piątek, 27 stycznia 2012

Nim zapadnie noc

Michaela Cunninghama uwielbiam przede wszystkim za zmasakrowany w wersji filmowej (nigdy, przenigdy po to nie sięgajcie!) "Dom na krańcu świata". Nic, co później napisał, nawet osławione "Godziny", tak mnie nie urzekło. Choć i tak uważam, że największą wadą tego pisarza jest to, że pisze tak mało. Pięć książek w ciągu dwudziestu lat. Dla kogoś, kto po przeczytaniu jednej pragnie sięgnąć po kolejną to niemal nic. Jedną z największych zalet Cunninghama jest dla odmiany to, że, pomimo stałej obecności w jego powieściach homoseksualności, jest ona cudownie nieoczywista i określa bohaterów w nie większym stopniu niż ich pochodzenie czy sytuacja rodzinna. Jak w "Godzinach", gdzie Clarissa ma romans z Richardem, a kilkanaście lat później ona jest w długoletnim związku z kobietą, a on jest gejem. Jak w "Domu na krańcu świata", gdzie zakochany w Bobbym Jonathan tworzy z nim i z Clare nie tyle miłosny trójkąt, co rodzinę. Jak w "Nim zapadnie noc".

Najnowszej powieści Cunninghama nie czyta się lekko. Bo to rzecz o niespełnieniu. I (temat na czasie!) o starości. Rozumianej jako chwila, w której na Petera Harrisa, głównego bohatera spada na świadomość, że zawsze już będzie tym, kim jest. Właścicielem galerii sztuki wystawiającym artystów, którzy prawdopodobnie na zawsze pozostaną jedynie obiecujący. Kimś, kto pragnął być promotorem piękna, a jest jedynie pośrednikiem między twórcami a nabywcami ich dzieł. I to dzieł, z których wartości czy potencjału zdaje sobie sprawę, ale ich tak do końca nie lubi. Tak jak nie lubi instalacji Ruperta Groffa, pierwszoligowego artysty, którego ma szansę pozyskać i który pozwoli mu stać się kimś większym, niż jest i wejść do pierwszej ligi marszandów. Kłopot w tym, że Peter pragnie piękna. Chce pozostawić po sobie coś, o czego wielkości będzie przekonany. I wie, że to pragnienie się nie spełni.

Sztuka nie jest jedyną bohaterką powieści Cunninghama, ale, przynajmniej dla mnie, jest najważniejszą. Bo losy bohaterów rządzą się tą samą logiką. Gdy Peter zastanawia się, jak to się dzieje, że pewnego dnia przeciętny artysta zostaje okrzyknięty wielkim, równie dobrze mógłby się zastanawiać, co sprawia, że ktoś staje się wyjątkowy. I dlaczego on nie jest jednym z tych ludzi. Jak Matthew, jego zmarły dwadzieścia lat wcześniej na AIDS brat, który był ekscentryczny, inny i którego w tej jego inności wszyscy kochali. Jak Ethan, młodszy brat jego żony Rebekki, który przyjeżdża do ich nowojorskiego mieszkania i burzy jego mały uporządkowany świat. Rozbudza w nim pragnienie stania się kimś innym. Niezwykłym, nieodpowiedzialnym, zawsze w centrum uwagi, kimś, kim nigdy nie był, a zawsze chciał być. Peter zakocha się w Ethanie, młodszej wersji Rebekki, ostatniej szansie, by zrobić coś niezwykłego, by wybić się ponad przeciętność, pójść za pięknem, nie za zyskiem czy rozsądkiem. I zupełnie nie przeszkodzi mu w tym świadomość, że Ethan jest narkomanem. I prawdopodobnie umrze - jak starszy brat Petera.

"Nim zapadnie noc" to smutna powieść. Ale, w przeciwieństwie do "Śmierci w Wenecji", z którą trudno jej nie porównywać, tu na końcu pojawia się odrobina nadziei. W końcu w żarliwym pragnieniu czegoś nie ma nic złego. Nawet jeżeli oznacza to niespełnienie.

PS Obiecanej recenzji "Rzezi" nie będzie, po tym nie jestem w stanie już nic o tym filmie napisać. A tu mój mały coming out. Taki trochę inny.

3 komentarze :

Nie czytałam (jeszcze) "Nim zapadnie noc", ale "Dom na krańcu świata" był jedną z moich najważniejszych książek okresu tzw. dorastania - cóż, wyszło szydło z worka, już wiadomo czemu nie jestem homo :(((
Nawiasem, jedno w filmie było cudne - soundtrack! I tylko to trzymam w pamięci. A do książki należałoby wrócić po latach, chociaż nie mam swojego egzemplarza..

ps. nie jestem, bo Bobby i inne nieoczywistości, ofkors.

Muzyki, przyznam, nie pamiętam. Jedynie to, że film mnie potwornie rozczarował - tak zmarnować taką znakomitą historię!

A książki też nie mam - wywędrowała, nie wiem, z kim i kiedy.

Prześlij komentarz