ta partia przynajmniej nie udaje, że wspiera równouprawnienie kobiet. A może raczej wspiera je na swój sposób, uznając na przykład, że tak czy siak największą radością dla kobiety jest polerowanie zbroi swojemu rycerzowi (że zacytuję słynnego aniołka Magdę Żuraw). Dolczewski z PO zrobił z siebie koncertowego idiotę, ale dość szybko załapał, że to, co go prywatnie bawi, niekoniecznie nadaje się do pokazywania publicznie. Kto został? Chyba nie muszę pisać.

Na wypadek, gdyby ktoś nie zauważył (co w sumie trudne nie jest), to właśnie SLD pozuje na partię, której feministyczne postulaty są bliskie. Szkoda, że członkowie tej partii najwyraźniej nie mają pojęcia o tym, że dyskryminacja kobiet nie bierze się z kosmosu, a właśnie z takiej mentalności, jaką radośnie prezentują. Tak jak nie da się wspierać ustawy kwotowej, spychając kobiety na dalsze miejsca na listach, tak nie można walczyć np. z przemocą seksualną wobec kobiet, uznając je jednocześnie za obiekty seksualne, a w najlepszym wypadku ładne buzie (i biusty), które mają przyciągnąć wyborców. Że co? Że to taka odpowiedź na "potrzeby wyborców"? Że to tylko gra? Że nie wszyscy tak myślą? No pewnie nie wszyscy. Ale niesmak pozostaje.

Jednym z argumentów w tej kampanii jest solidarność. Że na przykład, jak pisze Remigiusz u nas na fejsie, trzeba wspierać "naszych" kandydatów i kandydatki, bo niekryjąca swojej nieheteronormatywnej tożsamości osoba w Sejmie będzie kamieniem milowym w naszej historii. Kłopot w tym, że gdy taka osoba jednocześnie zachwyca się filmikiem Wabnica (a niestety to na stronie jednego z "naszych" kandydatów znalazłam ten spot), to ja nie potrafię się z nią solidaryzować i nie widzę w niej emisariusza moich spraw. Bo w tle pięknych słów o równouprawnieniu słyszę obrzydliwy rechot Leppera.

środa, 21 września 2011

Gdzie się lesbijka kończy, a gdzie zaczyna

Ciekawe rzeczy dzieją się w komentarzach pod postem o eks-geju z Wyoming. Wrócił na tapetę mój ukochany znienawidzony film "The Kids Are All Right" (ukochany, bo toczące się wokół niego debaty są wręcz pyszne, znienawidzony, bo budzi większe emocje, niż jest tego wart), dowiedziałam się, że jestem bifobką (bo nie widzę nic złego w tym, że kobieta, której zdarzyła się przygoda z mężczyzną, nadal uważa się za lesbijkę), a na dodatek wyszło mi, że moja druga połowa nie jest lesbijką, bo, mimo swojej ekskluzywności, nie spełnia definicji "exclusive lesbian" (domyślcie się, dlaczego). A jako że ów post, pod którym jest cała akcja, za chwilę zniknie z pierwszej strony bloga, pozwalam sobie przenieść dyskusję wyżej, bo temat najwyraźniej jest tego wart.

Polecam przekopanie się przez całą dotychczasową dyskusję, ale jeżeli komuś się nie chce, to rzecz się rozchodzi, jak łatwo się domyśleć, o kwestię wspierania stereotypów. Temat, jak pewnie wiecie, bardzo mi bliski, wszak sama jestem żywym stereotypem, który uparcie utwierdza społeczeństwo w ohydzie polskich kobiet nieheteroseksualnych, a to pojawiając się na jakichś plakatach, a to robiąc szum wokół jakiegoś podniebnego ślubu, a to pozując do zdjęć o życiu codziennym polskich lesbijek z domalowanym wąsem i w kowbojskim kapeluszu. Tym razem jednak nie chodzi o stereotyp lesby-babochłopa, której to nikt (w sensie żaden facet) nie chciał, więc poszukała sobie drugiej takiej jak ona, a o stereotyp lesbijki, która może i mówi, że takową jest, ale tak naprawdę to prędzej czy później (na chwilę bądź na dłużej) wyląduje w łóżku z facetem. I o to, że takie postrzeganie lesbijek jest powszechne i nadreprezentowane w mainstreamie, więc Cholodenko zrobiła swoim filmem Prawdziwym Lesbijkom wielkie kuku, polegające na tym, że Jules (Julianne Moore) określa się jako lesbijka nawet po tym, jak już przeżyła ognisty romans ze swoim dawcą spermy. Bo gdyby się określiła jako biseksualna, to, jeżeli dobrze zrozumiałam, wszystko by było w porządku.

Ja się w ogóle określać nie lubię i tak jak nie aspiruję do grona Prawdziwie Kobiecych, tak równie daleko mi do Prawdziwych Lesbijek, ale jestem bardzo ciekawa waszego podejścia do samookreślania. Jakie pojawiły się możliwości? Seksuologiczna - lesbijka jako osoba odczuwająca pociąg seksualny wyłącznie w stosunku do kobiet (nie wiem, czy wyłącznie do kobiet cis, czy też trans również wchodzą w grę), seksuologiczno-romantyczna - lesbijka jako osoba wchodząca w głębokie relacje uczuciowe i seksualne wyłącznie z kobietami, indywidualistyczna - lesbijka jako osoba dopuszczająca relacje seksualne z mężczyznami, ale nieokreślająca się jako biseksualna z uwagi na to, że nie uważa otwarcia na te relacje za istotny element swojej tożsamości, oparta na doświadczeniu - lesbijka jako osoba wiążąca się wyłącznie z kobietami, która niespodziewanie dla samej siebie przeżywa zauroczenie płcią przeciwną, by po jakimś czasie uznać, że to była tylko faza i wrócić do kobiet.

Oczywiście to nie wszystkie możliwości. Jednak nawet te kilka opcji wróży potencjalne kłopoty (pierwsza - bo sprowadza orientację do seksu, druga - bo rozmywa kryteria, wszak miłość to rzecz trudno definiowalna), ale szczególnie problematyczne są trzecia i czwarta. Bo: czy fakt, że istnieją kobiety określające się jako lesbijki, a jednocześnie wchodzące (lub dopuszczające możliwość wejścia) w relacje seksualne z mężczyznami, unieważnia biseksualność jako taką? A może unieważnia istnienie lesbijek jako takich? Czy dwie osoby będące dokładnie w takiej samej sytuacji (np. w opartym na wyłączności wieloletnim związku z osobą tej samej płci) mogą się określać zupełnie inaczej? A co wtedy, gdy kobieta uważająca się za lesbijkę nagle z własnej i nieprzymuszonej woli ląduje w łóżku z facetem, a kobieta uważająca się za biseksualną przez całe życie funkcjonuje wyłącznie w związkach z kobietami? Czy to oznacza, że pierwsza TAK NAPRAWDĘ jest biseksualna, a druga TAK NAPRAWDĘ jest lesbijką? A może obie są biseksualne, tyle że ta druga po prostu nie spotkała mężczyzny, w którym mogłaby się zakochać (który by ją pociągał), a spotkała za to ileś tam kobiet, które ją zauroczyły? Co tak naprawdę przesądza o naszej orientacji - deklaracje, wybory życiowe, przypadek?

No i jeszcze kwestia unieważnienia tożsamości (w kontekście wzmiankowanego filmu bardzo ważna). Swojego czasu pisałam o stereotypach wokół kobiet, które zdały sobie sprawę, że pociągają je inne kobiety, po tym, gdy zdążyły już sobie ułożyć życie z mężczyzną, odchować dzieci, spłacić kredyt mieszkaniowy i tak dalej. Że całkiem sporo osób uważa, że nie mogą tak po prostu deklarować się jako lesbijki, skoro przez tyle lat uważały się (były?) za heteroseksualne. Że dostępna jest dla nich wyłącznie etykietka "biseksualna" i że może odpuściłyby sobie uwodzenie biednych Prawdziwych Lesbijek, bo i tak skończy się na tym, że zostawią je dla mężczyzny. Z "The Kids..." mamy w gruncie rzeczy podobną sytuację - otóż okazuje się, że Jules nie powinna już aspirować do grona lesbijek po tym, jak pokazała, że może i z facetem, i to jak.

Oczywiście to nie jest tak, że nie mam swojego zdania na temat tych tożsamościowych dylematów. Kłopot w tym, że w moim przypadku streszcza się ono w krótkim: "Pozwólmy ludziom decydować za siebie". Doceniam wszystkie badaczki, które poświęciły lata na studiowanie, gdzie się lesbijka kończy, a gdzie zaczyna (dając tym samym bardzo wygodne narzędzia klasyfikacji), tyle że mi jest z ich etykietkami po prostu niewygodnie. I nieszczególnie mnie bawi pokazywanie paluchem: "ty jesteś, ty już nie, tobie wolno, a tobie nie" i mówienie, że ktoś się nie deklaruje zgodnie z pasującymi do niego/jej kryteriami, bo z pewnością się boi, wstydzi, waha albo oszukuje i innych możliwości nie ma. No ale, jak wiecie, ja nie lubię, jak jest zbyt prosto i jednoznacznie.

No dobrze, dość, teraz wy. Gdzie się dla was lesbijka kończy, a gdzie zaczyna? I pytania dodatkowe, bo i tak zawsze dyskusje pod postami toczą się swoją drogą, więc może trafię - czy każdy film (sztuka, książka, wystawa) z nieheteroseksualnymi bohaterami musi być głęboki, edukować, budować "pozytywny i zgodny z prawdą" wizerunek osób LGBTQetcetera? Czy nie może podlegać kryteriom oceny takim, jak przekazy kultury, w których "nas" nie ma?

niedziela, 18 września 2011

Związki partnerskie na III Kongresie Kobiet - dwugłos

Dziś dwugłos. Najpierw ja, potem Gosia. Miłego czytania

Ewa: Spotkanie głupich krytykantek z mądrymi pracusiami

Na tegoroczny Kongres Kobiet wybrałam się z trzech powodów. Aby złożyć podpis pod obywatelskim projektem ustawy przygotowanym przez inicjatywę "TAK dla kobiet". Aby wziąć udział w panelu o przyszłości feminizmu. I aby, podobnie jak w ubiegłym roku, posłuchać, co ma do powiedzenia Grupa Inicjatywna ds. Związków Partnerskich oraz towarzysząca im na panelu Katarzyna Piekarska z SLD. I rzecz jasna wtrącić swoje trzy grosze. Początkowo wyglądało na to, że spotkanie będzie miało bardzo podobny przebieg do ubiegłorocznego - prezentacja grupy, przedstawienie projektu, dyskusja o jego zapisach. Szczęśliwie (lub nieszczęśliwie, oceńcie sami i same) Gosia już na początku spotkania zadała kilka pytań (o nieobecność SLD na podkomisji, o to, dlaczego projekt zawsze wypływa przed wyborami oraz o to, dlaczego GI uparcie nazywa swój projekt społecznym, ignorując głos paru tysięcy osób, które swojego czasu opowiedziały się za zupełnie innym rozwiązaniem), które sprowokowały prowadzących do kilku nie zawsze ciekawych wolt i zachęciły zgromadzone osoby do dyskusji. Potem pałeczka przeszła w moje ręce - ja dla odmiany pytałam o wątpliwości, które pojawiły się podczas pierwszego czytania ustawy, a konkretnie o to, co zrobić z opinią Sądu Najwyższego, który zmiażdżył projekt ustawy o umowie, oraz co z parami różnopłciowymi, bo podczas podkomisji kilkakrotnie padło między innymi takie zdanie, że najprawdopodobniej z tej ustawy wypadną, bo paradoksalnie łatwiej będzie przepchnąć ustawę tylko dla par jednopłciowych.

Co z tego wynikło? O SLD pisze Gosia poniżej, tak że z mojej strony to, czego dowiedziałyśmy się od członków i członkini GI. Po pierwsze, Krystian Legierski, przedstawiając Gosię, stwierdził, że należy ona do grupy, która od początku zajmuje się wyłącznie krytyką działań GI, a sama z siebie nie przedstawiła żadnego projektu. Niezłe, nieprawdaż? Dla tych, którzy i które może nie pamiętają, działalność grupy stojącej za akcją "Miłość nie wyklucza" nigdy nie ograniczała się wyłącznie do krytyki - bynajmniej, od początku staraliśmy się wnieść bardzo konstruktywny wkład w prace nad nią, przeprowadzając w internecie badania nad tym, czego ludzie chcą od ustawy (również GI swojego czasu zachęcała do wzięcia w nim udziału), przekazując wyniki badania GI, a potem, na ich podstawie, tworząc własny projekt ustawy, który został rozesłany do wszystkich świętych (tak, do GI też). Że nie wspomnę o pewnej akcji plakatowej czy raczkującej dopiero inicjatywie mającej na celu zebranie 100 tysięcy podpisów pod obywatelskim projektem ustawy (którą na fejsie Krystian wspiera, ale to tak na marginesie). Słowa Krystiana pięknie dopełniła Yga, mówiąc dla odmiany, że przecież na tym polega demokracja, że każdy może sobie projekt ustawy złożyć, więc my też możemy, więc w czym problem. Nieźle to współgra ze słowami Krystiana o wadze demokracji przedstawicielskiej z pamiętnego wywiadu dla IS.

Po drugie, dowiedziałyśmy się, że ów projekt jest jak najbardziej projektem społecznym, bo popierają go Lambda i KPH. Po trzecie, i to też było niezłe, okazało się, że GI absolutnie nie chce wykluczać par różnopłciowych i będzie walczyć o to, by ustawa była również dla nich, nawet kosztem niektórych zapisów. O co konkretnie chodzi? Otóż na Węgrzech, które mają podobną Konstytucję do naszej, z ustawy wypadły pary różnopłciowe, bo węgierski projekt dawał parom prawa i obowiązki bardzo zbliżone do małżeńskich, więc został uznany za konkurencyjny właśnie wobec małżeństw. GI nie będzie więc walczyć o zbliżone prawa dla nas również dlatego, żeby pary różnopłciowe też się załapały. Pomijając już brak konsekwencji (na komisji mówią jedno, na spotkaniu co innego), to, z całą sympatią dla par różnopłciowych zainteresowanych polską kopią PACS-ów, ja wolę mieć więcej praw nawet za cenę tego, żeby one nie mogły takiego związku zawrzeć. Bo póki co nie mam żadnych.

Po czwarte - dzieci. Przypominam, że na podkomisji posłanki PO wnosiły, by włączyć tę kwestię do ustawy ze względu na to, że obejmuje ona również związki różnopłciowe. Dziś Krystian Legierski stwierdził, że to akurat nie jest problem, bo przecież wystarczą prawa rodzicielskie. Hm, ja się nie znam, ale mi to nie gra.

Żeby nie być jednostronną, nie mogę nie dodać, że głosy poparcia dla grupy i SLD również się pojawiły. Choć pochodziły głównie od osób, które określiły się jako heteroseksualne. Były też i krytyczne (nie tylko nasze) - że ów projekt nas dyskryminuje, że pokazuje nasze związki jako gorsze czy że jest po prostu niedobry i niedopracowany. Tyle mojego, czas na Gosię.

Gosia: Jak Piekarska na mękach

Niedziela, godzina 9:00 (słownie: dziewiąta rano!), Kongres Kobiet, panel pod jakże ciekawym tytułem: "Związki partnerskie. Dlaczego jedni mają więcej praw niż inni?" (opieka: Yga Kostrzewa, uczestnicy: Mariusz Kurc, Krystian Legierski, Katarzyna Piekarska, Tomasz Szypuła). Przeczytawszy ten punkt programu, westchnęłam cicho i stwierdziłam: trudno, idę. Może tym razem faktycznie porozmawiamy merytorycznie, a nie, jak rok temu, kolega, obecnie kandydat na (p)osła Legierski, będzie znów wszystkim wmawiał, że społeczeństwo jest głupie, bo nie widzi, że umowa cywilna jest lepsza niż legalny związek zawarty w obecności urzędnika Stanu Cywilnego. Myliłam się. Ale czegóż można się spodziewać po wyżej wymienionym składzie osobowym.

Nie ukrywam, że przed panelem ostrzyłam sobie też zęby na pytania, które zadam pani i panu z SLD (Piekarska i chyba też Legierski, a dlaczego ten drugi, o tym za chwilę). Pierwsze brzmiało: „Dlaczego nikt z klubu SLD nie pojawił się w podkomisji na pierwszym czytaniu ustawy o zawarciu umowy związku partnerskiego?”. W odpowiedzi zebrani na panelu usłyszeli od Piekarskiej, że pierwsze czytanie nie jest ważne i nic nowego nie wnosi. Hm. Gdyby nie obecność Ewy i Wojtka na spotkaniu podkomisji, może po raz kolejny dałabym się nabrać. Teraz jednak wiem, że tylko dzięki dobrej woli posłów, aż głupio napisać, z PO, podkomisja się odbyła. Bo, jeśli nie ma wnioskodawcy, to posłowie, zgodnie z prawem, mogą udać się radośnie do domów. Później Piekarskiej Katarzynie przypomniało się, że z ramienia SLD był tam przecież Krystian Legierski. Kolejne hm. Wszak Legierski jest tylko, a może i aż, radnym, i to z partii Zielonych. A w takiej podkomisji na równych prawach może uczestniczyć (czyli na przykład zgłaszać poprawki) jedynie poseł. Legierski oraz przedstawiciele KPH co najwyżej mogli składać wyjaśnienia.  

Kolejne pytanie: "Dlaczego ustawa została zgłoszona akurat w roku wyborów?" (co, jeśli chodzi o SLD, powoli staje się normą). Odpowiedź znowu okazała się bardzo "wyczerpująca" i niezwykle "merytoryczna". Po pierwsze, bo wcześniej nie było takiego sprzyjającego klimatu społeczno-politycznego. (Dla tych, co nie pamiętają, ciekawostka o tym „wcześniej”: pierwsze rozmowy na temat zapewnienia równych praw parom jednopłciowym miały miejsce bodajże w 1990 lub 1991 roku na spotkaniu grupy posłów, z których pamiętam troje: Barbarę Labudę, Mikołaja Kozakiewicza i Zofię Kuratowską, z przedstawicielami ówczesnej Lambdy.) Po drugie, bo ustawa dopiero co powstała (sic!), no i nie zapominajmy, że, i tu już zrobiło się zdecydowanie niesmacznie, w zeszłym roku rozmowy na ten temat zostały przerwane ze względu na śmierć Izabeli Jarugi-Nowackiej. Tą wypowiedzą Piekarska przekroczyła jak dla mnie wszelkie normy żenady, błazeństwa i hucpy. Po pierwsze, wycieraniem sobie gęby Jarugą, której nawet czyścić fleków do szpilek była niegodna, a po drugie wmawianiem zebranym, że przez osiem miesięcy Sejm zajmował się głównie katastrofą smoleńską (którą nazwała "tragedią narodową"). Poza tym, wiem, że lewica wie, co mówi prawica, ale nie wiem, czy wie, co sama mówi. A piję tu do wypowiedzi Grzegorza Napieralskiego z poprzedniego Kongresu Kobiet, mającej miejsce 18 czerwca 2010 roku (trzy miesiące i osiem dni po katastrofie!), kiedy to obiecywał, że ustawa o związkach zostanie wzięta pod obrady tuż po wakacjach. Jako rasowy polityk nie dodał, po których. 

Po tym wszystkim utwierdziłam się tylko w przekonaniu, że SLD to partia, która zdecydowanie wyczerpała mój kredyt zaufania. Mocno nadszarpnięty już parę lat temu, kiedy to nie spełniła obietnic dotyczących równie ważnych dla mnie kwestii jak rozdział państwa od Kościoła czy złagodzenie ustawy antyaborcyjnej.

Podsumowując, ów panel był po prostu wiecem wyborczym polityków SLD. Niestety, okazali się oni niewiarygodni, szczególnie Krystian Legierski, który bywa, że jest za, a nawet przeciw, jeśli chodzi o jego własną ustawę. Jak inaczej bowiem określić chociażby jego poparcie dla fejsbukowej akcji  „100 tysięcy za ustawą o związkach partnerskich? Pokażmy się!”

Biorąc więc pod uwagę wszystkie za i przeciw, podtrzymuję: głosować będę na osobę, którą znam, wiem, że jest uczciwym człowiekiem, która zarówno publicznie, jak i prywatnie mówi to samo i nie boi się mieć własnego zdania, czyli na Wandę Nowicką. Gdyby jej nie było, pewnie głosowałabym na Garfielda, Kota Simona lub znowu na Lorda Vadera. A mieszkanki i mieszkańców Krakowa namawiam gorąco do głosowania na Anię Grodzką. Powody te same co w przypadku Wandy Nowickiej.

Deser

Na koniec fotki z tegorocznego happeningu przygotowanego przez Ankę Zet. Mocnego. Na tyle, że jedna pani ze łzami w oczach zapytała nas, czy Anka naprawdę nie żyje.
 

piątek, 16 września 2011

Słoń w składzie porcelany

Obejrzałam w końcu słynną już przedwyborczą debatę w TVP z udziałem Roberta Biedronia. I przyznam szczerze, że, o ile rozumiem głosy oburzenia z prawa i z lewa (a nawet z samego Ruchu Poparcia Palikota, który Robert reprezentował), to zupełnie ich nie podzielam. Pewnie ma coś wspólnego z tym, że organicznie nie cierpię i telewizji, i (z nielicznymi wyjątkami) polityków i polityczek i ich gładkich gadek o tym, że tak, oczywiście, mamy problem, ale coś tam przesuniemy, obniżymy, podwyższymy, wesprzemy, wprowadzimy i będzie dobrze.

Gorąco was zachęcam do obejrzenia tej debaty (również tych, którzy nie wytrzymali i wyłączyli w połowie) i sprawdzenia, na ile z bardzo konkretnych pytań zadanych przez widzów i prowadzących kandydaci i kandydatki udzielili i udzieliły równie konkretnych odpowiedzi. Jasne, że Robert wyszedł na pieniacza, ale wcale nie był mniej konkretny i nie uchylał się od odpowiedzi na pytania bardziej niż przedstawiciele i przedstawicielki pozostałych ugrupowań. Tak, wiem - przedwyborcze debaty nie służą prezentacji programów partii, a autoprezentacji ugrupowań. I nie ma co oczekiwać, że usłyszymy podczas nich coś poza pobożnymi życzeniami i receptami, które wprawdzie ładnie brzmią, ale nic z nich nie wynika. To jest gra i wszyscy w nią grzecznie gramy, wszak detale nie są dla maluczkich, czas antenowy jest drogi, nie ma możliwości ani sensu się nad każdym szczegółem rozwodzić. Prawda? A figa, żadna tam prawda. Ktoś, kiedyś, gdzieś ustalił, że tak ma być, widzowie się do tego przyzwyczaili (tak jak przyzwyczaili się do "Tańca z gwiazdami" i innych tyle samo w gruncie rzeczy wnoszących co owe debaty programów) i tyle. I nagle problem, bo oto przyszedł brzydki Robert, zabrał łopatkę Barbarze Czajkowskiej (wszak to ona miała strofować zaproszonych gości) i zaczął tłuc nią zebranych po głowach. Finezji w tym nie było za grosz, ale co się ubawiłam, to moje. Ta konsternacja, to oburzenie ludzi w studiu (i przed telewizorami pewnie też), że jak tak można, no przecież on powinien grzecznie słuchać i równie grzecznie odpowiadać, a on nas niegrzecznie atakuje, mamo ratuj!

Nie mam pojęcia, czy Robert wykonywał jedynie polecenia Palikota, czy zagrał spontanicznie (choć bliżej mi do tego pierwszego pomysłu). Nie wiem też, czy ów występ przysporzy mu popularności, czy wręcz przeciwnie, i, co najważniejsze, czy ma zadatki na dobrego polityka (wybaczcie, ale odpuszczę sobie dywagacje na temat tego, co to właściwie za twór ów "dobry polityk"), czy nie. Ale anarchistyczna część mojej duszy piała z radości, ilekroć otwierał usta i nagle ci wszyscy spokojni i, och, ach, jakże dorośli ludzie zaczynali go przekrzykiwać. Chaos, emocje, normalnie Jerry Springer się chowa, wszak tu wkurzali się poważni ludzie w markowych garniturach i garsonkach, a nie nienormatywni panowie i panie z mocnymi akcentami. Miło.

Choć, niestety, to też była tylko gra.

Na koniec postscritum od Gosi, która owej debaty ze mną wysłuchała. Cytuję "Napisz, że ja i tak wszystkich polityków mam wiadomo gdzie i ich wiadomo co. I że zagłosuję na Wandę Nowicką jedynie dlatego, że ją znam i wiem, że jest przyzwoitym człowiekiem. Bo gdyby nie kandydowała, to zamiast wędrować na wybory, rozegrałabym sobie kolejny mecz na PS3. A poza tym to Legia przegrała".

środa, 14 września 2011

Porozmawiajmy?

"Porozmawiajmy" - proponuje na Facebooku Abiekt. "Już od jakiegoś czasu nie ma żadnej rozmowy. Żadnych publikacji, poważnych deklaracji (jeśli nie liczyć tekstu Mariusza Kurca), debat" - odpowiada Uschi. To prawda, nie ma. I, tak szczerze i stronniczo pisząc, nie przypominam sobie, by w ostatnich latach zaistniała jakaś inna debata poza grzecznościową wymianą poglądów (czasem dość podobnych) między Homikami a zaprzyjaźnionymi blogami (o Paradzie i o związkach partnerskich). Z czasów ciut dawniejszych pamiętam cykl na łamach "Repliki" poświęcony znowuż paradowaniu, a konkretnie temu, czy robić to politycznie, czy rozrywkowo. Na pewno było tego więcej, ale tak czy siak od jakiegoś czasu zamiast dyskusji mamy monologi lub wzajemne podchody i wojny torebkowe, z których wynika trochę ubawu i nic poza tym (no dobrze, bywa też żenująco). Takim klasycznym przypadkiem rozmowy bez rozmowy było to, co się działo wokół projektu ustawy o umowie związku partnerskiego. Grupa Inicjatywna swoje, Homiki et consortes swoje, do spotkań przedstawicieli i przedstawicielek obu grup parę razy wprawdzie doszło (ale zawsze przy okazji czegoś, a nie konkretnie po to, by porozmawiać o tym, co byśmy chcieli wzajemnie u siebie zmienić i dlaczego), ale poza tym, że każdy i każda powiedział/a, co myśli, żadnego porozumienia nie było. Inny przykład to rzecz jasna wojenki i wokół ubiegłorocznego EuroPride, i tegorocznej Parady Równości.

Przyznam szczerze, że nie jestem pewna, czy te parę lat temu rozmawialiśmy tak dużo więcej, prawdziwiej i w bardziej zróżnicowanym gronie. Choć gdy pomyślę o wspomnianej debacie w "Replice", genezie powstania Fundacji Równości czy okrągłych stołach organizacji LGBTQetcetera z 2008 roku, to wychodzi mi, że tak. I nie wiem, od kiedy trwa milczenie tych, którzy i które być może o naszych sprawach powinni i powinny mówić najwięcej - przedstawicieli i przedstawicielek naszych organizacji właśnie. Pamiętam, że, gdy zaczęło się zamieszanie wokół tegorocznej Parady Równości, myślałam, że któraś orga coś powie, oficjalnie napisze, że Fundacja Równości jest albo jej nie ma, że KPH i Lambda zorganizują lub nie zorganizują. Ale nie, skończyło się na lakonicznych oświadczeniach w rodzaju "nie włączamy się, obserwujemy" (i to chyba nie tyle dobrowolnych, co wymuszonych pytaniami mediów). Podobnie ostatnio - miałam nadzieję, że z okazji 10. urodzin KPH pokusi się zarysowanie jakiejś strategii działań na przyszłość (o której można by podyskutować), a przeczytałam jedynie, że związki, że będziemy działać. Nie wiem, czy to marazm, czy o planie działań się z ludźmi z zewnątrz nie debatuje, ale coraz częściej mam wrażenie, że rozmawiać potrafimy już jedynie w gronie tych najbardziej zaprzyjaźnionych, a gdzie indziej zamiast rzeczowej debaty są jedynie wzajemne oskarżenia (a bo ty nas nie lubisz, a bo czepiasz się na siłę, a bo to dlatego, że cię nie doceniliśmy, marudzisz, jątrzysz, mścisz się) i zero woli, by dojść do jakiego takiego porozumienia. Ewentualnie ileś tam osób sobie monologuje, a przedmiot monologu uparcie milczy, bo swoje wie, a poza tym to ma ważniejsze sprawy na głowie.

Jasne, że nie zawsze da się dogadać. Tyle że czasami wystarczyłoby po prostu uznać, że może i moja racja jest mojsza, ale twoja jest równie twojsza i nie ma co się doszukiwać drugiego dna tam, gdzie go nie ma. Ot, weźmy chociażby ostatnie okołowyborcze dyskusje - sceptyczne podejście do "naszych" kandydatów nie wynika u mnie z tego, że ich nie lubię, zazdroszczę im czy chciałabym się znaleźć na ich miejscu. Po prostu akurat dla mnie działalność jednocześnie w trzecim sektorze i w polityce się wykluczają. Nie neguję racji tych, którzy dla odmiany uważają to za jak najbardziej naturalne i traktują jako najlepszy środek w walce o nasze prawa, ale też nie są to moje racje. Konsekwentnie krytyki czyjegoś zaangażowania w politykę nie traktuję w kategorii braku lojalności (o jakiej zresztą lojalności tu mówić?), a w kategorii patrzenia "swoim" kandydatom na ręce. Dokładnie na tej samej zasadzie, na której zawsze uważniej przyglądam się tym politykom i polityczkom, którzy i które podnoszą postulaty istotne akurat dla mnie - bo w styczności z tą grupą włącza mi się zasada ograniczonego zaufania (wynikająca z iluś tam negatywnych doświadczeń). Kolejny temat - głosować czy nie. Jestem w stanie zrozumieć i tych, którzy twardo dowodzą, że tylko z SLD, jak i tych, którzy dali się skusić Palikotowi. Znam argumenty zwolenniczek i zwolenników PO, a nawet tych, co to uważają, że związki partnerskie da nam koalicja PiS-SLD. I w porządku, z ciekawością posłuchałam i poczytałam. Nie przyjmuję za to stwierdzeń w stylu "tylko Palikot", "tylko SLD", "naszym obowiązkiem jest głosować na kogoś tam", "niegłosowanie jest przejawem czegoś tam" itd. Pewnie, że większość ludzi głosuje (lub nie), powiedzmy, średnio świadomie, ale to nie znaczy, że akurat mój wybór jest superświadomy, a cudze głupie i należy ich uparcie przekonywać do zmiany zdania, a przynajmniej deprecjonować ich opinie. I tak dalej.

Wojtek w ostatnim wpisie pisze o kilku przynajmniej częściowo wykluczających się nurtach (homonacjonalizm, tożsamościowi politycy, walczący działacze), których narodziny w naszym rodzimym aktywizmie być może od jakiegoś czasu obserwujemy. Niecierpliwie czekam na moment, w którym osoby prezentujące czasem skrajnie różne podejście do kwestii równych praw zdadzą sobie sprawę z tego, jak bardzo się różnimy (i że bynajmniej nie chodzi o to, że ileś tam osób siedzi w szafie czy nie widzi potrzeby robienia czegokolwiek, a ileś wręcz przeciwnie). I że nie ma jednej słusznej drogi, jednego właściwego podejścia, że czas skończyć z marudzeniem o obowiązkowej lojalności i wzajemnym przekonywaniem do własnych racji, a zacząć rozmawiać o tym, gdzie nasze cele są wspólne i możemy robić coś razem, a gdzie już nie. Bo może, ale tylko może, właśnie początek owych aktywistycznych podziałów był tym momentem, w którym przestaliśmy ze sobą rozmawiać (gdy jedni się oburzyli, że tak nie można, a inni uznali, że można tylko tak i zdziwili się, że kogoś to oburza). Tylko co zrobić, żeby znowu zacząć?

PS Wyżej podpisana zdaje sobie sprawę, że również zdarza jej się popełniać grzech nierozmawiania i upartego przekonywania innych, że powinni robić coś inaczej. Na swoje usprawiedliwienie ma tylko to, że sprawy, w których była uparta i bywała zacietrzewiona traktowała (i będzie traktować) w kategorii "wspólne", a nie czyjeś. Co nie zmienia faktu, że zdarza się jej przeginać. Ale też, że z niektórymi z tych, których się nawet mocno czepiała, rozmawia się jej dziś całkiem miło.

niedziela, 11 września 2011

Gdzie to młode pokolenie?

Parę miesięcy temu, gdy spot akcji "Miłość nie wyklucza" hulał w sieci, na Innej Stronie pojawiło się kilka komentarzy spod znaku "Wszystko fajnie, ale nie można było znaleźć do tego nagrania kogoś młodszego?". Ostatnio ta opinia przypomniała mi się kilka razy - pierwszy, gdy przeczytałam u Hyakinthosa takie spostrzeżenie:

 Ale co piszą geje i lesbijki na forach przeraża. (...) "Po co małżeństwa, skoro są notariusze", "Wszystko można uregulować u notariusza bez specjalnej ustawy o związkach." Wszystko? Dobry żart. Mentalność pańszczyźnianego chłopa i ciotki-niewidki wciąż dominuje w dyskursie. (...) Niepojęte i niezrozumiałe. I to nie nastraja optymistycznie. Gdzie jest to młode pokolenie, które miało być wolne od stereotypów, wyzwolone i nowoczesne? No, gdzie?!

Drugi, gdy przyjrzałam się osobom najaktywniej udzielających się w wydarzeniu "100 tysięcy za ustawą o związkach partnerskich". Trzeci dwa dni temu, podczas roboczego spotkania Grupy Tel-Aviv, gdzie średnia wieku bynajmniej nie oscyluje w okolicach dwudziestki. Kurczę, pamiętam, że jak sama zaczynałam swoją aktywistyczną przygodę, to byłam przekonana, że właśnie studenci i studentki są ludźmi, którym najwięcej się chce. Bo potem to już praca, mieszkanie, kredyty i mała stabilizacja (czyli tzw. ważniejsze sprawy), z której mało komu chce się wychylać.

Oczywiście to nie jest tak, że młodszych aktywistek i aktywistów nie ma. Owszem, są, pojawiają się na paradach i marszach, organizują imprezy, brylują w pozawarszawskich organizacjach czy lokalnych oddziałach KPH (bo w Warszawie prym wiodą jednak ci sami ludzie, których poznałam te dobre parę lat temu, gdy dopiero zaczynałam działać). Kłopot w tym, że nie ma ich więcej niż te dziesięć-dwadzieścia lat temu (a powinno być więcej, wszak zakres wolności czy dostęp do informacji jest jednak większy), a na dodatek są dużo mniej widoczni i widoczne niż ich starsi koledzy i koleżanki.

Tak na marginesie, to ów brak chęci do angażowania się w cokolwiek (bo przecież nie tylko dwudziestolatków jest mało!) nie jest zresztą niczym niezwykłym w perspektywie ogólnospołecznej - wszak Polacy i Polki w ogóle niechętnie bawią się w jakikolwiek wolontariat. A my dołączyliśmy do tej grupy również dlatego, że niektóre potrzeby, naprzeciw którym jeszcze parę lat temu wychodziły "nasze" organizacje (znalezienia grona podobnych sobie osób, poczucia przynależności), można teraz zaspokoić inaczej - wchodząc na którekolwiek forum, serwis randkowy, zapisując się do grupy na fejsie, odwiedzając pobliski klub czy zapisując się do drużyny piłki nożnej. Odpadła więc motywacja towarzyska, ileś tam lat temu, mam wrażenie, wcale niebagatelna.

Czy owa marniutka aktywność oznacza jednak, że wszystkim tym, którzy i które ponad udzielanie się przekładają krytykę cudzej działalności, rzeczywiście nie zależy? Czy jest im dobrze tak, jak jest i nie widzą potrzeby zmian? Pozornie tak, wszak np. odpowiedź na pytanie, dlaczego w spocie nie ma nikogo młodszego, brzmi: bo nikt się nie zgłosił. Czemu jednak jakaś część ludzi, których tam nie ma, ma pretensje, że ich (czy kogoś, kto ich przypomina) nie ma? Czyżby jednak komuś zależało? Trochę to przypomina "debatę" wokół fotoreportażu Hanny Jarząbek o życiu codziennym polskich lesbijek, który nie podobał się, bo był (w oczach krytykantek) niereprezentatywny, jako że nie było tam ich. Trochę też dyskusję wokół dziejącej się w zamierzchłych już czasach akcji "Niech nas zobaczą", w której można było dla odmiany przeczytać, że wśród bohaterów i bohaterek zabrakło osób starszych, z mniejszych miejscowości itd. itp. (choć wtedy taka krytyka przychodziła do głowy jedynie wyznawcom i wyznawczyniom różnych queerów i genderów). Nie minęło osiem lat i nagle się okazuje, że zostały dinozaury, a za mało jest dla odmiany młodych. I to nie tylko na plakatach.

W komentarzu pod poprzednim tekstem adremja pisze m.in., że organizacji są tysiące i każdy może znaleźć coś dla siebie, i przeciwstawia je partiom politycznym, których jest i musi być mało, bo na więcej po prostu nie ma miejsca (więc nie ma co na nie wybrzydzać). Mam wrażenie, że, chyba przypadkiem, udało mu się pokazać jedną z przyczyn problemu: otóż może to nie jest tak, że ludzie się nie angażują jedynie dlatego, że nie zależy im na zmianach, ale też dlatego, że są przekonani, że zmiany to się załatwia tam, wysoko, w rządzie, a organizacje to takie miłe grupy towarzyskie czy kółka zainteresowań. Ewentualnie przytuliska dla frajerów i frajerek, z jakiegoś tam powodu niedowartościowanych, którzy i które działając (choć bardziej by pasowało "działając"), kompensują sobie to, czego im na co dzień brak. Na palcach jednej ręki (no dobrze, może dwóch, a jak mnie przekonacie, to dodam i nogi) za to można by policzyć tych i te, którzy i które uważają, że nie tylko celem ich istnienia jest działanie na rzecz zmian, ale też, że rzeczywiście są lub przynajmniej mogą być na tyle silne i wpływowe, by ktoś (tu: politycy) się z nimi liczył.

Dziś KPH, największa, jakby nie patrzeć, nasza organizacja, obchodzi swoje dziesięciolecie. Nie da się ukryć, że właśnie tam zdobywałam swoje działaczowskie szlify i choć nie zawsze się zgadzam z linią tej organizacji (zresztą czy ja z czymkolwiek zawsze się zgadzam?), to współzakładanie trójmiejskiego oddziału i działanie w nim zawsze będzie u mnie wysoko w kategorii "doświadczenia zmieniające życie". Nie pamiętam, co się wówczas mówiło o działaczach i działaczkach, choć mam wrażenie, że sam fakt, że robi się coś dla osób nieheteroseksualnych (organizuje debaty, akcje plakatowe, pokazy filmowe) budził chyba przede wszystkim ekscytację. Teraz to wszystko spowszedniało, przynajmniej w większych miastach. I może właśnie tu jest problem - zniknął urok nowości, radości z tego, że coś się robi, radości z tego, że ktoś coś robi, znikło poczucie, że coś to wszystko daje, zmienia. Wyobrażacie sobie dzisiejszą dyskusję wokół "Niech nas zobaczą"? Ja sobie wolę nie wyobrażać (choć, że o odwadze ludzi, którzy wzięli w tej akcji udział, wiele by w niej nie było, tego jestem pewna).

Chciałabym zakończyć jakimś mądrym wnioskiem, ale, szczerze mówiąc, jak to w moich okołoaktywistycznych rozważaniach bywa, żaden mi nie przychodzi do głowy. Bo tak naprawdę nie wiem, czy winą za to, że działaczowska zmiana pokoleniowa raczej prędko nie nastąpi, obarczyć konserwatyzm młodych, niskie zaangażowanie społeczeństwa w ogóle, brak wiary, że jednostka może coś zmienić, ogólne zniechęcenie czy niezborność naszych organizacji. Tak że z okazji owego dziesięciolecia życzę KPH przede wszystkim tego, by przy kolejnej zmianie warty mogła postawić na kogoś, kogo ja nie pamiętam z czasów, kiedy ta organizacja dopiero budowała obecną pozycję.

czwartek, 8 września 2011

Głosuję, więc mam rację

Dyskusja pod nowym spotem wyborczym Palikota na fejsie jednego z "naszych" kandydatów:

Kandydat: Inna twarz Janusza Palikota. Doktora filozofii, przedsiębiorcy, męża, ojca, faceta z Biłgoraja. Bez sztucznego penisa i świńskiego ryja. Taki jest naprawdę, prywatnie.

Malkontent: Polityk przed wyborami nie jest osobą prywatną, choćby nakręcił o tym epopeję.

Kandydat: Oczywiście, że nie jest, ale przyznasz, że to inny Palikot, niż ten, którego znamy publicznie

Malkontent: No cóż, przed wyborami nawet Jarek potrafi się pokazać z innej strony. Wszak to też jest jego prawdziwa twarz. Sezonowo.

Malkontentka: Sorry, ale czemu nie biega po polu marihuany z osobami LGBTQ pod rękę. Nie przekonuje mnie ten spot. Kolejny koleś, który chce na nas (LGBTQ), ale też na prawicy zbić kapitał wyborczy. W tym roku oddaję pustą kartę do głosowania.

Kandydat: Pusta kartka to najgorszy wybór. Masz 7 komitetów ogólnopolskich. Masz wybór, który zależy tylko od ciebie.

Malkontent: Ech, czy znów musimy przerabiać temat "w tym kraju nie ma na kogo głosować, bo nikt jeszcze skutecznie nie dowiódł, że ma (nieheteroseksualnych) wyborców mniej w d... niż pozostali"?

Malkontentka: Mogę jeszcze nie iść na wybory. Ani na SLD, ani na Palikota w tym roku na pewno nie zagłosuję. Masz rację, poleżę sobie w domu w łóżku.

Kandydat: Głosowanie na Lady Gagę, pusta kartka i leżenie w domu to dokładnie to samo. Masz 7 list po około 30 kandydatek i kandydatów. Masz wybór.

Malkontentka: Sorry, nie mam wyboru.

Malkontent: A czy liczba 7 razy 30 jakkolwiek przelicza się na jakość nazwisk, które mają REALNE szanse przejścia przez sito? Mnie osobiście wybieranie "mniejszego zła" dawno już znużyło.

Entuzjasta: Jeśli tak będziemy podchodzić do tego, to na pewno nic się nie zmieni i wciąż będziemy tylko rozprawiać, jak to ludziom w innych krajach cudownie się żyje. Więcej takich ludzi i już zawsze będziemy tylko brudnym zaściankiem Europy, ze swoim malkontenctwem. Ech, szkoda słów...

Malkontent: Eeee... A kto tu mówi, że gdziekolwiek żyje się lepiej? Czy ja na coś narzekam (poza brakiem wyboru w wyborach)? Dosyć się już w życiu naspinałem tyłka do wyborów, i jakoś zawsze potem i tak odmierza się tylko z irytacją czas do następnych. Ja chyba poczekam na jakąś zmianę pokoleniową. Nie wśród 7x30 kandydatów, tylko wśród jedynek na listach.

Entuzjasta: Czekaj. Tylko strasznie wkurzające jest później to, jak ci wszyscy czekający rozprawiają o tym, jak to jest źle i jak to powinno być!

Malkontent: Na nic nie narzekam. Chyba tylko na to, że ktoś mi podsuwa profesjonalny PR-owy spot polityczny z adnotacją: oto prawdziwa twarz Palikota. Czekam 23 lata, to stać mnie jeszcze na odrobinę cierpliwości, zapewniam ‎(dla wyjaśnienia: 23 lata, od kiedy zyskałem prawo do głosowania).

Entuzjasta: Ok. To sobie czekaj, niczego nie rób, ale i niczego nie żądaj. To tyle.

Malkontent: Jedyne, czego żądam, to aby nie robiono ze mnie głupka przedwyborczego. Logicznie biorąc, to smutne, bo ci, co głosują, mają prawo żądać, a więc też czuć się po wyborach najbardziej rozczarowani. Co do mnie, to nie narzekam na kolej nawet po 10-godzinnych objazdach. Jakości polskich torów nie poprawiła ŻADNA dotychczas rządząca ekipa po 1989, więc dlaczego mam uwierzyć, że jakiś Palikot temu nagle podoła?

Entuzjasta: To sam startuj w wyborach. Będziesz mógł się wykazać... Naprawdę jesteśmy mistrzami w marudzeniu, nicnierobieniu oraz w przepięknej sztuce spychotechniki - niech wszystko zrobia inni!

(...)

Panikarz: Tja... Może by tak RPP przedstawił skład swojego rządu. A tak na marginesie, szkoda, że spaliliście wszystkie mosty z SLD. Po wyborach RPP się rozejdzie do domów, a w SLD nie będziecie mieli czego szukać...

Piękne, prawda? A najbardziej bawi mnie to, że choć tym razem chyba jednak nie znajdę się w gronie "głosujących na Gagę" (choć kto wie, jeszcze parę takich dyskusji i wszystko mi się może cofnąć), to zdecydowanie mi bliżej do "malkontentów" z tej rozmowy niż do "entuzjastów". Nieodmiennie śmieszą mnie zapewnienia, że mam wybór (jak na stołówce dają grochówkę i kapuśniak, to też mam, kłopot w tym, że w ogóle nie przepadam za zupami), teksty w stylu "niegłosujący nie mają prawa narzekać" i argumenty spod znaku "jak jesteś taki mądry, to sam kandyduj". Wiara, że za pomocą magicznego krzyżyka (czy tam dwóch) zyskujemy nagle jakiś ogromny wpływ na rzeczywistość jest oczywiście urocza, tyle że też potwornie naiwna. Oczywiście miło jest myśleć, że jesteśmy tacy istotni i robimy coś potwornie ważnego, bo oto oddajemy na kogoś głos. Tyle że na owym oddawaniu zazwyczaj się kończy. I tu jest problem, a nie w tym, że niektórzy nie oddają. Symptomatyczne pod tym względem są dwie ostatnie przytoczone wypowiedzi - głosuję, więc coś robię (w przeciwieństwie do ciebie, zły Malkontencie, który nie głosujesz, a zatem z pewnością nic nie robisz) oraz (najdziwniejszy): to wy jesteście dla polityków, a nie politycy dla was (bo jak inaczej tłumaczyć owe obawy, że SLD nas już nie kocha; przerażające, swoją drogą).

Jestem wielką fanką (czemu już chyba nie raz dałam wyraz) postawy obywatelskiej. I kompletnie mi się to nie kłóci z ideą oddawania nieważnych głosów. Przeciwnie - jakoś mam wrażenie, że to właśnie z ogólnego niezadowolenia z postawy rządzących narodziły się całkiem fajne ruchy i inicjatywy. Kłopot tylko w tym, że wciąż zbyt słabe i/lub zbyt uległe (tak, to naprawdę okropne, że SLD może się na nas obrazić). Słabe zresztą między innymi właśnie dlatego, że większość z nas czuje się obywatelkami i obywatelami tylko w dniu wyborów (czyli, że zacytuję kolegę Entuzjastę, do perfekcji opanowała sztukę nicnierobienia i spychotechniki). I tu wraca sygnalizowany już przeze mnie problem uczestnictwa w wyborach liderek i liderów organizacji pozarządowych. Może i zyskujemy w ten sposób szansę wprowadzenia do Sejmu kogoś z "naszych", ale czy przy okazji nie tracimy niezależności i nie pozbawiamy się tej namiastki wpływu na rządzących, którą udało nam się przez lata wypracować? NGO-sy mają między innymi patrzeć władzy na ręce. To politycy powinni zabiegać (czynem, a choćby i spotem) o ich poparcie, a nie organizacje sprzedawać się politykom. Przyjmując kierunek odwrotny, nic nie zyskujemy, a przy okazji pokazujemy, że jesteśmy po prostu ciency.

wtorek, 6 września 2011

I co teraz, ha?

Wszyscy mają problem, mam i ja. Jak może pamiętacie, w ostatnich wyborach prezydenckich postawiłam na Lorda Voldemorta i Hillary Clinton, co parę osób miało mi za złe. W tym roku byłabym pewna, że zrobię to samo, gdyby nie... dwójka na warszawskiej liście Ruchu Poparcia Palikota. Wanda Nowicka, jedna z moich ulubionych aktywistek, wystarczająco radykalna jak na moje wysublimowane gusta, a na dodatek po prostu przyzwoity człowiek. Słowem idealna kandydatka startująca z mocno nieidealnej listy.

No i się gryzę. Gdyby to była jedynka czy nawet dwójka na liście SLD, to pewnie miałabym mniejsze opory. Bo ugrupowanie dość podłe, ale miejsce w Sejmie z takim numerkiem raczej pewne. Skoro więc i tak reprezentanci Sojuszu mają po raz kolejny objąć stołki, to niech skorzysta na tym ktoś, komu ufam i wierzę, że nie będzie kucać przed oficjalną linią partii i usprawiedliwiać działań, których się usprawiedliwić nie da. Z drugiej strony, skoro tak nie cierpię SLD, to dlaczego po prostu nie dam szansy ugrupowaniu, które jeszcze nie miało okazji pokazać, na co je stać? Czy problem z polską polityką nie polega według mnie przypadkiem na tym, że co wybory, to głosujemy przeciw komuś, a nie za kimś, w ten sposób legitymizując status quo, zamiast postawić na tych, co według sondaży może i nie mają szans, ale są nam ideowo bliżsi? Ano polega, kłopot w tym, że pan Palikot nie jest mi ideowo bliski, więc głos oddany na jego listę nadal nie byłby głosem "za". A poza tym: on też już miał okazję pokazać, na co go stać.

Co zabawne, to w RPP wcale nie przeszkadza mi najbardziej to, że jego twórca swojego czasu wydawał utraprawicowe pisemko "Ozon", a jego napastliwość wobec przeciwników politycznych. Wpiszcie sobie w Google frazę "Palikot atakuje" - lista wyników jest naprawdę imponująca. Pewnie, że w owych atakach jest często sporo racji i w dużej mierze nie biorą się z niczego. Problem w tym, że pod propozycjami, by Kurtyka palnął sobie w łeb, a Kaczyński przyznał, czego nadużywa czy przestał pieprzyć, czy jakże istotnymi doniesieniami w rodzaju ostatniego, że poseł PSL Jan Bury się spił do nieprzytomności, ginie merytoryka, a pozostaje jedynie niesmak. Dla mnie apogeum tego "stylu" uprawiania polityki była czerwcowa pikieta pod Sejmem, która ponoć miała służyć poparciu ustawy o związkach partnerskich, a okazała się być naprawdę żenującym antypisowskim happeningiem (pisałam o niej tu).

Jasne, że RPP ma jakieś tam założenia programowe (do poczytania tu), tyle że w publicznych wystąpieniach, zamiast akcentować ich pozytywy, skupia się na byciu "przeciw", więc nie mam pojęcia, czy potrafi być "za". Polityka to nie wersal, wiem, a pod pięknymi słówkami niekoniecznie coś pięknego się kryje (patrz Platforma Obywatelska), ale skoro wyznawcy Palikota chcą walczyć między innymi o poprawę jakości życia politycznego, miło by było, gdyby zaczęli od siebie i zamiast np. robić szopkę dla mediów z rozdawaniem uczniom i ich rodzicom ulotek na temat etyki w szkołach (chyba wolę już Napieralskiego rozdającego jabłka robotnikom, poziom żenady podobny, ale przynajmniej nie mieszał szkół w kampanię wyborczą), powalczyli o zmiany w szkołach chociażby tak, jak robi to SPR, któremu udało się w końcu doprowadzić do zmian w najpopularniejszym podręczniku do wychowania do życia w rodzinie (szczegóły na Homikach). Mniej to widowiskowe, ale za to skuteczne. Ale cóż, happenigi kosztują daleko mniej pracy, a za to efekt medialny dużo ciekawszy, więc po co się męczyć. A że jakaś grymaśna wyborczyni chciałaby dostać konkret zamiast dmuchania w gwizdek? E tam, kto by dawał konkrety, konkrety są nudne i się nie sprzedają.

Do tego dochodzi jeszcze pewna teoria spiskowa. Aż mi głupio, że ją przytaczam, a jeszcze głupiej, że nie jestem do końca przekonana o jej nieprawdziwości, ale co mi tam. Otóż pomysł (bynajmniej nie mój) jest taki, że Palikot działa tak naprawdę z ramienia PO, a jego jedyny cel to osłabienie wyniku SLD, którego na "radykalne" deklaracje po prostu nie stać.

I w tym wszystkim mam Wandę Nowicką, działaczkę społeczną, od lat walczącą o prawa kobiet, do bólu konkretną i do bólu niehappeningową. I pomysł koleżanki z pracy, by namawiać ludzi, żeby na nią głosowali, bo jak przebije szefa partii, która udostępniła jej miejsce na liście, to będzie to jakiś sygnał, że reprezentuje głos całkiem sporej rzeszy osób, i to większej niż festyniarz Palikot. Plus miło by było, gdyby się okazało, że SLD popełniło spory błąd, spychając ją na dalsze miejsca na liście.

No i mam dylemat - Lord Voldemort czy Wanda Nowicka? Może pomożecie mi go rozwiązać.

A na koniec zagadka. Na osobę, która jako pierwsza poda tytuł książki, której pierwszym zdaniem jest tytułowe "I co teraz, ha?" czeka egzemplarz "Tęczowej rewolucji". Pytanie jest chyba trudne, więc dla ułatwienia dodam, że książeczka owa w Polsce została wydana w dwóch wersjach (przygotowanych przez tego samego tłumacza i często wydawanych w jednym tomie), a na dodatek ma swoją filmową adaptację w wydaniu bardzo znanego reżysera, który pokusił się o nadanie jej autorskiego (moim zdaniem dużo słabszego) zakończenia.

niedziela, 4 września 2011

Eks-gej z Wyoming

Na początek dowcip z brodą, ale ładny: "Oczywiście, że można leczyć homoseksualistów. Ostatnio wyleczyłem dwóch z grypy". Kontekst oczywisty - szczęśliwie odwołana konferencja "Praktyczne zastosowanie terapii reperatywnej: przyczyny i terapia skłonności homoseksualnych" na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu. Tym razem miał się lansować niejaki dr Joseph J. Nicolosi, a jedna z organizatorek, psycholożka (oj, obraziłaby się za formę żeńską, ona z pewnością uważa się za "psychologa") Bogna Białecka, aby uwiarygodnić tematykę konferencji, stwierdziła, że w tych wszystkich terapiach nie chodzi przecież o osoby, które swoją homoseksualność akceptują, a o te, które borykają się z homoseksualizmem egodystonycznym (czyli po prostu zinternalizowaną homofobią), który jest jednostką chorobową. No prawda, jest, tylko co z tego?

Z ciekawości poczytałam sobie trochę o metodach Nicolosiego. Tak pokrótce, polegają one na wpojeniu klientom jedynej słusznej interpretacji swoich odczuć. Otóż gdy czują oni fizyczne podniecenie na widok drugiego mężczyzny (kobietami się ów światły psycholog rzecz jasna nie zajmuje), to na skutek "terapii" otrzymują taki oto efekt:

Gdy pojawia się podniecenie, moi klienci będą to interpretować następująco: "Moje ciało doświadcza podniecenia, ponieważ mężczyzna, którego widzę, reprezentuje sobą moje wyidealizowane Ja i męską afirmację, której nigdy nie doświadczyłem". Ciało tego człowieka może reagować podobnie jak ciało mężczyzny identyfikującego się jako gej, jednak inaczej interpretuje swoje reakcje. Z czasem gdy klient zaczyna pojmować swoje reakcje jako wyraz potrzeby męskiej identyfikacji, a nie autentyczne potrzeby seksualne, stopniowo zanikają. Zarówno nasi klienci, jak i ja jesteśmy przekonani, że autentyczne potrzeby seksualne są zakorzenione w biologicznej płci człowieka. 

Inaczej mówiąc, orientacja psychoseksualna to kwestia interpretacji. Ktoś cię kręci? Zinterpretuj sobie, że wcale cię nie kręci, a jedynie reprezentuje sobą twoje wyidealizowane ja i po kłopocie. Ujął mnie też fragment o motywacjach klientów Nicolosiego:

Dla naszych klientów próba przezwyciężenia swego homoseksualizmu w aktualnej atmosferze kulturowej jest aktem kontrkulturowym. Gdy jako terapeuci przyglądamy się motywacji naszych klientów, to nie homofobia społeczeństwa popycha ich do poszukiwania pomocy, a głęboki brak satysfakcji z gejowskiego stylu życia. Nie chodzi tu o brak satysfakcji moralnej, lecz o głębokie poczucie, że zachowania homoseksualne nie odpowiadają ich prawdziwej tożsamości, nie są w zgodzie z ich płcią. Przekaz ze strony współczesnej kultury brzmi: "Gej jest OK, więc musi być coś nie tak z Tobą, skoro nie potrafisz się tym nacieszyć". A jednak ci mężczyźni wiedzą, że homoseksualizm jest pogwałceniem ich najgłębszego poczucia tożsamości. 

Tak, rzeczywiście przekaz współczesnej kultury brzmi "gej jest OK", a fala samobójstw wśród amerykańskich nieheteroseksualnych nastolatków (bynajmniej niemotywowanych homofobią wewnętrzną, a jak najbardziej zewnętrzną), która zainspirowała twórców akcji "It gets better" tylko to potwierdza. Najbardziej urzekły mnie jednak słowa o głębokim braku satysfakcji z gejowskiego stylu życia. Ilekroć czytam takie kwiatki, przypominają mi się wcale nierzadkie pomysły moich heteroseksualnych koleżanek, że może byłoby im łatwiej, gdyby wiązały się z kobietami. Oraz rozczarowanie, gdy słyszą, że akurat pod względem jakości związków wcale się od nich nie różnimy (czyli: bywa i dobrze, i źle) i że zamiana mężczyzny na kobietę nie jest remedium na problemy, które mają.

Ale... Ilekroć jakiś "specjalista" w rodzaju Nicolosiego czy innego Camerona ma się pojawić w Polsce, ktoś wyciąga argument, że orientacja psychoseksualna jest wrodzona i niezmienna, w związku z czym takie "terapie" są szkodliwe i niebezpieczne. Z drugą częścią tego zdania się zgadzam, z pierwszą już niekoniecznie. Na fejsbukową stronę gromadzącą osoby, które chciały zaprotestować przeciw konferencji na Uniwersytecie Medycznym, ktoś wrzucił linka do opisanej przez "New York Times" historii Michaela Glatze - niegdyś aktywisty, queerowego radykała, idola nastolatków LGBTQetcetra, który setkom z nich pomógł w procesie samoakceptacji, a obecnie uczącego w szkole biblijnej w Wyoming eks-geja przekonanego o tym, że nie ma innej orientacji niż heteroseksualna. Benoit Denizet-Lewis, autor artykułu i dawny przyjaciel Michaela, zastanawia się nad tym, kim właściwie był i jest Glatze - czy jest w fazie zaprzeczania swojej seksualności? A może nigdy tak naprawdę nie był gejem? Może był to jedynie etap jego duchowych poszukiwań, które, w takiej czy innej formie, zawsze były dla niego najważniejsze? I kim w takim razie będzie za dziesięć lat? Bardzo polecam ten tekst. Nie, nie dlatego, że potwierdza skuteczność "terapii" reperatywnych, przeciwnie - bohater nigdy się czemuś takiemu nie poddał. Denizet-Lewisowi udało się pokazać coś zupełnie innego - że nie ma jednoznacznych odpowiedzi i prostych interpretacji. Bo łatwo by było na przykład napisać, że Michael jest teraz głęboko nieszczęśliwy. Albo - z drugiej strony - że jego historia potwierdza możliwość "zmiany". Tyle że równie dobrze można by wyciągnąć ileś tam historii osób, które przez szereg lat były przekonane o swojej heteroseksualności i nagle znalazły się w szczęśliwym (lub nie) związku z osobą tej samej płci. Czy to oznacza, że nigdy tak naprawdę nie były heteroseksualne? Czy lepiej szukać odpowiedzi w opresywnej kulturze czy w teoriach o płynności orientacji? I czy naprawdę musi istnieć jedno prawdziwe wyjaśnienie tego, co im się przydarzyło?

Kłopot z wszelkimi "terapiami" reperatywnymi polega na tym, że dają taką samą odpowiedź na wszystkie pytania. Trudno się nie zirytować, gdy po raz enty czyta się na tej czy innej Frondzie o zranieniach, udawanym szczęściu, relacjach z ojcem, matką, konieczności budowania "prawidłowych" (nieopartych na "poszukiwaniu wyidealizowanego Ja") relacji z osobami tej samej płci itd., itp. Rzecz jasna gdyby chodziło tylko o irytację, to dałoby się to jakoś przeżyć, ale do tego dochodzą daleko bardziej niebezpieczne skutki jak utrwalanie stereotypu, jakoby nieheteroseksualność była czymś gorszym niż heteroseksualność, bo jest nieprawdziwa, nabyta, a zatem również korygowalna. Za którym to stereotypem pójdzie również ileś tam osób nieheteroseksualnych, co im z pewnością w samoakceptacji nie pomoże. Tyle że mówienie w tym kontekście o wrodzoności i niezmienności orientacji psychoseksualnych (z heteroseksualną włącznie) wynika jak dla mnie dokładnie z takiego samego sposobu myślenia - że wrodzone równa się prawdziwe równa się dobre. A stąd już tylko krok do wyrokowania o tym, kto jest prawdziwszy, a kto mniej i jakie uczucia i postrzeganie siebie świadczą o normalności, a jakie już nie. Przesadzam? Przypomnijcie sobie awanturę wokół heteroseksualnego epizodu bohaterki filmu "The Kids Are All Right" i teksty, że PRAWDZIWA lesbijka nigdy by czegoś takiego nie zrobiła, że pomysł ten świadczy o ukrytym biseksualizmie reżyserki, o podlizywaniu się mainstreamowi i tak dalej w ten deseń. Zajrzyjcie do przywołanego artykułu z NYT, gdzie jeden z przyjaciół Michaela stwierdza, że ta jego homoseksualność to zawsze była taka bardziej teoretyczna niż praktyczna (no tak, w końcu gość był TYLKO przez dziesięć lat w związku z facetem). Przeczytajcie dyskusję pod tekstem Mariusza Kurca "Obowiązki pedalskie". I tak dalej. Łatwo jest się zżymać na jednowymiarowe myślenie i przekonywać o jego szkodliwości, tyle że wielu i wiele z nas równie chętnie używa go w stosunku do tych, którzy i które wychodzą poza nasze wyobrażenia o tym, jacy i jakie powinniśmy i powinnyśmy być.

A tak na marginesie, w artykule z NYT znalazło się i takie zdanie: "Radykalny queerowy aktywista i chrześcijański fundamentalista są bardziej do siebie podobni, niż mogłoby się wydawać". Hm. Zaczynam się bać.