środa, 14 marca 2012

Sherlocked


Skusiłyśmy się w końcu na miniserial BBC "Sherlock". Dwa sezony (po trzy dziewięćdziesięciominutowe odcinki w każdym) obejrzane w kilka dni, na kolejny przyjdzie poczekać do 2013. Jak dobrze pójdzie.

Mimo ogromnej sympatii do Roberta Downeya Jr. nie jestem szczególną fanką ostatniej kinowej wersji przygód Sherlocka Holmesa. I to bynajmniej nie dlatego, że Guy Ritchie dość swobodnie poczyna sobie z oryginałem, bo to akurat żaden grzech. Po prostu za dużo tam efektów, za mało suspense'u. To, co udało się z tą historią zrobić BBC jest o niebo ciekawsze. I to chyba niezależnie od tego, czy się opowieści Doyle'a zna i lubi, czy niekoniecznie. Choć z pewnością dla tych, co czytali i jeszcze co nieco pamiętają, serial jest o tyle ciekawszy, że mogą bawić się nie tylko fabułą, ale też nawiązaniami i do samego Doyle'a, i do wcześniejszych adaptacji jego powieści.

Nowy, usytuowany we współczesnym Londynie, "Sherlock" początkowo wygląda na coś na pograniczu "CSI: Los Angeles" i innych takich i "Dr. House'a". Benedict Cumberbatch jako Holmes jest tyleż genialny, co irytujący w swojej wszechwiedzy i świadomości swojego geniuszu. Przy okazji jest też zupełnie pozbawiony empatii. Policja go nienawidzi, ale musi korzystać z jego usług, klienci dają się obrażać, bo jak on im nie pomoże, to nikt im nie pomoże, John Watson (Martin Freeman, czyli niedługo Bilbo, a niedawno Arthur Dent w słabiutkiej adaptacji "Autostopem przez Galaktykę") wybacza mu robienie z siebie to chłopca na posyłki, to obiekt eksperymentów, to kogoś, czyje spojrzenie jest pomocne tylko dzięki jego ograniczoności. Ba, dość szybko staje się głównym apologetą i PR-owcem Holmesa za sprawą bloga, na którym opisuje ich przygody. Gdyby tak miało być przez te wszystkie odcinki, to byłoby, cóż, średnio. Szczęśliwie nie jest. I dzięki poczuciu humoru twórców, i dzięki temu, że i Sherlock popełnia błędy (a że jest, że zacytuję Dumbledore'a z "Harry'ego Pottera", wielki, to i jego błędy są odpowiednio większe i mają gorsze konsekwencje), i dlatego, że dość szybko się okazuje, że całą tę historię można czytać też na odwrót - że nie tyle Watson, Lestrade czy pani Hudson (gospodyni Holmesa) są zależni od Sherlocka, co on nie istnieje bez nich. Swoje robią też bardzo mroczna niekiedy atmosfera i gry z powieściowymi intrygami - pies Baskerville'ów jako efekt tajnych eksperymentów służb specjalnych, studium w różu zamiast studium w szkarłacie czy w końcu zupełnie inna wersja wodospadu Reichenbach.

Naszemu superbohaterowi, jak to z superbohaterami bywa, zdarza się trafić na kogoś, kto potrafi nieźle w jego życiu zamieszać. Jak Irene Adler. Oraz - oczywiście - główny oponent Sherlocka Jim Moriarty (Andrew Scott). To zdecydowanie moja ulubiona postać serii. Król przestępczego półświatka i król chaosu, nie mam pojęcia, czy przez przypadek, czy celowo nawiązujący do Jokera w wydaniu Heatha Ledgera czy do Człowieka Zagadki (również "Batman", choć nie ten). Równie jak oni przerażający, groteskowy, a zarazem zagubiony. Wierzący nie tyle w finezję (choć potrafi kreować niezłe zagadki), co w przemoc i zastraszanie. Ostatni odcinek drugiej serii to właśnie rozgrywka między Moriartym a Holmesem. Finału nie zdradzę, kto czytał, ten wie.

Na koniec - słówko o podtekstach. Robienie z Holmesa i Watsona pary to jedno z ulubionych zajęć co poniektórych twórców fanfików. Twórcy serialu zdaje się że podchwycili pomysł, i to z dużą dozą przekory. Watson, mimo skromnej postury, robi za naczelnego łamacza niewieścich serc. A Sherlock? Ha, tego nie wie nikt, szczególnie gdy czuły gest w kierunku Irene Adler okazuje się być mierzeniem pulsu, a John co rusz się zastanawia, jak to właściwie z Sherlockiem jest i przynajmniej kilkukrotnie go zapewnia, że, niezależnie od tego, jak jest, dla niego nie jest to absolutnie żaden problem. Czyli - każdy może sobie zinterpretować tę historię po swojemu i każdemu jest miło. A purystom i purystkom zawsze pozostaje smaczek w postaci Irene Adler, która tu akurat uwodzi nie króla, a dziewczynę z królewskiej rodziny.

3 komentarze :

O! Jak widzę, scenografia nie obeszła się bez dość popularnego wzoru tapety. Zupełnie jak w salonie kosmetycznym, we wsi, w której mieszkałam do łońskiego roku:D

Och! Widzę, że i na Trzyczęściowym pobrzmiewa moja ulubiona teoria o dekonstrukcji Sherlocka. Co sprawia, że nie potrafię przewidzieć co będzie się działo dalej (czytanie w tym wypadku jest zwodnicze i okazuje się ACDoyle sam nie wiedział co chciał powiedzieć). Codziennie rano, przy kawie mam syndrom "czy to już? czy to już? czy to do CHOLERY już???". Totalnie mnie zsherlockowało.

Nie widziałam wszystkich (tylko prawie wszystkie ;))), ale jakoś mnie nie powalił. Zraziłam się, kiedy w pierwszym odcinku pierwszej serii od razu zgadłam, kto zabił ;))))
Chociaż odcinek z Irene Adler był super.

Z brytyjskich seriali najbardziej kocham Misfits. Ale KOCHAM. Miłością ślepą i absolutną ;)

Prześlij komentarz